Kiedy usłyszymy coś o Nowej Zelandii, na myśl przychodzi nam piękna przyroda - fiordy, góry i wspaniałe krajobrazy. Rozległe, puste i bezkresne. Jednak już od lat kraj ten zmaga się z inną formą izolacji - depresją i samobójstwami.

Raport Unicef z 2017 roku zawiera szokującą statystykę - Nowa Zelandia ma zdecydowanie najwyższy współczynnik samobójstw wśród młodzieży w rozwiniętym świecie. Szok, ale nie niespodzianka - kraj ten nie po raz pierwszy znajduje się na szczycie tabeli.

Raport Unicef wykazał, że współczynnik samobójstw wśród młodzieży nowozelandzkiej - nastolatków w wieku od 15 do 19 lat - jest najwyższy z długiej listy 41 krajów OECD i UE. Wskaźnik 15,6 samobójstw na 100 tys. osób jest dwa razy wyższy niż w USA i prawie pięć razy wyższy niż w Wielkiej Brytanii.

Dlaczego Nowa Zelandia?

- Istnieje wiele powodów i ważne jest, aby nie skupiać się tylko na jednej statystyce - ostrzega dr Prudence Stone z Unicef New Zealand. Wysoki współczynnik samobójstw łączy się z innymi danymi, pokazującymi na przyklad ubóstwo wśród dzieci, wysoki wskaźnik nastoletnich ciąż lub rodzin, w których żadne z rodziców nie ma pracy.

Nowa Zelandia ma również „jeden z najgorszych na świecie rekordów w zakresie zastraszania w szkołach“, cytując Shauna Robinsona z Mental Health Foundations New Zealand. Wyjaśnia on, że istnieje „toksyczna mieszanka“ bardzo wysokich wskaźników przemocy w rodzinie, wykorzystywania i ubóstwa wśród dzieci, które należy rozwiązać, aby uporać się z tym problemem.

Statystyki pochodzące ze stron rządowych Nowej Zelandii ujawniają, że wskaźniki samobójstw są najwyższe wśród młodych Maorysów i mężczyzn z wysp Pacyfiku. - To pokazuje nam, że istnieją również kwestie dotyczące tożsamości kulturowej i wpływu kolonizacji - dodaje Robinson.

Według danych z 2014 roku, wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn maoryskich we wszystkich grupach wiekowych jest około 1,4 razy wyższy niż wśród pozostałych grup etnicznych.

- To alarmujące i warte uwagi. Być może jest to efekt poziomu instytucjonalnego i kulturowego rasizmu w naszym społeczeństwie - twierdzi dr Stone. - Nie ma badań, które pozwoliłyby nam stwierdzić to jednoznacznie, ale z pewnością sugeruje to wiele sygnałów - dodaje.

Poza tymi ponurymi liczbami istnieje jeszcze jedna hipoteza, którą niektórzy podają jako możliwą przyczynę tej niepokojącej sytuacji. Służby zdrowia i wsparcia we wszystkich krajach zachodnich od lat walczą ze stygmatem związanym z depresją postrzeganą jako słabość.

To właśnie może być w istocie większy problem w Nowej Zelandii niż w innych krajach.

- W Nowej Zelandii istnieje tradycja zahartowanej kultury koleżeńskiej - wyjawia dr Stone. - To wywiera presję na mężczyzn, aby być w określonej formie, presję na chłopców, aby utwardzić się, aby stać się tymi twardymi pijącymi piwo mężczyznami.

Mówi, że w ostatnich latach nastąpiła niewielka zmiana, z muzykami i filmowcami pojawiającymi się jako wzorce do naśladowania dla innego rodzaju nowozelandzkiego mężczyzny - ludzi, którzy „nie są typowymi wielkimi, twardymi gośćmi“, ale pokazują, że może istnieć zabawne podejście do męskości.

- Duża część zachodniego świata przyjmuje postawę: „Po prostu będę się uśmiechał i to przeboleję“ - dodaje Briana Hill, rzeczniczka Youthline, telefonicznej infolinii skierowanej do młodych ludzi. - Ale myślę, że w nowozelandzkiej psychice zdecydowanie istnieje dodatkowy stoicyzm wokół postawy „Po prostu przejdę przez to sam“, którego możemy nie doświadczyć tak bardzo w innych krajach.

Nie chodzi o to, że nie ma systemu wsparcia, aby rozwiązać problem, ale sęk w tym, że jest on całkowicie przeciążony. - Zapotrzebowanie na tego typu usługi wzrosło o 70% w ciągu ostatniej dekady - wyjaśnia Robinson. - Podczas gdy liczba wezwań policji związanych z samobójstwami wzrosła o 30% tylko w ciągu ostatnich czterech lat.

Problem ten Briana Hill z Youthline zna aż za dobrze. Notuje się zbyt wiele wezwań, których funkcjonariusze nie są w stanie podjąć, ponieważ nie mają takiej możliwości.

Jednogłośne odczucie wśród społeczności ekspertów jest takie, że należy przeznaczyć więcej funduszy na pomoc służbom, które zajmują się tym problemem. Równie ważne jest bardziej ogólne skupienie się na tworzeniu świadomości istnienia problemu i nadanie mu odpowiedniego priorytetu.

- Rząd nie wykonuje dobrej roboty w zakresie wspierania młodych ludzi, aby byli w stanie poradzić sobie z presją, stresem, emocjonalnymi i psychicznymi wyzwaniami, przed którymi stoją - dodaje Robinson.

Utrzymywanie się problemu na przestrzeni lat sprawiło, że stał się on jednym z priorytetów decydentów politycznych. Był on na przykład tematem debat politycznych przed wyborami powszechnymi w kraju we wrześniu 2017 roku.

