Kiedy usłyszymy coś o Nowej Zelandii, na myśl przychodzi nam piękna przyroda - fiordy, góry i wspaniałe krajobrazy. Rozległe, puste i bezkresne. Jednak już od lat kraj ten zmaga się z inną formą izolacji - depresją i samobójstwami.

Raport Unicef z 2017 roku zawiera szokującą statystykę - Nowa Zelandia ma zdecydowanie najwyższy współczynnik samobójstw wśród młodzieży w rozwiniętym świecie. Szok, ale nie niespodzianka - kraj ten nie po raz pierwszy znajduje się na szczycie tabeli.

Raport Unicef wykazał, że współczynnik samobójstw wśród młodzieży nowozelandzkiej - nastolatków w wieku od 15 do 19 lat - jest najwyższy z długiej listy 41 krajów OECD i UE. Wskaźnik 15,6 samobójstw na 100 tys. osób jest dwa razy wyższy niż w USA i prawie pięć razy wyższy niż w Wielkiej Brytanii.

Dlaczego Nowa Zelandia?

- Istnieje wiele powodów i ważne jest, aby nie skupiać się tylko na jednej statystyce - ostrzega dr Prudence Stone z Unicef New Zealand. Wysoki współczynnik samobójstw łączy się z innymi danymi, pokazującymi na przyklad ubóstwo wśród dzieci, wysoki wskaźnik nastoletnich ciąż lub rodzin, w których żadne z rodziców nie ma pracy.

Nowa Zelandia ma również „jeden z najgorszych na świecie rekordów w zakresie zastraszania w szkołach“, cytując Shauna Robinsona z Mental Health Foundations New Zealand. Wyjaśnia on, że istnieje „toksyczna mieszanka“ bardzo wysokich wskaźników przemocy w rodzinie, wykorzystywania i ubóstwa wśród dzieci, które należy rozwiązać, aby uporać się z tym problemem.

Statystyki pochodzące ze stron rządowych Nowej Zelandii ujawniają, że wskaźniki samobójstw są najwyższe wśród młodych Maorysów i mężczyzn z wysp Pacyfiku. - To pokazuje nam, że istnieją również kwestie dotyczące tożsamości kulturowej i wpływu kolonizacji - dodaje Robinson.

Według danych z 2014 roku, wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn maoryskich we wszystkich grupach wiekowych jest około 1,4 razy wyższy niż wśród pozostałych grup etnicznych.

- To alarmujące i warte uwagi. Być może jest to efekt poziomu instytucjonalnego i kulturowego rasizmu w naszym społeczeństwie - twierdzi dr Stone. - Nie ma badań, które pozwoliłyby nam stwierdzić to jednoznacznie, ale z pewnością sugeruje to wiele sygnałów - dodaje.

Poza tymi ponurymi liczbami istnieje jeszcze jedna hipoteza, którą niektórzy podają jako możliwą przyczynę tej niepokojącej sytuacji. Służby zdrowia i wsparcia we wszystkich krajach zachodnich od lat walczą ze stygmatem związanym z depresją postrzeganą jako słabość.

To właśnie może być w istocie większy problem w Nowej Zelandii niż w innych krajach.

- W Nowej Zelandii istnieje tradycja zahartowanej kultury koleżeńskiej - wyjawia dr Stone. - To wywiera presję na mężczyzn, aby być w określonej formie, presję na chłopców, aby utwardzić się, aby stać się tymi twardymi pijącymi piwo mężczyznami.

Mówi, że w ostatnich latach nastąpiła niewielka zmiana, z muzykami i filmowcami pojawiającymi się jako wzorce do naśladowania dla innego rodzaju nowozelandzkiego mężczyzny - ludzi, którzy „nie są typowymi wielkimi, twardymi gośćmi“, ale pokazują, że może istnieć zabawne podejście do męskości.

- Duża część zachodniego świata przyjmuje postawę: „Po prostu będę się uśmiechał i to przeboleję“ - dodaje Briana Hill, rzeczniczka Youthline, telefonicznej infolinii skierowanej do młodych ludzi. - Ale myślę, że w nowozelandzkiej psychice zdecydowanie istnieje dodatkowy stoicyzm wokół postawy „Po prostu przejdę przez to sam“, którego możemy nie doświadczyć tak bardzo w innych krajach.

Nie chodzi o to, że nie ma systemu wsparcia, aby rozwiązać problem, ale sęk w tym, że jest on całkowicie przeciążony. - Zapotrzebowanie na tego typu usługi wzrosło o 70% w ciągu ostatniej dekady - wyjaśnia Robinson. - Podczas gdy liczba wezwań policji związanych z samobójstwami wzrosła o 30% tylko w ciągu ostatnich czterech lat.

