Tłumaczenia anglojęzycznych artykułów

Tłumaczenia anglojęzycznych artykułów (98)

Ciekawe artykuły z różnych dziedzin, spisane w języku angielskim i przetłumaczone na język polski.

poniedziałek, 15 kwiecień 2019 11:31

5 trików na lepszą pamięć

Napisane przez

Zapamiętywanie czegoś to dla ciebie prawdziwa męka? Kilka prostych trików może przynieść zaskakująco dobre efekty.

Większość z nas z pewnością chciałaby mieć lepszą pamięć. Gdybyśmy tak mogli iść do sklepu by zakupić trzy ustalone wcześniej rzeczy i nie zapominać o którejś z nich... Gdybyśmy tak mogli uniknąć chodzenia gdzieś bez zapominania w jakim celu się tam udaliśmy... Gdybyśmy tak mogli czytać jakąś informację i wchłonąć ją bez problemu, zamiast pozwalać jej chwilę później wyparować z naszych umysłów...

Istnieje wiele wypróbowanych i sprawdzonych technik pamięciowych, a część z nich została stworzona dekady temu - jak chociażby mnemoniki czy pałace myśli. Jednak w którym kierunku pod tym względem zmierza dzisiejsza nauka? Potrzeba jeszcze wielu badań, aby ludzkość była w stanie używać takich technik w praktyce, ale jakie rady niosą najnowsze odkrycia w tej dziedzinie?

1. Chodź tyłem

Możemy traktować czas i przestrzeń jako dwie odrębne koncepcje, jednak istnieje między nimi o wiele większe połączenie, niż by się mogło wydawać. Zostawiamy coś „za sobą”. „Patrzymy w przyszłość”, nawet jeżeli chodzi tylko o najbliższy weekend. Oczywiście kwestia postrzegania zależy od danej kultury, ale w krajach zachodnich przyszłość traktuje się jako okres rozciągający się przed nami, a przeszłość - za nami.

Naukowcy z Uniwersytetu w Roehampton postanowili zbadać taką zależność w ludzkim umyśle, aby spróbować odkryć sposób na skuteczniejsze zapamiętywanie.

Pokazywali oni uczestnikom badania listę słów, zestaw zdjęć lub ustawione nagranie, które ukazywało skradnięcie torebki pewnej kobiecie. Dodatkowo poinstruowano ich, że mają chodzić 10 metrów przodem lub tyłem po pokoju w rytm narzucany przez taktomierz. Kiedy testowano później ile byli w stanie zapamiętać z podanego materiału, w każdym przypadku lepsi pod tym względem okazali się ci chodzący tyłem.

Wygląda na to, że chodzenie tyłem w rzeczywistej przestrzeni ułatwiało im umysłom cofanie się w czasie, tak więc ludzie ci byli w stanie łatwiej dotrzeć do zakamarków pamięci.

Trik ten działał nawet wówczas, gdy jedynie wyobrażali sobie chodzenie tyłem, a nie robili tego w rzeczywistości. Rezultaty tego badania z 2018 roku pokrywają się z intrygującym przedsięwzięciem tego rodzaju przeprowadzonym w 2006 roku na szczurach. Kiedy gryzonie próbowały odnaleźć drogę wyjścia z labiryntu, ich neurony powodowały wystrzeliwanie sygnałów przez komórki miejsca w nowo poznanych lokacjach. Naukowcy odkryli, że kiedy szczury przystawały na chwilę w labiryncie, neurony powiązane z daną lokacją poznaną wcześniej powodowały takież wystrzały w odwrotnej kolejności. Tak więc chodzenie tyłem „w głowach” pomagało im zapamiętać poprawną ścieżkę.

Dzisiaj najnowsze badania dowodzą, że kiedy ludzie zapamiętują wydarzenie z przeszłości, odtwarzają je w umyśle w odwrotnej kolejności. Kiedy po raz pierwszy widzimy jakiś obiekt, w pierwszej kolejności zwracamy uwagę na wzory i kolory, a później próbujemy określić co to jest. Natomiast gdy chcemy przypomnieć sobie taki obiekt, to jest na odwrót: najpierw przypominamy sobie obiekt, a dopiero potem, przy odrobinie szczęścia, przywołujemy jego szczegóły.  

2. Rysuj  

Co powiecie na rysowanie listy zakupów, a nie jej spisywanie? W 2018 roku mieszana grupa młodszych i starszych ludzi otrzymała listę słów do zapamiętania. Połowę z nich poproszono o stworzenie rysunków każdego ze słów, a pozostałych o spisanie ich przed próbą zapamiętania. Później przeprowadzono stosowne testy, które ukazywały jak wiele udało się im rzeczywiście zapamiętać. Choć niektóre wyrazy były dość problematyczne do narysowania (np. „izotop”), to i tak w ogólnym rozrachunku rysowanie pomogło tak starszym jak i młodszym osobom lepiej przywołać podsunięte im słowa. Szkicowanie robiło różnicę nawet w przypadku osób cierpiących na demencję.

Kiedy coś rysujemy, jesteśmy zmuszeni analizować to bardziej szczegółowo i to właśnie dlatego zwiększają się szanse na zapamiętanie danego konceptu. Spisywanie listy też jest pomocne - dlatego też jeżeli zapomnimy wziąć listę zakupów z domu, to i tak jesteśmy w stanie przypomnieć sobie więcej produktów w sklepie niż w sytuacji, w której nie stworzyliśmy takiej rozpiski w ogóle. Z kolei tworzenie rysunku to „pójście o krok dalej”.  

Co ciekawe - jeżeli ktoś tworzy naprawdę imponujące rysunki i pomyśli, że taka technika zadziała u niego jeszcze lepiej, to może się rozczarować. Jakość rysunku nie ma bowiem żadnego znaczenia.  

3. Pomogą ćwiczenia fizyczne, ale tylko w odpowiednich ramach czasowych

Od dłuższego czasu wiadomo, że ćwiczenia fizyczne (jak choćby bieganie) korzystnie wpływa na naszą pamięć. Regularne ćwiczenia sukcesywnie usprawniają pamięć, ale przy nauce konkretnego materiału nawet jednorazowy trening może pomóc, przynajmniej w krótkim okresie

Jednak badania sugerują, że jeśli odznaczymy się odpowiednim wyczuciem czasu, możemy poprawić naszą pamięć jeszcze bardziej. Osoby, które wykonały 35-minutowy trening interwałowy cztery godziny po uczeniu się zestawu zdjęć połączonych z opisem danej lokacji, były w stanie lepiej zapamiętać takie połączenia niż ci, którzy odbyli taki sam trening tuż po nauce.

W przyszłości naukowcy z pewnością będą pracować nad określeniem odstępu czasu, w którym ćwiczenia fizyczne będą najbardziej pomocne - kluczowym może też być rodzaj materiału, który chcemy zapamiętać.

4. Nic nie rób

Kiedy ludzie cierpiący na amnezję będącą efektem wylewu otrzymali listę 15 wyrazów do zapamiętania, a później otrzymywali kolejne zadanie - to po upływie 10 minut byli w stanie odtworzyć z pamięci średnio zaledwie 14% podanych słów. Kiedy jednak po otrzymaniu listy odesłano ich do zaciemnionego pokoju i kazano „nic nie robić”, to po 15 minutach potrafili przypomnieć sobie średnio aż 49% wyrazów.  

Podobna technika była później wykorzystywana w rozmaitych badaniach przez Michaelę Dewar z Uniwersytetu Herriot-Watt. Odkryła ona, że w przypadku zdrowych ludzi krótka przerwa tuż po nauce przynosiła korzystne efekty nawet tydzień później. Część czytelników może pomyśleć, że być może uczestnicy eksperymentu spędzali te 10 minut w zaciemnionym pomieszczeniu na ciągłym powtarzaniu słówek. Jednak żeby tego uniknąć, Dewar korzystała z wyrazów z języków obcych, które ciężko było uczestnikom wymówić.