Cztery lata temu rząd opublikował projekt krajowej strategii zapobiegania samobójstwom, który został poddany konsultacjom społecznym. Chociaż wokół projektu toczy się wiele dyskusji, nawet ci, którzy twierdzą, że jest on niewystarczający, zgadzają się, iż jest to ważny krok w kierunku przesunięcia niebotycznie wysokich wskaźników samobójstw w kraju ku centrum uwagi opinii publicznej.

Źródło: BBC

środa, 19 maj 2021 10:38

Nawet zwierzęta idą do więzienia

W 2004 roku kazachska policja prowadziła dochodzenie w sprawie niedźwiedzicy, która zaatakowała dwie osoby na kempingu: jedenastoletniego chłopca, który zbytnio zbliżył się do jej klatki i nietrzeźwego dwudziestoośmioletniego mężczyznę, który próbował podać jej łapę. Jekaterina (znana także jako Katia), zwierzę cyrkowe, które było trzymane w klatce, aby zabawiać obozowiczów, została natychmiast odebrana przez odpowiednie służby.

Kiedy żadne schroniska ani ogrody zoologiczne nie chciały przyjąć Katii, władze Kazachstanu zdecydowały, że jedynym miejscem, w którym można ją trzymać, jest więzienie.

Katia została skazana na dożywocie w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze w Kustanaju, w której przebywało wówczas 730 innych (ludzkich) więźniów. Przez piętnaście lat żyła z resztek jedzenia z więziennej kuchni i przebywała w celi nieprzystosowanej dla dzikiego zwierzęcia. Jednak więźniowie bardzo ją polubili i nawet zbudowali pomnik na jej cześć.

Kiedy o jej niezwykłej sytuacji zrobiło się głośno na całym świecie, organizacje pozarządowe "Bears in Mind" i "Forgotten Animals" zażądały jej natychmiastowego uwolnienia i umieszczenia w bardziej odpowiednim środowisku. Sporządzono nawet specjalną petycję.

5 czerwca 2019 roku Katia została ostatecznie zwolniona po piętnastu latach spędzonych w zakładzie poprawczym w Kustanaju. Następnie została przetransportowana do małego zoo, na północy Kazachstanu.

Krótka historia procesów zwierząt

Aby zrozumieć ten osobliwy przypadek, warto spojrzeć wstecz na inne niepokojące przypadki zwierząt, które były stawiane przed sądem.

Między XIII a XVIII wiekiem procesy zwierząt nikogo nie dziwiły. Biorąc pod uwagę, że obywatele uważali publiczne egzekucje ludzi za ekscytujące, nie dziwi fakt, że mordercze kozy czy podstępne konie gromadziły na trybunach jeszcze większą publiczność niż ich ludzkie odpowiedniki.

Najczęściej zwierzę domowe stawało przed sądem oskarżone o bestialstwo lub współudział w uprawianiu magii.

Kronika Kurze Basler z Bazylei w Szwajcarii podaje, że w 1474 roku kogut został postawiony przed sądem za popełnienie "ohydnej i nienaturalnej zbrodni znoszenia jaj". Mieszkańcy miasta obawiali się, czy ptak jest pomiotem szatana, czy też przebraną kurą i zażądali egzekucji oskarżonego. Kogut został uznany za winnego, a następnie spalony na stosie.

Sprawiedliwość dla wszystkich

W imię sprawiedliwości, los zwierząt bywał często mroczny. Ludzie wydawali się tak skupieni na ukaraniu winowajcy, że zapominali o tym, iż zwierzę nie ma moralnej zdolności do popełnienia przestępstwa. Wraz z rozwojem społeczeństwa, nasze zbiorowe rozumienie godności, podstawowych praw i zasad moralnych również się rozwinęło. Publiczne egzekucje ustały, podobnie jak procesy zwierząt.

Jak to się stało, że Katia trafiła do więzienia? Władze Kazachstanu zrezygnowały z filozofii agencji moralnej na rzecz ludzkich ofiar. Nie jest to jedyny przypadek, kiedy maltretowanie, a nawet zabicie niedźwiedzia jest usprawiedliwiane jako działanie na rzecz bezpieczeństwa publicznego.

Szpiedzy w przebraniu

Kolejne ciekawe zatarcie z prawem miało miejsce w 2015 roku w Indiach, kiedy to funkcjonariusze aresztowali gołębia podejrzanego o szpiegostwo. Pewien chłopiec znalazł ptaka w rejonie Kaszmiru, na granicy Indii i Pakistanu, z wiadomością w języku urdu wytłoczoną na jego ciele, a także z pakistańskim numerem telefonu. Indie potraktowały sprawę bardzo poważnie i prześwietliły gołębia w szpitalu weterynaryjnym, szukając innych obciążających go dowodów.

Kiedy śledztwo utkwiło w martwym punkcie, historia ta stała się internetowym memem.

Pewien kot z Brazylii został również objęty śledztwem, gdy odkryto go spacerującego przez główne bramy więzienia o średnim stopniu bezpieczeństwa w Arapiraca, z pokaźnym sprzętem do ucieczki. Kiedy kot został zatrzymany, strażnicy znaleźli kilka pił i wierteł, ładowarkę do telefonu, baterie i kartę pamięci.

Zdumieni, strażnicy próbowali dowiedzieć się, kim mieli być odbiorcy, ale nie byli w stanie wydobyć z kota żadnych informacji. Rzecznik więzienia oświadczył: - Trudno jest ustalić, kto jest odpowiedzialny za akcję, ponieważ kot... nie mówi.

Źródło: History of Yesterday

Można by pomyśleć, że ludzie fałszujący dokumenty już się tego nauczyli. Kanadyjczyk Gerald McGoey został osądzony o sfałszowanie dokumentów w celu ochrony pewnych aktywów przed postępowaniem upadłościowym, ponieważ - o czym słyszano już wielokrotnie - w dokumentach użyto nowoczesnych czcionek "C" Microsoftu, które stały się powszechnie dostępne dopiero w 2007 roku. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie drobny szczegół, że dokumenty były datowane na 2004 i 1995 rok. Ups.

