31 października 1832 roku młody Karol Darwin wszedł na pokład HMS Beagle i zdał sobie sprawę, że wraz z nim na pokład statku dostały się tysiące intruzów. Mowa o małych czerwonych pająkach o szerokości jednego milimetra. Statek znajdował się ok. 95 kilometrów od brzegu, więc stworzenia musiały odpłynąć z wybrzeża argentyńskiego. „Wszystkie liny były pokryte i otoczone pajęczyną”, pisał Darwin.

Pająki nie posiadają skrzydeł, ale mimo to mogą wzbić się w powietrze. Wspinają się na odsłonięty punkt, unoszą brzuch do nieba, wytłaczają pasma jedwabiu i odfruwają. To zachowanie nazywa się balonowaniem. Może on przenosić pająki z dala od drapieżników i konkurentów lub w kierunku nowych ziem z dużymi zasobami. Ale bez względu na powód, jest to z pewnością niezwykle skuteczny środek transportu. Obecność pająków odnotowano już m.in. cztery kilometry nad ziemią i 1600 kilometrów wgłąb morza.

Powszechnie uważa się, że baloniarstwo funkcjonuje, ponieważ jedwab łapie wiatr, ciągnąc za sobą pająka. Ale to nie do końca ma sens, zwłaszcza że pająki "latają" tylko podczas lekkich wiatrów. Pająki nie wystrzeliwują jedwabiu z brzucha i wydaje się mało prawdopodobne, aby tak delikatny wietrzyk mógł być wystarczająco silny, aby rozproszyć nitki - nie mówiąc już o uniesieniu największych gatunków w górę lub wygenerowaniu dużych przyspieszeń przy starcie pajęczaków. Sam Darwin stwierdził, że szybkość lotu pająków jest „zupełnie nie do wyjaśnienia”, a jego przyczyna jest „niewytłumaczalna”.

Jednak Erica Morley i Daniel Robert znaleźli wyjaśnienie. Duet, który pracuje na uniwersytecie w Bristolu, udowodnił, że pająki wyczuwają pole elektryczne Ziemi i używają go do wystrzelenia siebie w powietrze.

Każdego dnia na całym świecie szaleje około 40 tys. burz, zmieniając tym samym atmosferę Ziemi w gigantyczny obwód elektryczny. Górne obszary atmosfery mają ładunek dodatni, a powierzchnia planety - ładunek ujemny. Nawet w słoneczne dni przy bezchmurnym niebie powietrze przenosi napięcie około 100 woltów na każdy metr nad ziemią. W mglistych lub burzowych warunkach gradient ten może wzrosnąć do dziesiątek tysięcy woltów na metr.

"Balonujące" pająki działają w tym planetarnym polu elektrycznym. Kiedy ich jedwab opuszcza ciała, zwykle odbiera ładunek ujemny. To odpycha podobne ujemne ładunki na powierzchniach, na których siedzą pająki, wytwarzając wystarczającą siłę, aby unieść je w powietrze. Pająki mogą zwiększyć te siły, wspinając się na gałązki, liście lub źdźbła trawy. Uziemione rośliny mają taki sam ujemny ładunek jak ziemia, na której rosną, ale wystają w dodatnio naładowane powietrze. Powoduje to wytwarzanie znacznych pól elektrycznych między otaczającym je powietrzem a końcami ich liści i gałęzi - oraz pająkami fruwającymi z tych wierzchołków.

Pomysł ten - ucieczka przez odpychanie elektrostatyczne - został po raz pierwszy zaproponowany na początku 1800 roku, w czasie podróży Darwina. Peter Gorham, fizyk, wskrzesił ten pomysł w 2013 roku i wykazał, że jest on matematycznie wykonalny. Ostatecznie Morley i Robert przetestowali to na prawdziwych pająkach.

Na wstępie wykazali, że pająki potrafią wykryć pola elektryczne. Naukowcy umieścili pajęczaki na pionowych paskach tektury na środku plastikowego pudełka, a następnie wytwarzali pola elektryczne między podłogą a sufitem o sile podobnej do tej, jaką pająki doświadczałyby na zewnątrz. Pola te postrzępiły maleńkie włoski sensoryczne na stopach pająków, znane jako trichobothria. - To tak, jakby pocierać balon i trzymać go przy włosach - mówi Morley.

W rezultacie pająki wykonały szereg ruchów zwanych chodzeniem na palcach - stanęły na końcach nóg i wybiły brzuch w powietrze. - Takie zachowanie można zobaczyć tylko przed balonowaniem - opisuje Morley. Wielu pająkom udało się wystartować, mimo że znajdują się w zamkniętych skrzyniach bez przepływu powietrza. A kiedy Morley wyłączył pola elektryczne w skrzynkach, balonujące pająki zwyczajnie spadły.

- Szczególnie ważnym jest, aby zdawać sobie sprawę, że pająki mogą fizycznie wykrywać zmiany elektrostatyczne w swoim otoczeniu - twierdzi Angela Chuang z University of Tennessee. - To podstawa wielu interesujących pytań badawczych - dodaje. - W jaki sposób różne siły pola elektrycznego wpływają na fizykę startu, lotu i lądowania? Czy pająki wykorzystują informacje o warunkach atmosferycznych do podejmowania decyzji o tym, kiedy poświęcić swoje sieci lub stworzyć nowe?

Prądy powietrzne mogą nadal odgrywać pewną rolę w balonowaniu. W końcu te same włosy, które pozwalają pająkom wyczuwać pola elektryczne, mogą również pomóc im ocenić prędkość lub kierunek wiatru. A Moonsung Cho z Politechniki Berlińskiej niedawno udowodnił, że pająki przygotowują się do lotu, podnosząc przednie nogi na wiatr, prawdopodobnie po to, aby sprawdzić ich siłę.

Tym niemniej badania Morleya i Roberta pokazują, że siły elektrostatyczne same w sobie wystarczają do wyrzucenia pająków w powietrze. - To naprawdę nauka przez duże "N" - mówi Gorham. - Jako fizyk wydawało mi się bardzo jasne, że pola elektryczne odgrywają kluczową rolę, ale mogłem jedynie spekulować, w jaki sposób biologia może to wspierać. Morley i Robert podnieśli to do poziomu pewności, który znacznie przekracza wszelkie moje oczekiwania.

- Myślę, że Karol Darwin byłby równie podekscytowany czytając wyniki tych badań - dodaje.

Źródło: The Atlantic

wtorek, 08 październik 2019 09:01

Spacerowanie rozwija kreatywność

Steve Jobs, zmarły współzałożyciel Apple, znany był z organizowania "chodzonych" spotkań. Mark Zuckerberg z Facebooka był także widywany podczas odbywania pieszych spotkań. Być może każdy z nas niekiedy chodził w tę i z powrotem, by pomysły same wpadły nam do głowy.

Badanie z 2014 roku przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda wyjaśnia tę kwestię.

Twórcze myślenie poprawia się, gdy dana osoba spaceruje i wkrótce potem - głoszą wyniki badań współtworzonych przez Marily Oppezzo, doktorant z psychologii pedagogicznej z Uniwersytetu Stanforda i Daniela Schwartza, profesora Stanford Graduate School of Education.

Badanie wykazało, że chodzenie w pomieszczeniu lub na zewnątrz podobnie stymulowało twórczą inspirację. Czynność chodzenia, a nie otoczenie, była głównym czynnikiem. Poziomy kreatywności były znacznie wyższe dla osób chodzących w porównaniu do osób siedzących.

- Wiele osób anegdotycznie twierdzi, że myślą najlepiej, kiedy chodzą. W końcu możemy zrobić krok lub dwa, aby odkryć, dlaczego tak jest- napisali Oppezzo i Schwartz w badaniu opublikowanym w czasopiśmie "Journal of Experimental Psychology: Learning, Memory and Cognition".