Badanie te pokazują, jak niepewne są nowe zapiski w pamięci - na tyle niepewne, że nawet krótka przerwa może zadecydować o tym, zapiski te będą nam towarzyszyć w pamięci na dłużej.

5. Zdrzemnij się

Jeśli chodzenie tyłem, rysowanie, ćwiczenia fizyczne albo nawet krótka przerwa stanowią zbyt duże wyzwanie - to może chociaż drzemka? Sen pomaga nam skonsolidować naszą pamięć poprzez ponowne odtwarzanie informacji, które właśnie poznaliśmy - a przecież nie musi się on odbywać tylko w nocy. Naukowcy z Niemiec dowiedli, że kiedy poda się ludziom kilka słów do zapamiętania, potrafią je oni przywołać z pamięci lepiej po drzemce (trwającej nie dłużej niż 90 minut) niż po obejrzeniu jakiegoś filmu.

Jednak najnowsze badania sugerują, że technika ta najlepiej funkcjonuje w przypadku osób, które są przyzwyczajone do codziennych popołudniowych drzemek. Zainspirowało to Elizabeth McDevitt i jej zespół z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside do próby określenia, czy możliwym jest „wytrenowanie” u ludzi ucinania drzemki. Tak więc przez cztery tygodnie ci „niedrzemiący” usiłowali ucinać krótkie drzemki za dnia, kiedy tylko było to możliwe.

Niestety w ich przypadku takie rozwiązanie nie wzmocniło im pamięci. Stosownym więc może być dłuższy trening - a może są to po prostu ludzie, u których skuteczniejsze będzie chodzenie tyłem, rysowanie, bieganie lub po prostu „nicnierobienie”?

Źródło: BBC Future

piątek, 12 kwiecień 2019 13:47

Czy picie mleka wzmacnia kości?

Napisane przez

Przez wieki mówiono nam, że picie mleka czyni nasze kości silnymi. Czy jednak istnieją naukowe dowody na potwierdzenie tej tezy?

Iluż z nas usłyszało w dzieciństwie teorię, w myśl której mleko miałoby nam pomagać w budowaniu silnych kości?

Pomysł ten wydaje się być całkiem sensowny. Mleko zawiera wapń. Ten zaś jest znany z tego, że wzmacnia strukturę mineralną kości.

Jednak próba zademonstrowania bezpośredniego połączenia pomiędzy spożywaniem mleka a posiadaniem silnych kości może być trudniejsza niż się wydaje. Perfekcyjne badanie wymagałoby zorganizowania dwóch grup eksperymentalnych i poproszenie członków jednej z nich do picia dużej ilości mleka codziennie przez kilkanaście lat - w tym czasie przedstawiciele drugiej grupy spożywaliby jakiś substytut tego napoju. Oczywiście taki eksperyment byłby nadzwyczaj trudny do zorganizowania.  

Można natomiast zapytać kilka tysięcy ludzi o to, jak wiele mleka wypili przez ostatnie lata, a później obserwować ich pod tym względem przez kolejną dekadę by przekonać się, czy osoby regularnie spożywające mleko cierpią na mniej złamań kości w późniejszym życiu.

Tak właśnie było w przypadku badania opublikowanego w 1997 roku przez Uniwersytet Harvarda. Obserwowano aż 77 tys. pielęgniarek przez okres dziesięciu lat.  Naukowcy nie zauważyli znaczących różnic w liczbie złamań rąk lub szyjki kości udowej pomiędzy kobietami, które spożywały jedną szklankę mleka tygodniowo (lub mniej) a tymi, które piły w tym samym czasie dwie szklanki (lub więcej).

Kiedy zespół naukowców zainicjował podobne badanie wśród 330 tys. mężczyzn, po raz kolejny wykazano brak większego stosunku ilości spożywanego mleka do odnotowanych złamań kości. 

Od czasu do czasu organizowano również losowe kontrole diet, w których sprawdzano czy dane osoby dobrowolnie uzupełniają je wapniem - także poprzez picie mleka. W 2015 roku zespół z Nowej Zelandii zrecenzował i ponownie przeanalizował 15 badań tego rodzaju. Badacze odkryli, że przez dwa lata następowało faktyczne wzmocnienie struktury mineralnej kości, ale po tym czasie uległo ono zahamowaniu.  

Alternatywą może być stosowanie suplementów diety zawierających wapń. Biorąc pod uwagę powszechny strach przed długoterminowymi skutkami ubocznymi takiego rozwiązania, ten sam zespół zebrał dane z 51 losowych badań by rozstrzygnąć czy gra jest warta świeczki. Ponownie okazało się, że wzmocnienie kości ustawało po roku lub dwóch, a także że tego typu suplementy mogą jedynie spowolnić (a nie zatrzymać) spadek gęstości kości w podeszłym wieku. Naukowcy skwitowali, że oznacza to jedynie niewielką obniżkę pod względem liczby złamań.  

Kolejne państwa, które przeanalizowały te same dane, doszły do znacznie zróżnicowanych konkluzji związanych z rekomendowanymi dziennymi ilościami spożycia wapnia. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych rekomendowana dawka jest niemal dwukrotnie wyższa od tej polecanej w Wielkiej Brytanii czy Indiach. Tamtejsi eksperci zalecają bowiem spożywać ok. 227 ml mleka dziennie.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej - w 2014 roku szwedzcy naukowcy opublikowali badania, w których wykazali, że picie więcej niż trzech szklanek mleka dziennie (tak więc większej ilości niż przeciętni ludzie) nie pomaga naszym kościom, a może nam wręcz zaszkodzić.

Badacze z Uniwersytetu w Uppsali i Instytutu Karolinska poprosili uczestników eksperymentu o wypełnienie ankiet dotyczących ilości spożywanego przez nich mleka w latach 1987 i 1997. Natomiast w 2010 roku zbadano wskaźnik śmiertelności. Ludzie nie ukrywali zdziwienia gdy usłyszeli, że picie jednej szklanki mleka dziennie może się wiązać z większą liczbą złamań kości, a nawet z przedwczesną śmiercią.  

Nie odrzucajcie jednak radykalnie mleka ze swojej diety - istnieją pewne haczyki.

Szwedzi wymagali od uczestników eksperymentu oszacowania ilości spożywanego mleka w poprzednich latach, co nie należy do łatwych zadań. Ciężko wskazać jak dużo mleka spożywa się wraz z płatkami, dolewa do herbaty czy używa podczas gotowania.

Badanie odzwierciedla również odwieczny problem mylenia korelacji ze związkiem przyczynowym. Być może kobiety, które cierpiały na osteoporozę celowo piły więcej mleka w nadziei na wzmocnienie swoich kości. Badanie nie wykazało jednoznacznie czy picie mleka rzeczywiście przyczynia się do złamań. A żeby nie ułatwiać sprawy, Szwedzi odkryli również, iż spożywanie sera żółtego i jogurtów wiąże się z niższym wskaźnikiem złamań.

Naukowcy sami podkreślili, że ich praca powinna być przeprowadzona ponownie przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Inni zaś twierdzą, że opinia publiczna powinna być ostrożna co do zmieniania diety z uwagi na te badania.  

Tak więc na dzień dzisiejszy nie wiemy na ten temat nic więcej - aktualnie dowody wskazują na to, że jeśli lubimy pić mleko, to nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań. Prawdopodobnie niesie ono korzyści zdrowotne dla kości, jednak na nieco krótszy okres niż by się wydawało.

Warto też wzmacniać kości poprzez inne metody, takie jak regularne ćwiczenia i dostarczanie organizmowi witaminy D - pochodzącej ze Słońca lub, w okresie zimowym, ze specjalnych suplementów.