McGoey był dyrektorem generalnym Look Communications, kiedy firma upadła i pozostawiła go na skraju bankructwa. Firma została zlikwidowana, a McGoey został wezwany do zapłaty 5,6 miliona dolarów na rzecz wierzycieli. McGoey twierdził, że aktywa, o których mowa - w tym przypadku domy - były przechowywane w funduszu powierniczym przez jego żonę i trójkę dzieci, a zatem poza zasięgiem sądów. Aby to udowodnić, przedstawił dwa podpisane dokumenty. Na jego nieszczęście stworzył je używając krojów pisma, które nie istniały w czasie rzekomego tworzenia tych dokumentów.

Pierwszy dokument zaufania był datowany na 1995 rok i używał czcionki Cambria. Drugi, datowany na 2004 rok, używał Calibri. Cambria została zaprojektowana w 2004 roku, natomiast Calibri w latach 2002-2004. Ale żadna z nich nie stała się powszechna aż do 2007 roku, kiedy to zostały dołączone do Windows Vista i Office 2007. Oprogramowanie to zawierało siedem różnych czcionek o nazwach zaczynających się na "C" - tak zwane "czcionki C" - które zostały zoptymalizowane pod kątem antyaliasingu ClearType. Wraz z ich wydaniem Microsoft zmienił domyślną czcionkę programu Word z czcigodnej Times New Roman na Calibri. Użycie nowych czcionek od razu zdradza, że dokument nie został napisany przed rokiem 2007.

To nie pierwszy raz, gdy zmiana Microsoftu wyłapała oszustów. W 2017 r. rodzina byłego premiera Pakistanu Nawaza Sharifa przedstawiła sfałszowane dokumenty, aby uzasadnić znaczny majątek, jaki zgromadził Sharif. Córka Maryam przedstawiła podpisany dokument datowany na 2006 rok, ale popełniła ten sam błąd co McGoey - użyła czcionki Calibri.

Nieco wcześniej, bo w 2012 roku, rząd turecki oparł się na dokumentach napisanych czcionką Calibri i inną czcionką C, aby wykazać, że około 300 osób było zaangażowanych w próbę zamachu stanu. Jedyny problem? Dokumenty były datowane na 2003 rok. Choć w sądzie zwrócono uwagę na oszustwo, to i tak bezskutecznie, a oskarżeni zostali uznani za winnych.

Źródło: arstechnica.com

sobota, 24 kwiecień 2021 09:32

Niepodziewana kariera muzyczna agenta CIA

Przyjęcie zespołu w prowincjonalnym miasteczku Soroti było umiarkowane, co stanowiło odejście od ich głośnych, cotygodniowych występów w stolicy.

- Graliśmy to, co zwykle i ludzie byli w to wciągnięci - powiedział Jim Logan, gitarzysta zespołu. - Ale to po prostu nie było trafione.

To było w 2003 roku. Logan, gitarzysta wyszkolony w Berklee College of Music, i jego zespół, Kampala Jazz All-Stars, przemierzyli prawie sześć godzin przez wschodnioafrykańskie krajobrazy, by zagrać koncert. Gdy na widowni zasiadło ponad 1000 osób, wokalista grupy, Darrell M. Blocker, wpadł na pewien pomysł.

- Stary, musimy zacząć coś śpiewać - krzyczał między piosenkami. - Musimy zacząć odgrywać rzeczy, które oni słyszą i rozpoznają.

Blocker nakazał zespołowi zagrać "Stir It Up", przebój reggae Boba Marleya.

- Wszyscy wstali i tańczyli - wspominał Logan. - Odwrócił całą sytuację.

Blocker wiedział, jak nawiązać kontakt z publicznością w Soroti, ponieważ w taki właśnie sposób CIA szkoli wszystkich swoich oficerów operacyjnych - tajnych agentów, którzy pracują pod przykrywką, aby zbierać informacje wywiadowcze. Różnica polega oczywiście na tym, że większość z tych wykwalifikowanych agentów pracuje w cichych barach lub przydrożnych motelach - nie śpiewając na żywo przed rzeszami wielbicieli.

- Moje tajne działania były wzmocnione przez bycie postrzeganym jako piosenkarz, ponieważ kto kiedykolwiek pomyślałby, że można być jednym i drugim? - powiedział Blocker. - To dla większości zbyt daleko posunięty manewr i szczerze mówiąc czuję, że dzięki temu byłem bezpieczniejszy będąc na widoku.

Blocker zawsze czuł się komfortowo przed publicznością jako wokalista. Od lokalnego chóru kościelnego w Hepzibah (Georgia) po chór muzyczny na Uniwersytecie Georgii - śpiew był jego pierwszą miłością. Jednak tajna profesja Blockera pomogła mu udoskonalić tę pasję, jak mówi, poprzez czerpanie wskazówek ze swojej codziennej pracy, tak aby tchnąć życie w swoje nocne występy.

- Oba zajęcia są bardzo intymne - oznajmił niedawno Blocker, odnosząc się do występów na scenie i "sztuki szpiegostwa", jak sam ją nazywa. - Intymne w tym sensie, że jeśli naprawdę poświęcasz uwagę i słuchasz tego, kto siedzi naprzeciwko ciebie, odczuje to i będzie wiedział, że jesteś szczery.

