W 2014 roku trzyletnia dziewczynka została uratowana po przetrwaniu 11 dni i nocy po tym, jak zgubiła się w syberyjskim lesie pełnym niedźwiedzi i wilków.

Ratownicy twierdzą, że Karina Czikitowa została uratowana przez swojego szczeniaka, który ogrzewał ją swoim ciepłem przez ponad tydzień, zanim opuścił ją, by wrócić do domu i wezwać pomoc.

"Dziewczynka w wieku trzech lat i siedmiu miesięcy przeżyła, jedząc dzikie jagody i pijąc wodę rzeczną na terytorium zamieszkiwanym przez dzikie niedźwiedzie i wilki" - donosi "The Siberian Times".

Ratownicy, którzy jej szukali, mieli natknąć się na niedźwiedzia, co tylko podkreśla olbrzymie niebezpieczeństwo, z jakim się mierzyła. Mimo to obrażenia małej dziewczynki ograniczały się do ukąszeń komarów i lekkich zadrapań.

Karina wyszła z domu w odległej wiosce, w towarzystwie szczeniaka, którego imienia, pomimo nadzwyczajnego heroizmu, nie ujawniono. Dziewczynka była w stanie przygotowywać sobie miejsca do spania w długich trawach, co zresztą jest dość powszechnym zabiegiem w południowo-zachodniej części Jakucji - największym regionie Rosji, który jest zresztą największą pod względem powierzchni jednostką podziału terytorialnego na świecie.

Wysokie trawy uniemożliwiły jednak helikopterom poszukiwawczym i dronom odnalezienie Kariny, która miała na sobie tylko czerwony podkoszulek i fioletowe rajstopy, kiedy ją znaleziono. Jakucja jest także najzimniejszym regionem Syberii w zimie, ale o tej porze roku temperatury w nocy sięgały nieco powyżej zera, około 6 °C.

Matka Kariny żyła w przekonaniu, że jej latorośl towarzyszyła ojcu Rodionowi, kiedy ten udał się 27 lipca w podróż do odległej wioski. W rzeczywistości mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego córka poszła za nim ze swoim szczeniakiem i zgubiła się w lesie.

Eksperci twierdzą, że jej szanse na przeżycie przez tak długi okres były minimalne. Dopiero cztery dni po jej zniknięciu matka mogła skontaktować się z Rodionem przez telefon, uświadamiając sobie, że ich córka zaginęła, a chwilę po tym rozpoczęto intensywne poszukiwania.

Początkowo rodzina Kariny i ekipy ratunkowe były naprawdę zrozpaczone, kiedy pies wrócił do wioski Olom w ułusie olokmińskim, jakieś dziewięć dni po zaginięciu Kariny. Okazało się, że instynkt zwierzęcia, aby szukać pomocy, był kluczowym aspektem w akcji ratunkowej.

- Dwa dni przed znalezieniem Kariny jej szczeniak wrócił do domu - powiedział Afanasij Nikołajew, rzecznik Służby Ratowniczej Jakucji. - To był moment, w którym nasze serca zamarły, ponieważ myśleliśmy, że z psem u boku Karina miała jakieś szanse na przeżycie - noc w Jakucji jest naprawdę zimna, a niektóre obszary już przeszły w ujemne temperatury.

- Gdyby mogła przytulić swojego szczeniaka, dałoby jej to szansę na utrzymanie ciepła w nocy i przetrwanie. Więc kiedy jej pies wrócił, pomyśleliśmy: "To koniec”. Nawet gdyby żyła - a szanse na to były niewielkie - teraz na pewno straciłaby wszelkie nadzieje. Nasze serca naprawdę zamarły.

Jednak pies poprowadził później ratowników do zagubionej dziewczynki.

To szczeniak Kariny pomógł dorosłym znaleźć dziewczynę - wynika z wiadomości podanych przez NTV. - Kiedy wrócił do domu dwa dni temu, jej rodzina straciła nadzieję, myśląc, że to oznaczało, iż Karina nie ma już żadnych szans. Jednak szczeniak pokazał ratownikom drogę do Kariny, a rano została znaleziona.

Materiał telewizji wskazywał, że Karina była świadoma i miała się zaskakująco dobrze.

- Dostała jedzenie i napoje, a następnie wraz z matką została wysłana do szpitala okręgowego, a później do Jakucka, stolicy regionu. Dziewczynka nie chce mówić o czasie, który spędziła w tajdze, a przynajmniej JESZCZE nie. Jedyną rzeczą, którą wyjawiła, jest to że ​​jadła jagody i piła wodę z rzek.