Spacerowanie kontra siedzenie

- Inne badania koncentrowały się na tym, w jaki sposób ćwiczenia aerobowe ogólnie chronią długofalową funkcję poznawczą, ale do tej pory brakowało badań konkretnego wpływu zwyczajnego chodzenia na jednoczesne twórcze generowanie nowych pomysłów, a następnie porównania ich wyników dla osób w tym czasie siedzących - oznajmiła.

Osoba chodząca w pomieszczeniu - na bieżni umieszczonej w pokoju przed pustą ścianą - lub chodząca na świeżym powietrzu wywołała dwukrotnie więcej twórczych odpowiedzi w porównaniu do osoby siedzącej, co stwierdzono w jednym z eksperymentów.

- Myślałem, że to właśnie chodzenie na zewnątrz przyczyni się do erupcji pomysłów, ale chodzenie po bieżni w małym, nudnym pokoju wciąż przynosiło dobre rezultaty, co mnie zaskoczyło - powiedziała Oppezzo.

Badanie wykazało również, że kreatywność nie ustawała, nawet gdy osoba usiadła tuż po spacerze.

Ocena kreatywnego myślenia

Badanie obejmowało cztery eksperymenty z udziałem 176 studentów i innych dorosłych, którzy wykonywali zadania powszechnie używane przez naukowców do oceny kreatywnego myślenia. Uczestnicy zostali umieszczeni w różnych warunkach: chodzenie w pomieszczeniu na bieżni lub siedzenie w pomieszczeniu - oboje twarzą do pustej ściany - i chodzenie na zewnątrz lub siedzenie na zewnątrz na wózku inwalidzkim - oboje przemieszczali się po wcześniej ustalonej ścieżce na terenie kampusu Stanforda. Naukowcy umieścili siedzących uczestników na wózku inwalidzkim na zewnątrz, aby wizualnie przejawiali taki sam ruch jak chodzenie.

Porównano także różne kombinacje, takie jak dwie kolejne sesje siedzące lub sesja spacerowa, po której następowała sesja siedząca. Sesje spacerowe lub siedzące używane do mierzenia kreatywności trwały od 5 do 16 minut, w zależności od testowanych zadań.

Trzy eksperymenty opierały się na teście kreatywności „rozbieżnego myślenia”. Rozbieżne myślenie to proces myślowy lub metoda wykorzystywana do generowania kreatywnych pomysłów poprzez badanie wielu możliwych rozwiązań. W tych eksperymentach uczestnicy musieli wymyślić alternatywne zastosowania dla danego obiektu. Otrzymali kilka zestawów trzech obiektów i mieli cztery minuty na wymyślenie jak największej liczby odpowiedzi dla każdego zestawu. Odpowiedź uznano za nowatorską, jeśli żaden inny uczestnik grupy jej nie wykorzystał. Badacze ocenili również, czy odpowiedź była odpowiednia. Na przykład „opona” nie może być użyta jako mały pierścień.

Badania wykazały, że przeważająca większość uczestników tych trzech eksperymentów była bardziej kreatywna podczas chodzenia niż siedzenia. W jednym z tych eksperymentów uczestnicy zostali przetestowani w pomieszczeniu - najpierw podczas siedzenia, a następnie chodzenia po bieżni. Według badań wydajność twórcza wzrosła średnio o 60 procent, gdy dana osoba chodziła.

W czwartym eksperymencie oceniano twórczość, mierząc zdolności ludzi do generowania złożonych analogii do podpowiedzi. Najbardziej kreatywne odpowiedzi to te, które uchwyciły głęboką strukturę pytania. Na przykład w przypadku hasła „okradziony sejf” odpowiedź „żołnierz cierpiący na PTSD” oddaje poczucie utraty, naruszenia i dysfunkcji. „Pusty portfel” - już nie.

Rezultat: 100 procent tych, którzy wyszli na zewnątrz, było w stanie wygenerować co najmniej jedną nowatorską analogię wysokiej jakości w porównaniu do 50 procent osób siedzących w środku.

Brak powiązania z ukierunkowanym myśleniem

Jednak nie wszystkie procesy myślowe są takie same. Chociaż badanie wykazało, że chodzenie przyczyniło się do rozwoju twórczej burzy mózgów, nie miało ono pozytywnego wpływu na rodzaj ukierunkowanego myślenia wymaganego dla pojedynczych, poprawnych odpowiedzi.

- Nie oznacza to, że każde zadanie w pracy powinno być wykonywane podczas chodzenia, ale skorzystałyby na tym osoby, których zadania wymagają nowej perspektywy lub nowych pomysłów - oświadczyła Oppezzo, obecnie członek wydziału na Uniwersytecie Santa Clara.

Badacze powierzyli uczestnikom zadanie powiązania słów, powszechnie stosowane do pomiaru wglądu i ukierunkowanego myślenia. Biorąc pod uwagę trzy słowa, uczestnicy musieli wygenerować jedno słowo, które można by zestawić ze wszystkimi trzema, aby utworzyć słowa złożone. Na przykład, biorąc pod uwagę słowa „cottage, Swiss, cake”, poprawną odpowiedzią jest „cheese”.

W badaniu tym ci, którzy zareagowali podczas chodzenia, wypadli nieco gorzej niż ci, którzy odpowiedzieli podczas siedzenia.

Zdaniem Oppezzo kreatywność produktywna obejmuje szereg etapów - od generowania pomysłów do realizacji - a badania wykazały, że korzyści płynące z chodzenia odnoszą się do „rozbieżnego” elementu kreatywnego myślenia, ale nie do tego bardziej „konwergentnego” lub ukierunkowanego.

- Nie twierdzimy, że chodzenie może zmienić cię w Michała Anioła - powiedziała Oppezzo. - Ale może ci pomóc na początkowych etapach wyzwalania kreatywności.

Schwartz przewiduje, że solidne wyniki ich pracy to początek, który doprowadzi do dalszych badań nad połączeniami neurologicznymi i fizjologicznymi.

- Jest jeszcze wiele do zrobienia, aby znaleźć mechanizmy przyczynowe - oznajmił Schwartz. - A to bardzo solidny paradygmat, który pozwoli ludziom rozpocząć pewne manipulacje, aby mogli wyśledzić, jak ciało wpływa na umysł.

A oto jeden z możliwych przyszłych problemów badawczych: czy spacer jako taki, czy inne formy łagodnej aktywności fizycznej mają podobny efekt wzmagający myślenie?

W międzyczasie „wiemy już, że aktywność fizyczna jest ważna, a zbyt częste siedzenie jest niezdrowe. To badanie jest kolejnym uzasadnieniem dla podejmowania aktywności fizycznej w dzień, bez względu na to, czy jest to przerwa w szkole, czy przekształcenie spotkania w pracy w spacerowe”, dodaje Oppezzo. - Bylibyśmy zdrowsi, a może bardziej innowacyjni.

Źródło: Stanford News

piątek, 04 październik 2019 09:36

Dimetylortęć - bezlitostna trucizna bez antidotum

Kiedy pipeta wylała jedną lub dwie krople na jej lewą rękawiczkę, profesor chemii Karen Wetterhahn nie była szczególnie zaniepokojona. W końcu przestrzegała przepisów bezpieczeństwa dotyczących dimetylortęci. Miała na sobie fartuch laboratoryjny, gogle i jednorazowe rękawiczki lateksowe. A ponieważ substancja stwarza ryzyko poprzez wdychanie, pracowała ona w ramach bezpieczeństwa w dygestorium.