Blocker, który niedawno został współpracownikiem ABC News, spędził 32 lata w społeczności wywiadowczej, najpierw jako analityk w Siłach Powietrznych, a następnie w tajnych służbach CIA jako oficer operacyjny, szef stacji i szef Wydziału Afrykańskiego, przemierzając zarówno europejskie stolice, jak i afrykańskie placówki. Jego zadaniem, jak sam twierdzi, "było wykrywanie, ocenianie, rozwijanie i rekrutowanie szpiegów, aby pomóc w utrzymaniu bezpieczeństwa narodu". W 1996 roku, podczas pracy za granicą w Dakarze, Blocker zaczął grać covery z pianistą ze Szkocji, gitarzystą z Kanady i lekarzem z amerykańskiego Korpusu Pokoju, również grającym na gitarze.

- Kiedy grali muzykę, byli w porządku, ale śpiewanie nie było ich mocną stroną - wyjawił Blocker. Zaoferował więc swoje usługi. Grupa miała stałe występy w czwartkowe wieczory w brytyjskim klubie dla dyplomatów, grając wszystko od Hootie & the Blowfish do Otisa Reddinga. Wkrótce zaczęli grać na imprezach domowych.

Następnie, w 2003 roku, Blocker przybył do Ugandy na kolejną zagraniczną trasę koncertową. W niedzielne wieczory w Kampali, stolicy kraju, Blocker odwiedzał Bubbles O'Leary's, klub opisany przez jednego z użytkowników TripAdvisor jako "genialny na nocne wyjście" i "jedno z najlepszych miejsc do imprezowania w Kampali".

W ciągu kilku tygodni Blocker powiedział, że nawiązał przyjaźń z Loganem, Amerykaninem i współmałżonkiem pracowniczki ambasady USA, który był założycielem i głównym gitarzystą Kampala Jazz All-Stars. Logan założył zespół przez przypadek, kiedy spotkał Brytyjczyka grającego na basie podczas lotu z Heathrow do Ugandy w 2001 roku. Gdy tylko się osiedlili, zaczęli jammować i znajdowali lokalnych muzyków, którzy dołączali do nich na koncertach.

Kiedy Blocker przybył do Ugandy wkrótce potem, Logan zauważył go na widowni w Bubbles O'Leary's, kiedy to nucił pod nosem do niektórych ich utworów i zaprosił go do wspólnego grania.

Blocker odmówił, ale przez kilka następnych miesięcy Logan nalegał. W końcu Logan podszedł do Blockera i powiedział mu, że ówczesna żona Blockera przekazała zespołowi listę 15 jego ulubionych piosenek, w tym jego "popisowy numer", "What a Wonderful World" Louisa Armstronga - a zespół się ich nauczył.

Blocker wyjawił, że tego samego dnia odbył z nimi próbę.

Logan opisał głos Blockera jako tenor, "ale był to trochę przydymiony głos, który dobrze pasował do zespołu, który wykonywał wiele jazzowych instrumentali". Według Logana i Blockera grupa zdobyła sobie zwolenników, grając tydzień w tydzień dla wypełnionej po brzegi sali miejscowych, dyplomatów i byłych emigrantów w Bubbles O'Leary's.

- Wówczas było kilka gwiazd popu [w Ugandzie], które zdecydowanie miały lepsze notowania niż my - powiedział Logan. - Ale jako cover band grający jazz nie mieliśmy sobie równych.

- Po prostu eksplodowaliśmy - dodał Blocker. - Do tego stopnia, że zaczęło to przeszkadzać w tym, dlaczego byłem w Ugandzie - po prostu nie było wystarczająco dużo godzin w ciągu dnia, aby zarówno wykonywać rozkazy, jak i dotrzymać kroku zapotrzebowaniom zespołu.

Tymczasem zespół - składający się z Logana, dwóch Ugandyjczyków i dwóch Kongijczyków - nie miał pojęcia, że ich frontman żyje i pracuje pod przykrywką jako weteran wywiadu. Jego oficjalną przykrywką był pracownik Departamentu Stanu przydzielony do Ambasady USA w Kampali. Logan twierdzi, że miał "przeczucie", że Blocker ma tajną misję w Ugandzie, ale prawie dwie dekady później był zaskoczony, gdy dowiedział się, że jego główny wokalista jest wysoko wyszkolonym pracownikiem amerykańskiego wywiadu.

- Pamiętam, że zapytałem go, co robi w pracy, a on miał gotową odpowiedź według szablonu. Coś tam w ambasadzie - powiedział Logan. - Był nadzwyczaj kumaty, można stwierdzić, że był bardzo inteligentny.

Co jakiś czas jego dwa światy zderzały się ze sobą. Blocker pamięta, że zauważył swoich współpracowników na widowni podczas występów.

- Po prostu uczysz się, aby nie okazywać im większego zainteresowania, jak i reszcie - powiedział Blocker. - Oni wiedzą i ty wiesz, że unikacie siebie nawzajem tak bardzo, jak tylko można.

Innym razem, relacjonuje Blocker, jego status lokalnej gwiazdy służył interesom bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Mężczyzna powiedział, że występowanie na scenie "wystawiło go na spotkanie z o wiele większą liczbą ludzi, niż spotykałby tylko na przyjęciach dyplomatycznych.

- W tym sensie - kontynuował Blocker - moje śpiewanie poszerzyło krąg potencjalnych kontaktów, które mogłem nawiązać.

Zespół stał się sensacją. Tak bardzo, że Blocker zaczął być rozpoznawany. Podczas rzadkiej chwili wytchnienia od intensywnego życia w mieście, Blocker zabrał swoją rodzinę do Jinja, miejscowości turystycznej położonej nad jeziorem, niecałe 100 kilometrów na zachód od granicy z Kenią. Podczas przejażdżki quadem mężczyzna i jego rodzina zatrzymali się na szczycie góry.

Zauważył, że przygląda mu się pewna młoda para.

- W pobliżu nie było nikogo innego, więc spojrzałem na nich i zapytałem: "Jak się macie?". Oni powiedzieli: "Grasz w zespole? W Kampali?", a ja odparłem twierdząco - ona poklepała go w stylu: "Mówiłam ci, że to on!".

