W 1939 roku Niemcy napadają na Polskę i rozpoczyna się II wojna światowa. Niedługo później do konfliktu dołącza ZSRR, które dzieli się okupowanymi terenami Polski z Hitlerem. Bezbronni obywatele naszego kraju ginęli każdego dnia. Podczas gdy całe grupy Polaków wyemigrowały do innych części Europy, wielu z nich nie czuło się bezpiecznie w obawie przed rosnącą siłą nazistów. Kiedy coraz to więcej dorosłych ginęło w walce, tysiące polskich sierot transportowano do sierocińców na terenie Związku Radzieckiego.

Cywile, którzy trafili do obozów pracy, żyli w nieludzkich warunkach w charakterze jeńców wojennych. Żydzi byli transportowani do nazistowskich obozów śmierci, takich jak Auschwitz, ale obywatele nieżydowscy uznawani byli często za uchodźców. Nocowali w namiotach, ponieważ brakowało domostw mogących ich pomieścić. Brakowało jedzenia, a wielu z nich chorowało i notowało drastyczny spadek wagi. W czasie, gdy cały Zachód pogrążony był w wojennej walce, setki osieroconych dzieciaków nie miało się dokąd udać.

Na ratunek maharadża

W tamtym czasie niejaki Digvijaysinhji był maharadżą północno-zachodniego indyjskiego księstwa Nawanagaru. Kiedy usłyszał o wspomnianych sierotach i ujrzał wygłodzone dzieci na fotografiach, jego serce pękło. Indie zostały pierwszym krajem, który przyjmował polskich uchodźców, aby ci mogli żyć w pokoju. Czerwony Krzyż i brytyjskie konsulaty w Polsce zainicjowały długi proces organizowania transportu dla dzieci. 640 dziewczynek i chłopców, wraz z setkami dorosłych, pokonało wiele mil drogą morską. Każdy nastolatek w wieku powyżej 15 lat otrzymywał azyl w kraju, a dorośli mężczyźni mogli żyć i pracować tam jako uchodźcy.

Wspomniane 640 dzieciaków poniżej 15. roku życia zostało od razu przetransportowane do królewskiego pałacu w Bombaju, gdzie przywitał ich książę, który od tamtej pory stał się ich przybranym ojcem. - Nie jesteście już sierotami. Od tej chwili jesteście Nawanagaryjczykami, a ja jestem Bapu, ojcem wszystkich Nawanagaryjczyków, a więc i waszym - miał do nich rzec maharadża przy pierwszym spotkaniu. Jego jedynym celem było sprawienie, żeby dzieci te poczuły się kochane i bezpieczne.

Podczas pierwszego dnia po przybyciu do Indii, książę zorganizował olbrzymią ucztę dla dzieciaków, ale podano na niej same pikantne dania charakterystyczne dla kuchni indyjskiej. Żaden z małolatów nie widział nigdy takich potraw na oczy i nie byli w stanie przełknąć tak ostrych dań. Tak więc bali się jeść, mimo że odczuwali wielki głód. Zamiast zmuszać dzieci do przyjęcia nowej kultury, maharadża zatrudnił siedmiu polskich kucharzy by ci pracowali w pałacu, tak aby nieletni mogli cieszyć się ich ulubionymi potrawami.

Mimo całej tej dobroci, dzieciaki mogli stawiać żądania. Pewnego dnia jeden ze starszych chłopców postanowił zorganizować strajk przeciwko szpinakowi. Dzieci chciały wyeliminować go z diety, jako że przypominał im on o Sowietach, którzy żywili ich samym szpinakiem w puszce przez dwa tygodnie bez przerwy. Zbuntowana grupa dzieci odłożyła szpinak na wielką kupę w jednym miejscu na stole. Kiedy maharadża usłyszał o ich podejściu do szpinaku, nakazał kucharzom pomijanie go w przyszłości.

Jeszcze przed przybyciem gości, Digvijaysinhji wybudował salę sypialną, gdzie każdy dzieciak otrzymał swoje własne łóżko. Tuż za pałacem znajdował się olbrzymi dom gościnny, który przekształcono na szkołę z odpowiednimi salami lekcyjnymi. Niektóre dorosłe kobiety, którym także udało się uciec z kraju, mianowano nauczycielkami, tak aby dzieci mogły się uczyć w języku ojczystym. Zanim odpowiedni podręczniki trafiły do Indii, starsi koledzy pomagali młodszym w nauce poprzez spisywanie lekcji, których udzielono im w przeszłości. Stworzyli nawet odręcznie pisane elementarze wraz z ilustracjami - wszystko powstało czysto z pamięci.