Drobny wyciek tej klarownej cieczy nie sprawił jej bólu ani żadnego dyskomfortu, a więc nie miała powodu sądzić, że incydent ten był poważny. Poza tym jej praca była zbyt ważna, aby tracić czas na obawy: Wetterhahn, pierwsza profesor chemii w Dartmouth College w USA, uzyskała największy grant badawczy w historii swojej szkoły, aby zbadać i wyjaśnić, w jaki sposób metale ciężkie wpływają na ludzkie zdrowie. Niestety, wkrótce miały one wpłynąć na zdrowie samej pani doktor.

Wypadek

14 sierpnia 1996 roku Wetterhahn przygotowywała próbki rtęci do spektroskopii NMR. - Dimetylortęć była standardem w przypadku rtęci NMR, ponieważ jest "czystą" cieczą, więc nie trzeba było się martwić efektami stężenia lub pH, które mogą powodować fałszywe przesunięcia chemiczne - mówi Kent Sugden. Obecnie profesor chemii i biochemii na University of Montana w USA, natomiast w 1996 roku Sugden był pracownikiem naukowym w Dartmouth. Stworzył standardy NMR dla nietoksycznych soli rtęci dla Wetterhahn, ale kiedy nie uzyskała ona oczekiwanych rezultatów, wróciła do stosowania dimetylortęci w celu potwierdzenia swoich ustaleń. Sugden opisuje ją jako „bardzo skrupulatną chemiczkę”.

W styczniu 1997 roku Wetterhahn zaczęła odczuwać mrowienie w kończynach dolnych. Co było jeszcze bardziej niepokojące, zaczęła się potykać podczas chodzenia, jej mowa zaczęła być niewyraźna, a wzrok i słuch zostały naruszone. Po wizycie w szpitalu zdiagnozowano ciężką toksyczność rtęci. Dopiero wtedy przypomniała sobie rozlane kropelki - nie zdawała sobie sprawy, że substancja przeniknęła jej rękawicę i dostała się do skóry. Próg toksyczności dla zawartości rtęci u człowieka wynosi 50 µg/L. Ekspozycja Wetterhahn była około 80 razy większa, przy 4 mg/L.

Niewiele osób na świecie rozumiało toksyczne metale tak samo jak Wetterhahn. Wiedziała, że ​​po przeniknięciu przez skórę dimetylortęć ma jeden cel: jej mózg. Rozpoczęła leczenie zwane terapią chelatacyjną, która miała na celu przekształcenie rtęci w jej ciele w substancję, którą mogła wydalić. Jednak organizmowi łatwiej jest wydalać sole rtęci niż dimetylortęć, a pięć miesięcy po ekspozycji szansa na jakąkolwiek terapię była niewielka. Gdy jej zmysły nadal słabły, zachęciła swojego przewodniczącego wydziału, aby ostrzegł osoby tam pracujące o ekstremalnych zagrożeniach ze strony dimetylortęci.

Na początku lutego 1997 roku, zaledwie trzy tygodnie po pojawieniu się objawów, Wetterhahn zapadła w śpiączkę. Pozostała w stanie wegetatywnym do śmierci 8 czerwca 1997 roku - odeszła w wieku 48 lat, pozostawiając męża i dwoje dzieci.

Zmiana przepisów

Jeszcze przed wypadkiem Wetterhahn niektórzy chemicy odmawiali pracy z dimetylortęcią z troski o swoje bezpieczeństwo. Chociaż społeczność chemiczna wiedziała, że ​​substancja jest toksyczna, nie doceniła, jak wielką ma w sobie moc - w końcu znano wówczas jedyny znany śmiertelny wypadek dimetylortęci w XX wieku z udziałem czeskiego chemika w 1972 roku. Mimo że tylko dwie udokumentowane ofiary śmiertelne w ciągu stulecia mogą wydawać się zaskakujące dla tak niebezpiecznej substancji, Sugden twierdzi, że dimetylortęć „nigdy nie była powszechnie stosowana w laboratoriach, nawet wśród chemików metaloorganicznych”.

W ciągu kilku tygodni po śmierci Wetterhahn, Chemical & Engineering News opublikowało list na temat jej śmiertelnego wypadku i alarmujących wyników testu dimetylortęci na rodzaju rękawiczek, które miała na sobie. Niezależne laboratorium potwierdziło, że dimetylortęć szybko przenika lateks. Rok później, w marcu 1998 roku, Amerykański Departament Pracy i Bezpieczeństwa Zdrowia Pracy (OSHA) wydał biuletyn informacji o zagrożeniach, w którym zalecono unikanie dimetylortęci, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Biuletyn zalecił również, aby oprócz noszenia osłony twarzy, każdy, kto pracuje z dimetylortęcią, powinien nosić rękawice laminowane Silver Shield pod odpornymi na ścieranie rękawicami zewnętrznymi. Ponadto pracownicy laboratorium mieli zgłaszać wszelkie wycieki i otrzymywać natychmiastową pomoc lekarską, a każdy, kto konsekwentnie pracował z dimetylortęcią, powinien poddać się okresowym badaniom krwi i moczu.

OSHA nałożył na Dartmouth karę pieniężną w wysokości 9000 dolarów za to, że instytucja nie zapewniła odpowiedniej ostrożności, szczególnie w odniesieniu do wad jednorazowych rękawiczek lateksowych. Sugden zwraca uwagę, że w przypadku substancji toksycznych laboratoria zmieniły rękawiczki lateksowe na rękawiczki nitrylowe, które są mniej porowate, i przypomina sobie historie o innych kampusach, które powoli wyrzucają wszelkie zapasy dimetylortęci w następstwie tragedii Wetterhahn. Uważa, że ​​substancji nie można już nabyć przez zakup, „nawet jeśli chcesz z nią pracować”.

W tym momencie użytecznym może okazać się również fragment opisu dimetylortęci z polskiej Wikipedii: "Toksyczne działanie dimetylortęci wynika z jego działania na układ nerwowy człowieka. Związek tworzy kompleks z cysteiną, który bez trudu pokonuje barierę krew-mózg i silnie wpływa na jego funkcjonowanie, przez zaburzanie procesów przekazywania sygnałów przez synapsy. Związek ten powoduje ataksję (utratę koordynacji ruchów), efekty halucynacyjne oraz utratę pamięci. Proces tworzenia kompleksu z cysteiną jest bardzo powolny i jednocześnie związek ten nie wchodzi w żadne inne reakcje w organizmie człowieka, nie jest więc z niego wydalany. Stąd efekt zatrucia jest bardzo odsunięty w czasie od momentu wniknięcia trucizny do organizmu i zaczyna się powoli ujawniać dopiero w kilka miesięcy po wchłonięciu dawki śmiertelnej. Nie jest znane żadne antidotum na tę truciznę."

Źródła: ChemistryWorld.com, Wikipedia

wtorek, 23 kwiecień 2019 10:12

Radioaktywne napoje energetyczne

Współczesne życie wprawia cię w oszołomienie? Przeżycie każdego kolejnego dnia skutecznie cię osłabia? Być może jesteś jednym z milionów konsumentów, którzy opierają swoje życie na napojach energetycznych, aby te postawiły ich na nogi.

Napoje energetyczne co prawda są symbolem naszych czasów, ale nie są wynalazkiem tego tysiąclecia. Ludzie walczą ze zmęczeniem przy ich użyciu od co najmniej stu lat. Dzisiaj element "energetyczny" takich napojów tkwi albo w stymulatorze neurologicznym, który sprawia, że ludzie czują się bardziej energiczni - albo zwyczajnie w zawartym w nich cukrze.