Źródło: BBC Future

Jeden z trzech żołnierzy uhonorowanych Medalem za wyjątkowe zasługi (DCM) dwukrotnie za dwa różne konflikty zbrojne. Pierwsze z tych odznaczeń uzyskał za odbicie holenderskiego miasta Zwolle spod okupacji niemieckiej armii - co ważne, dokonał tego w pojedynkę. Drugi CDM otrzymał natomiast za odbicie strategicznego wzgórza w czasie wojny koreańskiej w 1951 roku. O kim mowa?

Léo Major przyszedł na świat 23 stycznia 1921 roku w amerykańskim New Bedford jako syn pary pochodzącej z francuskojęzycznej części Kanady. Wraz z rodziną przeprowadził się do Montrealu jeszcze przed swoimi pierwszymi urodzinami. Z uwagi na kiepskie relacje z ojcem, Major zamieszkał wraz z ciotką w wieku 14 lat. Taki obrót spraw połączony z bezrobociem sprawił, że mężczyzna zdecydował się na dołączenie do armii w 1940 roku, a jego nadrzędną motywacją była ponoć chęć udowodnienia swojemu ojcu, że "jest kimś, z kogo można być dumnym".

II Wojna Światowa

Major wraz z kanadyjskimi siłami brał udział w słynnej inwazji w Normandii 6 czerwca 1944 roku. Podczas jednej z misji rozpoznawczych D-Day, Major przechwycił niemiecki wóz opancerzony (Hanomag) w pojedynkę. W pojeździe znajdowały się sekretne kody i sprzęt komunikacyjny Niemców. Kilka dni później, w trakcie swojej pierwszej konfrontacji z patrolem SS, Kanadyjczyk zabił czterech żołnierzy - jednak jeden z nich zdołał odbezpieczyć granat fosforowy. W rezultacie Major stracił oko, ale nie przestawał walczyć. Kontynuował służbę w roli zwiadowcy lub snajpera usilnie utrzymując, że potrzebuje tylko jednego oka do celowania z broni. Jak sam twierdził - "wyglądałem jak pirat".

Kolejnym osiągnięciem Majora było pojmanie 93 niemieckich żołnierzy podczas Bitwy nad Skaldą w południowej części Holandii - także w pojedynkę. W czasie samotnego rekonesansu zauważył dwóch niemieckich żołnierzy spacerujących wzdłuż rowu. Jako, że warunki atmosferyczne nie były wówczas sprzyjające - było zimno i padał deszcz - Major pomyślał sobie: "Jestem zmarznięty i przemoknięty przez was i zapłacicie mi za to". Pojmał jednego z nich i planował wykorzystać go jako przynętę na drugiego. Ten próbował dosięgnąć pistoletu, ale został szybko pozbawiony życia przez Majora. Następnie udał się do ich oficera prowadzącego i zmusił go do kapitulacji. Niemiecki garnizon poddał się po tym, jak Kanadyjczyk zastrzelił trzech kolejnych zbrojnych. W pobliskiej wiosce żołnierze SS, którzy dostrzegli Niemców będących eskortowanych przez Kanadyjczyka, zaczęli do nich strzelać i doprowadzili do śmierci siedmiu z nich, raniąc też kilku innych. Major zignorował ogień nieprzyjaciela i kontynuował eskortowanie jeńców za linię frontu. Następnie rozkazał najbliższej załodze kanadyjskiego czołgu ostrzelać SS, po czym przemaszerował z powrotem do obozu z niemal setką jeńców. Z tego powodu został wybrany do otrzymania wspomnianego DCM - odrzucił jednak tę propozycję, ponieważ uważał generała Montgomery'ego (który miał mu wręczyć odznaczenie) za "niekompetentnego" i niezdolnego do rozdawania medali innym.

W lutym 1945 roku Major pomagał kapelanom w wyciąganiu zwłok ze zniszczonego Tygrysa. Po skończonej pracy, kapelan i kierowca zajęli miejsca z przodu pojazdu, a Major wskoczył na jego tył. Chwilę później trójka najechała na minę. Major oznajmił, że pamięta głośny wybuch, po którym został wyrzucony w powietrze i wylądował boleśnie na plecach. Mężczyzna stracił przytomność i kiedy się ocknął, był badany przez dwóch medyków. Pierwsze, o co zapytał, to czy nic się nie stało kapelanowi. Ci nie odpowiedzieli, a po chwili przenieśli go do ciężarówki, która miała go przetransportować do szpitala oddalonego o 48 kilometrów - zatrzymując się co 15 minut na podawanie morfiny, która miała uśmierzyć ból pleców. W szpitalu lekarz poinformował go o trzech złamaniach, czterech połamanych żebrach i dwóch złamanych kostkach. Dodali, że jego udział w wojnie właśnie się skończył.

Tydzień później Major... zbiegł. Udało mu się załapać do jadącego nieopodal jeepa, który następnie przetransportował go do Nijmegen, gdzie nieco wcześniej mężczyzna poznał pewną rodzinę. Zatrzymał się u nich na blisko miesiąc, po czym powrócił do swojej jednostki w marcu 1945 roku. W normalnych okolicznościach byłby uznany za dezertera - nie wiadomo jednak, jak udało mu się uniknąć kary.

Pierwszy medal za wyjątkowe zasługi (DMC)

Na początku kwietnia tzw. "Régiment de la Chaudière" zbliżał się do miasta Zwolle, w którym nadal panowali Niemcy. Jeden z oficerów poprosił o dwóch ochotników do misji zwiadowczej. Zgłosiło się dwóch żołnierzy - szeregowy Major oraz jego przyjaciel, kapral Willie Arseneault. Aby pozostawić miasto w stanie nienaruszonym, dwójka postanowiła spróbować odbić Zwolle na własną rękę, choć ich zadaniem było jedynie oszacowanie liczby znajdujących się tam niemieckiego żołnierzy i próba skontaktowania się z holenderskim oporem.

Około północy Arseneault został zastrzelony po tym, jak dwójka przypadkowo zdradziła ich położenie. Major zabił w odwecie dwóch żołnierzy, jednak reszta uciekła w pojeździe. Mężczyzna postanowił kontynuować swoją misję samemu. Dotarł do Zwolle i natknął się na samochód - zaatakował go i pojmał kierowcę, po czym przyprowadził go do baru, gdzie uzbrojony oficer raczył się drinkiem. Po rozbrojeniu go Major zorientował się, że zarówno oficer jak i kierowca potrafią mówić po francusku - poinformował ich zatem, że o godzinie 6:00 kanadyjska artyleria rozpocznie ostrzał na miasto, co doprowadzi do śmierci wielu żołnierzy i cywilów. Oficer zdawał się rozumieć sytuację, więc Major postanowił zaryzykować i puścić go wolno, licząc na to, że ten przekaże informację swoim kolegom. Na znak dobrych intencji oddał nawet pistolet z powrotem do rąk oficera. Chwilę później Major rozpoczął szaleńczy bieg przez ulice miasta, strzelając na ślepo serie z karabinu i rzucając granatami - w ten sposób chciał zmylić przeciwnika, aby ten pomyślał, że faktycznie zaczęła się zapowiadana próba odbicia miasta. W międzyczasie Major nie przestawał atakować i porywać kolejnych Niemców. W trakcie nocy udało mu się pojmać około 10 razy grupy 8-10 Niemców, eskortując ich poza miasto, gdzie przechwytywali ich siły kanadyjskie. Po przetransportowaniu jeńców powrócił on do swojej misji w mieście. Czterokrotnie wchodził do domów cywilów w celu odpoczynku. Ostatecznie odnalazł on siedzibę Gestapo i podpalił ją. Następnie wparował do siedziby SS i odbył morderczą walkę z ośmioma oficerami - czterech zabił, reszta uciekła. Major odkrył, że dwóch spośród dopiero co zabitych oficerów było przebranych jako członkowie ruchu oporu, co wskazywało, że Niemcy infiltrowali go od jakiegoś czasu.

