Tłumaczenia anglojęzycznych artykułów

Tłumaczenia anglojęzycznych artykułów (123)

Ciekawe artykuły z różnych dziedzin, spisane w języku angielskim i przetłumaczone na język polski.

W ciągu czterech lat panowania Czerwonych Khmerów w Kambodży byli oni odpowiedzialni za jedno z największych ludobójstw w historii XX wieku.

Brutalny reżim, będący u władzy w latach 1975-1979, pochłonął życia około dwóch milionów ludzi.

Pod rządami marksistowskiego przywódcy Pol Pota, Czerwoni Khmerzy próbowali cofnąć Kambodżę do średniowiecza, zmuszając miliony obywateli miast do pracy w gospodarstwach komunalnych na wsiach.

Jednak za tak dramatyczną próbę zainicjowania inżynierii społecznej zapłacono straszną cenę. Całe rodziny umierały z powodu egzekucji, głodu, chorób czy przepracowania.

Filozofia komunistyczna

Początki Czerwonych Khmerów sięgają lat 60. XX wieku, kiedy to założono taką organizację jako zbrojne skrzydło Komunistycznej Partii Kambodży. Początkowo grupa działała w głębokiej dżungli i obszarach górskich w północno-wschodniej części kraju, nie notując żadnych wielkich sukcesów.

Ale po tym, jak w 1970 roku prawicowy zamach stanu obalił głowę państwa Księcia Norodoma Sihanouka, Czerwoni Khmerzy zawarli z nim polityczną koalicję i zaczęli notować coraz to większe poparcie.

Podczas trwającej niemal pięć lat wojny domowej grupa zwiększała stopniowo swoje wpływy na wsiach. Siły Czerwonych Khmerów ostatecznie zajęły stolicę Phnom Penh - a zatem przejęły kontrolę nad całym narodem - w 1975 roku.

Pobyt na dalekim północnym wschodzie i okoliczne plemiona, będące samowystarczalne w swoim życiu wspólnotowym, miały znaczący wpływ na rozwój poglądów Pol Pota. Tamtejsi ludzie nie mieli wielkiego pożytku z pieniędzy i były "nieskażone" buddyzmem.

Po dojściu do władzy Pot i jego poplecznicy szybko przystąpili do przekształcania Kambodży w to, co w ich marzeniach miało się stać agrarną utopią.

Pol Pot deklarował, że jego naród rozpocznie od zera - odizolował swoich ludzi od reszty świata i przystąpił do opróżniania miast, znoszenia waluty, własności prywatnej i religii oraz zaczął zakładać wiejskie społeczności.

Każdy, kogo uznano za intelektualistę, był mordowany. Często ludzie tracili życie tylko dlatego, że nosili okulary lub znali języki obce. Poszczególne grupy etniczne (Wietnamczycy, Czamowie) również znajdowały się na celowniku władz.

Setki tysięcy wykształconych przedstawicieli klasy średniej poddawano torturom i zabijano w specjalnych ośrodkach. Najbardziej znanym z nich było więzienie S-21 w Phnom Penh znane jako Tuol Sleng, gdzie niemal 17 tys. ludzi (w tym kobiety i dzieci) było więźniami podczas czteroletniego reżimu.

Kolejne setki tysięcy obywateli zginęło z powodu chorób, głodu oraz wycieńczenia, gdyż członkowie Czerwonych Khmerów (wśród nich dostrzec można było nawet nastolatków) zmuszali ich do katorżniczej pracy.

Ponowne otwarcie na świat

Rządy Czerwonych Khmerów zostały ostatecznie obalone w 1979 roku przez nacierające siły wietnamskie, które wtargnęły do kraju po brutalnych walkach na granicy.

Osoby będące postawione wyżej w partii wycofały się w głąb kraju, gdzie pozostawali aktywni przez pewien czas, jednak ich wpływy stawały się stopniowo coraz mniejsze.

W kolejnych latach Kambodża ponownie otwierała się na międzynarodową komunikację, a całkowity obraz horroru opisywanego reżimu powoli wychodził na jaw.

Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli swoje historie zszokowanym słuchaczom, a nakręcona w latach 80. hollywoodzka produkcja pt. "Pola śmierci" zobrazowała beznadziejną sytuację ofiar reżimu Czerwonych Khmerów dla widzów z całego świata.

Pol Pot został potępiony przez swoich byłych towarzyszy i podczas pokazowego procesu w lipcu 1997 roku skazano go na areszt domowy w jego posiadłości w dżungli.

Jednak niecały rok później zmarł - odbierając tym samym milionom ludzi, których dosięgnęły jego brutalne rządy, szansę na postawienie go przed obliczem sprawiedliwości.

ONZ pomogło założyć trybunał, aby ten stosownie ukarał przywódców Czerwonych Khmerów - proces ten rozpoczęto w 2009 roku. Do tej pory skazano tylko trzech liderów grupy.

Kaing Guek Eav - znany jako Duch - został skazany na dożywocie w 2012 roku za prowadzenie osławionego więzienia Tuol Sleng.

W sierpniu 2014 roku Nuon Chea, uważany za Towarzysza numer 2 po Pol Pocie, a także reżimowa głowa państwa Khieu Samphan zostali skazani na dożywocie za zbrodnie przeciwko ludzkości.

W listopadzie 2018 roku trybunał uznał ich również za winnych ludobójstwa w związku z usiłowaniem eksterminacji Czamów i Wietnamczyków.

Źródło: BBC

Osoby regularnie podróżujące samolotami, które narzekają na niepożądane atrakcje w czasie lotu, prawdopodobnie nigdy nie natknęły się na niezapowiedziane podniebne karaoke.

W 2013 roku pasażerowie lotu linii American Airlines zmuszeni byli do podjęcia nieplanowanego postoju na lotnisku w Kansas City po tym, jak niesforna pasażerka nie przestawała śpiewać utworu "I Will Always Love You". Planowany lot z Los Angeles do Nowego Jorku został zakłócony po około trzech godzinach od startu, kiedy to kobieta zaczęła uprzykrzać życie załodze.