Jednak był czas, kiedy napoje energetyczne rzeczywiście zawierały w sobie prawdziwą energię. Aktywnym składnikiem takich napojów był rad - pierwiastek radioaktywny, który uwalniał energię promieniowania z każdym rozpadem atomowym. Związek przyczynowy w przypadku spożywania pierwiastka radioaktywnego a czerpaniem wyraźnego ożywienia energetycznego jest w najlepszym wypadku znikomy, jednak nie powstrzymało to ludzkości od ignorowania dobrze im znanego ryzyka spożywania radioaktywnych produktów w XX wieku. Ludzie nie przejmowali się również grożącym im długoterminowymi konsekwencjami zdrowotnymi.

Mniam, mniam - rad!

Jednym z takich produktów był "RadiThor". Ten napój energetyczny był zwyczajnie... radem rozpuszczonym w wodzie. Sprzedawano go w latach dwudziestych XX wieku w butelkach 300 ml i kosztował ok. 1 dolara za sztukę (równowartość dzisiejszych 15 dolarów). Producent twierdził, że napój ten nie tylko zapewnia zastrzyk energii, ale także leczy wiele dolegliwości - w tym impotencję. W tamtych czasach brakowało jednoznacznych dowodów na korzyści seksualne radu, ale znalazło się czasopismo naukowe zawierające artykuł twierdzący, że woda radowa może zwiększać "seksualne żądze traszek wodnych". Dla wielu mężczyzn w erze przed Viagrą dowody oparte na zachowaniu traszek wodnych były wystarczająco przekonujące i RadiThor okazał się hitem.

Najbardziej znanym entuzjastą RadiThora był Eben Byers, przemysłowiec i golfista-amator z Pittsburgha. Byers po raz pierwszy natknął się na RadiThor, kiedy sięgnął po niego by ten pomógł mu w leczeniu złamanej ręki. Chociaż produkt ten nie zawierał jakiegokolwiek narkotyku, Byers uzależnił się od niego psychologicznie, a może nawet fizjologicznie. Spożywał spore ilości płynu nawet po wyleczeniu swojej ręki. Mówi się, że przez trzy lata codziennie wypijał butelkę lub dwie i gorąco polecał ten produkt swoim znajomym, z których część również wpadła w uzależnienie.

Ostatecznie zamiłowanie Byersa do RadiThora go zabiło. Na jego nieszczęście przyjmowany rad został wchłonięty do kości i przez to cała jego energia promieniowania osadzona została w tkance kostnej. Z czasem rad dostarczał olbrzymią dawkę promieniowania do szkieletu Byersa. Doprowadził do powstawania dziur w czaszce, utraty większości szczęki i rozwoju wielu innych chorób związanych z układem kostnym. Mężczyzna zmarł makabryczną śmiercią 31 marca 1932 roku.

Radioaktywność - lekcja powtórzeniowa

Najbardziej zatrważającym w tej historii jest fakt, że niebezpieczeństwa związane ze spożywaniem radu były już dobrze znane, nawet przed uzależnieniem Byersa. Jak opisano w publikacji pt. "Strange Glow: The Story of Radiation", społeczność medyczna badała wpływ radu na zdrowie od czasu jego odkrycia przez Marię i Piotra Curie w 1898 roku. Już w 1913 roku brytyjski naukowiec Walter Lazarus-Barlow opublikował raport, z którego wynikało, że spożywany rad przechodzi do kości człowieka. Rok później profesor medycyny z Uniwersytetu Marylandu Ernst Zueblin opublikował przegląd 700 raportów medycznych, z których wiele wykazywało, że martwica kości i owrzodzenia były częstym skutkiem ubocznym spożywania radu. Niestety pierwsze ostrzeżenia były niewystarczające i sprzedaż RadiThoru notowała kolejne rekordy w latach dwudziestych.

Po śmierci ciało Byersa umieszczono w trumnie wysadzanej ołowiem, tak aby ten zablokował promieniowanie uwalniane z jego kości. W 1965 roku naukowiec Robley Evans z MIT ekshumował szkielet Byersa, aby zmierzyć ilość radu w kościach. Okres połowicznego rozpadu radu wynosi 1600 lat, więc kości Byersa powinny posiadać mniej więcej taką samą ilość pierwiastka jak w dniu jego śmierci.

Evans był ekspertem w pomiarach i matematycznych modelowaniach przyjmowania i wydalania radioaktywności przez organizm ludzki. Opierając się na deklaracjach Byersa co do jego dziennego konsumowania RadiThoru, Evans przewidywał, że jego ciało będzie zawierać około 100 tys. bekereli radioaktywności (międzynarodowa jednostka radioaktywności). Jednakże po ekshumacji okazało się, że ciało Byersa posiadało w sumie 225 tys. bekereli, co sugeruje, że założenia Evansa nie doceniały wpływu radu na kości, albo że Byers w rzeczywistości zaniżał ilości przyjmowanego przez niego radu co najmniej dwukrotnie.

Po zakończonych badaniach Evans ponownie umieścił szczątki Byersa w ołowianej trumnie, która pozostaje zakopana w Pittsburghu do dziś.

Szczęście w nieszczęściu

Pomimo oczywistego cierpienia Byersa spowodowanego spożywaniem RadiThoru, nabywanie takich napojów nigdy nie przerodziło się w poważnych kryzys zdrowotny społeczeństwa. Stało się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, w przeciwieństwie do RadiThor, większość innych "energetycznych" napojów na rynku była zwykłymi oszustwami, nieposiadającymi żadnego radu (lub innego pierwiastka radioaktywnego). Po drugie, RadiThor i inne produkty zawierające rad były bardzo drogie, ponieważ rad był stosunkowo rzadkim i cennym dobrem, który był drogi w wydobywaniu i oczyszczaniu. Tak więc tylko bogaci obywatele, tacy jak Byers, mogli sobie pozwolić na wypijanie go codziennie. W konsekwencji dolegliwości związane ze spożywaniem RadiThoru pojawiały się tylko u tych nielicznych osób, które mogły sobie pozwolić na taki "luksus".

Ostatecznie rząd federalny zamknął Bailey Radium Laboratories (firmę produkującą RadiThor) w interesie ochrony zdrowia publicznego. Napoje te zniknęły z rynku konsumenckiego przed końcem 1932 roku.

Dzisiejszy rynek napojów energetycznych opiera się na preparatach, których działanie polega na dawkowaniu stymulującej kofeiny, która powinna ożywić konsumentów i zapewnić im większą energię. Kofeina - powszechny składnik: kawy, herbaty, czekolady czy coli - być może nie jest tak "egzotycznym" rozwiązaniem jak rad, ale faktycznie jest środkiem pobudzającym, tak więc konsumenci mogą odczuwać jakieś podekscytowanie po spożyciu jej i nie jest to szczególnie niebezpieczne dla zdrowia.

W obecnych czasach konsumenci wydają się zadowoleni z najnowszych rozwiązań dotyczących napojów energetycznych w odniesieniu do dawnych praktyk opierających się na stosowaniu radu. Nie do końca wiadomo jednak, czy z takiego obrotu spraw są zadowolone traszki wodne.

Źródło: TheConversation.com

Z uwagi na coraz większe zagrożenie ze strony rosnącej populacji kleszczy oraz rozprzestrzeniania boreliozy, wielu miłośników przyrody w USA chętnie zaprasza na swoje podwórka oposy - dlaczego? Naukowcy odkryli, że torbacze te funkcjonują niemal jak mały odkurzacz przeciwko kleszczom - jeden osobnik jest w stanie pochłonąć około 5000 sztuk w sezonie.

- Okazuje się, że oposy to doskonali czyściciele. Nigdy wcześniej nie zwracaliśmy uwagi na to, że potrafią one pożreć ponad 95% żerujących na nich kleszczy. Tak więc taki dydelf spaceruje sobie po lesie, "odkurza" go ze znajdujących się w nim kleszczy, doprowadzając do eksterminacji ponad 90% tych pajęczaków, czym znacznie przyczynia się do ochrony naszego zdrowia - oznajmił Rick Ostfeld z Cary Institute of Ecosystem Studies.