Osiągnięcie lokalnej popularności w Ugandzie podczas dwóch lat spędzonych z zespołem nigdy nie było częścią planu Blockera. Do końca swojej kariery w CIA, która zakończyła się w 2018 roku, Blocker liczy, że wykonał "The Star-Spangled Banner" w nie mniej niż ośmiu ambasadach USA na całym świecie - to odpowiedzialność, której nie nosi się lekko.

- To piosenka, którą kocham i jest to trudny utwór - powiedział. - Zawsze jestem naprawdę, naprawdę ostrożny z tą piosenką. Nie chcę być tym facetem profanującym naszą narodową piosenkę.

W sierpniu 2019 roku CIA uhonorowała Blockera medalem Distinguished Career Intelligence Medal, jednym z najwyższych wyróżnień przyznawanych oficerom zawodowym. Podczas swojej mowy akceptacyjnej Blocker wspomniał Millicent Mazyck, prowadzącą jego chór w szkole średniej, jako jedną z najbardziej wpływowych osób w jego życiu.

Będąc już na emeryturze Blocker przyznaje jedno: "szpiegowanie jest łatwe, śpiewanie jest trudne".

Źródło: ABC News

Sangay Lama, mieszkaniec wioski Thegu w Sikkimie (jednym ze stanów Indii), już od ponad dziesięciu lat ma swoją "misję". Pomaga utrzymać nieskazitelnie czyste jezioro Tsomgo i jego okolice wolnymi od śmieci.

37-latek utworzył Tsomgo Pokhri Sanrakshan Samiti, komitet ochrony jeziora, wraz z: przedstawicielami stanowego departamentu leśnego, World Wide Fund, urzędnikami zarządzającymi środowiskiem i dziką przyrodą, stowarzyszeniem kierowców, stowarzyszeniem właścicieli sklepów i pańćajatem wiejskim w 2008 roku w celu ochrony tego owalnego zbiornika wodnego.

Znane również jako Changu, jezioro Tsomgo znajduje się na wysokości 3781 m n.p.m., około 40 km od Gangtok i 16 km od przełęczy Nathu La, która łączy Sikkim z chińskim Tybetańskim Regionem Autonomicznym.

- Wszystkie odpady wytwarzane na tym obszarze są zbierane w przeznaczonych do tego celu pojemnikach. Są one segregowane już w tych pojemnikach, u źródła. Ciężarówka przyjeżdża po odpady dwa razy dziennie, raz o 8 rano, a później około 4 po południu. Na terenie miasta znajdują się 52 sklepy, w których sprzedawane są artykuły spożywcze, rękodzieło i inne dochodowe towary. Każdy sklep generuje około 4 kilogramów odpadów suchych i 2 kilogramów odpadów mokrych. Ciężarówki zbierają je i składują w Martam Dumping and Recovery Centre - powiedział Lama w rozmowie z reporterami "The Better India".

Źródło: ThePrint.in

Szkocja nieznacznie przekroczyła cel, jakim było wygenerowanie w 2020 roku równowartości 100% swojego zapotrzebowania na energię elektryczną ze źródeł odnawialnych. Nowe dane ujawniają, że kraj ten osiągnął próg 97,4%.

Cel ten został ustalony w 2011 roku, kiedy technologie odnawialne generowały zaledwie 37% krajowego zapotrzebowania.

Organizacja branżowa Scottish Renewables oznajmiła, że produkcja potroiła się w ciągu ostatnich 10 lat, z wystarczającą ilością energii dla odpowiednika siedmiu milionów gospodarstw domowych.

Dyrektor generalny Claire Mack powiedziała: - Cele Szkocji w zakresie zmian klimatycznych były ogromnym motywatorem dla przemysłu, aby zwiększyć rozmieszczenie odnawialnych źródeł energii.

- Projekty energii odnawialnej wypierają dziesiątki milionów ton węgla każdego roku, zatrudniają równowartość 17 700 osób i przynoszą społecznościom ogromne korzyści społeczno-ekonomiczne.

W 2019 roku Szkocja zaspokoiła 90,1% swojego równoważnego zużycia energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, zgodnie z danymi rządu szkockiego.

Szkocja ma jedne z najbardziej ambitnych celów klimatycznych na świecie, a najlepiej świadczy o tym ustawa o zmianach klimatu określająca prawnie wiążący cel osiągnięcia zerowej emisji CO2 do 2045 roku.

Do 2030 r. ministrowie chcą, aby wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych stanowiło 50% zapotrzebowania na energię elektryczną, cieplną i transportową.

Pani Mack dodała: - Transport domowy i komercyjny odpowiada za prawie 25% energii zużywanej w Szkocji, z czego ponad połowę stanowi ciepło, a także ponad połowa emisji.

- Obecnie 6,5% naszego nieelektrycznego zapotrzebowania na ciepło jest generowane ze źródeł odnawialnych.

- Przemysł i rząd muszą nadal współpracować, jeśli mamy w pełni wykorzystać nasz potencjał, aby do 2045 r. osiągnąć poziom zerowy emisji zanieczyszczeń.

Szkocja odchodzi od spalania paliw kopalnych, a ostatnia elektrownia węglowa, Longannet, została zamknięta w 2016 roku. Jedyna pozostała elektrownia gazowa znajduje się w Peterhead w Aberdeenshire.

"Tanie, czyste źródła energii odnawialnej"

Wiatr na lądzie dostarcza około 70% mocy, a resztę stanowią hydroenergia i wiatr morski.

WWF Scotland pochwaliła nowe dane, ale stwierdziła, że trzeba zrobić więcej, aby zmniejszyć emisje z transportu i ogrzewania.