Problem ten Briana Hill z Youthline zna aż za dobrze. Notuje się zbyt wiele wezwań, których funkcjonariusze nie są w stanie podjąć, ponieważ nie mają takiej możliwości.

Jednogłośne odczucie wśród społeczności ekspertów jest takie, że należy przeznaczyć więcej funduszy na pomoc służbom, które zajmują się tym problemem. Równie ważne jest bardziej ogólne skupienie się na tworzeniu świadomości istnienia problemu i nadanie mu odpowiedniego priorytetu.

- Rząd nie wykonuje dobrej roboty w zakresie wspierania młodych ludzi, aby byli w stanie poradzić sobie z presją, stresem, emocjonalnymi i psychicznymi wyzwaniami, przed którymi stoją - dodaje Robinson.

Utrzymywanie się problemu na przestrzeni lat sprawiło, że stał się on jednym z priorytetów decydentów politycznych. Był on na przykład tematem debat politycznych przed wyborami powszechnymi w kraju we wrześniu 2017 roku.

Cztery lata temu rząd opublikował projekt krajowej strategii zapobiegania samobójstwom, który został poddany konsultacjom społecznym. Chociaż wokół projektu toczy się wiele dyskusji, nawet ci, którzy twierdzą, że jest on niewystarczający, zgadzają się, iż jest to ważny krok w kierunku przesunięcia niebotycznie wysokich wskaźników samobójstw w kraju ku centrum uwagi opinii publicznej.

Źródło: BBC

środa, 19 maj 2021 10:38

Nawet zwierzęta idą do więzienia

W 2004 roku kazachska policja prowadziła dochodzenie w sprawie niedźwiedzicy, która zaatakowała dwie osoby na kempingu: jedenastoletniego chłopca, który zbytnio zbliżył się do jej klatki i nietrzeźwego dwudziestoośmioletniego mężczyznę, który próbował podać jej łapę. Jekaterina (znana także jako Katia), zwierzę cyrkowe, które było trzymane w klatce, aby zabawiać obozowiczów, została natychmiast odebrana przez odpowiednie służby.

Kiedy żadne schroniska ani ogrody zoologiczne nie chciały przyjąć Katii, władze Kazachstanu zdecydowały, że jedynym miejscem, w którym można ją trzymać, jest więzienie.

Katia została skazana na dożywocie w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze w Kustanaju, w której przebywało wówczas 730 innych (ludzkich) więźniów. Przez piętnaście lat żyła z resztek jedzenia z więziennej kuchni i przebywała w celi nieprzystosowanej dla dzikiego zwierzęcia. Jednak więźniowie bardzo ją polubili i nawet zbudowali pomnik na jej cześć.

Kiedy o jej niezwykłej sytuacji zrobiło się głośno na całym świecie, organizacje pozarządowe "Bears in Mind" i "Forgotten Animals" zażądały jej natychmiastowego uwolnienia i umieszczenia w bardziej odpowiednim środowisku. Sporządzono nawet specjalną petycję.

5 czerwca 2019 roku Katia została ostatecznie zwolniona po piętnastu latach spędzonych w zakładzie poprawczym w Kustanaju. Następnie została przetransportowana do małego zoo, na północy Kazachstanu.

Krótka historia procesów zwierząt

Aby zrozumieć ten osobliwy przypadek, warto spojrzeć wstecz na inne niepokojące przypadki zwierząt, które były stawiane przed sądem.

Między XIII a XVIII wiekiem procesy zwierząt nikogo nie dziwiły. Biorąc pod uwagę, że obywatele uważali publiczne egzekucje ludzi za ekscytujące, nie dziwi fakt, że mordercze kozy czy podstępne konie gromadziły na trybunach jeszcze większą publiczność niż ich ludzkie odpowiedniki.

Najczęściej zwierzę domowe stawało przed sądem oskarżone o bestialstwo lub współudział w uprawianiu magii.

Kronika Kurze Basler z Bazylei w Szwajcarii podaje, że w 1474 roku kogut został postawiony przed sądem za popełnienie "ohydnej i nienaturalnej zbrodni znoszenia jaj". Mieszkańcy miasta obawiali się, czy ptak jest pomiotem szatana, czy też przebraną kurą i zażądali egzekucji oskarżonego. Kogut został uznany za winnego, a następnie spalony na stosie.

Sprawiedliwość dla wszystkich

W imię sprawiedliwości, los zwierząt bywał często mroczny. Ludzie wydawali się tak skupieni na ukaraniu winowajcy, że zapominali o tym, iż zwierzę nie ma moralnej zdolności do popełnienia przestępstwa. Wraz z rozwojem społeczeństwa, nasze zbiorowe rozumienie godności, podstawowych praw i zasad moralnych również się rozwinęło. Publiczne egzekucje ustały, podobnie jak procesy zwierząt.

