czwartek, 25 kwiecień 2019 07:57

Czy doczekamy się kiedyś robotów-opiekunów?

Roboty mogą stać się idealnymi opiekunami dla starzejących się populacji w przyszłości. Jednak aby tak się stało, jakie wyzwania należałoby wpierw pokonać?

Produkcje filmowe takie jak "Robot i Frank", "Ja, robot" czy seriale animowane pokroju "Jetsonów" ukazują przyszłość, w której roboty zajmują się pracami domowymi, pozwalając tym samym rodzinom na spędzanie większej ilości czasu wspólnie, zapewniając przy tym dłuższą samodzielność starszym osobom.

Przyszłość oparta na robotach-opiekunach zbliża się szybciej niż mogło by się wydawać. Zrobotyzowane odkurzacze czy kosiarki są już dostępne do kupienia, a popyt na takie produkty rośnie w zatrważającym tempie wśród starszych ludzi w Japonii. Robot Pepper, stworzony przez naukowców z londyńskiego Middlesex University, stanął niedawno przed specjalną komisją parlamentarną w Wielkiej Brytanii i odpowiadał na pytania związane z rolą robotów w edukacji.

Z drugiej strony roboty-opiekunowie stanowią względnie nowy trend. Wraz z rosnącą długością życia pojawia się więcej osób w podeszłym wieku, które wymagają stałej opieki. Jednakże z uwagi na brak wystarczającej liczby opiekunów możemy mieć wkrótce do czynienia z kryzysem na tej płaszczyźnie w niedalekiej przyszłości. Przykładowo w Japonii przewiduje się, że do 2025 roku pojawi się zapotrzebowanie na 370 tys. brakujących opiekunów.

Choć obecna "technologia pomocnicza" odbiega znacząco od konceptu robotów przygotowujących posiłki i wykonujących wszelkie inne prace domowe, może stanowić pewien wgląd na możliwą przyszłość, która nas czeka.

Większość robotów jest dzisiaj używanych w ciężkim przemyśle i fabrykach, gdzie niebezpieczne i powtarzalne zadania są rutynowo wykonywane przez zautomatyzowane systemy. Jednak takie przemysłowe roboty nie są zaprojektowane by działać w obecności ludzi, gdyż poruszają się szybko i są stworzone z twardych materiałów, a to mogłoby doprowadzić do poważnych urazów.

Dzisiejsze roboty zaprojektowane do współpracy (znane także jako "coboty" - z ang. collaborative robots) są zbudowane ze sztywnych złączek i połączeń. Podczas pracy w otoczeniu ludzi ich szybkość jest ograniczana, tak aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo.

Jednakowoż przedstawiciele następnej generacji cobotów będą zbudowani z delikatniejszych materiałów, takich jak: guma, silikon czy tkanina. - Takie roboty są z założenia bezpieczne z uwagi na materiał, z którego są zbudowane - komentuje Helge Wurdemann, robotyk z University College London. - Taki rodzaj delikatnych robotów o kontrolowanej sztywności niesie nadzieje na osiągnięcie precyzji i powtarzalności obecnych cobotów, zapewniając jednocześnie bezpieczną interakcję z ludźmi - dodał.

Jednym z największych wyzwań jest fakt, że systemy nawigacyjne robotów tworzonych do interakcji z ludźmi wciąż nie są w pełni rozwinięte. Działają one do pewnego stopnia, ale łatwo wpadają w oszołomienie - dobrym przykładem są zrobotyzowane odkurzacze, które mają problem z powrotem do swojej stacji ładowania. W warunkach czysto laboratoryjnych, roboty są w stanie wyznaczyć najlepszą możliwą trasę, ale w środowisku życia codziennego - czyt. domach pełnych stołów, krzeseł i innych mebli - sytuacja jest zupełnie inna.

- Wiele algorytmów tego typu zostało stworzonych w laboratoriach, których umeblowanie jest względnie proste w porównaniu z tym domowym, w połączeniu z ludzką aktywnością - wyjaśnia Nicola Bellotto, naukowiec z Uniwersytetu Lincolna oraz technolog projektu "Enrichme", który podejmuje próby tworzenia robotów do pomagania i monitorowania starszych osób.