Menedżer ds. polityki klimatycznej i energetycznej, Holly O'Donnell, wezwała do przyspieszenia wprowadzania na rynek pojazdów elektrycznych i dotacji na ogrzewanie odnawialne w Szkocji. Powiedziała: - Odnawialne źródła energii nie tylko zmniejszają wpływ naszego zużycia energii elektrycznej na klimat, ale także generują miejsca pracy i dochody dla społeczności w całym kraju.

- Aby ograniczyć emisje klimatyczne z sektorów transportu i ciepła, będziemy musieli nadal zwiększać wykorzystanie tanich, czystych źródeł odnawialnych - dodała.

Źródło: BBC

Około osiem lat temu zakład przetwórstwa owoców morza w Osace dokonał znacznej redukcji zatrudnienia w celu poprawy wydajności. Nie zwolniono jednak żadnych osób, a raczej odrzucono całą koncepcję harmonogramu pracy.

Teraz wszyscy pracownicy mogą przychodzić i wychodzić, kiedy tylko chcą i mogą wziąć dzień wolny bez konieczności zgłaszania się do pracy. Jedyne, co muszą zrobić, to poinformować kierownictwo o tym, jak długo pracowali, zapisując to na tablicy przed wyjściem.

Żelazna logika odradzałaby taki ruch bo przecież nie zmuszanie pracowników do przychodzenia do pracy spowoduje, że nikt nie będzie przychodził do pracy. Ale jeśli się nad tym zastanowić, dlaczego ludzie nie chcieliby wspierać firmy, która daje im taką wolność? Gdyby brali każdy dzień wolny, firma po prostu zbankrutowałaby, a oni musieliby wrócić do znoju obowiązkowej pracy gdzie indziej.

Mimo wszystko to nadal wielkie ryzyko, ale firma o trafnej nazwie "Papua Nowa Gwinea" postanowiła je podjąć i zaufała pracownikom, że sami będą zarządzać swoimi godzinami pracy. W rezultacie wydajność pracy podobno wzrosła, a koszty zarządzania spadły o 30 procent.

Inne niebezpieczeństwo polega na tym, że bez koordynacji czasu pracy zdarzałyby się przypadki poważnych braków kadrowych. Jednak "Papua Nowa Gwinea" działa w ten sposób od ośmiu lat i odnotowała tylko dwa dni, w których wszyscy pracownicy mieli wolne w tym samym czasie. Stwierdzili, że nadrabiają takie dni w momencie, gdy wielu pracowników pojawia się w tym samym czasie.

Zanim pomyślicie, że Papua Nowa Gwinea to jakaś beztroska organizacja, trzeba podkreślić, że mają jedną zasadę, którą traktują bardzo poważnie - pracownicy nie powinni podejmować się obowiązków, których nie chcą wykonywać.

Powód jest bardzo prosty: ludzie mają tendencję do wolniejszej pracy, kiedy robią rzeczy, które nie sprawiają im przyjemności. Tak więc, jeśli każdy wykonuje swoje ulubione zadania, ogólna produktywność osiąga najwyższy poziom.

Jeśli nie lubisz żadnych prac związanych z krewetkami, prawdopodobnie nie powinieneś ubiegać się o pracę w Papui Nowej Gwinei, gdzie do zadań należą: rozmrażanie, ważenie, sortowanie, usuwanie skorupek, gotowanie, pakowanie w worki i pakowanie próżniowe tych smacznych, małych skorupiaków.

Siła robocza w Papui Nowej Gwinei składa się w dużej mierze z matek, które mogą uwolnić się od ciężaru martwienia się o to, co stanie się w pracy, gdy ich dzieci zachorują lub ulegną wypadkowi. Innym pracownikiem jest mężczyzna w średnim wieku, który nigdy wcześniej nie pracował, ale w końcu mógł się na to zdobyć dzięki elastycznemu harmonogramowi.

Gdyby tego wszystkiego było mało, w tej sytuacji wygrywa nie tylko firma i pracownicy, ale także społeczeństwo. Firma ta przygotowuje jedzenie, które spożywają obywatele, a dzięki zadowolonym i skoncentrowanym na pracy pracownikom można czuć się trochę bezpieczniej, gdyż jedzenie jest przygotowywane w sposób prawidłowy.

Źródło: SoraNews 24

poniedziałek, 08 luty 2021 11:17

Największa szkolna masakra w historii USA

Columbine, Virginia Tech, University of Texas, Sandy Hook - przerażająca historia amerykańskich strzelanin w szkołach to lista, której członków nie sposób wymienić pojedynczo. Wspomnienie o jakiejkolwiek z nich automatycznie budzi skojarzenia z innymi. Jednak jedna nazwa jest wymieniania zaskakująco rzadko, a mowa o najstarszej i najbardziej śmiercionośna masakry szkolnej w historii USA: zamachu bombowym w szkole Bath.

W 1927 roku Bath było wioską liczącą 300 mieszkańców, mimo że znajdowała się 16 kilometrów od Lansing, stolicy stanu. Miejscową instytucją edukacyjną była Bath Consolidated School, zbudowana zaledwie pięć lat wcześniej, aby zastąpić rozproszone jednopokojowe szkoły na okolicznych polach uprawnych. Uczyło się w niej 314 uczniów z całego regionu, wielu z nich było dziećmi farmerów. Niektórzy uczniowie byli dowożeni, a wszyscy uczęszczali na zajęcia ze swoimi rówieśnikami w trakcie edukacji w szkole podstawowej i średniej.

18 maja był ostatnim dniem zajęć dla uczniów w tamtym roku, ale o 8:45 północne skrzydło trzypiętrowej budowli eksplodowało z taką siłą, że huk był słyszalny wiele kilometrów dalej.

- Wiedzieliśmy, że to przyszło z Bath, ale nie wiedzieliśmy co to było, więc wskoczyliśmy do starego samochodu i pojechaliśmy tak szybko jak tylko mogliśmy, żeby zbadać sprawę - powiedziała Irene Dunham dziennikowi Lansing State Journal. Stulatka jest najstarszą żyjącą osobą, która przeżyła katastrofę. Miała wtedy 19 lat, była uczennicą ostatniej klasy szkoły średniej - tego ranka została w domu z powodu bólu gardła.

