Radziecka nastoletnia partyzantka i Bohaterka Związku Radzieckiego. Była znana z zabicia ponad 100 nazistów przy użyciu trucizny. Zdradzona i schwytana, rzekomo zastrzeliła nazistowskiego detektywa, który ją uprowadził. Poznajcie Zinaidę Portnową.

Portnowa urodziła się w Leningradzie 20 lutego 1926 roku. Była córką białoruskiej rodziny robotniczej. Jej ojciec pracował w Fabryce Kirowa (jednej z największych w Imperium Rosyjskim i w ZSRR fabryce maszyn). W 1941 roku była uczennicą siódmej klasy w Szkole nr 385 w Leningradzie, kiedy wyjechała do domu babci w obwodzie witebskim. Niedługo potem nazistowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Incydent z najeżdżającymi żołnierzami nazistowskimi, którzy dopuścili się przemocy wobec jej babci podczas konfiskaty bydła, doprowadził ją do prawdziwej nienawiści do Niemców.

W 1942 roku Portnowa dołączyła do białoruskiego ruchu oporu, stając się członkiem lokalnej podziemnej organizacji Komsomol w miejscowości Obol w rejonie szumilińskim, o nazwie "Młodzi Mściciele". Zaczynała od dystrybucji radzieckich ulotek propagandowych na okupowanej przez Niemcy Białorusi, zbierania i ukrywania broni dla żołnierzy radzieckich oraz informowania o ruchach wojsk niemieckich. Po nauczeniu się, jak używać broni i materiałów wybuchowych od starszych członków grupy, Portnowa uczestniczyła w działaniach sabotażowych w lokalnej elektrowni czy cegielni. Szacuje się, podczas tych akcji zgładzono ponad 100 żołnierzy niemieckich.

W 1943 roku Portnowa została zatrudniona jako pomocnik kuchenny w Obolu. W sierpniu zatruła żywność przeznaczoną dla stacjonującego tam nazistowskiego garnizonu. Natychmiast określono ją jako podejrzaną, a wtedy oświadczyła, że jest niewinna i zjadła trochę jedzenia przed nazistami, aby udowodnić, że nie zostało otrute - istotnie tuż po zjedzeniu żywności nic się jej nie stało, więc ją wypuszczono. Dziewczyna odczuła skutki tego heroicznego czynu później, mocno wymiotując, ale ostatecznie pokonała truciznę po wypiciu dużej ilości serwatki. Po tym, jak nie wróciła do pracy, Niemcy zrozumieli, że jest winowajcą, i zaczęli ją szukać. Aby uniknąć nieprzyjaciół, została zwiadowcą jednostki partyzanckiej im. Klimienta Woroszyłowa. W liście wysłanym do jej rodziców tamtego miesiąca napisała, że „razem [pokonają] nazistów”. W październiku 1943 roku Portnowa dołączyła do komunistycznej organizacji młodzieży Komsomoł.

W grudniu 1943 roku lub w styczniu 1944 Portnova została odesłana z powrotem do Obola w celu infiltracji garnizonu, odszukania przyczyny niedawnych niepowodzeń Młodych Mścicieli, a następnie zlokalizowania i skontaktowania się z pozostałymi członkami. Została szybko schwytana. Raporty o jej ucieczce są niejasne. Jeden z nich głosi, że podczas przesłuchania gestapo we wsi Goriany pojmała pistolet śledczego ze stołu, a następnie zastrzeliła go i zabiła. Kiedy dwóch niemieckich żołnierzy weszło po usłyszeniu strzałów, również zostali postrzeleni. Następnie nastolatka próbowała uciec z budynku i pobiegła do lasu, gdzie została złapana w pobliżu brzegu rzeki.

Inna wersja donosi, że śledczy gestapo, w przypływie wściekłości, rzucił pistolet na stół po tym, jak zagroził jej, że strzeli. Podnosząc ów pistolet, Portnowa zastrzeliła wojskowego. Uciekając przez drzwi, postrzeliła strażnika na korytarzu, a potem na podwórku. Następnie Portnowa próbowała zastrzelić strażnika blokującego jej dostęp do ulicy, ale zabrakło jej amunicji i została ponownie schwytana.

Po kolejnym schwytaniu Portnowa była torturowana, być może w celach informacyjnych. Później została wygnana do lasu i stracona lub zabita podczas tortur 15 stycznia 1944 roku.