Nikołajew oznajmił, że ratownicy prowadzeni przez psa zauważyli ślady jej bosych stóp - zgubiła buty - a to ostatecznie pomogło im ją odnaleźć.

- Zaczęliśmy przeszukiwać teren, wychodząc z założenia, że jeśli straciła buty, próbowałaby trzymać się z dala od głębokiego lasu, ponieważ znajduje się tam wiele ostrych patyków - powiedział. Nagle z pomocą psa ujrzeliśmy Karinę siedzącą na trawie - wyjawił. 

- Podbiegliśmy do niej, nalaliśmy jej herbatę i zaprowadziliśmy ją do samochodu i lekarzy. Zaniosłem Karinę do samochodu, a była ona lekka jak piórko. Ważyła zaledwie dziesięć kilogramów - ale o dziwo była w pełni świadoma.

Ekaterina Andrejewa, psycholog z zespołu ratunkowego, oświadczyła: - Można powiedzieć, że umysł dziewczynki nie był w żaden sposób uszkodzony. Mówiła i reagowała na wszystko wokół niej w sposób normalny, naturalny. Pamięta również co się z nią stało.

Źródło: Huffington Post

Pewnego chłodnego popołudnia w styczniu 2006 roku wówczas 21-letni Alex Tew siedział w swoim pokoju w Wilshire (Anglia), obserwując jak ostatnie piksele wypełniają się przed jego oczami na monitorze.

Za chwilę miał zostać milionerem.

W przeciągu zaledwie czterech miesięcy, ze spłukanego i niedostrzegającego celu w życiu nastolatka Tew stał się prawdziwą sensacją Internetu. Wystarczyło wydanie 50 dolarów, dwa dni poświęconego czasu oraz pomysł tak banalny, że w zasadzie każdy mógł na niego wpaść. Jak sam twierdzi: "To był plan szybkiego wzbogacenia się, który naprawdę zadziałał".

Jednak nagły przypływ pieniędzy przy pierwszej próbie sprowadził na niego niespodziewaną szkodę, co doprowadziło mężczyznę do odbycia introspekcyjnej podróży, która ostatecznie przyniosła mu znacznie większy zysk.

Brytyjczyk-Beatboxer

Tew zwykł być dość nieudolnym przedsiębiorcą w swoim uroczym miasteczku. W wieku 8 lat sprzedawał tworzone przez siebie komiksy na szkolnym boisku, inkasując pięć dolarów oraz czekoladowy batonik za sztukę.

Kiedy ukończył szkołę średnią w 2002 roku, porzucił naukę w college'u i postanowił realizować swoją nietypową pasję - beatbox.

Pod pseudonimem "A-Plus", podróżował po Wielkiej Brytanii i założył pierwsze na świecie forum łączące beatboxerów - HumanBeatbox.com.

We wczesnej erze Internetu forum jednoczyło beatboxerów z całego świata. Udało im się nawet zorganizować zlot, na którym dyskutowano o wszystkich aspektach tej formy tworzenia dźwięków - zaczynając od tego, jak odtworzyć werbel, kończąc na technikach nucenia nosem. Zjazd ten przyciągnął około 200 osób. - Nigdy w życiu nie widziałem tyle śliny - wspomina Tew.

Ale po kilku latach stagnacji sprzedał on stronę swojemu przyjacielowi i zaczął nastawiać się na większe rzeczy.

- Cały czas mieszkałem u rodziców i miałem już dość bycia spłukanym - oznajmił Tew. - Więc zadałem sobie pytanie: "Jak mogę zarobić milion dolarów?".

The Million Dollar Homepage

Trzeba zaznaczyć, że w tamtym czasie Tew właśnie zapisał się do szkoły biznesu na Uniwersytecie w Nottingham i martwił się, że zostanie obarczony olbrzymimi pożyczkami studenckimi.

Pewnej nocy w sierpniu 2005 roku, położył się na łóżku z notesem w ręce i spisywał wszelkie pomysły na zdobycie miliona. Zanotował dziesiątki potencjalnych projektów, w tym ohydny produkt, który określił jako "Gum Slinger" - miała to być mała saszetka na zużyte gumy do żucia.

Nagle wpadł na idealny plan: założy stronę internetową z milionem pikseli, które można wykupić płacąc jednego dolara za sztukę.

Dwa dni i 50 dolarów wydanych na domenę później, Million Dollar Homepage przyszła na świat.

Koncept był nadzwyczaj prosty: wydając minimum 100 dolarów, reklamodawca mógł wykupić 100-pikselowy blok (10x10) i wyświetlić obrazek lub logo według własnego uznania z umieszczeniem odnośnika. Jedynym ograniczeniem była zasada, że nie mogły to być strony zawierające treści pornograficzne.