Jak to się stało, że Katia trafiła do więzienia? Władze Kazachstanu zrezygnowały z filozofii agencji moralnej na rzecz ludzkich ofiar. Nie jest to jedyny przypadek, kiedy maltretowanie, a nawet zabicie niedźwiedzia jest usprawiedliwiane jako działanie na rzecz bezpieczeństwa publicznego.

Szpiedzy w przebraniu

Kolejne ciekawe zatarcie z prawem miało miejsce w 2015 roku w Indiach, kiedy to funkcjonariusze aresztowali gołębia podejrzanego o szpiegostwo. Pewien chłopiec znalazł ptaka w rejonie Kaszmiru, na granicy Indii i Pakistanu, z wiadomością w języku urdu wytłoczoną na jego ciele, a także z pakistańskim numerem telefonu. Indie potraktowały sprawę bardzo poważnie i prześwietliły gołębia w szpitalu weterynaryjnym, szukając innych obciążających go dowodów.

Kiedy śledztwo utkwiło w martwym punkcie, historia ta stała się internetowym memem.

Pewien kot z Brazylii został również objęty śledztwem, gdy odkryto go spacerującego przez główne bramy więzienia o średnim stopniu bezpieczeństwa w Arapiraca, z pokaźnym sprzętem do ucieczki. Kiedy kot został zatrzymany, strażnicy znaleźli kilka pił i wierteł, ładowarkę do telefonu, baterie i kartę pamięci.

Zdumieni, strażnicy próbowali dowiedzieć się, kim mieli być odbiorcy, ale nie byli w stanie wydobyć z kota żadnych informacji. Rzecznik więzienia oświadczył: - Trudno jest ustalić, kto jest odpowiedzialny za akcję, ponieważ kot... nie mówi.

Źródło: History of Yesterday

David Foster Wallace, który odszedł w 2008 roku, był najgenialniejszym amerykańskim pisarzem swojego pokolenia. W przemówieniu, które opublikowano po raz pierwszy na łamach The Guardian, zastanawia się nad trudnościami życia codziennego i "dożyciem trzydziestki, a może pięćdziesiątki, bez chęci strzelenia sobie w łeb".

Płyną sobie dwie młode rybki i przypadkiem spotykają starszą rybę płynącą w drugą stronę, która kiwa do nich głową i mówi: "Dzień dobry, chłopcy, jak tam woda?". I te dwie młode rybki płyną przez jakiś czas, aż w końcu jedna z nich spogląda na drugą i mówi: "Co to do cholery jest woda?".

Jeśli obawiasz się, że zamierzam przedstawić się tutaj jako stara, mądra ryba wyjaśniająca, czym jest woda, proszę, nie martw się. Nie jestem starą, mądrą rybą. Bezpośredni sens opowieści o rybie polega na tym, że najbardziej oczywiste, wszechobecne, ważne rzeczywistości są często tymi, które najtrudniej dostrzec i o których najtrudniej mówić. W formie angielskiego zdania jest to oczywiście tylko banalny frazes - ale faktem jest, że w codziennych okopach dorosłej egzystencji banalne frazesy mogą mieć znaczenie życia lub śmierci. Może to brzmieć jak hiperbola lub abstrakcyjny nonsens. Przejdźmy więc do konkretów.

Okazuje się, że ogromny procent spraw, co do których z automatu nie mam żadnych wątpliwości, jest całkowicie błędny i zwodniczy. Oto jeden z przykładów całkowitej bezsensowności czegoś, do czego mam tendencję do bycia automatycznie pewnym: wszystko w moim własnym bezpośrednim doświadczeniu wspiera moje głębokie przekonanie, że jestem absolutnym centrum wszechświata, najprawdziwszą, najbardziej żywą i najważniejszą osobą w istnieniu. Rzadko mówimy o tego rodzaju naturalnym, podstawowym egocentryzmie, ponieważ jest on społecznie odrażający, ale w głębi duszy jest on taki sam dla każdego z nas. Jest to nasze domyślne ustawienie, wbudowane w nasze struktury zaraz po urodzeniu. Pomyślcie tylko: nie ma żadnego doświadczenia, którego nie miałeś, a w którym nie znajdowałeś się w absolutnym centrum. Świat, którego doświadczasz, jest przed tobą, za tobą, po twojej lewej lub prawej stronie, na ekranie telewizora, monitora czy czegokolwiek innego. Myśli i uczucia innych ludzi muszą być ci jakoś przekazane, ale twoje własne są natychmiastowe, pilne, prawdziwe - rozumiesz o co chodzi. Ale proszę, nie przewiduj, że szykuję się do wygłaszania kazań na temat współczucia, kierowania się innymi czy tak zwanych "cnót". To nie jest kwestia cnoty - to kwestia mojego wyboru, aby w jakiś sposób zmienić lub uwolnić się od mojego naturalnego, wbudowanego ustawienia domyślnego, którym jest głębokie i dosłowne skupienie na sobie oraz postrzeganie i interpretowanie wszystkiego przez pryzmat własnego ja.