- Kobieta ta była szczególnie uciążliwa i wyproszono ją z samolotu za przeszkadzanie załodze lotu - oświadczył Joe McBride, rzecznik prasowy lotniska w Kansas City. - Na pokładzie samolotu znajdował się Federalny Szeryf Powietrzny, który obezwładnił kobietę i skuł ją w kajdanki, po czym wyprowadził z samolotu - dodał.

I pomyśleć, że wielu z nas narzeka na niechciane atrakcje w czasie lotu...

Filmik autorstwa jednego z pasażerów przedstawia kobietę odprowadzaną przez dwóch policjantów po nieplanowanym lądowaniu. Wychodząc z samolotu, kobieta wykrzyczała słowa kończące znany cover Whitney Houston. Jak się później okazało, wypuszczono ją na wolność bez żadnych zarzutów po owocnej współpracy z policją, jednak American Airlines odmówili jej możliwości dokończenia podróży.

Nikt nie wie dlaczego kobieta nie chciała przestać śpiewać, jednak pasażerka o imieniu Jezebel twierdzi, że cierpi ona na cukrzycę.

Źródło: Huffington Post

Dadarao Bilhore wygładza nawierzchnię drogi, odkłada łopatę, patrzy w niebo i modli się za swojego syna, jednego z tysięcy Indian zabijanych co roku w wypadkach spowodowanych dziurami na drogach.

Prakash Bilhore, obiecujący uczeń, miał zaledwie 16 lat, gdy zmarł w lipcu 2015 roku w Bombaju, gorączkowej stolicy Indii i Bollywoodu, liczącej 20 milionów obywateli.

Aby poradzić sobie z rozpaczą, zdruzgotany ojciec Prakasha zdecydował, że zrobi coś z drogami w Bombaju, które jak w większości miast Indii odznaczają się kiepską jakością.

Używając piasku i żwiru zebranych z placów budowy, Bilhore wypełnił prawie 600 dziur drogowych w finansowej stolicy Indii w latach 2015-2018.

48-letni sprzedawca warzyw czyni to, by oddać hołd ukochanemu synowi i w nadziei, że uratuje to kolejne życia.

- Nagła śmierć Prakasha pozostawiła ogromną pustkę w naszym życiu. Wykonuję tę pracę, aby uczcić jego pamięć i go uhonorować.

- Nie chcę też, żeby ktokolwiek inny stracił ukochaną osobę w taki sposób - mówi Bilhore w skromnym mieszkaniu, które dzieli z żoną, córką i dalszą rodziną.

Prakash, nie mając na głowie kasku, doznał śmiertelnego uszkodzenia mózgu. Jego kuzyn, który miał na sobie kask, przeżył wypadek z drobnymi obrażeniami.

Tragiczny wypadek miał miejsce podczas letniego monsunu w Bombaju, kiedy obfite deszcze przyczyniają się do powstawania dziur podobnych do kraterów na tętniących życiem drogach nadmorskiego miasta. Dziury są tam tak powszechne, że powstała nawet specjalna kampania, aby Bombaj znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa jako miasto z największą liczbą dziur drogowych.

Navin Lade, mieszkaniec stolicy, twierdzi, że spisał ponad 27 tys. dziur na stronie www.mumbaipotholes.com, chociaż lokalni urzędnicy kwestionują jego ustalenia.

Statystyki rządowe pokazują, że dziury były odpowiedzialne za śmierć 3597 osób w Indiach w 2017 roku, czyli średnio 10 osób dziennie. Obywatele obwiniają apatię rządu, oskarżając władze lokalne o niewłaściwe utrzymanie dróg. Aktywiści twierdzą, że kontrahenci zatrudnieni do naprawy dróg wykonują kiepską robotę celowo, tak aby praca musiała zostać wykonana ponownie w następnym roku.

- Rząd musi wziąć odpowiedzialność i stworzyć lepszą infrastrukturę - wzywa Bilhore.

Jak sam twierdzi, naprawił 585 dziur, wiele spośród nich samemu, a pozostałe z pomocą wolontariuszy inspirowanych jego historią.

Bilhore pojawił się w wielu artykułach w indyjskiej prasie i otrzymał kilka nagród, zyskując przydomek „Dada-dziura”, co stanowi pewne zdrobnienie w Indiach dla szanowanego mężczyzny.

- Uznanie naszej pracy dało mi siłę, by poradzić sobie z bólem i gdziekolwiek pójdę, czuję, że Prakash jest przy mnie - mówi Bilhore. - Dopóki żyję i mogę chodzić, pozbędę się wszystkich tych dziur.

Źródło: South China Morning Post

W 2009 roku turecka policja wydała oświadczenie opisujące akcję ratunkową w willi znajdującej się w Stambule. Uratowano wówczas dziewięć uwięzionych kobiet, które były przekonane, że wchodząc do budynku stały się częścią telewizyjnego reality show.

Kobiety zostały uwolnione we wrześniu 2009 roku z willi w Rivie (kurortu znajdującego się na przedmieściach Stambułu), o czym poinformował funkcjonariusz lokalnej policji, który przeprowadzał opisywaną akcję. Wyjawił, że kobiety przetrzymywano tam przez około dwa miesiące, ale odmówił podania więcej szczegółów.

Agencja prasowa Dogan twierdzi, że panie wchodziły do willi będąc przekonanymi, że będą brały udział w programie typu "Big Brother". Jak się później okazało, ich nagie fotografie były później sprzedawane w Internecie przez ich porywaczy.

Wszystko zaczęło się od reklamy domniemanego programu w jednej z głównych stacji telewizyjnych w Turcji, która skłoniła kobiety do wysłania swoich zgłoszeń. Dziewiątka (w tym jedna nastolatka) została wyłoniona z grupy wielu innych zainteresowanych poprzez specjalne rozmowy z kandydatkami.