Spuścizna

1 lipca 1958 roku Portnowa została pośmiertnie ogłoszona Bohaterką Związku Radzieckiego przez Prezydium Rady Najwyższej. Otrzymała także Order Lenina. W 1969 roku wioska Zuya postawiła pamiątkową tablicę na jej cześć. Ponadto wiele grup Młodych Pionierów nazwano na jej cześć.

Wiele drużyn i grup szkolnych zostało nazwanych jej imieniem, podobnie było w przypadku muzeum grupy Komsomoł, położonego na autostradzie między Połockiem a Witebskiem, a także szkołą w Petersburgu. Postawiono dla niej dwa monumenty - popiersie w Mińsku i obelisk we wsi Obol.

Źródło: Wikipedia

W 2014 roku trzyletnia dziewczynka została uratowana po przetrwaniu 11 dni i nocy po tym, jak zgubiła się w syberyjskim lesie pełnym niedźwiedzi i wilków.

Ratownicy twierdzą, że Karina Czikitowa została uratowana przez swojego szczeniaka, który ogrzewał ją swoim ciepłem przez ponad tydzień, zanim opuścił ją, by wrócić do domu i wezwać pomoc.

"Dziewczynka w wieku trzech lat i siedmiu miesięcy przeżyła, jedząc dzikie jagody i pijąc wodę rzeczną na terytorium zamieszkiwanym przez dzikie niedźwiedzie i wilki" - donosi "The Siberian Times".

Ratownicy, którzy jej szukali, mieli natknąć się na niedźwiedzia, co tylko podkreśla olbrzymie niebezpieczeństwo, z jakim się mierzyła. Mimo to obrażenia małej dziewczynki ograniczały się do ukąszeń komarów i lekkich zadrapań.

Karina wyszła z domu w odległej wiosce, w towarzystwie szczeniaka, którego imienia, pomimo nadzwyczajnego heroizmu, nie ujawniono. Dziewczynka była w stanie przygotowywać sobie miejsca do spania w długich trawach, co zresztą jest dość powszechnym zabiegiem w południowo-zachodniej części Jakucji - największym regionie Rosji, który jest zresztą największą pod względem powierzchni jednostką podziału terytorialnego na świecie.

Wysokie trawy uniemożliwiły jednak helikopterom poszukiwawczym i dronom odnalezienie Kariny, która miała na sobie tylko czerwony podkoszulek i fioletowe rajstopy, kiedy ją znaleziono. Jakucja jest także najzimniejszym regionem Syberii w zimie, ale o tej porze roku temperatury w nocy sięgały nieco powyżej zera, około 6 °C.

Matka Kariny żyła w przekonaniu, że jej latorośl towarzyszyła ojcu Rodionowi, kiedy ten udał się 27 lipca w podróż do odległej wioski. W rzeczywistości mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego córka poszła za nim ze swoim szczeniakiem i zgubiła się w lesie.

Eksperci twierdzą, że jej szanse na przeżycie przez tak długi okres były minimalne. Dopiero cztery dni po jej zniknięciu matka mogła skontaktować się z Rodionem przez telefon, uświadamiając sobie, że ich córka zaginęła, a chwilę po tym rozpoczęto intensywne poszukiwania.

Początkowo rodzina Kariny i ekipy ratunkowe były naprawdę zrozpaczone, kiedy pies wrócił do wioski Olom w ułusie olokmińskim, jakieś dziewięć dni po zaginięciu Kariny. Okazało się, że instynkt zwierzęcia, aby szukać pomocy, był kluczowym aspektem w akcji ratunkowej.

- Dwa dni przed znalezieniem Kariny jej szczeniak wrócił do domu - powiedział Afanasij Nikołajew, rzecznik Służby Ratowniczej Jakucji. - To był moment, w którym nasze serca zamarły, ponieważ myśleliśmy, że z psem u boku Karina miała jakieś szanse na przeżycie - noc w Jakucji jest naprawdę zimna, a niektóre obszary już przeszły w ujemne temperatury.

- Gdyby mogła przytulić swojego szczeniaka, dałoby jej to szansę na utrzymanie ciepła w nocy i przetrwanie. Więc kiedy jej pies wrócił, pomyśleliśmy: "To koniec”. Nawet gdyby żyła - a szanse na to były niewielkie - teraz na pewno straciłaby wszelkie nadzieje. Nasze serca naprawdę zamarły.

Jednak pies poprowadził później ratowników do zagubionej dziewczynki.