W przeciągu dwóch tygodni Tew przekonał swoich znajomych i członków rodziny do wykupienia 4700 pikseli - zarobione w ten sposób pieniądze wydał on na agencję PR, by ta przygotowała stosowny komunikat prasowy. Jakież było jego zdziwienie, kiedy później temat podchwyciły "BBC" oraz "The Guardian".

- Tamtego dnia strona zarobiła trzy tysiące dolarów - wyjawił Tew. - Pomyślałem sobie: "Cholera, manna z nieba". Miałem wrażenie, że to tylko waluta z Monopoly.

Miesiąc później, Tew zainkasował 250 tysięcy dolarów, a jego strona notowała 65 tysięcy wejść dziennie. Przed końcem października zarobił już 500 tysięcy od ponad 1400 reklamodawców - od Tenacious D po producentów sprzętu umożliwiającego powiększanie penisów.

W ostatnim dniu roku 999 tysięcy pikseli widniało jako sprzedane. Ostatni tysiąc pikseli Tew umieścił na licytacji za pośrednictwem portalu eBay - MillionDollarWeightLoss.com wykupił je za 38 tysięcy dolarów, powiększając jego ostateczny zysk do 1,04 miliona.

- W przeciągu czterech miesięcy, z faceta mieszkającego z rodzicami przekształciłem się w milionera - oznajmił Tew. - To był plan szybkiego wzbogacenia się, który naprawdę wypalił.

Pustka po sukcesie

Po zainkasowaniu potężnej dawki pieniędzy (ok. 700 tys. dolarów po opodatkowaniu) i zdobyciu sławy w Internecie, Tew porzucił studia w połowie semestru i przeniósł się do Londynu. Jego natychmiastowy sukces znacznie zwiększył jego pewność siebie, ale przyniósł też niespodziewane konsekwencje.

- Sukces może ostatecznie okazać się czymś złym i może nas uczyć złych rzeczy - oświadczył. - Zacząłem myśleć o pomysłach, które przyciągałyby uwagę zamiast przynosić zysk.

W latach 2006-2010, mężczyzna stworzył szereg przedsięwzięć: Pixelotto, OneMillionPeople, PopJam - które próbowały odcinać kupony po sukcesie Million Dollar Homepage. Nie będąc w stanie przebić tego pomysłu, Tew przeniósł się do San Francisco i dołączył do interesu swojego przyjaciela.

W tym czasie Tew nie sypiał zbyt dobrze i nie jadł wiele, nie trzymał się również swojego codziennego nawyku medytowania. Odbijało się to na jego zdrowiu psychicznym, ale „nikt nie chciał słyszeć o dzieciaku, który zarobił milion dolarów i wpadł w depresję”.

Medytując przez całe swoje życie, mężczyzna zaczął zdawać sobie sprawę, że musi się wycofać od rozproszenia i stresorów technologii... więc stworzył kolejną stronę internetową.

Efektem jego pracy była strona donothingfor2minutes.com, której idea była banalnie prosta: znajdował się tam 2-minutowy timer, który resetował się, jeśli poruszyliśmy kursorem. Było to idealne wyczucie czasu - dynamiczny rozwój Internetu wywołał obawy o "psychiczny bałagan", a publika nastawiona na konsumpcję nowinek technologicznych coraz częściej poszukiwała chwili wytchnienia.

W 2012 roku Tew zdecydował się na uruchomienie solidniejszej aplikacji do medytacji, która zaspokoi potrzeby tego typu.

Niestety potencjalni inwestorzy nie byli zainteresowani jego pomysłem opisywanym wówczas jako "Nike dla umysłu".

- Na niektórych spotkaniach mnie wyśmiewano. Kiedy opowiadasz o medytacji ludziom, którzy tego nie praktykują i pracują nad technologiami, znacznie wystaje to poza ich centrum zainteresowania.

Ostatecznie udało mu się zebrać 1,5 miliona dolarów i w 2012 roku opracował aplikację "Calm".

Od samego początku postanowił uczynić flagową funkcję aplikacji - 10-minutową medytację z przewodnikiem - darmową, z opcją zakupu dostępu premium do funkcji takich jak "Sleep Stories" (opowiadania na dobranoc dla dorosłych) oraz kursy na tematy związane z dobrym samopoczuciem za 60 dolarów rocznie.

Rozwój Calm.com

Od momentu uruchomienia Calm odnotował gwałtowny wzrost zarówno w liczbie użytkowników, jak i przychodów.