Panie musiały podpisać umowy, w myśl których nie mogły kontaktować się ze swoimi bliskimi czy światem zewnętrznym, natomiast opuszczenie domu w pierwszych dwóch miesiącach trwania "programu" wiązało się z karą w wysokości 50 tysięcy lir tureckich (ok. 32,5 tys. złotych).

Zdaniem tureckich dziennikarzy kobiety zorientowały się w końcu, że są oszukiwane i poprosiły o możliwość opuszczenia willi. Gazeta "Dogan" informowała, że w odpowiedzi usłyszały one groźbę wspomnianej wyżej kary finansowej. Te panie, które szczególnie nalegały na zakończenie swojego pobytu, były zastraszane.

Pojawiły się sprzeczne doniesienia o tym, jak przebiegała akcja ratunkowa. Agencja Dogan wyjawiła, że ​​policja wtargnęła do willi po tym, jak członkowie rodziny zgłosili na policję, że uniemożliwia się im kontakt z kobietami. Panie miały wołać o pomoc, kiedy policja przybyła do willi.

Z kolei "HaberTurk" twierdzi, nie podając źródeł, że jednej z kobiet udało się skontaktować z członkiem rodziny i poprosić o pomoc.

Pojawiły się także sprzeczne wersje dotyczące wieku nastolatki. Dogan twierdzi, że ​​miała 16 lat, a "HaberTurk" opisywał ją jako 15-latkę.

- Nie chodziło nam o pieniądze, ale myśleliśmy, że nasza córka będzie miała szansę stać się sławna, jeśli weźmie udział w takim programie - oznajmiła matka jednej z porwanych kobiet. - Ale oni nas wszystkich oszukali - dodała.

Jej zdaniem kobiety nie były maltretowane lub gwałcone, ale kazano im walczyć ze sobą, nosić bikini i tańczyć przy basenie willi.

Policja zatrzymała cztery osoby, które mieszkały z kobietami w willi przez cały ten czas. Zostali zwolnieni z aresztu w oczekiwaniu na wynik procesu. Ich tożsamości nie zostały ujawnione i nie wiadomo, jakie postawiono im zarzuty.

Sądy tureckie zwykle zwalniają podejrzanych z aresztu, jeśli wniesione oskarżenia nie wiążą się z długimi wyrokami pozbawienia wolności, a podejrzani prawdopodobnie nie uciekną ani nie manipulują dowodami.

Źródło: The Guardian

czwartek, 02 maj 2019 12:17

Most piersi w Wenecji

Napisane przez

Wenecja kojarzona jest dzisiaj z miastem romantyczności. Malownicze uliczki i alejki, słynne kanały wodne czy imponujące budowle dorzucają do tego swoją cegiełkę. Nie wszyscy jednak wiedzą, że znajduje się tam również Ponte delle Tette - w wolnym tłumaczeniu: "Most cycków". O co chodzi?

Ponte delle Tette jest niewielkim mostem nad Rio di san Canciano w dzielnicy San Cassiano w Wenecji. Swoją nietypową nazwę zawdzięcza prostytutkom, którym nakazywano stać na nim topless (także w okolicznych oknach) żeby przyciągać potencjalnych klientów i próbować "nawrócić" potencjalnych homoseksualistów.

Republika Wenecka ograniczyła prostytucję w regionie Carampane di Rialto w oficjalnym dekrecie z 1412 roku. Zakazywał on ulicznicom wykonywanie pewnych ruchów i zachowań. Budynki w okolicy stały się własnością Republiki, kiedy zmarł ostatni przedstawiciel bogatej rodziny Rampani. Na panny lekkich obyczajów nałożono godzinę policyjną i nie mogły opuszczać okolicy z wyjątkiem sobót, kiedy to musiały nosić żółte szale będące przeciwieństwem ich białych odpowiedników (noszonych przez kobiety w wieku małżeńskim, tzw. "na wydaniu"). Nie mogły one pracować w wyznaczone dni świąteczne pod groźbą kar takich jak chociażby chłosta.

W XVI wieku prostytutki musiały się zmierzyć z silną konkurencją ze strony homoseksualistów i oficjalnie poprosiły dożę Wenecji (najwyższego urzędnika w Republice Weneckiej) o pomoc w tej sprawie. Władze, chcąc powstrzymać rozrost homoseksualizmu uważany wówczas za problem społeczny, umożliwiły prostytutkom pokazywanie swoich piersi z balkonów i okien w pobliżu mostu w celu rozkręcenia interesu. W nocy mogły one używać lamp do oświetlania swoich walorów. Aby "odwrócić uwagę mężczyzn od grzechu przeciwko naturze", Republika płaciła również prostytutkom, by te ustawiały się na moście w jednej linii i odsłaniały piersi. Taka ekspozycja miała również na celu wyeliminowanie potencjalnych transwestytów podających się za prostytutki płci żeńskiej.

Podatki z tytułu prostytucji, nałożone przez władze w 1514 roku, przyczyniły się do sfinansowania rozbudowy słynnego Arsenału w Wenecji. Janet Sethre w publikacji pt. "The Souls of Venice" twierdzi, że w tamtym czasie w Wenecji pracowało ponad 11600 prostytutek. Niedaleko znajdował się Traghetto Del Buso, przez który klienci przedostawali się przez cieśninę Canal Grande do dzielnicy czerwonych latarni. Jednym z częstych bywalców miał tam być m.in. znany wszystkim Giacomo Casanova.

Sytuacja ta trwała aż do XVIII wieku, kiedy to pozwolono młodszym prostytutkom pracować w głównych częściach miasta, a starsze królowe nocy były wysyłane do okolicznego Rio terà delle Carampane. Wszystko to miało na celu... rozwój turystyki.

Źródło: Wikipedia

czwartek, 25 kwiecień 2019 07:57

Czy doczekamy się kiedyś robotów-opiekunów?

Napisane przez

Roboty mogą stać się idealnymi opiekunami dla starzejących się populacji w przyszłości. Jednak aby tak się stało, jakie wyzwania należałoby wpierw pokonać?