Kolejne zalety

Oposy są bardzo pożyteczne dla ekosystemu i środowiska, nie tylko z uwagi na swoje "zmiatanie" kleszczy. Polują również na karaluchy, szczury i myszy - a dodatkowo pożerają także szczątki innych zwierząt (innymi słowy - padlinę). Z kolei ogrodnicy nie kryją zadowolenia z faktu, że oposy lubią również zajadać się ślimakami oraz przejrzałymi owocami.

Sympatyczne torbacze są także odporne na jad węży i zdarza im się atakować te gady - wliczając w to jadowite gatunki takie jak żmije czy grzechotniki. Tak więc przebywanie w sąsiedztwie oposów może znacząco zniwelować szanse na spotkanie takich węży na swojej drodze.

Nocna zmiana

Dorosłe oposy są samotnikami aktywnymi w nocy, które mieszkają w norach i szczelinach - nigdy nie budują własnych gniazd, preferują zajmować te już istniejące. Schronienia szukają pod ziemią, na drzewach - ale potrafią ulokować się niemal wszędzie.

W obliczu zagrożenia oposy zastygają w miejscu i udają martwe. Nie mają nad tym kontroli - być może rzeczywiście strach jest dla nich paraliżujący albo wytworzyły one taki odruch w procesie ewolucji, gdyż niemal każdy drapieżnik jest w stanie ich dogonić. Taki osobnik w stanie katatonii ocknie się po upływie jednej lub dwóch godzin, jeśli pozostanie nietknięty.

Ten niesamowity zwierzak jest jedynym przedstawicielem torbaczy w Ameryce Północnej. W trakcie tzw. Wielkiej Migracji Amerykańskiej, do której doszło około 3 miliony lat temu, opos był jedynym torbaczem, który potrafił przenieść się z Ameryki Południowej na północ i przetrwać w tamtejszych warunkach.

W ramach ciekawostki warto dodać, że oposy rozmnażają się dwa razy w ciągu roku. Po udanym sparowaniu samiec opuszcza partnerkę i nigdy do niej nie wraca. Po trwającej od 12 do 13 dni ciąży samica wydaje na świat nawet do 20 młodych w jednym miocie.

Źródło: National Wildlife Federation

poniedziałek, 15 kwiecień 2019 11:31

5 trików na lepszą pamięć

Zapamiętywanie czegoś to dla ciebie prawdziwa męka? Kilka prostych trików może przynieść zaskakująco dobre efekty.

Większość z nas z pewnością chciałaby mieć lepszą pamięć. Gdybyśmy tak mogli iść do sklepu by zakupić trzy ustalone wcześniej rzeczy i nie zapominać o którejś z nich... Gdybyśmy tak mogli uniknąć chodzenia gdzieś bez zapominania w jakim celu się tam udaliśmy... Gdybyśmy tak mogli czytać jakąś informację i wchłonąć ją bez problemu, zamiast pozwalać jej chwilę później wyparować z naszych umysłów...

Istnieje wiele wypróbowanych i sprawdzonych technik pamięciowych, a część z nich została stworzona dekady temu - jak chociażby mnemoniki czy pałace myśli. Jednak w którym kierunku pod tym względem zmierza dzisiejsza nauka? Potrzeba jeszcze wielu badań, aby ludzkość była w stanie używać takich technik w praktyce, ale jakie rady niosą najnowsze odkrycia w tej dziedzinie?

1. Chodź tyłem

Możemy traktować czas i przestrzeń jako dwie odrębne koncepcje, jednak istnieje między nimi o wiele większe połączenie, niż by się mogło wydawać. Zostawiamy coś „za sobą”. „Patrzymy w przyszłość”, nawet jeżeli chodzi tylko o najbliższy weekend. Oczywiście kwestia postrzegania zależy od danej kultury, ale w krajach zachodnich przyszłość traktuje się jako okres rozciągający się przed nami, a przeszłość - za nami.

Naukowcy z Uniwersytetu w Roehampton postanowili zbadać taką zależność w ludzkim umyśle, aby spróbować odkryć sposób na skuteczniejsze zapamiętywanie.

Pokazywali oni uczestnikom badania listę słów, zestaw zdjęć lub ustawione nagranie, które ukazywało skradnięcie torebki pewnej kobiecie. Dodatkowo poinstruowano ich, że mają chodzić 10 metrów przodem lub tyłem po pokoju w rytm narzucany przez taktomierz. Kiedy testowano później ile byli w stanie zapamiętać z podanego materiału, w każdym przypadku lepsi pod tym względem okazali się ci chodzący tyłem.

Wygląda na to, że chodzenie tyłem w rzeczywistej przestrzeni ułatwiało im umysłom cofanie się w czasie, tak więc ludzie ci byli w stanie łatwiej dotrzeć do zakamarków pamięci.

Trik ten działał nawet wówczas, gdy jedynie wyobrażali sobie chodzenie tyłem, a nie robili tego w rzeczywistości. Rezultaty tego badania z 2018 roku pokrywają się z intrygującym przedsięwzięciem tego rodzaju przeprowadzonym w 2006 roku na szczurach. Kiedy gryzonie próbowały odnaleźć drogę wyjścia z labiryntu, ich neurony powodowały wystrzeliwanie sygnałów przez komórki miejsca w nowo poznanych lokacjach. Naukowcy odkryli, że kiedy szczury przystawały na chwilę w labiryncie, neurony powiązane z daną lokacją poznaną wcześniej powodowały takież wystrzały w odwrotnej kolejności. Tak więc chodzenie tyłem „w głowach” pomagało im zapamiętać poprawną ścieżkę.

Dzisiaj najnowsze badania dowodzą, że kiedy ludzie zapamiętują wydarzenie z przeszłości, odtwarzają je w umyśle w odwrotnej kolejności. Kiedy po raz pierwszy widzimy jakiś obiekt, w pierwszej kolejności zwracamy uwagę na wzory i kolory, a później próbujemy określić co to jest. Natomiast gdy chcemy przypomnieć sobie taki obiekt, to jest na odwrót: najpierw przypominamy sobie obiekt, a dopiero potem, przy odrobinie szczęścia, przywołujemy jego szczegóły.  

2. Rysuj  

Co powiecie na rysowanie listy zakupów, a nie jej spisywanie? W 2018 roku mieszana grupa młodszych i starszych ludzi otrzymała listę słów do zapamiętania. Połowę z nich poproszono o stworzenie rysunków każdego ze słów, a pozostałych o spisanie ich przed próbą zapamiętania. Później przeprowadzono stosowne testy, które ukazywały jak wiele udało się im rzeczywiście zapamiętać. Choć niektóre wyrazy były dość problematyczne do narysowania (np. „izotop”), to i tak w ogólnym rozrachunku rysowanie pomogło tak starszym jak i młodszym osobom lepiej przywołać podsunięte im słowa. Szkicowanie robiło różnicę nawet w przypadku osób cierpiących na demencję.

Kiedy coś rysujemy, jesteśmy zmuszeni analizować to bardziej szczegółowo i to właśnie dlatego zwiększają się szanse na zapamiętanie danego konceptu. Spisywanie listy też jest pomocne - dlatego też jeżeli zapomnimy wziąć listę zakupów z domu, to i tak jesteśmy w stanie przypomnieć sobie więcej produktów w sklepie niż w sytuacji, w której nie stworzyliśmy takiej rozpiski w ogóle. Z kolei tworzenie rysunku to „pójście o krok dalej”.  

Co ciekawe - jeżeli ktoś tworzy naprawdę imponujące rysunki i pomyśli, że taka technika zadziała u niego jeszcze lepiej, to może się rozczarować. Jakość rysunku nie ma bowiem żadnego znaczenia.  