Najlepsze dzieciństwo na świecie

Było tam dla nich wiele miejsc do zabawy, a otaczał ich dosłowny raj. Plaża znajdowała się rzut beretem od ich miejsca zamieszkania, podobnie jak dżungla, w której dzieci mogły zbierać owoce z drzew. Ponieważ formalne wykształcenie zajęło trochę czasu, dzieciom udzielano lekcji pływania i uczyły się one pracy zespołowej przez specjalnie stworzone drużyny sportowe, grając w siatkówkę i piłkę nożną. Często udawali się na kemping pod gwiazdami. Mimo że mieli dużo swobody w zabawach, straż królewska czuwała nad nimi, aby upewnić się, że nigdy nie zostaną skrzywdzeni.

Maharadża zadbał o to, aby zapewnić im piękne doznania podczas każdego święta, do którego przywykli w Polsce, np. Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pierwszego świątecznego poranka stado wielbłądów niosących tysiące prezentów na garbach ruszyło w kierunku pałacu, a mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja jechał na jednym ze zwierzaków z przodu stada.

W wywiadzie z polskim czasopismem maharadża wyjaśnił, że dzieci te przeżyły wystarczająco dużo tragedii w swoim życiu i chciał przywrócić im tyle dzieciństwa, ile tylko mógł. - Może tam, na pięknych wzgórzach nad brzegiem morza, dzieci będą mogły odzyskać zdrowie i zapomnieć o ciężkiej męce... Współczuję narodowi polskiemu i jego nieustającej walce z opresją.

Ponieważ większość Indii była terytorium brytyjskim, przeważająca część mieszkających tam Europejczyków mówiła po angielsku. Jednak książę nie chciał, aby dzieci zapomniały mówić po polsku w procesie dorastania. Lekcje w szkole były prowadzone po polsku, a książę zamówił tysiące polskich książek i zbudował bibliotekę, aby je tam umieścić. Maharadża sprowadził materiały z Polski i szył na zamówienie tradycyjne ubrania dla swoich dzieci, aby mogły one poznawać historię i kulturę swojego kraju rodzinnego w jak największym stopniu, mimo że były tysiące kilometrów od jego terytorium. Czasami nazywali taki stan rzeczy „małą Polską”.

Ojciec Pluta odprawiał nabożeństwa w języku polskim w każdą niedzielę, a indyjscy lekarze i pielęgniarki jeździli do pałacu, aby regularnie badać dzieci i opiekować się nimi, gdy ktoś zachorował.

Z powrotem do Polski

Digvijaysinhji wiedział, że któregoś dnia wojna się skończy, a dzieci wrócą do ojczyzny. Książę upewnił się, że wszystkie tożsamości dzieci zostały dobrze udokumentowane, aby polski rząd i Czerwony Krzyż mogły pomóc im w powrocie do domu i znalezieniu ocalałych krewnych. Niektórzy mieli szczęście, gdyż odkryli, że ich rodzice wcale nie umarli, a zostali oni rozdzieleni z powodu panującego wtedy chaosu. Kiedy II wojna światowa została oficjalnie zakończona, dzieci mogły bezpiecznie wrócić do domu. Zostali przetransportowani z powrotem do kraju macierzystego.

Polski rząd podziękował maharadży za opiekę nad sierotami. Kiedy przyszedł czas na powrót do domu, dzieci płakały, ponieważ pokochały swojego "Bapu". Digvijaysinhji zaskarbił sobie prawdziwe uwielbienie u wszystkich tych dzieci i był smutny, widząc, jak odchodzą. Książę powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy za opiekę od rządu. Chciał tylko ulicy nazwanej jego imieniem, aby zawsze o nim pamiętano. Niestety, Związek Radziecki wciąż miał znaczącą kontrolę nad Polską. Dopiero w 2012 roku rząd mógł nazwać plac na warszawskiej Ochocie „Skwerem Dobrego Maharadży”. Na jego cześć postawiono tam stosowny pomnik. Co więcej, ZSSO „Bednarska” nosi imię Jam Saheba. Szkoła uczyniła swoją misją zajmowanie się dziećmi uchodźców z całego świata, tak jak czynił to jej patron.