Przykładowo: jest przeciętny dzień, a ty wstajesz rano, idziesz do swojej wymagającej pracy i ciężko pracujesz przez dziewięć lub dziesięć godzin, a pod koniec dnia jesteś zmęczony i zestresowany i wszystko, czego chcesz, to wrócić do domu i zjeść dobrą kolację, a może zrelaksować się przez kilka godzin, a następnie położyć się wcześnie, ponieważ musisz wstać następnego dnia i zrobić to wszystko ponownie. Ale wtedy przypominasz sobie, że nie ma jedzenia w domu - nie miałeś czasu na zakupy w tym tygodniu, z powodu twojej wymagającej pracy - i teraz, po pracy, musisz wsiąść do samochodu i jechać do supermarketu. Trwa końcówka dnia roboczego, a ruch uliczny jest naprawdę dokuczliwy, więc dotarcie do sklepu trwa o wiele dłużej niż powinno, a kiedy w końcu tam docierasz - supermarket jest zatłoczony, ponieważ oczywiście jest to pora dnia, kiedy wszyscy inni ludzie pracujący również próbują zrobić jakieś zakupy spożywcze, a sam sklep jest ohydnie, fluorescencyjnie oświetlony i przesiąknięty zabijającymi duszę melodiami lub korporacyjnym popem i jest to ostatnie miejsce, w którym chciałbyś teraz przebywać, ale nie możesz po prostu wejść i szybko wyjść. Musisz wędrować po całym tym ogromnym, rozświetlonym sklepie, aby znaleźć to, czego chcesz i musisz manewrować swoim wózkiem pomiędzy tymi wszystkimi pozostałymi zmęczonymi, spieszącymi się ludzi z wózkami i oczywiście są tam też frustrująco powolni starzy ludzie, gapy i dzieci, które blokują przejście, a ty musisz zacisnąć zęby i starać się być uprzejmym, prosząc ich, aby cię przepuścili. I w końcu gromadzisz wszystkie niezbędne zapasy na kolację, z tym że teraz okazuje się, że nie ma wystarczająco dużo otwartych kas, mimo że kończą się godziny szczytu, więc kolejka jest niewiarygodnie długa, co jest głupie i wręcz chore, ale nie można przecież wyładować swojej furii na zapracowanej ekspedientki przy kasie.

W każdym razie w końcu docierasz na przód kolejki, płacisz za swoje produkty i czekasz na uwierzytelnienie karty przez maszynę, a potem słyszysz słowa "Miłego dnia" wypowiadane głosem, który przypomina głos śmierci, a następnie musisz wziąć pofałdowane, cienkie plastikowe torby z zakupami do wózka i prowadzić go przez zatłoczony, wyboisty, rozświetlony parking, po czym próbujesz załadować reklamówki do samochodu w taki sposób, żeby nic z nich nie wypadło i nie toczyło się po bagażniku w drodze do domu, a potem musisz jechać samochodem przez zatłoczony, wyboisty, rozświetlony parking, a następnie trzeba jechać całą drogę do domu przez powolny i ciężki ruch uliczny w godzinach szczytu, i tak dalej.

Chodzi o to, że drobne, frustrujące bzdury, takie jak te, to właśnie miejsce, w którym pojawia się konieczność dokonywania wyboru. Ponieważ korki, zatłoczone przejścia i długie kolejki do kas dają mi czas na myślenie, a jeśli nie podejmę świadomej decyzji o tym, jak myśleć i na co zwracać uwagę, będę wkurzony i nieszczęśliwy za każdym razem, kiedy będę musiał zrobić zakupy spożywcze, ponieważ moim naturalnym ustawieniem domyślnym jest pewność, że sytuacje takie jak ta są tak naprawdę o mnie, o moim głodzie, moim zmęczeniu i moim pragnieniu, aby po prostu wrócić do domu, i będzie się wydawało, że wszyscy inni stoją po prostu na mojej drodze, a kim są ci wszyscy ludzie na mojej drodze? I spójrzcie, jak odpychająca jest większość z nich, jak głupi, krowopodobni i bez wyrazu i nieludzcy wydają się tutaj w kolejce do kasy, albo jak irytujące i niegrzeczne jest to, że ludzie rozmawiają głośno przez telefony komórkowe w środku kolejki, i spójrzcie, jak głęboko niesprawiedliwe jest to: pracowałem bardzo ciężko przez cały dzień, jestem głodny i zmęczony, a nie mogę nawet wrócić do domu, żeby coś zjeść i odpocząć z powodu tych wszystkich głupich, cholernych ludzi.