3. Pomogą ćwiczenia fizyczne, ale tylko w odpowiednich ramach czasowych

Od dłuższego czasu wiadomo, że ćwiczenia fizyczne (jak choćby bieganie) korzystnie wpływa na naszą pamięć. Regularne ćwiczenia sukcesywnie usprawniają pamięć, ale przy nauce konkretnego materiału nawet jednorazowy trening może pomóc, przynajmniej w krótkim okresie

Jednak badania sugerują, że jeśli odznaczymy się odpowiednim wyczuciem czasu, możemy poprawić naszą pamięć jeszcze bardziej. Osoby, które wykonały 35-minutowy trening interwałowy cztery godziny po uczeniu się zestawu zdjęć połączonych z opisem danej lokacji, były w stanie lepiej zapamiętać takie połączenia niż ci, którzy odbyli taki sam trening tuż po nauce.

W przyszłości naukowcy z pewnością będą pracować nad określeniem odstępu czasu, w którym ćwiczenia fizyczne będą najbardziej pomocne - kluczowym może też być rodzaj materiału, który chcemy zapamiętać.

4. Nic nie rób

Kiedy ludzie cierpiący na amnezję będącą efektem wylewu otrzymali listę 15 wyrazów do zapamiętania, a później otrzymywali kolejne zadanie - to po upływie 10 minut byli w stanie odtworzyć z pamięci średnio zaledwie 14% podanych słów. Kiedy jednak po otrzymaniu listy odesłano ich do zaciemnionego pokoju i kazano „nic nie robić”, to po 15 minutach potrafili przypomnieć sobie średnio aż 49% wyrazów.  

Podobna technika była później wykorzystywana w rozmaitych badaniach przez Michaelę Dewar z Uniwersytetu Herriot-Watt. Odkryła ona, że w przypadku zdrowych ludzi krótka przerwa tuż po nauce przynosiła korzystne efekty nawet tydzień później. Część czytelników może pomyśleć, że być może uczestnicy eksperymentu spędzali te 10 minut w zaciemnionym pomieszczeniu na ciągłym powtarzaniu słówek. Jednak żeby tego uniknąć, Dewar korzystała z wyrazów z języków obcych, które ciężko było uczestnikom wymówić.

Badanie te pokazują, jak niepewne są nowe zapiski w pamięci - na tyle niepewne, że nawet krótka przerwa może zadecydować o tym, zapiski te będą nam towarzyszyć w pamięci na dłużej.

5. Zdrzemnij się

Jeśli chodzenie tyłem, rysowanie, ćwiczenia fizyczne albo nawet krótka przerwa stanowią zbyt duże wyzwanie - to może chociaż drzemka? Sen pomaga nam skonsolidować naszą pamięć poprzez ponowne odtwarzanie informacji, które właśnie poznaliśmy - a przecież nie musi się on odbywać tylko w nocy. Naukowcy z Niemiec dowiedli, że kiedy poda się ludziom kilka słów do zapamiętania, potrafią je oni przywołać z pamięci lepiej po drzemce (trwającej nie dłużej niż 90 minut) niż po obejrzeniu jakiegoś filmu.

Jednak najnowsze badania sugerują, że technika ta najlepiej funkcjonuje w przypadku osób, które są przyzwyczajone do codziennych popołudniowych drzemek. Zainspirowało to Elizabeth McDevitt i jej zespół z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside do próby określenia, czy możliwym jest „wytrenowanie” u ludzi ucinania drzemki. Tak więc przez cztery tygodnie ci „niedrzemiący” usiłowali ucinać krótkie drzemki za dnia, kiedy tylko było to możliwe.

Niestety w ich przypadku takie rozwiązanie nie wzmocniło im pamięci. Stosownym więc może być dłuższy trening - a może są to po prostu ludzie, u których skuteczniejsze będzie chodzenie tyłem, rysowanie, bieganie lub po prostu „nicnierobienie”?

Źródło: BBC Future

piątek, 12 kwiecień 2019 13:47

Czy picie mleka wzmacnia kości?

Przez wieki mówiono nam, że picie mleka czyni nasze kości silnymi. Czy jednak istnieją naukowe dowody na potwierdzenie tej tezy?

Iluż z nas usłyszało w dzieciństwie teorię, w myśl której mleko miałoby nam pomagać w budowaniu silnych kości?

Pomysł ten wydaje się być całkiem sensowny. Mleko zawiera wapń. Ten zaś jest znany z tego, że wzmacnia strukturę mineralną kości.

Jednak próba zademonstrowania bezpośredniego połączenia pomiędzy spożywaniem mleka a posiadaniem silnych kości może być trudniejsza niż się wydaje. Perfekcyjne badanie wymagałoby zorganizowania dwóch grup eksperymentalnych i poproszenie członków jednej z nich do picia dużej ilości mleka codziennie przez kilkanaście lat - w tym czasie przedstawiciele drugiej grupy spożywaliby jakiś substytut tego napoju. Oczywiście taki eksperyment byłby nadzwyczaj trudny do zorganizowania.  

Można natomiast zapytać kilka tysięcy ludzi o to, jak wiele mleka wypili przez ostatnie lata, a później obserwować ich pod tym względem przez kolejną dekadę by przekonać się, czy osoby regularnie spożywające mleko cierpią na mniej złamań kości w późniejszym życiu.

Tak właśnie było w przypadku badania opublikowanego w 1997 roku przez Uniwersytet Harvarda. Obserwowano aż 77 tys. pielęgniarek przez okres dziesięciu lat.  Naukowcy nie zauważyli znaczących różnic w liczbie złamań rąk lub szyjki kości udowej pomiędzy kobietami, które spożywały jedną szklankę mleka tygodniowo (lub mniej) a tymi, które piły w tym samym czasie dwie szklanki (lub więcej).

Kiedy zespół naukowców zainicjował podobne badanie wśród 330 tys. mężczyzn, po raz kolejny wykazano brak większego stosunku ilości spożywanego mleka do odnotowanych złamań kości. 

Od czasu do czasu organizowano również losowe kontrole diet, w których sprawdzano czy dane osoby dobrowolnie uzupełniają je wapniem - także poprzez picie mleka. W 2015 roku zespół z Nowej Zelandii zrecenzował i ponownie przeanalizował 15 badań tego rodzaju. Badacze odkryli, że przez dwa lata następowało faktyczne wzmocnienie struktury mineralnej kości, ale po tym czasie uległo ono zahamowaniu.  

Alternatywą może być stosowanie suplementów diety zawierających wapń. Biorąc pod uwagę powszechny strach przed długoterminowymi skutkami ubocznymi takiego rozwiązania, ten sam zespół zebrał dane z 51 losowych badań by rozstrzygnąć czy gra jest warta świeczki. Ponownie okazało się, że wzmocnienie kości ustawało po roku lub dwóch, a także że tego typu suplementy mogą jedynie spowolnić (a nie zatrzymać) spadek gęstości kości w podeszłym wieku. Naukowcy skwitowali, że oznacza to jedynie niewielką obniżkę pod względem liczby złamań.  

Kolejne państwa, które przeanalizowały te same dane, doszły do znacznie zróżnicowanych konkluzji związanych z rekomendowanymi dziennymi ilościami spożycia wapnia. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych rekomendowana dawka jest niemal dwukrotnie wyższa od tej polecanej w Wielkiej Brytanii czy Indiach. Tamtejsi eksperci zalecają bowiem spożywać ok. 227 ml mleka dziennie.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej - w 2014 roku szwedzcy naukowcy opublikowali badania, w których wykazali, że picie więcej niż trzech szklanek mleka dziennie (tak więc większej ilości niż przeciętni ludzie) nie pomaga naszym kościom, a może nam wręcz zaszkodzić.