Produkcje filmowe takie jak "Robot i Frank", "Ja, robot" czy seriale animowane pokroju "Jetsonów" ukazują przyszłość, w której roboty zajmują się pracami domowymi, pozwalając tym samym rodzinom na spędzanie większej ilości czasu wspólnie, zapewniając przy tym dłuższą samodzielność starszym osobom.

Przyszłość oparta na robotach-opiekunach zbliża się szybciej niż mogło by się wydawać. Zrobotyzowane odkurzacze czy kosiarki są już dostępne do kupienia, a popyt na takie produkty rośnie w zatrważającym tempie wśród starszych ludzi w Japonii. Robot Pepper, stworzony przez naukowców z londyńskiego Middlesex University, stanął niedawno przed specjalną komisją parlamentarną w Wielkiej Brytanii i odpowiadał na pytania związane z rolą robotów w edukacji.

Z drugiej strony roboty-opiekunowie stanowią względnie nowy trend. Wraz z rosnącą długością życia pojawia się więcej osób w podeszłym wieku, które wymagają stałej opieki. Jednakże z uwagi na brak wystarczającej liczby opiekunów możemy mieć wkrótce do czynienia z kryzysem na tej płaszczyźnie w niedalekiej przyszłości. Przykładowo w Japonii przewiduje się, że do 2025 roku pojawi się zapotrzebowanie na 370 tys. brakujących opiekunów.

Choć obecna "technologia pomocnicza" odbiega znacząco od konceptu robotów przygotowujących posiłki i wykonujących wszelkie inne prace domowe, może stanowić pewien wgląd na możliwą przyszłość, która nas czeka.

Większość robotów jest dzisiaj używanych w ciężkim przemyśle i fabrykach, gdzie niebezpieczne i powtarzalne zadania są rutynowo wykonywane przez zautomatyzowane systemy. Jednak takie przemysłowe roboty nie są zaprojektowane by działać w obecności ludzi, gdyż poruszają się szybko i są stworzone z twardych materiałów, a to mogłoby doprowadzić do poważnych urazów.

Dzisiejsze roboty zaprojektowane do współpracy (znane także jako "coboty" - z ang. collaborative robots) są zbudowane ze sztywnych złączek i połączeń. Podczas pracy w otoczeniu ludzi ich szybkość jest ograniczana, tak aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo.

Jednakowoż przedstawiciele następnej generacji cobotów będą zbudowani z delikatniejszych materiałów, takich jak: guma, silikon czy tkanina. - Takie roboty są z założenia bezpieczne z uwagi na materiał, z którego są zbudowane - komentuje Helge Wurdemann, robotyk z University College London. - Taki rodzaj delikatnych robotów o kontrolowanej sztywności niesie nadzieje na osiągnięcie precyzji i powtarzalności obecnych cobotów, zapewniając jednocześnie bezpieczną interakcję z ludźmi - dodał.

Jednym z największych wyzwań jest fakt, że systemy nawigacyjne robotów tworzonych do interakcji z ludźmi wciąż nie są w pełni rozwinięte. Działają one do pewnego stopnia, ale łatwo wpadają w oszołomienie - dobrym przykładem są zrobotyzowane odkurzacze, które mają problem z powrotem do swojej stacji ładowania. W warunkach czysto laboratoryjnych, roboty są w stanie wyznaczyć najlepszą możliwą trasę, ale w środowisku życia codziennego - czyt. domach pełnych stołów, krzeseł i innych mebli - sytuacja jest zupełnie inna.

- Wiele algorytmów tego typu zostało stworzonych w laboratoriach, których umeblowanie jest względnie proste w porównaniu z tym domowym, w połączeniu z ludzką aktywnością - wyjaśnia Nicola Bellotto, naukowiec z Uniwersytetu Lincolna oraz technolog projektu "Enrichme", który podejmuje próby tworzenia robotów do pomagania i monitorowania starszych osób.

Roboty mają także problemy ze zmianami nawierzchni i schodami - tak jak słynny Daleks z serialu "Doctor Who". W 2017 roku w Waszyngtonie autonomiczny robot ochronny utopił się po upadku ze schodów do fontanny. Kolejnym wyzwaniem może być bezpieczne funkcjonowanie w otoczeniu dzieci i zwierząt, co najbardziej obrazowo udowodnił incydent z 2016 roku, kiedy to robot przejechał małe dziecko w centrum handlowym w Dolinie Krzemowej po tym, jak małolat zaczął biegnąć w jego kierunku.

Koordynacja ruchów w odpowiedzi na sensory informacyjne stanowi następny problem robotyki, który wpływa na umiejętność robotów do interakcji z otoczeniem. Maszyny te nie są w stanie poradzić sobie z zadaniami, które dla człowieka lub nawet psa są całkiem proste - takimi jak np. łapanie piłki.

Dzieje się tak ponieważ w takich sytuacjach należy brać pod uwagę niewiarygodnie wiele czynników, których ilość potrafi przeciążyć system autonomiczności i powodować powstawanie błędów. - Z perspektywy nauki o maszynach, w większości przypadków robotom łatwiej jest podjąć decyzję, niż ją faktycznie wykonać - mówi Diane Cook, jedna z dyrektorów Laboratorium Sztucznej Inteligencji z Washington State University. - Niektóre zadania umysłowe trudne do wykonania dla ludzi są banalnie proste dla robotów, ale niektóre zadania ruchowe są z kolei problematyczne dla robotów, podczas gdy ludzie wykonują je bez kłopotu - dodaje.

Pozostaje również kwestia tego, czy chcemy zbliżyć wyglądem roboty-opiekunów do ludzi. Istnieje koncept tzw. "dziwacznej doliny", w myśl którego przedmioty naśladujące ludzką formę mogą nas odstraszyć od ich używania. Zamiast tego, jak w przypadku zrobotyzowanych odkurzaczy w naszych domach, roboty mogą być zaprojektowane pod względem estetycznym w nawiązaniu do sprawowanych przez nie funkcji.