Lub jeśli jestem w bardziej świadomej społecznie formie mojego domyślnego ustawienia, mogę spędzić czas w korku pod koniec dnia, będąc wściekłym i zdegustowanym na wszystkie ogromne, głupie, blokujące pas ruchu SUV-y i Hummery i pickupy spalające swoje nieekonomiczne, niedbałe, 40-galonowe zbiorniki gazu, i mogę rozwodzić się nad faktem, że patriotyczne lub religijne naklejki na zderzakach zawsze wydają się tkwić na największych, najbardziej obrzydliwie zapyziałych pojazdach prowadzonych przez najbrzydszych, najbardziej niewybrednych i agresywnych kierowców, którzy zazwyczaj rozmawiają przez telefony komórkowe, gdy odcinają innych, by dostać się tylko pięć cholernych metrów do przodu w korku. I mogę myśleć o tym, jak dzieci naszych dzieci będą nami gardzić za marnowanie paliwa i prawdopodobnie spieprzenie klimatu, i jak zepsuci, głupi i obrzydliwi wszyscy jesteśmy, i jak to wszystko jest po prostu do bani.

Jeśli zdecyduję się myśleć w ten sposób - w porządku, wielu z nas tak robi, z wyjątkiem tego, że myślenie w ten sposób jest zazwyczaj tak łatwe i automatyczne, że nie musi być wyborem. Myślenie w ten sposób jest moim naturalnym ustawieniem domyślnym. Jest to automatyczny, nieświadomy sposób, w jaki doświadczam nudnych, frustrujących, zatłoczonych części dorosłego życia, kiedy działam na automatycznym, nieświadomym przekonaniu, że jestem w centrum świata i że moje bezpośrednie potrzeby i uczucia są tym, co powinno określać priorytety świata. Rzecz w tym, że istnieją oczywiście różne sposoby myślenia o tego rodzaju sytuacjach. W tym ruchu ulicznym, wśród tych wszystkich pojazdów, które utknęły i stoją na mojej drodze, nie jest wykluczone, że niektórzy z tych kierowców w SUV-ach mieli w przeszłości straszne wypadki samochodowe, a teraz uważają prowadzenie samochodu za tak traumatyczne, że ich terapeuta nakazał im kupno ogromnego, ciężkiego SUV-a, żeby mogli czuć się wystarczająco bezpiecznie, by prowadzić. Albo że Hummer, który właśnie zajechał mi drogę, jest być może prowadzony przez ojca, którego małe dziecko jest ranne lub chore w foteliku obok niego, a on próbuje pędzić do szpitala i spieszy się o wiele bardziej, niż ja - to ja tak naprawdę jestem na jego drodze.

Raz jeszcze proszę, nie myśl, że daję ci moralne rady, albo że mówię, że "powinieneś" myśleć w ten sposób, albo że ktokolwiek oczekuje, że po prostu automatycznie to zrobisz, ponieważ jest to trudne, wymaga silnej woli i wysiłku umysłowego, i jeśli jesteś taki jak ja, w niektóre dni nie będziesz w stanie tego zrobić, albo po prostu nie będziesz chciał. Ale przez większość dni, jeśli jesteś wystarczająco świadomy, aby dać sobie wybór, możesz wybrać, aby spojrzeć inaczej na tę grubą, martwą, zmaltretowaną panią, która właśnie krzyczała na swoje małe dziecko w kolejce do kasy - może zazwyczaj taka nie jest, może nie spała przez trzy noce trzymając za rękę swojego męża, który umiera na raka kości, a może ta właśnie pani jest nisko opłacaną urzędniczką w Departamencie Pojazdów Samochodowych, która właśnie wczoraj pomogła twojemu małżonkowi rozwiązać koszmarny problem z biurokracją poprzez jakiś mały akt biurokratycznej życzliwości. Oczywiście, żadna z tych rzeczy nie jest wielce prawdopodobna, ale nie jest też niemożliwa - zależy to tylko od tego, co chcesz wziąć pod uwagę. Jeśli jesteś automatycznie przekonany, że wiesz, czym jest rzeczywistość oraz kto i co jest naprawdę ważne - jeśli chcesz działać na ustawieniach domyślnych - wtedy, podobnie jak ja, nie będziesz brał pod uwagę możliwości, które nie są bezcelowe i irytujące. Ale jeśli naprawdę nauczyłeś się jak myśleć, jak zwracać uwagę, wtedy będziesz wiedział, że masz inne opcje. Będziesz w stanie doświadczyć zatłoczonej, głośnej, powolnej, konsumpcyjnej sytuacji typu piekło jako nie tylko znaczącej, ale i świętej, płonącej tą samą siłą, która zapaliła gwiazdy - współczuciem, miłością, podpowierzchniową jednością wszystkich rzeczy. Nie żeby te mistyczne rzeczy były koniecznie prawdziwe: jedyną rzeczą, która jest kapitalnie prawdziwa, jest to, że możesz zdecydować, jak będziesz próbował to interpretować. Możesz świadomie decydować, co ma znaczenie, a co nie. Ty decydujesz, czemu warto przypisać większe znaczenie.