Badacze z Uniwersytetu w Uppsali i Instytutu Karolinska poprosili uczestników eksperymentu o wypełnienie ankiet dotyczących ilości spożywanego przez nich mleka w latach 1987 i 1997. Natomiast w 2010 roku zbadano wskaźnik śmiertelności. Ludzie nie ukrywali zdziwienia gdy usłyszeli, że picie jednej szklanki mleka dziennie może się wiązać z większą liczbą złamań kości, a nawet z przedwczesną śmiercią.  

Nie odrzucajcie jednak radykalnie mleka ze swojej diety - istnieją pewne haczyki.

Szwedzi wymagali od uczestników eksperymentu oszacowania ilości spożywanego mleka w poprzednich latach, co nie należy do łatwych zadań. Ciężko wskazać jak dużo mleka spożywa się wraz z płatkami, dolewa do herbaty czy używa podczas gotowania.

Badanie odzwierciedla również odwieczny problem mylenia korelacji ze związkiem przyczynowym. Być może kobiety, które cierpiały na osteoporozę celowo piły więcej mleka w nadziei na wzmocnienie swoich kości. Badanie nie wykazało jednoznacznie czy picie mleka rzeczywiście przyczynia się do złamań. A żeby nie ułatwiać sprawy, Szwedzi odkryli również, iż spożywanie sera żółtego i jogurtów wiąże się z niższym wskaźnikiem złamań.

Naukowcy sami podkreślili, że ich praca powinna być przeprowadzona ponownie przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Inni zaś twierdzą, że opinia publiczna powinna być ostrożna co do zmieniania diety z uwagi na te badania.  

Tak więc na dzień dzisiejszy nie wiemy na ten temat nic więcej - aktualnie dowody wskazują na to, że jeśli lubimy pić mleko, to nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań. Prawdopodobnie niesie ono korzyści zdrowotne dla kości, jednak na nieco krótszy okres niż by się wydawało.

Warto też wzmacniać kości poprzez inne metody, takie jak regularne ćwiczenia i dostarczanie organizmowi witaminy D - pochodzącej ze Słońca lub, w okresie zimowym, ze specjalnych suplementów.

Źródło: BBC Future

"Żołądek deserowy". Wszyscy doświadczyliśmy tego doznania smakowego. Zdarza się to tylko w tym przeklętym momencie, kiedy akurat jemy posiłek. To w zasadzie część ludzkiego funkcjonowania.

Jesz pyszny i sycący obiad, czujesz się pełny po brzegi, ale kiedy pada piękne pytanie „Może jeszcze deser?” , to zawsze kończy się odpowiedzią twierdzącą - ku rozpaczy naszego żołądka.

To prawda - zawsze znajdziemy miejsce na deser, bez względu na to, czy pobudzamy to uczucie samym deserem, czy nie (słowa uznania, jeśli masz wystarczająco silną wolę). Ale dlaczego tak się dzieje?

Według Russella Keasta - profesora nauk sensorycznych i żywnościowych oraz dyrektora Centrum Zaawansowanej Nauki Sensorycznej na Uniwersytecie Deakin - istnieje naukowe potwierdzenie zjawiska zwanego sensorycznym uczuciem sytości lub tzw. „żołądkiem deserowym”.

- Główną przyczyną jest w tym przypadku zjawisko zwane sensorycznym uczuciem sytości. Zasadniczo jest to to czego doświadczamy, kiedy spożywamy jeden posiłek aż do totalnej sytości. Nasze zmysły podpowiadają nam, że nie chcemy już dłużej jeść tego konkretnego pokarmu, innymi słowy - jesteśmy pełni - powiedział Keast w rozmowie z "Huffington Post Australia".

Częściową odpowiedzią jest tak naprawdę nuda zmysłowa - jedzenie, które nas ekscytuje obiecując pyszne przysmaki, staje się teraz nudne. Jesteśmy zaspokojeni, ale w połączeniu tego z faktem, że nasz system wykrywania smaku jest przeładowany smakiem żywności, co pomaga nam w zaprzestaniu dalszego jedzenia.

- Następnie prezentujesz zmysłom deser, nowe doznania smakowe, inny profil w odniesieniu do tego, czym się już znudziliśmy. Może wyglądać i pachnieć dobrze, a (z doświadczenia) wiemy, że słodkie równa się atrakcyjne. Zażegnanie nudy pokarmowej i oczekiwanie ponownie wyzwalają apetyt - stąd mamy do czynienia z deserowym żołądkiem.

Na chłopski rozum kolacja jest nudna w porównaniu z potrawą, którą są: rozmaite lody, ciasta, ciastka, czekolada czy lizaki. A nasze mózgi natychmiastowo to rozpoznają i nawet nadpisują sygnały przyjemności (tj. deseru) kosztem sygnałów sytości (uczucia "pełności").

- Sygnały sytości są przesłonięte przyjemnym oczekiwaniem na nowe jedzenie - oznajmił Keast. - Jeśli prezentujemy zmysłom to samo jedzenie, pragnienie konsumowania więcej tego samego nie ma prawa mieć miejsca.

Keast rzeczywiście zbadał i przetestował to zjawisko, a wyniki są naprawdę fascynujące.

- Aby ocenić sensoryczną sytość, zapewniamy uczestnikom naszych testów 300 ml truskawkowego koktajlu mlecznego (lub inny smak czy inny rodzaj jedzenia) - wyjaśnił Keast.

- Ogłaszamy im, że muszą zjeść całą porcję w dwie minuty. Po wymuszonym spożyciu dostarczamy te same pożywienie do znudzenia (czyli 700 ml truskawkowego koktajlu mlecznego) i prosimy uczestników, aby skonsumowali go tyle ile chcą. Mierzymy skonsumowaną ilość i czas potrzebny do jej spożycia.

- Podczas następnej wizyty uczestników zapewniamy te same 300 ml mlecznego koktajlu o smaku truskawkowym, który zostanie spożyty w ciągu dwóch minut. Jednak potem podajemy im 700 ml shake'a czekoladowego (a więc inny smak) i ponownie prosimy o spożycie takiej ilości, na jaką uczestnicy mają ochotę.

- Różnica między ilością mlecznego koktajlu czekoladowego a spożywanym mlecznym koktajlem truskawkowym jest miarą SSS (z ang. "sensorycznej sytości" - przyp. red.). Nowy smak jest zawsze konsumowany znacznie bardziej niż jeden i ten sam.

- Ważne jest również, aby pamiętać, że jedzenie musi być atrakcyjne dla konsumenta, aby efekt się pojawił. Jeśli najemy się do uczucia sensorycznej sytości i nowe jedzenie nie jest dla nas atrakcyjne, możemy ostatecznie zdecydować się nie spożywać kolejnego posiłku.

Co więcej, nasze żołądki mogą w rzeczywistości przywyknąć do dalszego spożywania po początkowym uczuciu "pełności", co oznacza, że ​​będziemy potrzebować więcej jedzenia, aby czuć się usatysfakcjonowanymi - co nie jest najlepsze dla naszych figur.

- Tak, nasz żołądek i fizjologia mają zdolność adsorbowania składników odżywczych i energii w nadmiarze. Prawdopodobnie był to świetny mechanizm przetrwania - w czasach, gdy posiłki były nad wyraz obfite, można było jeść, a twoje ciało przechowywało to, co mogło” - dodał Keast.

- Pomagało to w czasach głodu. Mechanizm ten nie jest już tak dobry, jeśli żyjemy w czasach, gdy jedzenie jest łatwo dostępne i często przystępne. Żołądek ma również elastyczność w przyjmowaniu pokarmu - słodkie związki pomagają żołądkowi zrelaksować się i przyjąć w nas więcej jedzenia.