- Pod dachem znajdowała się sterta ciał dzieci w wieku około pięciu lub sześciu lat, niektóre z nich miały powyrywane ręce, niektóre nogi, a część z nich nawet głowy. Nie można było ich rozpoznać, ponieważ były pokryte kurzem, gipsem i krwią - napisał lokalny redaktor Monty J. Ellsworth w swojej relacji z 1927 roku, zatytułowanej "The Bath School Disaster". - To cud, że część rodziców nie straciła przytomności, zanim zadanie wydostania dzieci z rumowiska zostało zakończone. Było to już między piątą a szóstą wieczorem, kiedy wyciągnięto ostatnie dziecko.

Podczas gdy członkowie społeczności pospieszyli na pomoc po eksplozji, zdobywając liny, aby podnieść zawalony dach i wyciągnąć uczniów i nauczycieli spod gruzów, na miejsce podjechał członek zarządu szkoły o nazwisku Andrew Kehoe. Kehoe wysiadł ze swojej ciężarówki wypełnionej dynamitem i odłamkami, wycelował w nią karabin i strzelił. W wyniku eksplozji zginął kurator szkoły, kilku innych przechodniów i sam Kehoe.

Oprócz setek kilogramów materiałów wybuchowych, które wywołały eksplozję w szkole, pracownicy straży pożarnej i policjanci znaleźli kolejne 200 kilogramów niewybuchłego dynamitu, który był umocowany w piwnicy szkoły, wraz z pojemnikiem z benzyną, który mógł być tam umieszczony w celu wywołania pożaru, gdyby zawiódł sam dynamit. Kehoe spalił również swoją farmę i zabił żonę oraz dwa konie - ich ciała znaleziono na farmie, wraz z tabliczką przyczepioną do ogrodzenia, z napisem: "Przestępców się tworzy, a nie rodzi".

Przed dokonaniem masakry Kehoe był szarym członkiem społeczności. Mieszkał z żoną, Nellie, na farmie i pełnił funkcję skarbnika w radzie szkoły w Bath. Ten były elektryk posiadał duży zapas materiałów wybuchowych - nadwyżki z czasów I wojny światowej - zakupionych od rządu, których używał, aby pomóc farmerom w usuwaniu pniaków drzew. Przed zamachem doszło do kilku niezwykłych incydentów: Kehoe zabił psa swojego sąsiada, zatłukł na śmierć jednego ze swoich koni i pokłócił się z członkami rady szkolnej o koszty bieżących podatków na rzecz skonsolidowanej placówki. Ale nigdy nie było to nic tak niepokojącego, żeby inni mieszkańcy wsi mieli jakiekolwiek podejrzenia, co się zbliża.

- Wiele z tych głupich rzeczy, które zrobił, było po prostu kretyńskimi incydentami, które ludzie od czasu do czasu popełniają - mówi Arnie Bernstein, autor książki pt. "Bath Massacre: America's First School Bombing".

Ostatecznie zginęły 44 osoby, w tym 38 uczniów. Nie był to pierwszy zamach bombowy w historii kraju - co najmniej osiem osób zginęło podczas wiecu na Haymarket Square w Chicago w 1886 roku, a 30, gdy bomba eksplodowała na Manhattanie w 1920 roku. Ale żaden nie był tak śmiercionośny jak ten, ani nie pochłonął tak wiele żyć dzieci.

Gazety starały się nadać sens tej tragedii. Nazywały Kehoe szalonym, obłąkanym, niepoczytalnym. Chociaż w tamtym czasie niewiele rozumiano na temat chorób psychicznych, media wciąż próbowały odkryć przyczyny zamachu. - W czerwcu poprzedniego roku powiadomiono go, że hipoteka na jego farmie zostanie przejęta, i to mogła być okoliczność, która uruchomiła w jego mózgu mechanizm anarchii i szaleństwa - twierdził "New York Times", a "Boston Daily Globe" sugerował, że dwa urazy głowy mogły zakłócić jego normalne myślenie.

- W podsumowaniu śledztwa napisano, że przez cały czas sprawca był racjonalnie myślący - mówi Bernstein. - Trzeba mieć racjonalny umysł, żeby to wszystko zaplanować. W rzeczywistości nie ma żadnego powodu takiego obrotu spraw.

W bezpośrednim następstwie zamachu bombowego, społeczność miasta została zalana kondolencjami i darowiznami, a także turystami. Podczas gdy w weekend w domach w Bath odbywały się pogrzeby, przez miasto przejechało aż 50 tys. osób, powodując ogromne korki. Jednak niemal tak szybko, jak narastała medialna gorączka, tak szybko się ona skończyła - po części z powodu pierwszego w historii lotu transatlantyckiego Charlesa Lindbergha, który odbył się dwa dni po zamachu. W połączeniu z brakiem prawdziwych mediów masowych, zamach bombowy w Bath szybko zniknął z obiegu wiadomości.

- W pewnym sensie to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić miastu, ponieważ dało im to czas na żałobę i przyswojenie - mówi Bernstein.

W ciągu jednego roku szkoła została wyremontowana, a zajęcia przeniesiono z lokalnych sklepów z powrotem do budynku szkolnego. Szkoła pozostała na swoim miejscu aż do lat 70-tych, kiedy to została zburzona i zastąpiona parkiem pamięci. W centrum parku stoi kopuła, dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdowałaby się na budynku szkoły. Dla Bernsteina jest to miejsce ciszy i spokoju, odpowiedni hołd dla uczniów i członków społeczności, którzy zginęli.