Opisywane dzieci nazywają siebie „Ocalałymi z Balachadi”. Wielu z nich będąc wówczas nastolatkami zakochało się w sobie i wzięło ślub, żyjąc razem w Polsce. Jeden z ocalałych, Jan Bielecki, powiedział, że kiedy wrócił do Polski, często tęsknił za życiem w Indiach i pragnął wrócić, i nadal uważa to miejsce za drugi dom.

Mimo że w Małej Polsce mieszkało prawie tysiąc osób, wszyscy stali się jedną wielką kochającą rodziną. Wiele z tych dzieci wróciło do Indii, aby odwiedzić swoich opiekunów, którzy byli równie nostalgiczni, wspominając wspólne chwile i ubrania, które zostały stworzone dla dzieci. Każdego roku sieroty organizowały „Zjazd Rodzinny”, na którym wszyscy mogli się spotkać. Z biegiem czasu dorastali, mieli własne dzieci i zestarzeli się. Coraz mniej ocalałych z Balachadi pozostało przy życiu, aby móc opowiedzieć swoje historie, ale z pewnością żaden z nich nigdy nie miał nic złego do powiedzenia na temat maharadży Digvijaysinhjego.

Źródło: History Collection

Polska organizacja charytatywna otrzymała rachunek w wysokości 10000 zł po tym, jak urządzenie śledzące umieszczone na bocianie białym został skradzione w Afryce - a umieszczona tam karta SIM posłużyła później do wykonania mnóstwa kosztownych połączeń telefonicznych.

Historie podejmowanych prób ucieczki z niemieckich obozów zagłady do dzisiaj poruszają serca miłośników historii. Trzeba jednak przyznać, że ta dokonana przez polskiego poetę Stanisława Jerzego Leca może być opisywana jako jedna z najbardziej spektakularnych.

piątek, 21 grudzień 2018 11:49

WHN: Dzieci uprowadzone przez hitlerowców

Latem 1943 roku Małgorzata Twardecka, samotna matka żyjąca w okupowanej przez nazistów Polsce, otrzymała złowieszczy rozkaz, by następnego ranka przywieźć swojego pięcioletniego syna do lokalnego biura rady miejskiej. Został wysłany na wakacje, aby poprawić swoje "zdrowie".

Syn Małgorzaty, Alojzy, miał blond włosy i niebieskie oczy. Kiedy Twardecka odmówiła wykonania rozkazu, przyjechała policja wojskowa i zabrała chłopca do biura dystryktu, gdzie wraz z innymi dziećmi wiejskimi o podobnych cechach zostali poprowadzeni przez oficerów SS na lokalny dworzec kolejowy. Nie wiedząc, gdzie jest wysyłane jej dziecko, Małgorzata patrzyła, jak pociąg z jej ukochanym synkiem odjeżdża w dal.

- Nie da się wyobrazić, jak to jest doświadczyć kradzieży dziecka. Nie daliśmy im naszych dzieci. Ukradli je - powiedziała wiele lat później Małgorzata. - Nikt nigdy nie zrobił nic tak strasznego jak to. Germanizowanie "aryjskich" Polaków - dodała.

Alojzy był jednym z około 200 tysięcy polskich dzieci, które zostały uprowadzone przez nazistów w latach 1939-1944 i wysłane do Niemiec w celu "zgermanizowania". Gdy niemiecka armia najechała Polskę we wrześniu 1939 roku, agresorzy byli zdumieni obfitością włosów i niebieskimi oczami dzieci. Heinrich Himmler, Reichsführer (przywódca krajowy) SS, powiedział w przemówieniu do oficerów w Poznaniu w październiku 1943 roku: "Naszym obowiązkiem jest zabranie dzieci z nami, usunięcie ich z ich otoczenia, w razie potrzeby przez uprowadzenie lub kradzież i wysyłkę do Niemiec".