W pierwszym roku (2013) aplikacja zarobiła około 100 tys. dolarów. Do 2015 roku przychody wzrosły do ​​dwóch milionów dolarów, głównie dzięki zatrudnieniu Tamary Levitt, doświadczonej nauczycielki medytacji, która od tamtej pory udziela głosu opisując codzienne ćwiczenia.

Wybory w 2016 roku, zawirowania polityczne i niepokoje podniosły tę liczbę do siedmiu milionów, a także przyniosły nieoczekiwane ukoronowanie tytułem Aplikacji Roku 2017 Apple'a - od tego czasu przychody szacuje się na około 37 milionów dolarów.

Dzisiaj Calm ma ponad 600 tysięcy użytkowników premium, a cały projekt wyceniany jest na 250 milionów dolarów. To stawia ich wysoko w gronie konkurentów takich jak: Headspace, Breethe i Buddhify.

Tew, dzisiaj 35-latek, przypisuje ten rozwój „niepokojowi i stresorom współczesnego życia”.

- Mieszkanie w ruchliwych miastach, pokonywanie milionów mil na godzinę, zawsze będąc podłączonym i przytłoczonym informacjami - to nie życie, które miało być efektem naszej ewolucji”.

Źródło: The Hustle

W ciągu czterech lat panowania Czerwonych Khmerów w Kambodży byli oni odpowiedzialni za jedno z największych ludobójstw w historii XX wieku.

Brutalny reżim, będący u władzy w latach 1975-1979, pochłonął życia około dwóch milionów ludzi.

Pod rządami marksistowskiego przywódcy Pol Pota, Czerwoni Khmerzy próbowali cofnąć Kambodżę do średniowiecza, zmuszając miliony obywateli miast do pracy w gospodarstwach komunalnych na wsiach.

Jednak za tak dramatyczną próbę zainicjowania inżynierii społecznej zapłacono straszną cenę. Całe rodziny umierały z powodu egzekucji, głodu, chorób czy przepracowania.

Filozofia komunistyczna

Początki Czerwonych Khmerów sięgają lat 60. XX wieku, kiedy to założono taką organizację jako zbrojne skrzydło Komunistycznej Partii Kambodży. Początkowo grupa działała w głębokiej dżungli i obszarach górskich w północno-wschodniej części kraju, nie notując żadnych wielkich sukcesów.

Ale po tym, jak w 1970 roku prawicowy zamach stanu obalił głowę państwa Księcia Norodoma Sihanouka, Czerwoni Khmerzy zawarli z nim polityczną koalicję i zaczęli notować coraz to większe poparcie.

Podczas trwającej niemal pięć lat wojny domowej grupa zwiększała stopniowo swoje wpływy na wsiach. Siły Czerwonych Khmerów ostatecznie zajęły stolicę Phnom Penh - a zatem przejęły kontrolę nad całym narodem - w 1975 roku.

Pobyt na dalekim północnym wschodzie i okoliczne plemiona, będące samowystarczalne w swoim życiu wspólnotowym, miały znaczący wpływ na rozwój poglądów Pol Pota. Tamtejsi ludzie nie mieli wielkiego pożytku z pieniędzy i były "nieskażone" buddyzmem.

Po dojściu do władzy Pot i jego poplecznicy szybko przystąpili do przekształcania Kambodży w to, co w ich marzeniach miało się stać agrarną utopią.

Pol Pot deklarował, że jego naród rozpocznie od zera - odizolował swoich ludzi od reszty świata i przystąpił do opróżniania miast, znoszenia waluty, własności prywatnej i religii oraz zaczął zakładać wiejskie społeczności.

Każdy, kogo uznano za intelektualistę, był mordowany. Często ludzie tracili życie tylko dlatego, że nosili okulary lub znali języki obce. Poszczególne grupy etniczne (Wietnamczycy, Czamowie) również znajdowały się na celowniku władz.

Setki tysięcy wykształconych przedstawicieli klasy średniej poddawano torturom i zabijano w specjalnych ośrodkach. Najbardziej znanym z nich było więzienie S-21 w Phnom Penh znane jako Tuol Sleng, gdzie niemal 17 tys. ludzi (w tym kobiety i dzieci) było więźniami podczas czteroletniego reżimu.

Kolejne setki tysięcy obywateli zginęło z powodu chorób, głodu oraz wycieńczenia, gdyż członkowie Czerwonych Khmerów (wśród nich dostrzec można było nawet nastolatków) zmuszali ich do katorżniczej pracy.

Ponowne otwarcie na świat

Rządy Czerwonych Khmerów zostały ostatecznie obalone w 1979 roku przez nacierające siły wietnamskie, które wtargnęły do kraju po brutalnych walkach na granicy.