To szczeniak Kariny pomógł dorosłym znaleźć dziewczynę - wynika z wiadomości podanych przez NTV. - Kiedy wrócił do domu dwa dni temu, jej rodzina straciła nadzieję, myśląc, że to oznaczało, iż Karina nie ma już żadnych szans. Jednak szczeniak pokazał ratownikom drogę do Kariny, a rano została znaleziona.

Materiał telewizji wskazywał, że Karina była świadoma i miała się zaskakująco dobrze.

- Dostała jedzenie i napoje, a następnie wraz z matką została wysłana do szpitala okręgowego, a później do Jakucka, stolicy regionu. Dziewczynka nie chce mówić o czasie, który spędziła w tajdze, a przynajmniej JESZCZE nie. Jedyną rzeczą, którą wyjawiła, jest to że ​​jadła jagody i piła wodę z rzek.

Nikołajew oznajmił, że ratownicy prowadzeni przez psa zauważyli ślady jej bosych stóp - zgubiła buty - a to ostatecznie pomogło im ją odnaleźć.

- Zaczęliśmy przeszukiwać teren, wychodząc z założenia, że jeśli straciła buty, próbowałaby trzymać się z dala od głębokiego lasu, ponieważ znajduje się tam wiele ostrych patyków - powiedział. Nagle z pomocą psa ujrzeliśmy Karinę siedzącą na trawie - wyjawił. 

- Podbiegliśmy do niej, nalaliśmy jej herbatę i zaprowadziliśmy ją do samochodu i lekarzy. Zaniosłem Karinę do samochodu, a była ona lekka jak piórko. Ważyła zaledwie dziesięć kilogramów - ale o dziwo była w pełni świadoma.

Ekaterina Andrejewa, psycholog z zespołu ratunkowego, oświadczyła: - Można powiedzieć, że umysł dziewczynki nie był w żaden sposób uszkodzony. Mówiła i reagowała na wszystko wokół niej w sposób normalny, naturalny. Pamięta również co się z nią stało.

Źródło: Huffington Post

Z uwagi na coraz większe zagrożenie ze strony rosnącej populacji kleszczy oraz rozprzestrzeniania boreliozy, wielu miłośników przyrody w USA chętnie zaprasza na swoje podwórka oposy - dlaczego? Naukowcy odkryli, że torbacze te funkcjonują niemal jak mały odkurzacz przeciwko kleszczom - jeden osobnik jest w stanie pochłonąć około 5000 sztuk w sezonie.

- Okazuje się, że oposy to doskonali czyściciele. Nigdy wcześniej nie zwracaliśmy uwagi na to, że potrafią one pożreć ponad 95% żerujących na nich kleszczy. Tak więc taki dydelf spaceruje sobie po lesie, "odkurza" go ze znajdujących się w nim kleszczy, doprowadzając do eksterminacji ponad 90% tych pajęczaków, czym znacznie przyczynia się do ochrony naszego zdrowia - oznajmił Rick Ostfeld z Cary Institute of Ecosystem Studies.

Kolejne zalety

Oposy są bardzo pożyteczne dla ekosystemu i środowiska, nie tylko z uwagi na swoje "zmiatanie" kleszczy. Polują również na karaluchy, szczury i myszy - a dodatkowo pożerają także szczątki innych zwierząt (innymi słowy - padlinę). Z kolei ogrodnicy nie kryją zadowolenia z faktu, że oposy lubią również zajadać się ślimakami oraz przejrzałymi owocami.

Sympatyczne torbacze są także odporne na jad węży i zdarza im się atakować te gady - wliczając w to jadowite gatunki takie jak żmije czy grzechotniki. Tak więc przebywanie w sąsiedztwie oposów może znacząco zniwelować szanse na spotkanie takich węży na swojej drodze.

Nocna zmiana

Dorosłe oposy są samotnikami aktywnymi w nocy, które mieszkają w norach i szczelinach - nigdy nie budują własnych gniazd, preferują zajmować te już istniejące. Schronienia szukają pod ziemią, na drzewach - ale potrafią ulokować się niemal wszędzie.

W obliczu zagrożenia oposy zastygają w miejscu i udają martwe. Nie mają nad tym kontroli - być może rzeczywiście strach jest dla nich paraliżujący albo wytworzyły one taki odruch w procesie ewolucji, gdyż niemal każdy drapieżnik jest w stanie ich dogonić. Taki osobnik w stanie katatonii ocknie się po upływie jednej lub dwóch godzin, jeśli pozostanie nietknięty.