Wszyscy wiemy, że jedzenie po osiągnięciu tego początkowego uczucia "pełności" (ekhem, np. jedzenie ogromnego pączka) nie sprawia, że ​​czujemy się dobrze. Stajemy się rozdęci, mamy uczucie dyskomfortu, a czasem nawet mdłości. Dlaczego więc nigdy się nie nauczymy na tych błędach?

- Wydaje się, że powinniśmy! Czujemy się nieswojo, bo za dużo jedliśmy i nasz system na to pozwala - oznajmił Keast.

- Jako, że słodki deser rozluźnia żołądek i doprowadza do nieco większej jego pojemności, to kiedy ten decyduje się na zwężenie, może powodować to nieprzyjemne odczucia. Organizm pracuje na pełnych obrotach, aby rozpocząć proces trawienia i pobierania składników odżywczych, ale wysyła jednocześnie sygnały do mózgu, aby przestać już jeść.

- Ale jak wiemy, połykanie pokarmu i niekomfortowa "pełność" są nieco opóźnione. Dlaczego się nie nauczymy na bazie tych "błędów"? Prawdopodobnie dlatego, że nie jest to choroba zagrażająca życiu, a zaledwie funkcja w tych obfitych czasach. Biologia, na bazie milionów lat ewolucji, zapewnia, że ​​możemy wchłonąć pokarmy, gdy są obfite.

Niech was szlag trafi, smaczne pączki, za bycie tak obfitymi.

Źródło: Huffington Post Australia

40 lat temu nastolatek o imieniu Jadav „Molai” Payeng zaczął sadzić nasiona wzdłuż jałowego odcinka gleby w pobliżu swego miejsca urodzenia w regionie Assam w północnych Indiach, aby stworzyć bezpieczną przystań dla dzikiej przyrody. Niedługo potem postanowił poświęcić swoje życie temu przedsięwzięciu, a więc przeprowadził się na miejsce, aby móc pracować w pełnym wymiarze czasu, tworząc nowy ekosystem leśny. I choć trudno w to uwierzyć, dzisiaj w miejscu tym znajduje się rozległa dżungla o powierzchni 1360 akrów (ok. 550 hektarów), którą Payeng zasadził w pojedynkę.

Reporterzy The Times of India odnaleźli Payenga w jego leśnym zaciszu domowym, aby dowiedzieć się więcej o tym, jak stworzył tak niezatarty ślad na krajobrazie.

Wszystko zaczęło się w 1979 roku, kiedy powodzie wyrzuciły olbrzymią liczbę węży na suchy ląd. Pewnego dnia, po tym, jak wody ustąpiły, Payeng, wówczas mający zaledwie 16 lat, znalazł miejsce "usiane" tymi martwymi gadami. To był punkt zwrotny w jego życiu.

- Węże ginęły w upale, bez jakiejkolwiek osłony drzew. Usiadłem i płakałem nad ich zwłokami. To była rzeź. Zaalarmowałem wydział leśny i zapytałem, czy mogą tam uprawiać drzewa. Usłyszałem, że nic tam nie urośnie Polecili mi bym spróbował posadzić tam bambus. To było bolesne, ale tak uczyniłem. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nikt nie był zainteresowany - mówi Payeng, który w 2019 roku obchodzi 56 urodziny.

Podczas gdy niezwykłe zaangażowanie Payenga w sadzenie pochłonęło wiele lat, aby uzyskać zasłużone uznanie na arenie międzynarodowej, nie trzeba było długo czekać na dzikie zwierzęta w regionie, które chciałyby skorzystać z tak wyprodukowanego lasu. Demonstrując głębokie zrozumienie równowagi ekologicznej, Payeng wprowadził nawet mrówki do swojego rozwijającego się ekosystemu, aby wzmocnić jego naturalną harmonię. Wkrótce bezcieniowy i wysuszony teren został przekształcony w samo-funkcjonujące środowisko, w którym mogła zamieszkać menażeria stworzeń. Las, zwany Molai, służy obecnie jako bezpieczna przystań dla wielu ptaków, jeleni, nosorożców, tygrysów i słoni - gatunków coraz bardziej narażonych na utratę siedlisk.

Pomimo popularności projektu Payenga, urzędnicy leśni w regionie po raz pierwszy dowiedzieli się o tym nowym lesie w 2008 roku - i od tego czasu zaczęli uznawać jego wysiłki za naprawdę niezwykłe, ale być może nie wystarczające.

- Jesteśmy zaskoczeni Payengiem i jego postawą - mówi Gunin Saikia, asystent konserwatora lasów. - Siedzi w tym od 40 lat. Gdyby robił to w jakimkolwiek innym kraju, zostałby okrzyknięty bohaterem.

Źródło: MNN.com

sobota, 23 marzec 2019 09:49

Ile zmysłów posiada człowiek?

Standardowa lista pięciu zmysłów tak naprawdę nie oddaje naszym ciałom uznania za wszystkie niesamowite rzeczy, które potrafią zrobić. Istnieje co najmniej tuzin innych rzeczy, które potrafimy wyczuwać.

Abyśmy mieli zmysł, konieczny jest sensor. Każdy sensor jest dostrojony do jednego konkretnego wrażenia. Na przykład w naszych oczach są sensory, które potrafią wykryć światło. Aby wyśledzić wszystkie zmysły danej osoby, najłatwiej jest skatalogować wszystkie sensory. Oto najbardziej rozsądna lista:

  • W naszych oczach posiadamy dwa różne typy sensorów światła. Jeden zestaw, określany czasami jako pręciki, wyczuwa natężenie światła i działa dobrze w przypadkach słabego oświetlenia. Drugi typ, zwany stożkami, może wyczuwać kolory (a właściwie trzy różne typy stożków dla trzech kolorów podstawowych) i do aktywacji wymagają dość intensywnego światła.
  • W naszych uszach wewnętrznych znajdują się sensory dźwięku.
  • Również w uszach znajdują się sensory, które pozwalają wykrywać orientację w polu grawitacyjnym - dają poczucie równowagi.
  • W skórze jest co najmniej pięć różnych typów zakończeń nerwowych: wrażliwych na: ciepło, zimno, ból, swędzenie i nacisk. Komórki te dają nam poczucie: dotyku, bólu, ciepła/zimna i swędzenia.
  • W nosie znajdują się sensory chemiczne, które dają nam zmysł węchu.
  • Na języku są receptory chemiczne, które dają nam poczucie smaku.
  • W twoich mięśniach i stawach są sensory, które mówią nam, gdzie znajdują się różne części ciała, a także informują nas o ruchu i napięciu mięśni. Zmysły te pozwalają nam na przykład dotknąć naszych dwóch palców wskazujących z zamkniętymi oczami.
  • W pęcherzu znajdują się sensory, które wskazują, kiedy należy oddać mocz. Tak samo jelito grube ma sensory, które wskazują, kiedy jest pełne.
  • Istnieją też zmysły głodu i pragnienia.

W zależności od tego, jak chcielibyśmy to policzyć, na liście znajduje się od 14 do 20 różnych zmysłów.

Zdarzają się ludzie, którzy wydają się posiadać jeszcze inne zmysły. Na przykład jest wiele osób, które wyczuwają zbliżające się zmiany pogody. Moja mama zawsze potrafiła wyczuć, kiedy miałem zrobić bałagan (zmysł znany również jako „oczy z tyłu głowy”). No i wielu ludzi wierzy, że mogą wyczuć, kiedy ktoś inny na nich patrzy, ale nie ma naukowego dowodu na którykolwiek z tych zmysłów - na tę chwilę.

Źródło: How Stuff Works

Free Joomla! template by L.THEME