- Im bardziej robot przypomina człowieka, tym większy będzie opór stawiany przez osobę, którą miałby się on opiekować - oznajmiła Cook. - Robot jest użyteczny tylko wtedy, kiedy akceptuje go osoba będąca pod jego opieką - skwitowała.

W niektórych przypadkach roboty nieprzypominające ludzi mogą być najlepszym wyjściem. Zrobotyzowane zwierzęta, takie jak Paro, zaczynają być używane jako zwierzaki domowe w domach opieki, które nie pozwalają na trzymanie tradycyjnych zwierząt lub jako dodatkowi kompani ludzi cierpiących na demencję czy posiadających problemy z nauką.

Wiele nowoczesnych robotów jest zorientowanych na daną funkcję, tak jak zrobotyzowane odkurzacze, a nie na wielofunkcjonalność. Zaprojektowanie systemu robota spełniającego wiele funkcji może stanowić nie lada wyzwanie, zwłaszcza jeśli ich zadania nie są ze sobą powiązane. W najbliższej przyszłości możemy mieć jednak do czynienia z kilkoma robotami-opiekunami spełniającymi wybrane funkcje. To jednak rodzi kolejny problem - miejsca na ich przechowywanie, kiedy nie są używane.

Niedawno mieliśmy również do czynienia z pewnym postępem w integrowaniu technologii "smart home" wraz ze zrobotyzowanymi systemami w celu stworzenia domów z rozszerzonymi zautomatyzowanymi systemami. Jednym z przykładów jest Chiron - projekt badawczy mający na celu stworzenie podwieszonego systemu torowego, który pozwoliłby robotowi przemieszczanie się z pokoju do pokoju, używając specjalnych adapterów do poznawania otoczenia, w którym się aktualnie znajdują.

Biorąc pod uwagę nieuniknione wyzwania związane z nawigacją i poruszaniem się autonomicznych robotów w środowisku domowym, taki system podwieszonych pod sufitem torów daje obraz potencjalnego sposobu na zintegrowanie robotów z naszymi domami. Trzeba jednak pamiętać, że taki system odsłania także wyzwania z nim związane.

W celu zainstalowania sieci podwieszonych torów, należałoby przeprowadzić znaczące zmiany w domu przed możliwością wprowadzenia do niego robota. Oczywiście odpowiednio dostosowane domy opieki mogłyby być budowane od początku z zainstalowanym systemem tego rodzaju. Jednak olbrzymie koszty z nim związane mogą okazać się niezwykle trudnym wyzwaniem.

Ostatecznie roboty-opiekunowie ułatwią pracę ludzkich opiekunów, ale ich nie zastąpią - robotyka nigdy nie będzie w stanie odwzorować towarzystwa, jakie niesie ze sobą opiekun z krwi i kości. Nawet najbardziej zaawansowana symulacja człowieka przez robota nie może w pełni oddać mimiki istoty ludzkiej.

Posiadanie technologii pomocniczej sprawi, że opiekunowie będą mogli działać efektywniej. - Roboty niekoniecznie zabierają ludziom pracę, ale ułatwiają ją - twierdzi Helen Dickinson, ekspert ds. usług publicznych z University of New South Wales. - Nie chodzi tylko o przekazywanie robotom najcięższych prac fizycznych, chociaż z pewnością istnieje zainteresowanie przydzielania im zadań wymagających cierpliwości i powtarzalności, przy których przytłaczanie ludzi i syndrom zmęczenia współczuciem mogą być kluczowe.

Całkiem możliwym jest, że pewnego dnia będziemy mieli technologię pomocniczą w każdym domu, ale nieco bardziej zaawansowane systemy nie będą w nich obecne przez jakiś czas, także nie w sposób ukazany w fikcyjnych produkcjach. Zamiast tego nasze domy same z siebie mogą stać się opiekunami, gdyż jednostki zrobotyzowane stają się powoli swego rodzaju rozszerzeniami domostw. Tak więc bunt robotów może się póki co ograniczyć do odmówienia zmywania naczyń.

Źródło: BBC Future

Gwiazda serialu "Line of Duty" Vicky McClure wyjawiła, że wyproszono ją z tramwaju nazwanego na jej cześć w wyniku nieposiadania ważnego biletu przejazdu.

Aktorka urodzona w Nottingham oznajmiła w programie rozrywkowym "The Graham Norton Show", że do incydentu doszło w 2015 roku tuż po ceremonii nadania jej imienia wspomnianemu tramwajowi.

McClure i jej matka miały zapewniony darmowy transport komunikacją miejską w czasie opisywanego dnia. Nie powstrzymało to jednak motorniczego od wyproszenia ich z tramwaju z uwagi na brak ważnego biletu. Firma komunikacyjna Nottingham Express Transit wydała później oświadczenie, w którym opisała to wydarzenie jako "niefortunne nieporozumienie".

35-latka jest jedną z kilku znanych osób z regionu, którymi imionami nazwano tramwaje w sieci miejskiej Nottingham. Wśród ludzi uhonorowanych w ten sposób znajdują się też m.in.: łyżwiarze Jayne Torvill i Christopher Dean, krykiecista Stuart Broad czy pisarz DH Lawrence.

W rozmowie na temat tego wydarzenia McClure wyjawiła również, że podczas kontroli udawała... głuchą. - Uroczyście odsłoniliśmy tablicę z imieniem tramwaju, po czym wsiadłam do niego wraz z mamą żeby udać się na świąteczne zakupy. Obiecano nam, że mamy zapewniony darmową komunikację miejską w tym dniu - skomentowała. Dojeżdżałyśmy już do naszego przystanku, kiedy nagle podszedł do nas kontroler i poprosił nas o pokazanie biletów.

Zażenowana

Aktorka dodała, że kontroler pozostawał niewzruszony, kiedy ta wskazała palcem na tabliczkę z jej imieniem. Po chwili mężczyzna nakazał kobietom opuścić tramwaj.