Ten niesamowity zwierzak jest jedynym przedstawicielem torbaczy w Ameryce Północnej. W trakcie tzw. Wielkiej Migracji Amerykańskiej, do której doszło około 3 miliony lat temu, opos był jedynym torbaczem, który potrafił przenieść się z Ameryki Południowej na północ i przetrwać w tamtejszych warunkach.

W ramach ciekawostki warto dodać, że oposy rozmnażają się dwa razy w ciągu roku. Po udanym sparowaniu samiec opuszcza partnerkę i nigdy do niej nie wraca. Po trwającej od 12 do 13 dni ciąży samica wydaje na świat nawet do 20 młodych w jednym miocie.

Źródło: National Wildlife Federation

Jeden z trzech żołnierzy uhonorowanych Medalem za wyjątkowe zasługi (DCM) dwukrotnie za dwa różne konflikty zbrojne. Pierwsze z tych odznaczeń uzyskał za odbicie holenderskiego miasta Zwolle spod okupacji niemieckiej armii - co ważne, dokonał tego w pojedynkę. Drugi CDM otrzymał natomiast za odbicie strategicznego wzgórza w czasie wojny koreańskiej w 1951 roku. O kim mowa?

Léo Major przyszedł na świat 23 stycznia 1921 roku w amerykańskim New Bedford jako syn pary pochodzącej z francuskojęzycznej części Kanady. Wraz z rodziną przeprowadził się do Montrealu jeszcze przed swoimi pierwszymi urodzinami. Z uwagi na kiepskie relacje z ojcem, Major zamieszkał wraz z ciotką w wieku 14 lat. Taki obrót spraw połączony z bezrobociem sprawił, że mężczyzna zdecydował się na dołączenie do armii w 1940 roku, a jego nadrzędną motywacją była ponoć chęć udowodnienia swojemu ojcu, że "jest kimś, z kogo można być dumnym".

II Wojna Światowa

Major wraz z kanadyjskimi siłami brał udział w słynnej inwazji w Normandii 6 czerwca 1944 roku. Podczas jednej z misji rozpoznawczych D-Day, Major przechwycił niemiecki wóz opancerzony (Hanomag) w pojedynkę. W pojeździe znajdowały się sekretne kody i sprzęt komunikacyjny Niemców. Kilka dni później, w trakcie swojej pierwszej konfrontacji z patrolem SS, Kanadyjczyk zabił czterech żołnierzy - jednak jeden z nich zdołał odbezpieczyć granat fosforowy. W rezultacie Major stracił oko, ale nie przestawał walczyć. Kontynuował służbę w roli zwiadowcy lub snajpera usilnie utrzymując, że potrzebuje tylko jednego oka do celowania z broni. Jak sam twierdził - "wyglądałem jak pirat".

Kolejnym osiągnięciem Majora było pojmanie 93 niemieckich żołnierzy podczas Bitwy nad Skaldą w południowej części Holandii - także w pojedynkę. W czasie samotnego rekonesansu zauważył dwóch niemieckich żołnierzy spacerujących wzdłuż rowu. Jako, że warunki atmosferyczne nie były wówczas sprzyjające - było zimno i padał deszcz - Major pomyślał sobie: "Jestem zmarznięty i przemoknięty przez was i zapłacicie mi za to". Pojmał jednego z nich i planował wykorzystać go jako przynętę na drugiego. Ten próbował dosięgnąć pistoletu, ale został szybko pozbawiony życia przez Majora. Następnie udał się do ich oficera prowadzącego i zmusił go do kapitulacji. Niemiecki garnizon poddał się po tym, jak Kanadyjczyk zastrzelił trzech kolejnych zbrojnych. W pobliskiej wiosce żołnierze SS, którzy dostrzegli Niemców będących eskortowanych przez Kanadyjczyka, zaczęli do nich strzelać i doprowadzili do śmierci siedmiu z nich, raniąc też kilku innych. Major zignorował ogień nieprzyjaciela i kontynuował eskortowanie jeńców za linię frontu. Następnie rozkazał najbliższej załodze kanadyjskiego czołgu ostrzelać SS, po czym przemaszerował z powrotem do obozu z niemal setką jeńców. Z tego powodu został wybrany do otrzymania wspomnianego DCM - odrzucił jednak tę propozycję, ponieważ uważał generała Montgomery'ego (który miał mu wręczyć odznaczenie) za "niekompetentnego" i niezdolnego do rozdawania medali innym.