Osoby będące postawione wyżej w partii wycofały się w głąb kraju, gdzie pozostawali aktywni przez pewien czas, jednak ich wpływy stawały się stopniowo coraz mniejsze.

W kolejnych latach Kambodża ponownie otwierała się na międzynarodową komunikację, a całkowity obraz horroru opisywanego reżimu powoli wychodził na jaw.

Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli swoje historie zszokowanym słuchaczom, a nakręcona w latach 80. hollywoodzka produkcja pt. "Pola śmierci" zobrazowała beznadziejną sytuację ofiar reżimu Czerwonych Khmerów dla widzów z całego świata.

Pol Pot został potępiony przez swoich byłych towarzyszy i podczas pokazowego procesu w lipcu 1997 roku skazano go na areszt domowy w jego posiadłości w dżungli.

Jednak niecały rok później zmarł - odbierając tym samym milionom ludzi, których dosięgnęły jego brutalne rządy, szansę na postawienie go przed obliczem sprawiedliwości.

ONZ pomogło założyć trybunał, aby ten stosownie ukarał przywódców Czerwonych Khmerów - proces ten rozpoczęto w 2009 roku. Do tej pory skazano tylko trzech liderów grupy.

Kaing Guek Eav - znany jako Duch - został skazany na dożywocie w 2012 roku za prowadzenie osławionego więzienia Tuol Sleng.

W sierpniu 2014 roku Nuon Chea, uważany za Towarzysza numer 2 po Pol Pocie, a także reżimowa głowa państwa Khieu Samphan zostali skazani na dożywocie za zbrodnie przeciwko ludzkości.

W listopadzie 2018 roku trybunał uznał ich również za winnych ludobójstwa w związku z usiłowaniem eksterminacji Czamów i Wietnamczyków.

Źródło: BBC

czwartek, 25 kwiecień 2019 07:57

Czy doczekamy się kiedyś robotów-opiekunów?

Roboty mogą stać się idealnymi opiekunami dla starzejących się populacji w przyszłości. Jednak aby tak się stało, jakie wyzwania należałoby wpierw pokonać?

Produkcje filmowe takie jak "Robot i Frank", "Ja, robot" czy seriale animowane pokroju "Jetsonów" ukazują przyszłość, w której roboty zajmują się pracami domowymi, pozwalając tym samym rodzinom na spędzanie większej ilości czasu wspólnie, zapewniając przy tym dłuższą samodzielność starszym osobom.

Przyszłość oparta na robotach-opiekunach zbliża się szybciej niż mogło by się wydawać. Zrobotyzowane odkurzacze czy kosiarki są już dostępne do kupienia, a popyt na takie produkty rośnie w zatrważającym tempie wśród starszych ludzi w Japonii. Robot Pepper, stworzony przez naukowców z londyńskiego Middlesex University, stanął niedawno przed specjalną komisją parlamentarną w Wielkiej Brytanii i odpowiadał na pytania związane z rolą robotów w edukacji.

Z drugiej strony roboty-opiekunowie stanowią względnie nowy trend. Wraz z rosnącą długością życia pojawia się więcej osób w podeszłym wieku, które wymagają stałej opieki. Jednakże z uwagi na brak wystarczającej liczby opiekunów możemy mieć wkrótce do czynienia z kryzysem na tej płaszczyźnie w niedalekiej przyszłości. Przykładowo w Japonii przewiduje się, że do 2025 roku pojawi się zapotrzebowanie na 370 tys. brakujących opiekunów.

Choć obecna "technologia pomocnicza" odbiega znacząco od konceptu robotów przygotowujących posiłki i wykonujących wszelkie inne prace domowe, może stanowić pewien wgląd na możliwą przyszłość, która nas czeka.

Większość robotów jest dzisiaj używanych w ciężkim przemyśle i fabrykach, gdzie niebezpieczne i powtarzalne zadania są rutynowo wykonywane przez zautomatyzowane systemy. Jednak takie przemysłowe roboty nie są zaprojektowane by działać w obecności ludzi, gdyż poruszają się szybko i są stworzone z twardych materiałów, a to mogłoby doprowadzić do poważnych urazów.

Dzisiejsze roboty zaprojektowane do współpracy (znane także jako "coboty" - z ang. collaborative robots) są zbudowane ze sztywnych złączek i połączeń. Podczas pracy w otoczeniu ludzi ich szybkość jest ograniczana, tak aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo.