Ponieważ naziści uważali, że Polacy są narodem "podrzędnym wobec Niemiec", pojęcie aryjskich Polaków kolidowało z ich ideologią. Jak Polacy mogą być gorszą rasą, jeśli niektórzy z nich wyglądają jak idealny Niemiec? Aby zażegnać ten dylemat, naziści propagowali ideę, że te dzieci faktycznie wywodziły się z krwi niemieckiej. Dlatego naziści przekonali samych siebie, że nie kradną dzieci, a jedynie odzyskują utraconą krew należącą do ojczyzny. Polska nie była sama w cierpieniu z powodu takiej tragedii - dzieci z: Czechosłowacji, Słowenii, Białorusi i Ukrainy, które wyglądały aryjsko, również zostały uprowadzone i wysłane do kraju pod wodzą Adolfa Hitlera.

62 aryjskie cechy fizyczne

W październiku 1939 roku Hitler stworzył urząd komisarza Rzeszy ds. Wzmocnienia niemieckiej ludowości z Himmlerem na czele. Jego celem było ułatwienie przesiedlenia okupowanych terytoriów ludności niemieckiej. W lutym 1942 roku SS Gruppenführer (generał major) Ulrich Greifelt z biura Himmlera wydał dyrektywę 67/1. Polskie dzieci o odpowiedniej aryjskiej charakterystyce zostałyby zidentyfikowane i zabrane rodzicom pod pretekstem, że ich zdrowie jest zagrożone. Dzieci zostaną wysłane do Łodzi lub Kalisza, gdzie zostaną sfotografowane i przeanalizowane zgodnie z 62 cechami fizycznymi, w tym kolorem włosów i oczu, długością nosa, grubością warg i postawą. Nawet rozmiar miednicy dziewczynki mierzono wówczas ze względu na rozrodczość.

Gdyby uznano, że dzieci są odpowiednio aryjskie, osoby w wieku od dwóch do sześciu lat powinny zostać wysłane do domów w Niemczech, gdzie będą oczekiwać na adopcję przez odpowiednią rodzinę SS. Fałszywe certyfikaty urodzenia z nowymi niemieckimi nazwiskami i miejscami urodzenia zostaną wydane w celu ukrycia prawdziwych tożsamości dzieci. W wielu przypadkach naziści nadawali dziecku podobnie brzmiące nazwisko, tak aby łatwiej było je zapamiętać.

Barbara Mikołajczyk stała się Baber Mickler, nowe dane Heleny Fornalczyk to Helena Former, Alodia Witaszek była od tamtej pory Alice Wittke, a Helena Fice została zmieniona na Helene Fischer. Dzieci, które nie zdały testu lekarskiego i nie uznano ich za wystarczająco aryjskie, wysłano do obozów koncentracyjnych (Auschwitz i Treblinka), gdzie wielu zostało zamordowanych.

Heimschulen

Dzieci w wieku od sześciu do dwunastu lat, które zdały wspomniane testy, zostały wysłane do specjalnej niemieckiej szkoły ojczyzny (Heimschulen), czyli do placówek, w których nauczano ich tak, aby stali się dobrymi Aryjczykami. Celem było usunięcie wszelkich śladów ich ojczystego dziedzictwa i przekształcenie ich w lojalnych nazistów. Nauczono ich mówić po niemiecku; jeśli którekolwiek dziecko mówiło swoim językiem ojczystym, było pozbawiane jedzenia lub uderzane pasem. Dzieci były zmuszane do noszenia mundurów ze swastykami, śpiewania wojskowych pieśni i uczono ich nazistowskich idei. Byli również zmuszeni znosić niezliczone godziny ćwiczeń i marszów, aby zniszczyć wszelkie poczucie indywidualności.

Gdy dzieci zostały odpowiednio "zgermanizowane", były gotowe do adopcji przez niemieckie rodziny. Historyk Richard Lukas pisze, że niektóre polskie dziewczyny o cechach aryjskich były nawet wysyłane do domów położniczych SS w Niemczech, gdzie stały się "materiałem hodowlanym" dla oficerów SS.

Porywani ze szkół i domów dziecka

Naziści używali kilku metod, aby uprowadzać dzieci. Początkowo hitlerowcy celowali w sierocińce i domy zastępcze, szukając małolatów o blond włosach i niebieskich oczach. Jeden z chłopców tak opowiada o swoim doświadczeniu: "W 1940 roku czterech chłopców, wszyscy o jasnej karnacji, zostało zabranych z sierocińca z Sienkiewiczówki do Wydziału Zdrowia na badania (...) Nasza krew została przebadana, zbadane zostały także wszystkie części ciała, głowa, nasze włosy, skóra itd. Ostatecznie zabrano mnie do Bruczkowa (...) Uczyliśmy się niemieckiego i nie wolno było mówić po polsku (...) Spędziłem półtora roku w szkole SS (...) Chodzenie do kościoła i mówienie po polsku było karane chłostą i pozbawieniem jedzenia (...) Powiedziano nam, że od tego czasu będziemy Niemcami i otrzymaliśmy nowe nazwiska (...) Później zostaliśmy przydzieleni do rolników (...) Powiedziano mi, aby zwrócić się do rolnika i jego żony jak do "ojca" i "matki", aby szybciej zapomnieć, że przybyłem z innego kraju. Nazywam się Johann Suhling zamiast Jan Sulisz".