W lutym 1945 roku Major pomagał kapelanom w wyciąganiu zwłok ze zniszczonego Tygrysa. Po skończonej pracy, kapelan i kierowca zajęli miejsca z przodu pojazdu, a Major wskoczył na jego tył. Chwilę później trójka najechała na minę. Major oznajmił, że pamięta głośny wybuch, po którym został wyrzucony w powietrze i wylądował boleśnie na plecach. Mężczyzna stracił przytomność i kiedy się ocknął, był badany przez dwóch medyków. Pierwsze, o co zapytał, to czy nic się nie stało kapelanowi. Ci nie odpowiedzieli, a po chwili przenieśli go do ciężarówki, która miała go przetransportować do szpitala oddalonego o 48 kilometrów - zatrzymując się co 15 minut na podawanie morfiny, która miała uśmierzyć ból pleców. W szpitalu lekarz poinformował go o trzech złamaniach, czterech połamanych żebrach i dwóch złamanych kostkach. Dodali, że jego udział w wojnie właśnie się skończył.

Tydzień później Major... zbiegł. Udało mu się załapać do jadącego nieopodal jeepa, który następnie przetransportował go do Nijmegen, gdzie nieco wcześniej mężczyzna poznał pewną rodzinę. Zatrzymał się u nich na blisko miesiąc, po czym powrócił do swojej jednostki w marcu 1945 roku. W normalnych okolicznościach byłby uznany za dezertera - nie wiadomo jednak, jak udało mu się uniknąć kary.

Pierwszy medal za wyjątkowe zasługi (DMC)

Na początku kwietnia tzw. "Régiment de la Chaudière" zbliżał się do miasta Zwolle, w którym nadal panowali Niemcy. Jeden z oficerów poprosił o dwóch ochotników do misji zwiadowczej. Zgłosiło się dwóch żołnierzy - szeregowy Major oraz jego przyjaciel, kapral Willie Arseneault. Aby pozostawić miasto w stanie nienaruszonym, dwójka postanowiła spróbować odbić Zwolle na własną rękę, choć ich zadaniem było jedynie oszacowanie liczby znajdujących się tam niemieckiego żołnierzy i próba skontaktowania się z holenderskim oporem.

Około północy Arseneault został zastrzelony po tym, jak dwójka przypadkowo zdradziła ich położenie. Major zabił w odwecie dwóch żołnierzy, jednak reszta uciekła w pojeździe. Mężczyzna postanowił kontynuować swoją misję samemu. Dotarł do Zwolle i natknął się na samochód - zaatakował go i pojmał kierowcę, po czym przyprowadził go do baru, gdzie uzbrojony oficer raczył się drinkiem. Po rozbrojeniu go Major zorientował się, że zarówno oficer jak i kierowca potrafią mówić po francusku - poinformował ich zatem, że o godzinie 6:00 kanadyjska artyleria rozpocznie ostrzał na miasto, co doprowadzi do śmierci wielu żołnierzy i cywilów. Oficer zdawał się rozumieć sytuację, więc Major postanowił zaryzykować i puścić go wolno, licząc na to, że ten przekaże informację swoim kolegom. Na znak dobrych intencji oddał nawet pistolet z powrotem do rąk oficera. Chwilę później Major rozpoczął szaleńczy bieg przez ulice miasta, strzelając na ślepo serie z karabinu i rzucając granatami - w ten sposób chciał zmylić przeciwnika, aby ten pomyślał, że faktycznie zaczęła się zapowiadana próba odbicia miasta. W międzyczasie Major nie przestawał atakować i porywać kolejnych Niemców. W trakcie nocy udało mu się pojmać około 10 razy grupy 8-10 Niemców, eskortując ich poza miasto, gdzie przechwytywali ich siły kanadyjskie. Po przetransportowaniu jeńców powrócił on do swojej misji w mieście. Czterokrotnie wchodził do domów cywilów w celu odpoczynku. Ostatecznie odnalazł on siedzibę Gestapo i podpalił ją. Następnie wparował do siedziby SS i odbył morderczą walkę z ośmioma oficerami - czterech zabił, reszta uciekła. Major odkrył, że dwóch spośród dopiero co zabitych oficerów było przebranych jako członkowie ruchu oporu, co wskazywało, że Niemcy infiltrowali go od jakiegoś czasu.