Bo istnieje jeszcze coś innego, co także jest prawdą. W codziennych okopach dorosłego życia, nie ma czegoś takiego jak ateizm. Nie ma czegoś takiego jak brak uwielbienia. Wszyscy oddają cześć. Jedyny wybór, jaki mamy, dotyczy tego, co czcimy. A znakomitym powodem wyboru jakiegoś boga lub duchowej istoty do czczenia - czy to Jezusa, czy Allaha, czy Jahwe, czy wiccańską matkę-boginię, czy Cztery Szlachetne Prawdy, czy jakiś niezrozumiały zestaw zasad etycznych - jest to, że prawie wszystko inne, co czcisz, zje cię żywcem. Jeśli czcisz pieniądze i rzeczy namacalne - jeśli to w nich upatrujesz prawdziwego sensu życia - to nigdy nie będziesz miał dość. Nigdy nie poczujesz, że masz wystarczająco dużo. Taka jest prawda. Czcij swoje własne ciało, piękno i powab seksualny, a zawsze będziesz czuł się brzydki, a kiedy czas i wiek zaczną to pokazywać, umrzesz milion razy, zanim w końcu cię zakopią. Na pewnym poziomie wszyscy już to znamy - zostało to skodyfikowane jako mity, przysłowia, frazesy, bromki, epigramaty, przypowieści: czyt. szkielet każdej wielkiej opowieści. Sztuką jest utrzymanie prawdy na pierwszym planie w codziennej świadomości. Czczenie władzy - będziesz czuł się słaby i przestraszony, i będziesz potrzebował coraz więcej władzy nad innymi, aby utrzymać strach na dystans. Czczenie swojego intelektu, bycie postrzeganym jako inteligentny - skończysz czując się głupkiem, oszustem, zawsze na granicy bycia odkrytym.

Zdradliwą rzeczą w tych formach kultu nie jest to, że są one złe czy grzeszne - chodzi o to, że są one nieświadome. Są to ustawienia domyślne. To rodzaj kultu, w który stopniowo wpadasz, dzień po dniu, stając się coraz bardziej wybiórczym w tym, co widzisz i jak mierzysz wartość, nie będąc w pełni świadomym, że to właśnie robisz. A świat nie będzie cię zniechęcał do działania w oparciu o domyślne ustawienia, ponieważ świat ludzi, pieniędzy i władzy całkiem nieźle sobie radzi na paliwie strachu, pogardy, frustracji, pragnień i kultu samego siebie. Nasza obecna kultura okiełznała te siły w sposób, który przyniósł niezwykłe bogactwo, komfort i wolność osobistą. Wolność bycia panami naszych własnych królestw wielkości czaszki, samemu będąc w centrum całego stworzenia. Ten rodzaj wolności ma wiele do zaoferowania. Istnieją jednak różne rodzaje wolności, a o tej najcenniejszej nie usłyszysz zbyt wiele w wielkim zewnętrznym świecie zwycięstw, osiągnięć i popisów. Naprawdę istotny rodzaj wolności wiąże się z uwagą, świadomością, dyscypliną, wysiłkiem i zdolnością do prawdziwej troski o innych ludzi i poświęcania się dla nich, nieustannie, na niezliczone, drobne, mało seksowne sposoby, każdego dnia. To jest prawdziwa wolność. Alternatywą jest nieświadomość, domyślne ustawienie, "wyścig szczurów" - nieustannie dręczące poczucie, że miało się i straciło jakąś nieskończoną rzecz.

Wiem, że te rzeczy prawdopodobnie nie brzmią wesoło, beztrosko czy inspirująco. To, o czym mówię, przynajmniej w moich oczach, to prawda z całą masą retorycznych bzdur odłożonych na bok. Oczywiście, możesz myśleć o tym, co chcesz. Ale proszę, nie traktujcie tego jak kazania dr Laury. Nie chodzi tu o moralność, religię, dogmaty, czy wielkie, wymyślne pytania o życie po śmierci. Wielka Prawda dotyczy życia przed śmiercią. Chodzi o to, by dożyć trzydziestki, a może pięćdziesiątki, nie chcąc strzelić sobie w łeb. Chodzi o prostą świadomość - świadomość tego, co jest tak prawdziwe i istotne, tak ukryte w zasięgu wzroku wokół nas, że musimy sobie ciągle przypominać, w kółko: "To jest woda, to jest woda".