Naziści "skonfiskowali" także dzieci Polaków, których wysłano do obozów koncentracyjnych. Jeden z więźniów obozu, Józef Olszacki, powiedział: "W 1944 roku, po moim aresztowaniu i deportacji do obozu koncentracyjnego, moje córki Regina, lat 14, i Anna Maria, lat 10, zostały wezwane do Arbeitsamt (urzędu pracy), a później do biura rasowego. Nie widziałem moich córek po powrocie z obozu - już ich tam nie było. To, co wiem o nich, pochodzi tylko od mojej przybranej córki, która je wychowała. Podczas egzaminu w Biurze Zawodów obie córki zostały uznane za "rasowo wartościowe". Wiem od mniszki, która była obecna podczas ewakuacji dzieci z Kalisza 18 stycznia 1945 roku, że dzieci wsiadły do ​​pociągu i ruszyły w kierunku Poznania. Ale ich stacja docelowa pozostaje tajemnicą".

W niektórych przypadkach naziści zabierali dzieci prosto ze szkoły bez żadnego ostrzeżenia. Janek Hammerling miał zaledwie sześć lat, kiedy naziści weszli do jego szkoły w Radomiu i mierzyli jego wzrost, wagę, a nawet zęby. Wkrótce potem wysłano go pociągiem do obozu w Niemczech, gdzie nauczano go niemieckich piosenek.

Kacper Poldek miał siedem lat, kiedy hitlerowcy zabrali go, jego siostrę i dwóch innych uczniów ze szkoły w Nowym Sączu. Zostali wysłani bezpośrednio do obozu w Niemczech, gdzie uczyli się języka niemieckiego.

Mieczysław Domański miał sześć lat, kiedy został uprowadzony przez nazistów wraz z 80 innymi uczniami ze swojej szkoły w Adamowie. Został wysłany do obozu w południowej Polsce, gdzie musiał nosić niemiecki mundur i zostawał dotkliwie pobity, jeśli mówił po polsku.

Zabrani rodzicom

Co więcej, hitlerowcy zabierali "aryjskie" dzieci bezpośrednio od ich polskich rodziców. Maria Komsyk zeznała później: "Miałam dwoje dzieci: chłopca w wieku sześciu lat i dziewczynę. W 1940 roku zostałam aresztowana przez żandarmerię niemiecką, ponieważ niemiecki sąsiad doniósł na mnie. Jeden z żandarmów zabrał mi dzieci, podczas gdy drugi przetransportował mnie do Arbeitsamtu. Zostałam deportowana do Lubeki na przymusową pracę, pozostałam tam do 1942 roku (...) Do dziś nie wiem, co się stało z moimi dziećmi".

W innych przypadkach rodzice otrzymali zawiadomienie od SS, w którym informowali ich, aby przyprowadzili swoje dzieci na lokalny dworzec kolejowy w określonym czasie, aby wyjechać na wakacje. Tak stało się z młodym Alojzym. Został wysłany do Niemiec, gdzie został przyjęty przez członka partii nazistowskiej. Nauczono go mówić po niemiecku, a jego nazwisko zmieniło się nawet na bardziej niemiecko brzmiące: Alfred Binderberger. Młody i podatny na wpływy Alojzy wkrótce stał się takim wyznawcą Adolfa Hitlera, że ​​kiedy jego przybrany ojciec zdjął z łóżka obraz Hitlera, kiedy wojna się skończyła, Alojzy nazwał go "zdrajcą".

Brązowe siostry

Czasami naziści zatrudniali słynne "Brązowe Siostry", aby odnajdowały dla nich odpowiednie dzieci. Siostry te były pielęgniarkami, które były oddane sprawom nazistowskim. Pracowały one dla nazistowskiej organizacji opieki społecznej i przeszukiwały wsie i miasteczka w celu odszukania dzieci "aryjskich". Według Lukasa, używały one "cukierków, a nawet kromek chleba jako przynęt przyciągających chłopców i dziewczęta".