W okolicach godziny 4:30 wycieńczony Major zorientował się, że Niemcy zbiegli. Zwolle zostało oswobodzone i odezwał się ruch oporu. Spacerując ulicami miasta, mężczyzna spotkał czterech członków ruchu i poinformował ich o sytuacji. Chwilę później Major dowiedział się, że pozostałe siły nieprzyjaciela uciekły na zachód od rzeki Issel co oznaczało, że Régiment de la Chaudière mógł wejść do miasta bez żadnych przeszkód. Mężczyzna postanowił wrócić po zwłoki swojego przyjaciela i przeniósł je na farmę Van Gerner, skąd wezwane posiłki mogły go przetransportować z pola bitwy. O godzinie 9:00 Major był już z powrotem w obozie. Za swoje czyny został uhonorowany swoim pierwszym medalem za wyjątkowe zasługi.

Drugi medal

Kiedy wybuchła wojna koreańska, kanadyjski rząd zdecydował się uformować siły zbrojne, które dołączą do armii Stanów Zjednoczonych przeciwko inwazji komunistów. Major został wdrożony do plutonu zwiadowców i snajperów z 25. Kanadyjskiej Brygady Piechoty (1. Dywizja Brytyjskiej Wspólnoty Narodów). Major brał udział w Bitwie o Maryang San, za co otrzymał dodatkową blaszkę do swojego medalu DMC za odbicie i obronę kluczowego wzgórza w listopadzie 1951 roku.

Wzgórze 355, nazywane "Małym Gibraltarem", było punktem strategicznym z uwagi na swoje położenie, tak więc Komuniści chcieli za wszelką cenę go przejąć zanim zakończą się rozmowy pokojowe. Wzgórze znajdowało się pod kontrolą 3. Amerykańskiej Dywizji Piechoty, która łączyła się z 22. Kanadyjskim Królewskim Pułkiem w zachodniej flance Amerykanów. 22 października 64. Armia Chin (ok. 40 tys. żołnierzy) rozpoczęła atak - po dwóch dniach walk Amerykanie byli zmuszeni do wycofania się ze wzgórza przez 190. i 191. Chińską Dywizję. 3. Amerykańska Dywizja Piechoty próbowała odbić ten punkt, jednak bezskutecznie, a Chińczycy przeszli też do pobliskiego Wzgórza 227, praktycznie otaczając przy tym kanadyjskie siły.

W odpowiedzi powołano elitarną drużynę zwiadowców i snajperów pod wodzą Léo Majora. 18 uzbrojonych w karabiny Sten żołnierzy po cichu przedostało się pod Wzgórze 355. Na znak Majora mężczyźni otworzyli ogień, a Chińczycy wpadli w panikę - nie mogąc zrozumieć, dlaczego strzały dochodzą ze środka, zamiast z zewnątrz. 45 minut po północy ekipa Majora ponownie odzyskała wzgórze. Jednakże godzinę później Chińczycy (ok. 14 tys. żołnierzy) zaatakowali ponownie. Major otrzymał rozkaz wycofania się, ale odmówił i znalazł niewielką osłonę dla swoich ludzi. Przez całą noc bronił się przed nieprzyjacielem, choć jego siły znajdowały się w pewnym momencie tak blisko, że pociski moździerzowe ludzi Majora spadały niemalże na nich samych. Osoba odpowiedzialna wówczas za pluton moździerzowy, kapitan Charly Forbes, określił Majora mianem "śmiałego człowieka, który nie był zadowolony z zakresu ognia i kazał go przybliżyć - w efekcie ogień spadł tak blisko, że słyszałem wybuchy, kiedy rozmawiałem z nim przez radio".

Śmierć i spuścizna

Major zmarł w Longueuil 12 października 2008 roku i został pochowany na kanadyjskich Narodowych Polach Honoru (cmentarz dla kanadyjskich weteranów wojennych i ich rodzin) w Quebec. Zostawił tym samym żonę (z którą trwał w małżeństwie przez 57 lat), czwórkę dzieci i pięć wnucząt. W Montrealu wyprodukowano film dokumentalny pt. "Léo Major, le fantôme borgne" opisujący jego życie i dokonania.

Źródło: Wikipedia

wtorek, 09 kwiecień 2019 06:44

Geniusz pianina z przypadku

Napisane przez

Pewien mężczyzna z Denver w stanie Kolorado z dnia na dzień stał się geniuszem pianina po tym jak uderzył głową w dno basenu.

W 2006 roku wówczas 40-letni Derek Amato zanurkował w płytkiej części basenu i uderzył głową o jego dno - wynika z informacji podanych przez "Today Show". Doznał on przy tym poważnego wstrząsu mózgu i chwilowo stracił słuch oraz pamięć.

Kilka dni później usiadł przed pianinem po raz pierwszy w życiu i do drugiej w nocy tworzył swoją autorską kompozycję.

- Kiedy zamknąłem oczy, ujrzałem w myślach te białe i czarne struktury poruszające się od lewej do prawej strony, co w rzeczywistości odzwierciedlało w umyśle nieprzerwany strumień nut - skomentował Amato na łamach blogu "Wisconsin Medical Society".

We wspomnianym wpisie na blogu mężczyzna opisuje również granie dla swojej matki:

"Znaleźliśmy pierwsze lepsze pianino i poprosiłem ją, aby usiadła obok mnie. Pamiętam, że zapytałem ją czy jest gotowa. Zamknąłem oczy w nadziei, że ponownie ujrzę te biało-czarne struktury poruszające się od lewej do prawej. Zacząłem grać tak, jakbym próbował odnaleźć jakiś nieodkryty skarb, który do tej pory był ukryty w mojej głowie. Mama siedziała i płakała, po czym zapytała mnie: "Co ty robisz?". Odpowiedziałem prosto: "Najwyraźniej Bóg zdecydował się podarować mi prezent na urodziny nieco wcześniej w tym roku, mamo"."

Amato jest jednym z zaledwie 30 znanych przypadków nabytego zespołu sawanta. Mężczyzna nie przestaje komponować kolejnych dzieł.

Źródło: Business Insider

poniedziałek, 08 kwiecień 2019 09:26

Punisher z Brazylii

Napisane przez

Motyw seryjnego mordercy, który na swoje ofiary wybiera wyłącznie kryminalistów, pojawia się w sztuce bardzo często. Szczególnie intrygujące są jednak przypadki tego rodzaju z prawdziwego życia - a nadzwyczaj zatrważający przykład stanowi pewien żądny krwi Brazylijczyk.

Pedro Rodrigues Filho, bo o nim mowa, przyszedł na świat 17 lipca 1954 roku w Santa Rita do Sapucaí. Mężczyzna dorobił się przydomku "Pedrinho Matador" (Piotruś-Zabójca) i wsławił się pościgami i mordowaniem innych kryminalistów, wyładowując swoje mordercze instynkty na złoczyńcach. Po raz pierwszy zabił w wieku 14 lat, a dzisiaj ma na swoim koncie ok. 100 zabójstw - wliczając w to 47 osób, które zostały jego ofiarami w więzieniu w czasie jego odsiadki. Filho obiecał, że to nie koniec jego aktywności w tym zakresie i zapowiedział m.in. atak na innego seryjnego mordercę - Francisco de Assisa Pereirę, który został aresztowany w 1998 roku za gwałt i zabójstwo 11 kobiet. Pedrinho nie odpowiedział jeszcze za wszystkie swoje przestępstwa, ale został skazany na ponad 400 lat pozbawienia wolności, co stanowi rekordowo wysoki wyrok w Brazylii.