Roboty mają także problemy ze zmianami nawierzchni i schodami - tak jak słynny Daleks z serialu "Doctor Who". W 2017 roku w Waszyngtonie autonomiczny robot ochronny utopił się po upadku ze schodów do fontanny. Kolejnym wyzwaniem może być bezpieczne funkcjonowanie w otoczeniu dzieci i zwierząt, co najbardziej obrazowo udowodnił incydent z 2016 roku, kiedy to robot przejechał małe dziecko w centrum handlowym w Dolinie Krzemowej po tym, jak małolat zaczął biegnąć w jego kierunku.

Koordynacja ruchów w odpowiedzi na sensory informacyjne stanowi następny problem robotyki, który wpływa na umiejętność robotów do interakcji z otoczeniem. Maszyny te nie są w stanie poradzić sobie z zadaniami, które dla człowieka lub nawet psa są całkiem proste - takimi jak np. łapanie piłki.

Dzieje się tak ponieważ w takich sytuacjach należy brać pod uwagę niewiarygodnie wiele czynników, których ilość potrafi przeciążyć system autonomiczności i powodować powstawanie błędów. - Z perspektywy nauki o maszynach, w większości przypadków robotom łatwiej jest podjąć decyzję, niż ją faktycznie wykonać - mówi Diane Cook, jedna z dyrektorów Laboratorium Sztucznej Inteligencji z Washington State University. - Niektóre zadania umysłowe trudne do wykonania dla ludzi są banalnie proste dla robotów, ale niektóre zadania ruchowe są z kolei problematyczne dla robotów, podczas gdy ludzie wykonują je bez kłopotu - dodaje.

Pozostaje również kwestia tego, czy chcemy zbliżyć wyglądem roboty-opiekunów do ludzi. Istnieje koncept tzw. "dziwacznej doliny", w myśl którego przedmioty naśladujące ludzką formę mogą nas odstraszyć od ich używania. Zamiast tego, jak w przypadku zrobotyzowanych odkurzaczy w naszych domach, roboty mogą być zaprojektowane pod względem estetycznym w nawiązaniu do sprawowanych przez nie funkcji.

- Im bardziej robot przypomina człowieka, tym większy będzie opór stawiany przez osobę, którą miałby się on opiekować - oznajmiła Cook. - Robot jest użyteczny tylko wtedy, kiedy akceptuje go osoba będąca pod jego opieką - skwitowała.

W niektórych przypadkach roboty nieprzypominające ludzi mogą być najlepszym wyjściem. Zrobotyzowane zwierzęta, takie jak Paro, zaczynają być używane jako zwierzaki domowe w domach opieki, które nie pozwalają na trzymanie tradycyjnych zwierząt lub jako dodatkowi kompani ludzi cierpiących na demencję czy posiadających problemy z nauką.

Wiele nowoczesnych robotów jest zorientowanych na daną funkcję, tak jak zrobotyzowane odkurzacze, a nie na wielofunkcjonalność. Zaprojektowanie systemu robota spełniającego wiele funkcji może stanowić nie lada wyzwanie, zwłaszcza jeśli ich zadania nie są ze sobą powiązane. W najbliższej przyszłości możemy mieć jednak do czynienia z kilkoma robotami-opiekunami spełniającymi wybrane funkcje. To jednak rodzi kolejny problem - miejsca na ich przechowywanie, kiedy nie są używane.

Niedawno mieliśmy również do czynienia z pewnym postępem w integrowaniu technologii "smart home" wraz ze zrobotyzowanymi systemami w celu stworzenia domów z rozszerzonymi zautomatyzowanymi systemami. Jednym z przykładów jest Chiron - projekt badawczy mający na celu stworzenie podwieszonego systemu torowego, który pozwoliłby robotowi przemieszczanie się z pokoju do pokoju, używając specjalnych adapterów do poznawania otoczenia, w którym się aktualnie znajdują.

Biorąc pod uwagę nieuniknione wyzwania związane z nawigacją i poruszaniem się autonomicznych robotów w środowisku domowym, taki system podwieszonych pod sufitem torów daje obraz potencjalnego sposobu na zintegrowanie robotów z naszymi domami. Trzeba jednak pamiętać, że taki system odsłania także wyzwania z nim związane.