- Pomyślałam sobie: "Mój Boże, właśnie wyrzucił nas pan z tramwaju za unikanie opłaty. Byłam zażenowana.

Pomimo tego nieporozumienia, McClure utrzymuje, że pragnie aby tramwaj pozostał nazwany jej imieniem na dobre. Nottingham Express Transit wydał nieco później oficjalne oświadczenie, w którym czytamy: "Było to niefortunne nieporozumienie, gdyż kontroler nie zdawał sobie sprawy, że zaoferowano Vicky darmowy przejazd tamtego dnia w tramwaju nazwanego jej imieniem. Jak można się było po niej spodziewać, Vicky dobrze zniosła całą sytuację, a ta została wkrótce wyjaśniona. Przeprosiliśmy ją tuż po tym, jak się o tym dowiedzieliśmy. Z pewnością nie chcieliśmy psuć tak uroczystej chwili".

Źródło: BBC

wtorek, 23 kwiecień 2019 10:12

Radioaktywne napoje energetyczne

Napisane przez

Współczesne życie wprawia cię w oszołomienie? Przeżycie każdego kolejnego dnia skutecznie cię osłabia? Być może jesteś jednym z milionów konsumentów, którzy opierają swoje życie na napojach energetycznych, aby te postawiły ich na nogi.

Napoje energetyczne co prawda są symbolem naszych czasów, ale nie są wynalazkiem tego tysiąclecia. Ludzie walczą ze zmęczeniem przy ich użyciu od co najmniej stu lat. Dzisiaj element "energetyczny" takich napojów tkwi albo w stymulatorze neurologicznym, który sprawia, że ludzie czują się bardziej energiczni - albo zwyczajnie w zawartym w nich cukrze.

Jednak był czas, kiedy napoje energetyczne rzeczywiście zawierały w sobie prawdziwą energię. Aktywnym składnikiem takich napojów był rad - pierwiastek radioaktywny, który uwalniał energię promieniowania z każdym rozpadem atomowym. Związek przyczynowy w przypadku spożywania pierwiastka radioaktywnego a czerpaniem wyraźnego ożywienia energetycznego jest w najlepszym wypadku znikomy, jednak nie powstrzymało to ludzkości od ignorowania dobrze im znanego ryzyka spożywania radioaktywnych produktów w XX wieku. Ludzie nie przejmowali się również grożącym im długoterminowymi konsekwencjami zdrowotnymi.

Mniam, mniam - rad!

Jednym z takich produktów był "RadiThor". Ten napój energetyczny był zwyczajnie... radem rozpuszczonym w wodzie. Sprzedawano go w latach dwudziestych XX wieku w butelkach 300 ml i kosztował ok. 1 dolara za sztukę (równowartość dzisiejszych 15 dolarów). Producent twierdził, że napój ten nie tylko zapewnia zastrzyk energii, ale także leczy wiele dolegliwości - w tym impotencję. W tamtych czasach brakowało jednoznacznych dowodów na korzyści seksualne radu, ale znalazło się czasopismo naukowe zawierające artykuł twierdzący, że woda radowa może zwiększać "seksualne żądze traszek wodnych". Dla wielu mężczyzn w erze przed Viagrą dowody oparte na zachowaniu traszek wodnych były wystarczająco przekonujące i RadiThor okazał się hitem.

Najbardziej znanym entuzjastą RadiThora był Eben Byers, przemysłowiec i golfista-amator z Pittsburgha. Byers po raz pierwszy natknął się na RadiThor, kiedy sięgnął po niego by ten pomógł mu w leczeniu złamanej ręki. Chociaż produkt ten nie zawierał jakiegokolwiek narkotyku, Byers uzależnił się od niego psychologicznie, a może nawet fizjologicznie. Spożywał spore ilości płynu nawet po wyleczeniu swojej ręki. Mówi się, że przez trzy lata codziennie wypijał butelkę lub dwie i gorąco polecał ten produkt swoim znajomym, z których część również wpadła w uzależnienie.

Ostatecznie zamiłowanie Byersa do RadiThora go zabiło. Na jego nieszczęście przyjmowany rad został wchłonięty do kości i przez to cała jego energia promieniowania osadzona została w tkance kostnej. Z czasem rad dostarczał olbrzymią dawkę promieniowania do szkieletu Byersa. Doprowadził do powstawania dziur w czaszce, utraty większości szczęki i rozwoju wielu innych chorób związanych z układem kostnym. Mężczyzna zmarł makabryczną śmiercią 31 marca 1932 roku.

Radioaktywność - lekcja powtórzeniowa

Najbardziej zatrważającym w tej historii jest fakt, że niebezpieczeństwa związane ze spożywaniem radu były już dobrze znane, nawet przed uzależnieniem Byersa. Jak opisano w publikacji pt. "Strange Glow: The Story of Radiation", społeczność medyczna badała wpływ radu na zdrowie od czasu jego odkrycia przez Marię i Piotra Curie w 1898 roku. Już w 1913 roku brytyjski naukowiec Walter Lazarus-Barlow opublikował raport, z którego wynikało, że spożywany rad przechodzi do kości człowieka. Rok później profesor medycyny z Uniwersytetu Marylandu Ernst Zueblin opublikował przegląd 700 raportów medycznych, z których wiele wykazywało, że martwica kości i owrzodzenia były częstym skutkiem ubocznym spożywania radu. Niestety pierwsze ostrzeżenia były niewystarczające i sprzedaż RadiThoru notowała kolejne rekordy w latach dwudziestych.

Po śmierci ciało Byersa umieszczono w trumnie wysadzanej ołowiem, tak aby ten zablokował promieniowanie uwalniane z jego kości. W 1965 roku naukowiec Robley Evans z MIT ekshumował szkielet Byersa, aby zmierzyć ilość radu w kościach. Okres połowicznego rozpadu radu wynosi 1600 lat, więc kości Byersa powinny posiadać mniej więcej taką samą ilość pierwiastka jak w dniu jego śmierci.