Życiorys

Filho urodził się na farmie w Santa Rita do Sapucaí, w południowej części stanu Minas Gerais. Niemowlę miało uszkodzoną czaszkę, co było spowodowane tym, że jego ojciec zwykł kopać matkę po brzuchu w trakcie kłótni. Jak twierdzi sam Pedrinho, po raz pierwszy zapragnął pozbawić kogoś życia mając 13 lat, a miało to miejsce podczas dysputy ze starszym kuzynem, którego niemal nie wepchnął do maszyny stosowanej w przemyśle cukru trzcinowego, co mogło doprowadzić do śmierci chłopca.

W wieku 14 lat zabił zastępcę burmistrza Santa Rita do Sapucaí, oddając do niego strzał z broni palnej przed ratuszem - co stanowiło zemstę za zwolnienie jego ojca ze stanowiska szkolnego ochroniarza, po tym jak oskarżono go o kradzież szkolnych obiadów. Następnie jego ofiarą padł inny wartownik, którego podejrzewano o bycie odpowiedzialnym za owe kradzieże. Filho zbiegł do Mogi das Cruzes, gdzie zaczął plądrować laboratoria narkotykowe i mordować przemytników. Następnie poznał wdowę po liderze handlarzy narkotykami, o przydomku Botinha, a po jakimś czasie para zamieszkała wspólnie. Mężczyzna przejął obowiązki swoich niedawnych ofiar, by następnie być "zmuszonym" do wyeliminowania konkurencji - tak więc pozbawił życia trzech "kumpli z branży". Jego pobyt w tej miejscowości zakończył się wraz z zamordowaniem Botinhy przez policję - po tym zdarzeniu Pedrinho musiał uciekać. Zmobilizował swoich żołnierzy i założył własny biznes.

Pragnąc zemsty na tych, którzy doprowadzili do śmierci jego towarzyszki, rozpoczął ciąg tortur i zabójstw kolejnych osób. Jeden z jego klientów (i były współpracownik) został odwiedzony przez Filho i jego czterech przyjaciół podczas własnego wesela. Wizyta ta zakończyła się siedmioma trupami i szesnastoma rannymi. W tamtym czasie Pedrinho był jeszcze niepełnoletni.

Przebywając jeszcze w Mogi, samozwańczy mściciel zabił swojego ojca w lokalnym areszcie, po tym jak ten zamordował jego matkę 21 ciosami maczetą. Zemsta syna była okrutna - poza zadaniem 22 ran ciętych, wyrwał on również serce swojego ojca, ugryzł kawałek i wypluł. Taki przebieg zdarzeń relacjonował sam Filho w rozmowie z dziennikarzem Marcelo Rezende.

Pedrinho został aresztowany po raz pierwszy 24 maja 1973 roku i przeżył za kratkami większość swojego dorosłego życia. Jak wynika z policyjnych akt, pewnego dnia mężczyzna był przewożony w specjalnym samochodzie wraz z innym więźniem i obaj panowie byli skuci kajdankami - kiedy funkcjonariusze otworzyli na miejscu tylne drzwi pojazdu, drugi więzień już nie żył. Pedrinho przyznał się do zamordowania go argumentując to tym, że nieboszczyk był gwałcicielem. W 2003 roku władze musiały wypuścić go na wolność, bez względu na fakt, że był on skazany na 126 lat pozbawienia wolności - prawo w Brazylii zabrania trzymania kogokolwiek za kratkami przez więcej niż 30 lat. Z uwagi na przestępstwa popełnione w więzieniu, jego kara została jednak wydłużona do prawie 400 lat, tak więc jego pobyt w zakładzie karnym przedłużono do 2017 roku. Pedrinho mógł kontynuować swój związek z dziewczyną - byłą skazaną, której imienia mężczyzna nie chciał wyjawić, a którą poznał dzięki wymianie listów podczas pobytu w więzieniu. Po odbyciu 12 lat odsiadki za kradzież, kobieta została wypuszczona na wolność i odwiedzała Pedrinho w więzieniu Taubaté.

Zdaniem innych współwięźniów, Pedrinho posiadał niesamowity zmysł do przetrwania za kratkami. Zabijał i ranił dziesiątki innych kryminalistów, aby przetrwać za kratkami. Pewnego razu został zaatakowany przez pięciu skazańców - zabił trzech z nich, po czym wściekle gonił pozostałą dwójkę. Pedrinho zabił także kolegę z celi, ponieważ ten "chrapał za często" i kolejnego, gdyż "nie podobała mu się jego twarz". Żeby potwierdzić swój zapał do zabijania, wytatuował sobie na lewym ramieniu napis "Zabijam dla przyjemności", który zakrył później innymi tatuażami.

Według psychiatrów, Filho należy opisywać mianem psychopaty - kogoś, kto nie okazuje skruchy i litości dla innych. Jednakże psychopaci nie okazują przywiązania, a Pedrinho najprawdopodobniej jawił coś na podobnych zasadach względem swojej matki i byłej dziewczyny. Taki stan rzeczy klasyfikuje go bardziej jako socjopatę, który był żądny zemsty za ich śmierć. Psychiatrzy badający jego przypadek w 1982 roku wykazali w raporcie, że jego największą motywacją do działania była "brutalna afirmacja samego siebie". Zdiagnozowali go przy tym jako osobę "paranoiczną i antyspołeczną".

Po odbyciu 34 lat odsiadki, mężczyznę wypuszczono na wolność 24 kwietnia 2007 roku. Służby specjalne informowały, że przeprowadził się on do północno-wschodniej części kraju - do Fortalezy w stanie Ceará. 15 września 2011 roku lokalne media doniosły, że Pedrinho został aresztowany w swoim domu na wsi, gdzie pracował jako dozorca w Balneário Camboriú na wybrzeżu Santa Catarina. Zdaniem RBS News, wstępnie groziło mu osiem lat prac społecznych za m.in. rozboje, których dokonał w Sao Paulo. Dzisiaj Pedrinho przebywa na wolności po spędzeniu wielu lat w więzieniu. Utrzymuje, że żałuje swoich złych czynów i nawrócił się na chrześcijaństwo. Mężczyzna miał pracować nad swoją autobiografią i prowadził też własny kanał YouTube z poradami dla młodych ludzi. Rzekomo prowadzi zupełnie inne życie, starając się zniechęcić młodzież do przestępczości.

Od Północy do Południa

Pedrinho został ponownie zatrzymany 14 września 2011 roku w turystycznym miasteczku Balneário Camboriú na północnym wybrzeżu Santa Catariny. Aresztowano go około godziny 11 w jego domu. Funkcjonariusz, który zlokalizował go "po cywilu", oznajmił później: - Otrzymałem anonimowy donos o tym, że Pedrinho Matador przebywał w ukryciu w Camboriú. Informacja ta dotarła do lokalnej policji, gdzie zweryfikowano te pogłoski. Udało nam się je potwierdzić i zatrzymaliśmy go.

Mężczyzna odsiedział swój wyrok za dokonane zabójstwa (z czego ponad połowa to morderstwa dokonane w więzieniu), ale został ponownie skazany w sierpniu 2018 roku za udział w sześciu rozbojach.

Z uwagi na swoje czyny został on jednym z bohaterów książki pt. "Serial Killers - Made in Brazil" autorstwa Ilany Casoy. Publikacja ta zawiera opowieści o mordercach takich jak Marcelo Costa de Andrade czy Francisco da Costa Rocha.

Ostatecznie został on wypuszczony na wolność pod koniec 2018 roku i prowadzi swój własny kanał YouTube z autorskimi vlogami.

Źródło: Wikipedia

Pewien człowiek postanowił zarobić pieniądze na irytujących telefonach od firm marketingowych, używając do tego własnego płatnego numeru.