W celu zainstalowania sieci podwieszonych torów, należałoby przeprowadzić znaczące zmiany w domu przed możliwością wprowadzenia do niego robota. Oczywiście odpowiednio dostosowane domy opieki mogłyby być budowane od początku z zainstalowanym systemem tego rodzaju. Jednak olbrzymie koszty z nim związane mogą okazać się niezwykle trudnym wyzwaniem.

Ostatecznie roboty-opiekunowie ułatwią pracę ludzkich opiekunów, ale ich nie zastąpią - robotyka nigdy nie będzie w stanie odwzorować towarzystwa, jakie niesie ze sobą opiekun z krwi i kości. Nawet najbardziej zaawansowana symulacja człowieka przez robota nie może w pełni oddać mimiki istoty ludzkiej.

Posiadanie technologii pomocniczej sprawi, że opiekunowie będą mogli działać efektywniej. - Roboty niekoniecznie zabierają ludziom pracę, ale ułatwiają ją - twierdzi Helen Dickinson, ekspert ds. usług publicznych z University of New South Wales. - Nie chodzi tylko o przekazywanie robotom najcięższych prac fizycznych, chociaż z pewnością istnieje zainteresowanie przydzielania im zadań wymagających cierpliwości i powtarzalności, przy których przytłaczanie ludzi i syndrom zmęczenia współczuciem mogą być kluczowe.

Całkiem możliwym jest, że pewnego dnia będziemy mieli technologię pomocniczą w każdym domu, ale nieco bardziej zaawansowane systemy nie będą w nich obecne przez jakiś czas, także nie w sposób ukazany w fikcyjnych produkcjach. Zamiast tego nasze domy same z siebie mogą stać się opiekunami, gdyż jednostki zrobotyzowane stają się powoli swego rodzaju rozszerzeniami domostw. Tak więc bunt robotów może się póki co ograniczyć do odmówienia zmywania naczyń.

Źródło: BBC Future

Był 6 września 2006 roku - w godzinach popołudniowych 14-letnia Elizabeth Shoaf z Leaning Tree Road w Lugoff w Południowej Karolinie szła do domu po wyjściu ze szkolnego autobusu. Zegarki wskazywały wówczas godzinę 16:30. Podczas przechadzki podszedł do niej mężczyzna w mundurze bojowym. Był to Vinson Filyaw, bezrobotny przestępca seksualny, którego policja usiłowała odnaleźć przez kilka miesięcy po tym, jak zmolestował on pewnego 12-latka. Filyaw zyskał zaufanie Elizabeth, twierdząc, że jest policjantem.

Po założeniu kajdanek na nastolatkę, Filyaw zaprowadził Elizabeth w głąb lasu na około godzinę, tak aby ją zdezorientować. W końcu przyprowadził ją do podziemnego bunkra, który wykopał w ziemi obok swojej przyczepy. Schronienie to miało nieco ponad metr szerokości i 6 metrów długości.

W środku znajdował się ręcznie wykopany wychodek, prowizoryczne łóżko i półki wykonane z gałęzi. Były tam też dwa granaty domowej roboty i pistolet flarowy. Bunkier znajdował się około 1,5 kilometra od domu Elizabeth.

Będąc już pod ziemią, Filyaw rozebrał przerażoną dziewczynę, związał ją łańcuchami, a następnie zgwałcił. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez 10 dni. Mężczyzna gwałcił Elizabeth od dwóch do pięciu razy dziennie. Co więcej, Filyaw umieścił ładunki wybuchowe wokół szyi dziewczyny i ostrzegł ją, że całość wybuchnie, jeśli ta spróbuje uciec. Jak twierdził sam porywacz, w pobliżu znajdował się zbiornik wodny w postaci stawu. Może to oznaczać, że zamierzał on przetrzymywać swoją ofiarę w bunkrze przez kolejne miesiące, jeśli nie lata.