Jednakowoż przedstawiciele następnej generacji cobotów będą zbudowani z delikatniejszych materiałów, takich jak: guma, silikon czy tkanina. - Takie roboty są z założenia bezpieczne z uwagi na materiał, z którego są zbudowane - komentuje Helge Wurdemann, robotyk z University College London. - Taki rodzaj delikatnych robotów o kontrolowanej sztywności niesie nadzieje na osiągnięcie precyzji i powtarzalności obecnych cobotów, zapewniając jednocześnie bezpieczną interakcję z ludźmi - dodał.

Jednym z największych wyzwań jest fakt, że systemy nawigacyjne robotów tworzonych do interakcji z ludźmi wciąż nie są w pełni rozwinięte. Działają one do pewnego stopnia, ale łatwo wpadają w oszołomienie - dobrym przykładem są zrobotyzowane odkurzacze, które mają problem z powrotem do swojej stacji ładowania. W warunkach czysto laboratoryjnych, roboty są w stanie wyznaczyć najlepszą możliwą trasę, ale w środowisku życia codziennego - czyt. domach pełnych stołów, krzeseł i innych mebli - sytuacja jest zupełnie inna.

- Wiele algorytmów tego typu zostało stworzonych w laboratoriach, których umeblowanie jest względnie proste w porównaniu z tym domowym, w połączeniu z ludzką aktywnością - wyjaśnia Nicola Bellotto, naukowiec z Uniwersytetu Lincolna oraz technolog projektu "Enrichme", który podejmuje próby tworzenia robotów do pomagania i monitorowania starszych osób.

Roboty mają także problemy ze zmianami nawierzchni i schodami - tak jak słynny Daleks z serialu "Doctor Who". W 2017 roku w Waszyngtonie autonomiczny robot ochronny utopił się po upadku ze schodów do fontanny. Kolejnym wyzwaniem może być bezpieczne funkcjonowanie w otoczeniu dzieci i zwierząt, co najbardziej obrazowo udowodnił incydent z 2016 roku, kiedy to robot przejechał małe dziecko w centrum handlowym w Dolinie Krzemowej po tym, jak małolat zaczął biegnąć w jego kierunku.

Koordynacja ruchów w odpowiedzi na sensory informacyjne stanowi następny problem robotyki, który wpływa na umiejętność robotów do interakcji z otoczeniem. Maszyny te nie są w stanie poradzić sobie z zadaniami, które dla człowieka lub nawet psa są całkiem proste - takimi jak np. łapanie piłki.

Dzieje się tak ponieważ w takich sytuacjach należy brać pod uwagę niewiarygodnie wiele czynników, których ilość potrafi przeciążyć system autonomiczności i powodować powstawanie błędów. - Z perspektywy nauki o maszynach, w większości przypadków robotom łatwiej jest podjąć decyzję, niż ją faktycznie wykonać - mówi Diane Cook, jedna z dyrektorów Laboratorium Sztucznej Inteligencji z Washington State University. - Niektóre zadania umysłowe trudne do wykonania dla ludzi są banalnie proste dla robotów, ale niektóre zadania ruchowe są z kolei problematyczne dla robotów, podczas gdy ludzie wykonują je bez kłopotu - dodaje.

Pozostaje również kwestia tego, czy chcemy zbliżyć wyglądem roboty-opiekunów do ludzi. Istnieje koncept tzw. "dziwacznej doliny", w myśl którego przedmioty naśladujące ludzką formę mogą nas odstraszyć od ich używania. Zamiast tego, jak w przypadku zrobotyzowanych odkurzaczy w naszych domach, roboty mogą być zaprojektowane pod względem estetycznym w nawiązaniu do sprawowanych przez nie funkcji.

- Im bardziej robot przypomina człowieka, tym większy będzie opór stawiany przez osobę, którą miałby się on opiekować - oznajmiła Cook. - Robot jest użyteczny tylko wtedy, kiedy akceptuje go osoba będąca pod jego opieką - skwitowała.

W niektórych przypadkach roboty nieprzypominające ludzi mogą być najlepszym wyjściem. Zrobotyzowane zwierzęta, takie jak Paro, zaczynają być używane jako zwierzaki domowe w domach opieki, które nie pozwalają na trzymanie tradycyjnych zwierząt lub jako dodatkowi kompani ludzi cierpiących na demencję czy posiadających problemy z nauką.

Wiele nowoczesnych robotów jest zorientowanych na daną funkcję, tak jak zrobotyzowane odkurzacze, a nie na wielofunkcjonalność. Zaprojektowanie systemu robota spełniającego wiele funkcji może stanowić nie lada wyzwanie, zwłaszcza jeśli ich zadania nie są ze sobą powiązane. W najbliższej przyszłości możemy mieć jednak do czynienia z kilkoma robotami-opiekunami spełniającymi wybrane funkcje. To jednak rodzi kolejny problem - miejsca na ich przechowywanie, kiedy nie są używane.