Evans był ekspertem w pomiarach i matematycznych modelowaniach przyjmowania i wydalania radioaktywności przez organizm ludzki. Opierając się na deklaracjach Byersa co do jego dziennego konsumowania RadiThoru, Evans przewidywał, że jego ciało będzie zawierać około 100 tys. bekereli radioaktywności (międzynarodowa jednostka radioaktywności). Jednakże po ekshumacji okazało się, że ciało Byersa posiadało w sumie 225 tys. bekereli, co sugeruje, że założenia Evansa nie doceniały wpływu radu na kości, albo że Byers w rzeczywistości zaniżał ilości przyjmowanego przez niego radu co najmniej dwukrotnie.

Po zakończonych badaniach Evans ponownie umieścił szczątki Byersa w ołowianej trumnie, która pozostaje zakopana w Pittsburghu do dziś.

Szczęście w nieszczęściu

Pomimo oczywistego cierpienia Byersa spowodowanego spożywaniem RadiThoru, nabywanie takich napojów nigdy nie przerodziło się w poważnych kryzys zdrowotny społeczeństwa. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, w przeciwieństwie do RadiThor, większość innych "energetycznych" napojów na rynku była zwykłymi oszustwami, nieposiadającymi żadnego radu (lub innego pierwiastka radioaktywnego). Po drugie, RadiThor i inne produkty zawierające rad były bardzo drogie, ponieważ rad był stosunkowo rzadkim i cennym dobrem, który był drogi w wydobywaniu i oczyszczaniu. Tak więc tylko bogaci obywatele, tacy jak Byers, mogli sobie pozwolić na wypijanie go codziennie. W konsekwencji dolegliwości związane ze spożywaniem RadiThoru pojawiały się tylko u tych nielicznych osób, które mogły sobie pozwolić na taki "luksus".

Ostatecznie rząd federalny zamknął Bailey Radium Laboratories (firmę produkującą RadiThor) w interesie ochrony zdrowia publicznego. Napoje te zniknęły z rynku konsumenckiego przed końcem 1932 roku.

Dzisiejszy rynek napojów energetycznych opiera się na preparatach, których działanie polega na dawkowaniu stymulującej kofeiny, która powinna ożywić konsumentów i zapewnić im większą energię. Kofeina - powszechny składnik: kawy, herbaty, czekolady czy coli - być może nie jest tak "egzotycznym" rozwiązaniem jak rad, ale faktycznie jest środkiem pobudzającym, tak więc konsumenci mogą odczuwać jakieś podekscytowanie po spożyciu jej i nie jest to szczególnie niebezpieczne dla zdrowia.

W obecnych czasach konsumenci wydają się zadowoleni z najnowszych rozwiązań dotyczących napojów energetycznych w odniesieniu do dawnych praktyk opierających się na stosowaniu radu. Nie do końca wiadomo jednak, czy z takiego obrotu spraw są zadowolone traszki wodne.

Źródło: TheConversation.com

Niejednokrotnie spotykamy przykłady ludzi, którzy wykonują zawód, który niekoniecznie do nich pasuje. Co jednak powiecie na byłą aktorkę filmów dla dorosłych, która posiada poziom IQ równy 156? Poznajcie niejaką Asię Carrerę.

Asia Carrera Lemmon przyszła na świat jako Jessica Steinhauser w Nowym Jorku jako córka Niemki i Japończyka, będąc najstarszą z czwórki rodzeństwa. Wychowywała się w miejscowości Little Silver w stanie New Jersey, gdzie uczęszczała do szkoły podstawowej Little Silver School District, a następnie do Red Bank Regional High School. W młodości uczyła się gry na pianinie i dwukrotnie występowała na deskach nowojorskiej Carnegie Hall przed ukończeniem 15. roku życia. Z kolei w wieku 16 lat uczyła języka angielskiego w prywatnej szkole Tsuruga College w Japonii.

Carrera została beneficjentką prestiżowego programu stypendialnego National Merit Scholarship za swoje wysokie wyniki w nauce. Pobierała pełne stypendium dla najlepszych studentów na Uniwersytecie Rutgersa, gdzie studiowała ekonomię i japonistykę. 45-latka jest obecnie członkiem Mensy, a jej poziom IQ jest równy 156.

Kariera w filmach dla dorosłych

Kariera Carrery w branży pornograficznej zaczęła się w 1993 roku i trwała dziesięć lat - w tym czasie udało jej się wystąpić w ponad 400 produkcjach. Jak sama przyznała w wywiadach, swój pseudonim zawdzięcza aktorce Tii Carrere - zmieniła tylko pisownię z uwagi na kwestie prawne.

Została pierwszą kobietą o azjatyckich korzeniach, która otrzymała nagrodę AVN Award for Female Performer of the Year przyznawaną dla najlepszych aktorek porno w danym roku. Swoją przygodę z branżą porno zakończyła w 2003 roku, tuż po poślubieniu Dona Lemmona.

Carrera użyczała swojego głosu w kilku produkcjach hentai, takich jak np. "Inmu" (2001) czy "Shusaku" (1999). W październiku 2001 roku była zaproszona jako gość specjalny na festiwal Big Apple Anime Fest, gdzie wraz z inną aktorką porno Kobe Tai była gościem honorowym podczas wieczoru inauguracyjnego na konwencji Midnight Anime.

W 2012 roku kobieta wystąpiła w filmie dokumentalnym pt. "After Porn Ends", w którym opisywała swoje życie po zakończeniu kariery aktorki w filmach dla dorosłych. W produkcji tej Carrera komentuje również swoje członkostwo w Mensie. Pomimo potwierdzonego statusu członka-celebryty, organizacja odmówiła opublikowania jej strony internetowej obok nazwiska z uwagi na treści pornograficzne.