W okolicach godziny 4:30 wycieńczony Major zorientował się, że Niemcy zbiegli. Zwolle zostało oswobodzone i odezwał się ruch oporu. Spacerując ulicami miasta, mężczyzna spotkał czterech członków ruchu i poinformował ich o sytuacji. Chwilę później Major dowiedział się, że pozostałe siły nieprzyjaciela uciekły na zachód od rzeki Issel co oznaczało, że Régiment de la Chaudière mógł wejść do miasta bez żadnych przeszkód. Mężczyzna postanowił wrócić po zwłoki swojego przyjaciela i przeniósł je na farmę Van Gerner, skąd wezwane posiłki mogły go przetransportować z pola bitwy. O godzinie 9:00 Major był już z powrotem w obozie. Za swoje czyny został uhonorowany swoim pierwszym medalem za wyjątkowe zasługi.

Drugi medal

Kiedy wybuchła wojna koreańska, kanadyjski rząd zdecydował się uformować siły zbrojne, które dołączą do armii Stanów Zjednoczonych przeciwko inwazji komunistów. Major został wdrożony do plutonu zwiadowców i snajperów z 25. Kanadyjskiej Brygady Piechoty (1. Dywizja Brytyjskiej Wspólnoty Narodów). Major brał udział w Bitwie o Maryang San, za co otrzymał dodatkową blaszkę do swojego medalu DMC za odbicie i obronę kluczowego wzgórza w listopadzie 1951 roku.

Wzgórze 355, nazywane "Małym Gibraltarem", było punktem strategicznym z uwagi na swoje położenie, tak więc Komuniści chcieli za wszelką cenę go przejąć zanim zakończą się rozmowy pokojowe. Wzgórze znajdowało się pod kontrolą 3. Amerykańskiej Dywizji Piechoty, która łączyła się z 22. Kanadyjskim Królewskim Pułkiem w zachodniej flance Amerykanów. 22 października 64. Armia Chin (ok. 40 tys. żołnierzy) rozpoczęła atak - po dwóch dniach walk Amerykanie byli zmuszeni do wycofania się ze wzgórza przez 190. i 191. Chińską Dywizję. 3. Amerykańska Dywizja Piechoty próbowała odbić ten punkt, jednak bezskutecznie, a Chińczycy przeszli też do pobliskiego Wzgórza 227, praktycznie otaczając przy tym kanadyjskie siły.

W odpowiedzi powołano elitarną drużynę zwiadowców i snajperów pod wodzą Léo Majora. 18 uzbrojonych w karabiny Sten żołnierzy po cichu przedostało się pod Wzgórze 355. Na znak Majora mężczyźni otworzyli ogień, a Chińczycy wpadli w panikę - nie mogąc zrozumieć, dlaczego strzały dochodzą ze środka, zamiast z zewnątrz. 45 minut po północy ekipa Majora ponownie odzyskała wzgórze. Jednakże godzinę później Chińczycy (ok. 14 tys. żołnierzy) zaatakowali ponownie. Major otrzymał rozkaz wycofania się, ale odmówił i znalazł niewielką osłonę dla swoich ludzi. Przez całą noc bronił się przed nieprzyjacielem, choć jego siły znajdowały się w pewnym momencie tak blisko, że pociski moździerzowe ludzi Majora spadały niemalże na nich samych. Osoba odpowiedzialna wówczas za pluton moździerzowy, kapitan Charly Forbes, określił Majora mianem "śmiałego człowieka, który nie był zadowolony z zakresu ognia i kazał go przybliżyć - w efekcie ogień spadł tak blisko, że słyszałem wybuchy, kiedy rozmawiałem z nim przez radio".

Śmierć i spuścizna

Major zmarł w Longueuil 12 października 2008 roku i został pochowany na kanadyjskich Narodowych Polach Honoru (cmentarz dla kanadyjskich weteranów wojennych i ich rodzin) w Quebec. Zostawił tym samym żonę (z którą trwał w małżeństwie przez 57 lat), czwórkę dzieci i pięć wnucząt. W Montrealu wyprodukowano film dokumentalny pt. "Léo Major, le fantôme borgne" opisujący jego życie i dokonania.

Źródło: Wikipedia

Przed Wami poruszająca historia Aitzaza Hasana Bangasha, pakistańskiego chłopca, którego bohaterska postawa uratowała ponad 2000 uczniów jednej ze szkół we wiosce Hangu.

Willie, przedstawiciel gatunku ptaka z rodziny papugowatych - Mnicha - zaalarmował swoją właścicielkę Megan Howard, kiedy maluszek, którym opiekowała się w listopadzie 2008 roku w Denver, zaczął się dławić podczas spożywania śniadania.

Free Joomla! template by L.THEME