Fragment ten przytoczono z mowy inauguracyjnej, którą autor wygłosił do klasy kończącej studia w Kenyon College (Ohio, USA).

Źródło: The Guardian

Każdy z nas wie, że mamy 24 godziny w jednej dobie, 60 minut w jednej godzinie i 60 sekund w minucie*. Jednak w 1793 roku Francuzi zniszczyli "stary zegar" na rzecz Czasu Rewolucji Francuskiej: 10-godzinny dzień, 100-minutową godzinę i 100-sekundową minutę. Ten na wskroś nowoczesny system miał kilka praktycznych zalet, a główną z nich był uproszczony sposób wykonywania obliczeń związanych z czasem: jeśli chcemy wiedzieć, kiedy dzień jest w 70% skończony, czas dziesiętny podpowiada nam, że stanie się to zwyczajnie "pod koniec siódmej godziny", podczas gdy czas standardowy wymaga od nas powiedzenia: "ok. godziny 16:48". Czas Rewolucji Francuskiej był bardziej eleganckim rozwiązaniem tego matematycznego problemu. Sztuczka polegała na tym, że każdy żyjący człowiek miał już dobrze ugruntowany sposób określania czasu, a stare nawyki ciężko wykorzenić.

Południe o 5

Czas Rewolucji Francuskiej oficjalnie rozpoczął się 24 listopada 1793 roku, chociaż prace koncepcyjne nad systemem trwały już od lat 50-tych XVII wieku. Francuzi produkowali zegary i zegarki, na których tarczach widniał zarówno czas dziesiętny, jak i standardowy (dzięki temu dopuszczano konwersję i pomyłki). Tarcze te były wyjątkowo dziwne. Oto jedna z nich - sprawdź, czy potrafisz określić, kiedy zaczyna się ulubiony program telewizyjny rodziny:



System ten nie zyskiwał na popularności. Ludzie nie byli obeznani ze zmianą systemów czasu, a dla niematematyków istniało niewiele praktycznych powodów, by zmieniać sposób odmierzania czasu (tego samego nie można było powiedzieć o metrycznym systemie miar i wag, który pomagał standaryzować handel - wagi i miary często różniły się w sąsiednich krajach, ale zegary na ogół nie). Co więcej, wymiana każdego zegara i zegarka w kraju była kosztownym przedsięwzięciem. Francuzi oficjalnie przestali używać czasu dziesiętnego po zaledwie 17 miesiącach - czas Rewolucji Francuskiej stał się nieobowiązującym od 7 kwietnia 1795 roku. Nie przeszkodziło to jednak niektórym obszarom kraju w dalszym przestrzeganiu tegoż czasu, a kilka zegarów dziesiętnych pozostawało w użyciu przez wiele lat po tym wydarzeniu, przypuszczalnie prowadząc do wielu przegapionych spotkań.

Inne próby wprowadzenia czasu dziesiętnego

Francuzi próbowali ponownie tego manewru w 1897 roku, kiedy to Komisja ds. Uśredniania Czasu zaproponowała 24-godzinny dzień ze 100-minutowymi godzinami oraz ze 100 sekundami składającymi się na jedną minutę. Propozycja ta została odrzucona w 1900 roku.

No i oczywiście jest jeszcze Stardate, pseudo-dziesiętny system pomiaru daty używany w Star Treku. Nic dziwnego, że zaczął on być wyjątkowo nieprecyzyjny i miał po prostu brzmieć futurystycznie - oto urywek z przewodnika Star Trek dla scenarzystów oryginalnej serii:

Stworzyliśmy "Stardate", aby uniknąć ciągłego wspominania wieku Star Treka (w rzeczywistości około dwustu lat od teraz) i wdawania się w kłótnie o to, czy to lub tamto zdążyłoby się rozwinąć do tego czasu. Wybierz dowolną kombinację czterech liczb plus punkt procentowy i użyj jej jako daty gwiezdnej swojej historii. Na przykład, 1313.5 to godzina dwunasta w południe jednego dnia, a 1314.5 to południe następnego dnia. Każdy punkt procentowy odpowiada w przybliżeniu jednej dziesiątej jednego dnia. Progresja dat gwiezdnych w Twoim skrypcie powinna pozostać stała, ale nie przejmuj się tym, czy istnieje progresja z innych skryptów. Daty gwiezdne to wzór matematyczny, który zmienia się w zależności od położenia w galaktyce, prędkości podróżowania i innych czynników, może się bardzo różnić w poszczególnych odcinkach.