Kiedy Elizabeth nie wróciła do domu ze szkoły, jej rodzice zgłosili jej zaginięcie. Pomimo ich niebezpodstawnych obaw, że stało się coś złego, policja założyła, iż była to tylko młodzieńcza ucieczka z domu. Rodzice utrzymywali, że tego typu rozwiązanie nie byłoby w jej stylu. Mimo to policja odmówiła uruchomienia tzw. "Amber Alert" (system alarmowy, który służy do udostępniania fotografii zaginionych dzieci poprzez rozpowszechnianie komunikatów środkami masowego przekazu) i sklasyfikowała ją jako uciekinierkę.

W przeciągu następnych 10 dni, Elizabeth pracowała nad zdobyciem zaufania jej porywacza. Próbowała dotrzeć do niego mówiąc o rzeczach, które go interesowały i ujawniając, że interesują ją one w tym samym stopniu. Próbowała sprawić, by mężczyzna uwierzył, że nastolatka cieszy się z takiej sytuacji i jego towarzystwa. W końcu zaczął pozwalać Elizabeth wychodzić na świeże powietrze. Dziewczyna sprytnie zostawiała kosmyki włosów na ziemi, mając nadzieję, że ktoś je znajdzie i "połączy kropki".

Dziesiątego dnia Elizabeth zapytała Filyawa, czy może użyć jego telefonu do grania w gry. Kiedy mężczyzna zasnął, Elżbieta wysłała do swojej rodziny liczne wiadomości. Jej matka otrzymała wiadomość tekstową od córki, w której ta poinformowała ją, że przebywa w dziurze w ziemi i że słyszy ciężarówki jadące obok. Policja była w stanie wyśledzić numer telefonu do wieży telefonicznej w pobliżu podziemnego bunkra.

Gdy policja była już na jego tropie, Filyaw dowiedział się o całej sprawie po obejrzeniu wiadomości na telewizorze z zasilaniem bateryjnym. Początkowo był wściekły na Elizabeth: „Bałam się, że umrę. Był wściekły" - wyjawiła. Gniew szybko przerodził się w strach. Co jeśli policja go znajdzie? Zapytana o radę, Elizabeth zasugerowała, żeby uciekł i był oddalony od funkcjonariuszy, którzy szybko zbliżali się do celu. Porywacz posłuchał tej rady i porzucił Elizabeth w bunkrze.

Wkrótce po jego odejściu Elizabeth nieustannie krzyczała o pomoc z bunkra, mając nadzieję, że ktoś ją usłyszy. Grupa poszukiwawcza, która przeszukiwała okolicę, usłyszała jej krzyki i ostatecznie odkopała legowisko okrutnego pedofila.

Od tamtej pory trwało polowanie na Filyawa. Helikopter policyjny krążył wokół bunkra i otaczającego go obszaru leśnego. Podczas przeszukiwania odkryto trzy inne bunkry, wszystkie wykopane przez Filyawa. Był on zwolennikiem survivalu, który znał każdy zakamarek okolicznego lasu.

Później okazało się, że Filyaw posiadał system tuneli pod swoim domem, prowadzący do kilku podziemnych bunkrów.

W końcu wytropiono go po tym, jak pewna kobieta zadzwoniła na policję, by powiedzieć, że Filyaw próbował ją porwać przed pizzerią 17 września około 2 w nocy. Policja zatrzymała go podążającego drogą międzystanową 20 około 8 kilometrów od jego domu - był uzbrojony w pistolet na śrut, paralizator i długi nóż myśliwski.

Determinacja Elizabeth by przeżyć była nadzwyczaj imponująca. „Patrzę na nią cały czas i zastanawiam się, przez co przeszła i jak tego dokonała” - powiedział później jej ojciec w rozmowie z  "Today". Elizabeth ukończyła szkołę średnią i politechnikę. Po zostawieniu za sobą traumatycznej przeszłości, pragnie jednej rzeczy - aby jej historia była lekcją dla innych.

Źródło: Morbidology

Ogromna perła, która prawdopodobnie pochodzi z gigantycznego małża, może okazać się największym tego typu okazem na świecie - a jeśli fakt ten zostanie potwierdzony, szacuje się, że jej wartość to ponad 100 milionów dolarów.

Kanadyjski włamywacz poczuł się jak w domu. Jego nietypowe działanie odbiło się szerokim echem w całym kraju w 2015 roku.

Free Joomla! template by L.THEME