W listopadzie 2011 roku Lee Beaumont zapłacił 10 funtów plus VAT w celu założenia osobistej linii 0871 - tak aby każde przychodzące połączenie kosztowało jego rozmówcę 10 funtów, z czego do jego rąk trafiałoby 70% tej kwoty.

Mieszkaniec Leeds oświadczył w rozmowie z dziennikarzami BBC Radio 4, że w dwa lata udało mu się zarobić 300 funtów na takim zabiegu.

Firma Phone Pay Plus, która zajmuje się takimi „numerami premium”, zdecydowanie odradza ludziom takie przedsięwzięcia.

Beaumont wpadł na taki plan poprzez rosnącą frustrację spowodowaną kolejnymi telefonami z ofertami reklamującymi ubezpieczenia czy instalacje paneli słonecznych.

Mężczyzna oznajmił: - Nie korzystam z mojego prywatnego numeru, chyba że mówimy o moich przyjaciołach czy rodzinie.

Od kiedy założył swoją linię 0871, za każdym razem podawał tenże numer, kiedy bankierzy czy dostawcy gazu lub prądu pytali go przez Internet o dane kontaktowe.

Beaumont utrzymuje, że był „naprawdę uczciwy”, a firmy rzecz jasna pytały go dlaczego zdecydował się na założenie takiego numeru.

Jego odpowiedź była w takich przypadkach rozbrajająco szczera: - Ponieważ jestem zdenerwowany, kiedy otrzymuję kolejny telefon reklamowy podczas oglądania „Coronation Street” - więc czemu miałbym na tym nie zarobić.

Zdaniem mężczyzny wszystkie firmy, z którymi miał do czynienia, z radością korzystały z tego numeru, a jeśli odmawiały - prosił je o kontakt drogą mailową.

Ostrzeżenie

Liczba połączeń marketingowych wykonywanych do Beaumonta sukcesywnie malała - od 20-30 miesięcznie do 13 w lipcu 2013 roku.

Z uwagi na swój domowy charakter pracy, Beaumont był w stanie powiększać swoje zarobki poprzez przeciąganie rozmów z telemarketerami, wypytując ich o wszelkie szczegóły ich oferty.

Mężczyzna wyjawił, że taki schemat działania zmienił jego podejście: „Od teraz wręcz wyczekiwałem na takie połączenia”. Dodał, że zaczął nawet namawiać firmy do kontaktowania się z nim.

Po pewnych przejściach związanych z zakupami online, Beaumont odmówił wykonania telefonu do linii 0845, ale zamiast tego opublikował swój numer na Twitterze, licząc na to, że trafi na niego jeszcze więcej firm marketingowych.

Tym niemniej firma zajmująca się numerami premium Phone Pay Plus zaznacza, że ludzie powinni dwa razy zastanowić się przed dokonaniem takiego fortelu.

Ich zdaniem firmy opiekujące się takimi numerami muszą działać zgodnie z prawami konsumenta, do których wliczają się: przejrzystość, uczciwość i rozpatrywanie skarg. Oznacza to, że należy jasno przedstawić koszt każdego połączenia firmie, która prosi nas o dane kontaktowe.

W rozmowie z dziennikarzami BBC przedstawiciele firmy oznajmili: „Numery premium nie powstały po to, aby być używane w takim celu. Zdecydowanie odradzamy słuchaczom takie pomysły, ponieważ będą karani za takie praktyki zgodnie z naszym regulaminem”.

Ankieta zorganizowana przez organizację Citizens Advice wykazała, że 2/3 ankietowanych Brytyjczyków otrzymało niepożądane telefony , sms-y, maile lub listy od osób, które reklamowały usługi ubezpieczeniowe.

Ponad połowa zapytanych osób wyznała, że w 2012 roku kontaktowano się z nimi w ten sposób więcej niż 10 razy.

Źródło: BBC

Pewna kobieta przez lata odczuwała dziwny dyskomfort w prawym oku, ale tłumaczyła to sobie tym, że jej organizm przechodzi po prostu pewne zmiany i nie warto się nad tym głowić.

Szczęśliwą, w przypadku 67-latki, okazała się rutynowa operacja zaćmy, kiedy to lekarze odkryli źródło jej niedogodności i usunęli ją w listopadzie 2017 roku. Okazało się, że oko kobiety stało się domem dla twardej, niebieskawej masy złożonej z prawie 30 soczewek kontaktowych sklejonych ze sobą śluzem.

Zlepek, który odkrył zespół medyczny, opisano początkowo jako składający się z 17 soczewek. Dalsze badania wykazały, że w rzeczywistości liczba ta była o 10 większa.

- Wszyscy byliśmy zszokowani, że pacjentka tego nie zauważyła - oznajmiła doktor Rupal Morjaria, oftalmolog z Wielkiej Brytanii i jeden z trzech autorów raportu dotyczącego tego przypadku.

Nie wiadomo jak długo soczewki znajdowały się w oku kobiety, ale udało się ustalić, że przez 35 lat nosiła ona miesięczne soczewki - twierdzą lekarze. Operacja zaćmy została odroczona z powodu zwiększonego ryzyka infekcji, ale nieco później została ostatecznie przeprowadzona bez długotrwałych powikłań.

Dr Morjaria i jej koledzy po fachu spekulowali, że zły wzrok pacjentki i głęboko osadzone oczy mogły przyczynić się do tego, że nie zauważyła ona gromadzącej się masy.

- Stwierdziła, że ​​czuła pewien dyskomfort w oku, "jakby coś tam było w środku”, ale nie uważała, że ​​ma się czym martwić - opisuje okulistka.

- W Wielkiej Brytanii soczewki można uzyskać tylko po konsultacji ze specjalistą, ale można je też łatwo kupić online - dodaje dr Morjaria. - W przypadku tej pacjentki soczewki zostały umieszczone tak wysoko pod powieką, że nie były od razu dostrzegalne.

Zespół postanowił opublikować sprawę, aby szerzyć świadomość na temat bezpiecznego stosowania soczewek kontaktowych. Oczywiście soczewki mogą być skutecznym sposobem korygowania wzroku, ale eksperci podkreślają, że należy ich używać ze szczególną ostrożnością.

- Pacjentka koniec końców miał szczęście, jednak "nadmierne" zakładanie soczewek kontaktowych może powodować komplikacje wzrokowe - oświadczyła dr Morjaria.

W lecie 2016 roku Centrum Kontroli i Prewencji Chorób poinformowało, że około 41 milionów ludzi w Stanach Zjednoczonych nosi soczewki kontaktowe. Tylko niewielki procent cierpi na poważne infekcje oczu związane z tymi urządzeniami optycznymi.

Aby zmniejszyć ryzyko infekcji, eksperci zalecają unikać spania w soczewkach kontaktowych bez omawiania tego z okulistą, nie mieszać starego i nowego roztworu soczewek kontaktowych oraz wymieniać soczewki zgodnie z zaleceniami.

Zlepek 27 soczewek został odkryty przez anestezjologa Richarda Crombie i została usunięta przez doktora Amita Patela, okulistę. Obaj byli autorami raportu wraz z dr Morjarią.

Źródło: The New York Times

Był 6 września 2006 roku - w godzinach popołudniowych 14-letnia Elizabeth Shoaf z Leaning Tree Road w Lugoff w Południowej Karolinie szła do domu po wyjściu ze szkolnego autobusu. Zegarki wskazywały wówczas godzinę 16:30. Podczas przechadzki podszedł do niej mężczyzna w mundurze bojowym. Był to Vinson Filyaw, bezrobotny przestępca seksualny, którego policja usiłowała odnaleźć przez kilka miesięcy po tym, jak zmolestował on pewnego 12-latka. Filyaw zyskał zaufanie Elizabeth, twierdząc, że jest policjantem.