Niedawno mieliśmy również do czynienia z pewnym postępem w integrowaniu technologii "smart home" wraz ze zrobotyzowanymi systemami w celu stworzenia domów z rozszerzonymi zautomatyzowanymi systemami. Jednym z przykładów jest Chiron - projekt badawczy mający na celu stworzenie podwieszonego systemu torowego, który pozwoliłby robotowi przemieszczanie się z pokoju do pokoju, używając specjalnych adapterów do poznawania otoczenia, w którym się aktualnie znajdują.

Biorąc pod uwagę nieuniknione wyzwania związane z nawigacją i poruszaniem się autonomicznych robotów w środowisku domowym, taki system podwieszonych pod sufitem torów daje obraz potencjalnego sposobu na zintegrowanie robotów z naszymi domami. Trzeba jednak pamiętać, że taki system odsłania także wyzwania z nim związane.

W celu zainstalowania sieci podwieszonych torów, należałoby przeprowadzić znaczące zmiany w domu przed możliwością wprowadzenia do niego robota. Oczywiście odpowiednio dostosowane domy opieki mogłyby być budowane od początku z zainstalowanym systemem tego rodzaju. Jednak olbrzymie koszty z nim związane mogą okazać się niezwykle trudnym wyzwaniem.

Ostatecznie roboty-opiekunowie ułatwią pracę ludzkich opiekunów, ale ich nie zastąpią - robotyka nigdy nie będzie w stanie odwzorować towarzystwa, jakie niesie ze sobą opiekun z krwi i kości. Nawet najbardziej zaawansowana symulacja człowieka przez robota nie może w pełni oddać mimiki istoty ludzkiej.

Posiadanie technologii pomocniczej sprawi, że opiekunowie będą mogli działać efektywniej. - Roboty niekoniecznie zabierają ludziom pracę, ale ułatwiają ją - twierdzi Helen Dickinson, ekspert ds. usług publicznych z University of New South Wales. - Nie chodzi tylko o przekazywanie robotom najcięższych prac fizycznych, chociaż z pewnością istnieje zainteresowanie przydzielania im zadań wymagających cierpliwości i powtarzalności, przy których przytłaczanie ludzi i syndrom zmęczenia współczuciem mogą być kluczowe.

Całkiem możliwym jest, że pewnego dnia będziemy mieli technologię pomocniczą w każdym domu, ale nieco bardziej zaawansowane systemy nie będą w nich obecne przez jakiś czas, także nie w sposób ukazany w fikcyjnych produkcjach. Zamiast tego nasze domy same z siebie mogą stać się opiekunami, gdyż jednostki zrobotyzowane stają się powoli swego rodzaju rozszerzeniami domostw. Tak więc bunt robotów może się póki co ograniczyć do odmówienia zmywania naczyń.

Źródło: BBC Future

Był 6 września 2006 roku - w godzinach popołudniowych 14-letnia Elizabeth Shoaf z Leaning Tree Road w Lugoff w Południowej Karolinie szła do domu po wyjściu ze szkolnego autobusu. Zegarki wskazywały wówczas godzinę 16:30. Podczas przechadzki podszedł do niej mężczyzna w mundurze bojowym. Był to Vinson Filyaw, bezrobotny przestępca seksualny, którego policja usiłowała odnaleźć przez kilka miesięcy po tym, jak zmolestował on pewnego 12-latka. Filyaw zyskał zaufanie Elizabeth, twierdząc, że jest policjantem.

Po założeniu kajdanek na nastolatkę, Filyaw zaprowadził Elizabeth w głąb lasu na około godzinę, tak aby ją zdezorientować. W końcu przyprowadził ją do podziemnego bunkra, który wykopał w ziemi obok swojej przyczepy. Schronienie to miało nieco ponad metr szerokości i 6 metrów długości.

W środku znajdował się ręcznie wykopany wychodek, prowizoryczne łóżko i półki wykonane z gałęzi. Były tam też dwa granaty domowej roboty i pistolet flarowy. Bunkier znajdował się około 1,5 kilometra od domu Elizabeth.

Będąc już pod ziemią, Filyaw rozebrał przerażoną dziewczynę, związał ją łańcuchami, a następnie zgwałcił. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez 10 dni. Mężczyzna gwałcił Elizabeth od dwóch do pięciu razy dziennie. Co więcej, Filyaw umieścił ładunki wybuchowe wokół szyi dziewczyny i ostrzegł ją, że całość wybuchnie, jeśli ta spróbuje uciec. Jak twierdził sam porywacz, w pobliżu znajdował się zbiornik wodny w postaci stawu. Może to oznaczać, że zamierzał on przetrzymywać swoją ofiarę w bunkrze przez kolejne miesiące, jeśli nie lata.