- W obliczu horroru odkrywamy, jak bardzo jesteśmy przyzwoici - mówi Bernstein. - To, według mnie, jest pięknem Bath.

Źródło: Smithsonian Magazine

W 1975 roku Gary Dahl wprowadził na rynek kolekcjonerską zabawkę o wdzięcznej nazwie "Pet Rock". Były to gładkie kamienie z meksykańskiej plaży Rosarito. Sprzedawano je jak żywe zwierzęta domowe, w niestandardowych kartonowych pudełkach, w komplecie ze słomą i otworami do oddychania. Szał na ten produkt trwał około sześciu miesięcy, kończąc się po krótkim wzroście sprzedaży w okresie świątecznym w grudniu 1975 roku. Chociaż do lutego 1976 roku zostały zdyskontowane ze względu na niższą sprzedaż, Dahl sprzedał ponad milion Pet Rocks (za 4 dolary za sztukę) i stał się milionerem.

Za zarobione pieniądze Dahl otworzył bar o nazwie "Carry Nations" w centrum Los Gatos w Kalifornii, co było nawiązaniem do aktywistki Carrie Nation. Dahl kontynuował pracę w reklamie, jednak przez lata unikał wywiadów, ponieważ "banda czubków" nękała go pozwami i groźbami. Jak sam skomentował w 1988 roku: - Czasami patrzę wstecz i zastanawiam się, czy moje życie byłoby prostsze, gdybym tego nie zrobił.

Rozwój

W kwietniu 1975 roku, będąc w barze z przyjacielem, Gary Dahl słuchał, jak jego znajomi narzekają na swoje zwierzęta domowe, co podsunęło mu pomysł na idealnego "pupilka" - kamień. Taki zwierzak nie musiałby być karmiony, wyprowadzany na spacer, kąpany ani czesany, nie mógłby umrzeć, zachorować ani być nieposłusznym. Dahl powiedział, że miały to być idealne zwierzęta domowe i żartował z tego ze swoimi przyjaciółmi. Mężczyzna wziął jednak swój pomysł na "zwierzaka" na poważnie i opracował instrukcję obsługi zwierzęcia kamiennego. Instrukcja była pełna kalamburów i gagów, które odnosiły się do kamienia jako prawdziwego zwierzaka.

Największym wydatkiem Dahla było wykrawanie i produkcja pudełek. Kamienie kosztowały tylko jednego centa za sztukę, a słoma była prawie za darmo. W przypadku pierwszego nakładu książeczek, Dahl miał zlecenie drukarskie dla klienta i "przyczepił" książeczkę z pet rock do głównego zlecenia. W ten sposób powstała partia, która wymagała jedynie przycięcia, prawie bez żadnych kosztów.

Marketing

W zestawie znajdował się 32-stronicowy oficjalny podręcznik szkoleniowy zatytułowany: "The Care and Training of Your Pet Rock", zawierający instrukcje, jak prawidłowo wychowywać i dbać o swojego nowego Pet Rocka (celowo brakowało instrukcji dotyczących karmienia, kąpieli i tak dalej). Instrukcja zawierała gagi, kalambury i żarty, a także wymieniała kilka komend, których można było nauczyć nowego zwierzaka. Podczas gdy "siad" i "zostań" były łatwe do opanowania, "przewrócenie się" wymagało zazwyczaj dodatkowej pomocy ze strony tresera. "Chodź", "stój" i "daj łapę" okazały się prawie niemożliwe do nauczenia; jednak "atak" był dość prosty (również z dodatkową pomocą siły właściciela).

Pet Rock stał się ponownie dostępny do zakupu 3 września 2012 roku. Firmą, która posiada obecnie prawa do znaku towarowego Pet Rock w Stanach Zjednoczonych, jest Rosebud Entertainment.

Źródło: Wikipedia

W kwietniu 2019 roku pewien Brytyjczyk zmarł po zjedzeniu placka rybnego tak gorącego, że poparzyło mu gardło co uniemożliwiło oddychanie - donosi Independent.

Darren Hickey, 51-letni planista ślubów z Horwich w Anglii, zmarł 5 kwietnia 2019 roku. Doszło do tego zaledwie jeden dzień po tym, jak próbował zjeść gorący placek rybny podczas ślubu. Hickey początkowo poczuł oparzenie w gardle, a po południu ból nasilił się, co zmusiło go do wizyty na pogotowiu.

Mężczyzna został następnie odesłany ze środkami przeciwbólowymi do domu i kazano mu wrócić, jeśli nie poczuje się lepiej. Neil Parkinson, partner Hickeya, ujawnił, że poszkodowany dławił się później w wyniku obrzęku gardła, co skłoniło Parkinsona do natychmiastowego działania.

- Uderzyłem go w plecy, ale potem osunął się na podłogę - opowiada Parkinson.

Sanitariusze przetransportowali Hickeya do innego szpitala, ale 51-latek, który siedem lat wcześniej doznał udaru mózgu, zmarł tuż po północy. Jako przyczynę śmierci wskazano uduszenie.

Patrick Waugh, patolog, który przeprowadził sekcję zwłok Hickeya, powiedział, że przypadek mężczyzny był niezwykle rzadki, dodając, że objawy Hickeya zwykle obserwuje się u osób, które wdychały dym w czasie pożaru.

- Pacjent może wyglądać dobrze na zewnątrz, będzie z tobą rozmawiał, ale obrzęk pojawia się nagle - wyjaśnił Waugh podczas dochodzenia.

Sędzia Walsh ostatecznie orzekł, że śmierć Hickeya była przypadkowa.

- Sądzę, że należy wyciągnąć solidne wnioski - powiedział. - Było to spowodowane jedzeniem ciasta rybnego, bardzo małego i bardzo gorącego, ale z katastrofalnymi konsekwencjami. Uważam to za ogromną tragedię.

Źródło: Aol.com

Free Joomla! template by L.THEME