Po założeniu kajdanek na nastolatkę, Filyaw zaprowadził Elizabeth w głąb lasu na około godzinę, tak aby ją zdezorientować. W końcu przyprowadził ją do podziemnego bunkra, który wykopał w ziemi obok swojej przyczepy. Schronienie to miało nieco ponad metr szerokości i 6 metrów długości.

W środku znajdował się ręcznie wykopany wychodek, prowizoryczne łóżko i półki wykonane z gałęzi. Były tam też dwa granaty domowej roboty i pistolet flarowy. Bunkier znajdował się około 1,5 kilometra od domu Elizabeth.

Będąc już pod ziemią, Filyaw rozebrał przerażoną dziewczynę, związał ją łańcuchami, a następnie zgwałcił. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez 10 dni. Mężczyzna gwałcił Elizabeth od dwóch do pięciu razy dziennie. Co więcej, Filyaw umieścił ładunki wybuchowe wokół szyi dziewczyny i ostrzegł ją, że całość wybuchnie, jeśli ta spróbuje uciec. Jak twierdził sam porywacz, w pobliżu znajdował się zbiornik wodny w postaci stawu. Może to oznaczać, że zamierzał on przetrzymywać swoją ofiarę w bunkrze przez kolejne miesiące, jeśli nie lata.

Kiedy Elizabeth nie wróciła do domu ze szkoły, jej rodzice zgłosili jej zaginięcie. Pomimo ich niebezpodstawnych obaw, że stało się coś złego, policja założyła, iż była to tylko młodzieńcza ucieczka z domu. Rodzice utrzymywali, że tego typu rozwiązanie nie byłoby w jej stylu. Mimo to policja odmówiła uruchomienia tzw. "Amber Alert" (system alarmowy, który służy do udostępniania fotografii zaginionych dzieci poprzez rozpowszechnianie komunikatów środkami masowego przekazu) i sklasyfikowała ją jako uciekinierkę.

W przeciągu następnych 10 dni, Elizabeth pracowała nad zdobyciem zaufania jej porywacza. Próbowała dotrzeć do niego mówiąc o rzeczach, które go interesowały i ujawniając, że interesują ją one w tym samym stopniu. Próbowała sprawić, by mężczyzna uwierzył, że nastolatka cieszy się z takiej sytuacji i jego towarzystwa. W końcu zaczął pozwalać Elizabeth wychodzić na świeże powietrze. Dziewczyna sprytnie zostawiała kosmyki włosów na ziemi, mając nadzieję, że ktoś je znajdzie i "połączy kropki".

Dziesiątego dnia Elizabeth zapytała Filyawa, czy może użyć jego telefonu do grania w gry. Kiedy mężczyzna zasnął, Elżbieta wysłała do swojej rodziny liczne wiadomości. Jej matka otrzymała wiadomość tekstową od córki, w której ta poinformowała ją, że przebywa w dziurze w ziemi i że słyszy ciężarówki jadące obok. Policja była w stanie wyśledzić numer telefonu do wieży telefonicznej w pobliżu podziemnego bunkra.

Gdy policja była już na jego tropie, Filyaw dowiedział się o całej sprawie po obejrzeniu wiadomości na telewizorze z zasilaniem bateryjnym. Początkowo był wściekły na Elizabeth: „Bałam się, że umrę. Był wściekły" - wyjawiła. Gniew szybko przerodził się w strach. Co jeśli policja go znajdzie? Zapytana o radę, Elizabeth zasugerowała, żeby uciekł i był oddalony od funkcjonariuszy, którzy szybko zbliżali się do celu. Porywacz posłuchał tej rady i porzucił Elizabeth w bunkrze.

Wkrótce po jego odejściu Elizabeth nieustannie krzyczała o pomoc z bunkra, mając nadzieję, że ktoś ją usłyszy. Grupa poszukiwawcza, która przeszukiwała okolicę, usłyszała jej krzyki i ostatecznie odkopała legowisko okrutnego pedofila.

Od tamtej pory trwało polowanie na Filyawa. Helikopter policyjny krążył wokół bunkra i otaczającego go obszaru leśnego. Podczas przeszukiwania odkryto trzy inne bunkry, wszystkie wykopane przez Filyawa. Był on zwolennikiem survivalu, który znał każdy zakamarek okolicznego lasu.

Później okazało się, że Filyaw posiadał system tuneli pod swoim domem, prowadzący do kilku podziemnych bunkrów.

W końcu wytropiono go po tym, jak pewna kobieta zadzwoniła na policję, by powiedzieć, że Filyaw próbował ją porwać przed pizzerią 17 września około 2 w nocy. Policja zatrzymała go podążającego drogą międzystanową 20 około 8 kilometrów od jego domu - był uzbrojony w pistolet na śrut, paralizator i długi nóż myśliwski.

Determinacja Elizabeth by przeżyć była nadzwyczaj imponująca. „Patrzę na nią cały czas i zastanawiam się, przez co przeszła i jak tego dokonała” - powiedział później jej ojciec w rozmowie z  "Today". Elizabeth ukończyła szkołę średnią i politechnikę. Po zostawieniu za sobą traumatycznej przeszłości, pragnie jednej rzeczy - aby jej historia była lekcją dla innych.

Źródło: Morbidology

środa, 27 marzec 2019 11:37

Dlaczego zawsze znajdziemy miejsce na deser?

Napisane przez

"Żołądek deserowy". Wszyscy doświadczyliśmy tego doznania smakowego. Zdarza się to tylko w tym przeklętym momencie, kiedy akurat jemy posiłek. To w zasadzie część ludzkiego funkcjonowania.

Jesz pyszny i sycący obiad, czujesz się pełny po brzegi, ale kiedy pada piękne pytanie „Może jeszcze deser?” , to zawsze kończy się odpowiedzią twierdzącą - ku rozpaczy naszego żołądka.

To prawda - zawsze znajdziemy miejsce na deser, bez względu na to, czy pobudzamy to uczucie samym deserem, czy nie (słowa uznania, jeśli masz wystarczająco silną wolę). Ale dlaczego tak się dzieje?

Według Russella Keasta - profesora nauk sensorycznych i żywnościowych oraz dyrektora Centrum Zaawansowanej Nauki Sensorycznej na Uniwersytecie Deakin - istnieje naukowe potwierdzenie zjawiska zwanego sensorycznym uczuciem sytości lub tzw. „żołądkiem deserowym”.

- Główną przyczyną jest w tym przypadku zjawisko zwane sensorycznym uczuciem sytości. Zasadniczo jest to to czego doświadczamy, kiedy spożywamy jeden posiłek aż do totalnej sytości. Nasze zmysły podpowiadają nam, że nie chcemy już dłużej jeść tego konkretnego pokarmu, innymi słowy - jesteśmy pełni - powiedział Keast w rozmowie z "Huffington Post Australia".

Częściową odpowiedzią jest tak naprawdę nuda zmysłowa - jedzenie, które nas ekscytuje obiecując pyszne przysmaki, staje się teraz nudne. Jesteśmy zaspokojeni, ale w połączeniu tego z faktem, że nasz system wykrywania smaku jest przeładowany smakiem żywności, co pomaga nam w zaprzestaniu dalszego jedzenia.

- Następnie prezentujesz zmysłom deser, nowe doznania smakowe, inny profil w odniesieniu do tego, czym się już znudziliśmy. Może wyglądać i pachnieć dobrze, a (z doświadczenia) wiemy, że słodkie równa się atrakcyjne. Zażegnanie nudy pokarmowej i oczekiwanie ponownie wyzwalają apetyt - stąd mamy do czynienia z deserowym żołądkiem.

Na chłopski rozum kolacja jest nudna w porównaniu z potrawą, którą są: rozmaite lody, ciasta, ciastka, czekolada czy lizaki. A nasze mózgi natychmiastowo to rozpoznają i nawet nadpisują sygnały przyjemności (tj. deseru) kosztem sygnałów sytości (uczucia "pełności").