Pozostałe projekty

W 1998 roku pojawiła się w niewielkiej roli w głośnym filmie pt. "The Big Lebowski". Wcieliła się w nim w rolę... aktorki porno, która występowała w fikcyjnej produkcji "Logjammin'" pojawiającej się w filmie. Carrera była również gościnnym recenzorem w czasopiśmie "Maximum PC". Jako zapalona zawodniczka Unreal Tournament, w programie Players ujawniła swój nick z gry: "Megabitchgoddess".

Życie prywatne

Carrera opisuje siebie jako ateistkę. Od 2014 roku zakłada durszlak na głowę przy robieniu fotografii do prawa jazdy - prawo stanowe zabrania noszenia nakrycia głowy na takich zdjęciach, jednak z wyjątkiem nakryć związanych z organizacjami religijnymi, a Carrera jest członkiem Kościołu Latającego Potwora Spaghetti. Szacuje się, że jest jedną z około dwunastu Pastafarian w Utah, którzy posiadają zdjęcie w durszlaku na oficjalnym dokumencie stanowym.

We wrześniu 1995 roku kobieta poślubiła reżysera filmów pornograficznych Buda Lee. Para rozwiodła się osiem lat później, jednak pozostaje w przyjaznych relacjach. 19 grudnia 2003 roku Carrera ponownie wyszła za mąż - tym razem za dietetyka i pisarza Dona Lemmona. Małżonkowie przeprowadzili się następnie do miasta St. George w stanie Utah, gdzie 4 marca 2005 roku przyszła na świat ich córka. 10 czerwca 2006 roku Lemmon zginął w wypadku samochodowym w pobliżu Las Vegas. Siedem tygodni później Carrera wydała na świat ich syna Devina D'Artagnan. W czerwcu 2012 roku urodziła kolejnego chłopca, którego zdecydowała się oddać do adopcji.

14 kwietnia 2010 roku wyznała na swoim blogu, że zmagała się z alkoholizmem po śmierci męża i zdecydowała się dołączyć do AA - we wpisie podkreśliła, że od trzech tygodni znajdowała się w stanie pełnej trzeźwości. Utrzymywała przy tym, że nadal nie wierzy w Boga, a wiara "nie jest konieczna przy wstępowaniu do AA".

Kobieta przedstawia na łamach swojej strony internetowej Warrena Buffetta jako jej bohatera. Biznesmen i filantrop miał ponoć ucieszyć się z takiej wiadomości (co wspomniano w książce "The Snowball: Warren Buffett and the Business of Life" autorstwa Alice Schroeder).

Córka Jessiki, Catalina, jest uznawana za geniusza i w wieku 11 lat zaczęła studiować na Dixie State University. Co ciekawe - jej matka zdecydowała się zapisać na studia razem z nią.

Źródło: Wikipedia

czwartek, 18 kwiecień 2019 06:38

Opos - cichy bohater walki z kleszczami i boreliozą

Napisane przez

Z uwagi na coraz większe zagrożenie ze strony rosnącej populacji kleszczy oraz rozprzestrzeniania boreliozy, wielu miłośników przyrody w USA chętnie zaprasza na swoje podwórka oposy - dlaczego? Naukowcy odkryli, że torbacze te funkcjonują niemal jak mały odkurzacz przeciwko kleszczom - jeden osobnik jest w stanie pochłonąć około 5000 sztuk w sezonie.

- Okazuje się, że oposy to doskonali czyściciele. Nigdy wcześniej nie zwracaliśmy uwagi na to, że potrafią one pożreć ponad 95% żerujących na nich kleszczy. Tak więc taki dydelf spaceruje sobie po lesie, "odkurza" go ze znajdujących się w nim kleszczy, doprowadzając do eksterminacji ponad 90% tych pajęczaków, czym znacznie przyczynia się do ochrony naszego zdrowia - oznajmił Rick Ostfeld z Cary Institute of Ecosystem Studies.

Kolejne zalety

Oposy są bardzo pożyteczne dla ekosystemu i środowiska, nie tylko z uwagi na swoje "zmiatanie" kleszczy. Polują również na karaluchy, szczury i myszy - a dodatkowo pożerają także szczątki innych zwierząt (innymi słowy - padlinę). Z kolei ogrodnicy nie kryją zadowolenia z faktu, że oposy lubią również zajadać się ślimakami oraz przejrzałymi owocami.

Sympatyczne torbacze są także odporne na jad węży i zdarza im się atakować te gady - wliczając w to jadowite gatunki takie jak żmije czy grzechotniki. Tak więc przebywanie w sąsiedztwie oposów może znacząco zniwelować szanse na spotkanie takich węży na swojej drodze.

Nocna zmiana

Dorosłe oposy są samotnikami aktywnymi w nocy, które mieszkają w norach i szczelinach - nigdy nie budują własnych gniazd, preferują zajmować te już istniejące. Schronienia szukają pod ziemią, na drzewach - ale potrafią ulokować się niemal wszędzie.

W obliczu zagrożenia oposy zastygają w miejscu i udają martwe. Nie mają nad tym kontroli - być może rzeczywiście strach jest dla nich paraliżujący albo wytworzyły one taki odruch w procesie ewolucji, gdyż niemal każdy drapieżnik jest w stanie ich dogonić. Taki osobnik w stanie katatonii ocknie się po upływie jednej lub dwóch godzin, jeśli pozostanie nietknięty.

Ten niesamowity zwierzak jest jedynym przedstawicielem torbaczy w Ameryce Północnej. W trakcie tzw. Wielkiej Migracji Amerykańskiej, do której doszło około 3 miliony lat temu, opos był jedynym torbaczem, który potrafił przenieść się z Ameryki Południowej na północ i przetrwać w tamtejszych warunkach.

W ramach ciekawostki warto dodać, że oposy rozmnażają się dwa razy w ciągu roku. Po udanym sparowaniu samiec opuszcza partnerkę i nigdy do niej nie wraca. Po trwającej od 12 do 13 dni ciąży samica wydaje na świat nawet do 20 młodych w jednym miocie.

Źródło: National Wildlife Federation

Free Joomla! template by L.THEME