Kiedy Elizabeth nie wróciła do domu ze szkoły, jej rodzice zgłosili jej zaginięcie. Pomimo ich niebezpodstawnych obaw, że stało się coś złego, policja założyła, iż była to tylko młodzieńcza ucieczka z domu. Rodzice utrzymywali, że tego typu rozwiązanie nie byłoby w jej stylu. Mimo to policja odmówiła uruchomienia tzw. "Amber Alert" (system alarmowy, który służy do udostępniania fotografii zaginionych dzieci poprzez rozpowszechnianie komunikatów środkami masowego przekazu) i sklasyfikowała ją jako uciekinierkę.

W przeciągu następnych 10 dni, Elizabeth pracowała nad zdobyciem zaufania jej porywacza. Próbowała dotrzeć do niego mówiąc o rzeczach, które go interesowały i ujawniając, że interesują ją one w tym samym stopniu. Próbowała sprawić, by mężczyzna uwierzył, że nastolatka cieszy się z takiej sytuacji i jego towarzystwa. W końcu zaczął pozwalać Elizabeth wychodzić na świeże powietrze. Dziewczyna sprytnie zostawiała kosmyki włosów na ziemi, mając nadzieję, że ktoś je znajdzie i "połączy kropki".

Dziesiątego dnia Elizabeth zapytała Filyawa, czy może użyć jego telefonu do grania w gry. Kiedy mężczyzna zasnął, Elżbieta wysłała do swojej rodziny liczne wiadomości. Jej matka otrzymała wiadomość tekstową od córki, w której ta poinformowała ją, że przebywa w dziurze w ziemi i że słyszy ciężarówki jadące obok. Policja była w stanie wyśledzić numer telefonu do wieży telefonicznej w pobliżu podziemnego bunkra.

Gdy policja była już na jego tropie, Filyaw dowiedział się o całej sprawie po obejrzeniu wiadomości na telewizorze z zasilaniem bateryjnym. Początkowo był wściekły na Elizabeth: „Bałam się, że umrę. Był wściekły" - wyjawiła. Gniew szybko przerodził się w strach. Co jeśli policja go znajdzie? Zapytana o radę, Elizabeth zasugerowała, żeby uciekł i był oddalony od funkcjonariuszy, którzy szybko zbliżali się do celu. Porywacz posłuchał tej rady i porzucił Elizabeth w bunkrze.

Wkrótce po jego odejściu Elizabeth nieustannie krzyczała o pomoc z bunkra, mając nadzieję, że ktoś ją usłyszy. Grupa poszukiwawcza, która przeszukiwała okolicę, usłyszała jej krzyki i ostatecznie odkopała legowisko okrutnego pedofila.

Od tamtej pory trwało polowanie na Filyawa. Helikopter policyjny krążył wokół bunkra i otaczającego go obszaru leśnego. Podczas przeszukiwania odkryto trzy inne bunkry, wszystkie wykopane przez Filyawa. Był on zwolennikiem survivalu, który znał każdy zakamarek okolicznego lasu.

Później okazało się, że Filyaw posiadał system tuneli pod swoim domem, prowadzący do kilku podziemnych bunkrów.

W końcu wytropiono go po tym, jak pewna kobieta zadzwoniła na policję, by powiedzieć, że Filyaw próbował ją porwać przed pizzerią 17 września około 2 w nocy. Policja zatrzymała go podążającego drogą międzystanową 20 około 8 kilometrów od jego domu - był uzbrojony w pistolet na śrut, paralizator i długi nóż myśliwski.

Determinacja Elizabeth by przeżyć była nadzwyczaj imponująca. „Patrzę na nią cały czas i zastanawiam się, przez co przeszła i jak tego dokonała” - powiedział później jej ojciec w rozmowie z  "Today". Elizabeth ukończyła szkołę średnią i politechnikę. Po zostawieniu za sobą traumatycznej przeszłości, pragnie jednej rzeczy - aby jej historia była lekcją dla innych.

Źródło: Morbidology

Ogromna perła, która prawdopodobnie pochodzi z gigantycznego małża, może okazać się największym tego typu okazem na świecie - a jeśli fakt ten zostanie potwierdzony, szacuje się, że jej wartość to ponad 100 milionów dolarów.

Kanadyjski włamywacz poczuł się jak w domu. Jego nietypowe działanie odbiło się szerokim echem w całym kraju w 2015 roku.

Free Joomla! template by L.THEME