- Sygnały sytości są przesłonięte przyjemnym oczekiwaniem na nowe jedzenie - oznajmił Keast. - Jeśli prezentujemy zmysłom to samo jedzenie, pragnienie konsumowania więcej tego samego nie ma prawa mieć miejsca.

Keast rzeczywiście zbadał i przetestował to zjawisko, a wyniki są naprawdę fascynujące.

- Aby ocenić sensoryczną sytość, zapewniamy uczestnikom naszych testów 300 ml truskawkowego koktajlu mlecznego (lub inny smak czy inny rodzaj jedzenia) - wyjaśnił Keast.

- Ogłaszamy im, że muszą zjeść całą porcję w dwie minuty. Po wymuszonym spożyciu dostarczamy te same pożywienie do znudzenia (czyli 700 ml truskawkowego koktajlu mlecznego) i prosimy uczestników, aby skonsumowali go tyle ile chcą. Mierzymy skonsumowaną ilość i czas potrzebny do jej spożycia.

- Podczas następnej wizyty uczestników zapewniamy te same 300 ml mlecznego koktajlu o smaku truskawkowym, który zostanie spożyty w ciągu dwóch minut. Jednak potem podajemy im 700 ml shake'a czekoladowego (a więc inny smak) i ponownie prosimy o spożycie takiej ilości, na jaką uczestnicy mają ochotę.

- Różnica między ilością mlecznego koktajlu czekoladowego a spożywanym mlecznym koktajlem truskawkowym jest miarą SSS (z ang. "sensorycznej sytości" - przyp. red.). Nowy smak jest zawsze konsumowany znacznie bardziej niż jeden i ten sam.

- Ważne jest również, aby pamiętać, że jedzenie musi być atrakcyjne dla konsumenta, aby efekt się pojawił. Jeśli najemy się do uczucia sensorycznej sytości i nowe jedzenie nie jest dla nas atrakcyjne, możemy ostatecznie zdecydować się nie spożywać kolejnego posiłku.

Co więcej, nasze żołądki mogą w rzeczywistości przywyknąć do dalszego spożywania po początkowym uczuciu "pełności", co oznacza, że ​​będziemy potrzebować więcej jedzenia, aby czuć się usatysfakcjonowanymi - co nie jest najlepsze dla naszych figur.

- Tak, nasz żołądek i fizjologia mają zdolność adsorbowania składników odżywczych i energii w nadmiarze. Prawdopodobnie był to świetny mechanizm przetrwania - w czasach, gdy posiłki były nad wyraz obfite, można było jeść, a twoje ciało przechowywało to, co mogło” - dodał Keast.

- Pomagało to w czasach głodu. Mechanizm ten nie jest już tak dobry, jeśli żyjemy w czasach, gdy jedzenie jest łatwo dostępne i często przystępne. Żołądek ma również elastyczność w przyjmowaniu pokarmu - słodkie związki pomagają żołądkowi zrelaksować się i przyjąć w nas więcej jedzenia.

Wszyscy wiemy, że jedzenie po osiągnięciu tego początkowego uczucia "pełności" (ekhem, np. jedzenie ogromnego pączka) nie sprawia, że ​​czujemy się dobrze. Stajemy się rozdęci, mamy uczucie dyskomfortu, a czasem nawet mdłości. Dlaczego więc nigdy się nie nauczymy na tych błędach?

- Wydaje się, że powinniśmy! Czujemy się nieswojo, bo za dużo jedliśmy i nasz system na to pozwala - oznajmił Keast.

- Jako, że słodki deser rozluźnia żołądek i doprowadza do nieco większej jego pojemności, to kiedy ten decyduje się na zwężenie, może powodować to nieprzyjemne odczucia. Organizm pracuje na pełnych obrotach, aby rozpocząć proces trawienia i pobierania składników odżywczych, ale wysyła jednocześnie sygnały do mózgu, aby przestać już jeść.

- Ale jak wiemy, połykanie pokarmu i niekomfortowa "pełność" są nieco opóźnione. Dlaczego się nie nauczymy na bazie tych "błędów"? Prawdopodobnie dlatego, że nie jest to choroba zagrażająca życiu, a zaledwie funkcja w tych obfitych czasach. Biologia, na bazie milionów lat ewolucji, zapewnia, że ​​możemy wchłonąć pokarmy, gdy są obfite.

Niech was szlag trafi, smaczne pączki, za bycie tak obfitymi.

Źródło: Huffington Post Australia

40 lat temu nastolatek o imieniu Jadav „Molai” Payeng zaczął sadzić nasiona wzdłuż jałowego odcinka gleby w pobliżu swego miejsca urodzenia w regionie Assam w północnych Indiach, aby stworzyć bezpieczną przystań dla dzikiej przyrody. Niedługo potem postanowił poświęcić swoje życie temu przedsięwzięciu, a więc przeprowadził się na miejsce, aby móc pracować w pełnym wymiarze czasu, tworząc nowy ekosystem leśny. I choć trudno w to uwierzyć, dzisiaj w miejscu tym znajduje się rozległa dżungla o powierzchni 1360 akrów (ok. 550 hektarów), którą Payeng zasadził w pojedynkę.

Reporterzy The Times of India odnaleźli Payenga w jego leśnym zaciszu domowym, aby dowiedzieć się więcej o tym, jak stworzył tak niezatarty ślad na krajobrazie.

Wszystko zaczęło się w 1979 roku, kiedy powodzie wyrzuciły olbrzymią liczbę węży na suchy ląd. Pewnego dnia, po tym, jak wody ustąpiły, Payeng, wówczas mający zaledwie 16 lat, znalazł miejsce "usiane" tymi martwymi gadami. To był punkt zwrotny w jego życiu.

- Węże ginęły w upale, bez jakiejkolwiek osłony drzew. Usiadłem i płakałem nad ich zwłokami. To była rzeź. Zaalarmowałem wydział leśny i zapytałem, czy mogą tam uprawiać drzewa. Usłyszałem, że nic tam nie urośnie Polecili mi bym spróbował posadzić tam bambus. To było bolesne, ale tak uczyniłem. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nikt nie był zainteresowany - mówi Payeng, który w 2019 roku obchodzi 56 urodziny.

Podczas gdy niezwykłe zaangażowanie Payenga w sadzenie pochłonęło wiele lat, aby uzyskać zasłużone uznanie na arenie międzynarodowej, nie trzeba było długo czekać na dzikie zwierzęta w regionie, które chciałyby skorzystać z tak wyprodukowanego lasu. Demonstrując głębokie zrozumienie równowagi ekologicznej, Payeng wprowadził nawet mrówki do swojego rozwijającego się ekosystemu, aby wzmocnić jego naturalną harmonię. Wkrótce bezcieniowy i wysuszony teren został przekształcony w samo-funkcjonujące środowisko, w którym mogła zamieszkać menażeria stworzeń. Las, zwany Molai, służy obecnie jako bezpieczna przystań dla wielu ptaków, jeleni, nosorożców, tygrysów i słoni - gatunków coraz bardziej narażonych na utratę siedlisk.

Pomimo popularności projektu Payenga, urzędnicy leśni w regionie po raz pierwszy dowiedzieli się o tym nowym lesie w 2008 roku - i od tego czasu zaczęli uznawać jego wysiłki za naprawdę niezwykłe, ale być może nie wystarczające.

- Jesteśmy zaskoczeni Payengiem i jego postawą - mówi Gunin Saikia, asystent konserwatora lasów. - Siedzi w tym od 40 lat. Gdyby robił to w jakimkolwiek innym kraju, zostałby okrzyknięty bohaterem.

Źródło: MNN.com

Free Joomla! template by L.THEME