Podejmując rozmowy z dziećmi, siostry pytały, gdzie mieszkali i czy w domu są podobnie wyglądający bracia lub siostry. Pielęgniarki odsyłały następnie swoje informacje do lokalnych władz SS. Dzieci znikały wtedy zwykle w nocy i nigdy więcej o nich nie słyszano.

Kradzież od zagranicznych pracowników

Niekiedy dzieci były przeznaczone do germanizacji jeszcze przed urodzeniem. Podczas wojny tysiące kobiet z okupowanych krajów, a zwłaszcza Polski, zostało nawiedzonych przez nazistów i wysłane do Niemiec w celu wsparcia wysiłków wojennych. Te kobiety pracowały na farmach, były zatrudnione jako służące lub pracowały w fabrykach.

W lipcu 1943 roku Himmler wydał dekret dotyczący ciężarnych pracowników cudzoziemskich i ich potencjalnego potomstwa. Dekret orzekł, że jeśli rodzice są "rasowo wartościowi", dziecko powinno zostać zabrane matce i umieszczone w odpowiednich rodzinach zastępczych SS lub wychowane w domach Lebensborn. Dzieci cudzoziemskich robotników, które nie były "rasowo wartościowe", miały zostać wyeliminowane.

Dokument nazistowski z niemieckiego miasta Wurzburg odnosił się do tego procesu: "Polka NN (bez nazwy), urodzona w (...) spodziewa się dziecka (... miesiąc ciąży), którego ojciec jest Polakiem NN (...) Wniosek matki o aborcję został odrzucony, ponieważ istnieje prawdopodobieństwo posiadania potomstwa rasowo wartościowego. NSV jest uprzejmie proszona o przejęcie opieki nad dzieckiem po jego narodzinach".

Szacuje się, że domy Lebensborn zajmowały się ponad 90000 dzieci, z których większość była "rasowo wartościowa" i urodziła się w Niemczech w rodzinach zagranicznych pracowników.

Operacja na rzecz rewindykacji dzieci

Małgorzata Twardecka była jedną ze szczęśliwych matek. Ponownie zetknęła się ze skradzionym dzieckiem - 10 lat po tym, jak go zabrano. Wielu polskich rodziców nigdy więcej nie widziało swoich dzieci.

Po wojnie polski rząd stworzył operację "Rewindykacja dzieci" kierowaną przez dr Romana Hrabara. Jego misja polegała na ponownym łączeniu skradzionych dzieci z ich prawowitymi rodzicami, co było nie lada wyzwaniem. Naukowcy musieli najpierw ustalić, od czego nazwiska dzieci zostały zmienione, a następnie, gdzie mieszkali na Zachodzie. Kiedy już je znaleziono, wielu niemieckich rodziców odmówiło wiary w to, że ​​ich "dzieci" są Polakami i nie chcieli oddać ich władzom. Zadanie było podwójnie utrudnione, gdy dzieci nie mówiły już po polsku i nie pamiętały swojego pierwotnego życia ani rodziny.

Ostatecznie polska misja mogła oczekiwać niewielkiej pomocy ze strony władz brytyjskich i amerykańskich w wysyłaniu dzieci za Żelazną Kurtyną podczas Zimnej Wojny. Do końca 1950 roku polski rząd był w stanie jedynie repatriować 3404 dzieci z powrotem do Polski. Szacuje się, że tylko 40000, czyli 20 procent z szacowanych 200 000 dzieci, które zostały skradzione z Polski przez nazistów, ponownie połączyło się z rodzinami. Tysiące innych i ich potomków nadal mieszka w Niemczech, nieświadomi ich prawdziwej tożsamości i dziedzictwa.

Jak pisał dr Hrabar, kradzież polskich dzieci przez Adolfa Hitlera jest jedną z "najczarniejszych stron w kronikach ludzkości".

Źródło: Warfare History Network

Tekst, który właśnie Państwo czytają, jest jedynie tłumaczeniem oryginalnego artykułu z innego źródła, które jest podawane na końcu tegoż tekstu. Nie jestem autorem oryginału.

Free Joomla! template by L.THEME