Nie zapominajmy też w tym wszystkim o szwajcarskich zegarmistrzach - Swatch wprowadził swój własny dziwaczny dziesiętny system czasu w 1998 roku. Nazywany Swatch Internet Time, dzielił dzień na ".beats" (tak, z kropką) i odnosił się do konkretnego .beat używając symbolu @ (więc można było powiedzieć: "Napisz do mnie @484, LOL!"). Każdy .beat trwał 1 minutę i 26.4 sekundy i reprezentował 1/1000 dnia. Tak - nie jest to wcale mylące. Nic a nic.

* W rzeczywistości istnieje kilka wyjątków od reguły 24/60/60, w szczególności sekundy przestępne, ale nie komplikujmy przesadnie tej sprawy.

Źródło: Mental Floss

Mężczyzna, który nieustannie skarżył się na bóle głowy, odkrył przerażającą przyczynę swojego bólu - który towarzyszył mu od dziesięciu(!) lat.

Gerardo Moctezuma z Austin w Teksasie, po tym jak zemdlał podczas meczu piłki nożnej w 2019 roku, postanowił skonsultować się z lekarzem, mówiąc mu, że od miesięcy nie czuje się dobrze i odczuwa straszne bóle głowy - relacjonuje "KXAN".

Rezonans magnetyczny ujawnił później tasiemca w mózgu Moctezumy. Zdaniem lekarzy mógł on tam żerować od około dekady.

Przypadek Moctezumy jest opisywany przez lekarzy jako "rzadki i naprawdę niezwykły", o czym informują dziennikarze "CBS Austin".

Tasiemiec został usunięty w jednym kawałku podczas operacji, a pacjent czuł się po niej jak nowy.

Lekarze uważają, że mężczyzna złapał pasożyta po zjedzeniu niedogotowanego mięsa ponad 10 lat temu, gdy mieszkał w Meksyku i od tego czasu rósł w jego mózgu nie będąc wykrytym.

- Moctezuma przeniósł się z Meksyku do USA ponad dekadę temu - powiedział dr Jordan Amadio, neurochirurg w Dell Seton Hospital. Lekarz wyjaśnił, że tasiemce mogą pozostać niewykryte przez lata.

- Mogą rosnąć wewnątrz ciała, nie powodując objawów, dopóki nie staną się wystarczająco duże - powiedział w rozmowie z reporterem "Star Telegram".

Tasiemce nie mogą przetrwać samodzielnie - są w stanie tego dokonać tylko wtedy, gdy znajdą się wewnątrz innego organizmu. Zazwyczaj dostają się one do organizmu żywiciela, gdy spożywane jest surowe lub niedogotowane mięso i mogą żyć przez 20 lat we wnętrzu człowieka. Mogą dorastać do 15 metrów długości - jak podaje "Medical News Today".

Źródło: Yahoo.com

Dziesiątki konsol PlayStation 3 leżą w kontenerze transportowym w lodówce na kampusie Uniwersytetu Massachusetts Dartmouth, konsumując olbrzymie ilości prądu i badając astrofizykę. Jest to popularny przystanek dla wycieczek próbujących "sprzedać" szkołę potencjalnym studentom pierwszego roku i ich rodzicom, a także jedna z niewielu żywych spuścizn po dziwnym rozdziale nauki w historii PlayStation.

Te przysadziste pudła, które zalegają na systemach rozrywki lub pokrywają się kurzem na tyłach szafy, były niegdyś pożądane przez naukowców, którzy używali konsol do budowy superkomputerów. Dzięki stojakom z maszynami naukowcy byli nagle w stanie analizować fizykę czarnych dziur, przetwarzać nagrania z dronów czy wygrywać konkursy kryptograficzne. Trwało to tylko kilka lat, zanim technologia poszła dalej, stając się mniejsza i bardziej wydajna. Ale przez ten krótki moment, jedne z najpotężniejszych komputerów na świecie można było zmontować za pomocą kodu, drutu i konsoli do gier.

Naukowcy od lat głowili się nad pomysłem wykorzystania procesorów graficznych do zwiększenia mocy obliczeniowej. Pomysł polegał na tym, że ta sama moc, która umożliwiła wizualizację ponurej fabuły "Shadow of the Colossus", była również zdolna do wykonywania ogromnych obliczeń - jeśli badacze potrafili skonfigurować maszyny w odpowiedni sposób. Jeśli potrafili połączyć je ze sobą, nagle te konsole czy komputery zaczynały być czymś więcej niż sumą swoich części. To był klaster obliczeniowy, i nie był on czymś wyjątkowym dla PlayStation - wielu badaczy próbowało zaprzęgnąć komputery do pracy zespołowej, próbując skłonić je do rozwiązywania coraz bardziej skomplikowanych problemów.

Konsole do gier wkroczyły na scenę superkomputerów w 2002 roku, gdy Sony wypuściło tzw. "kit" o nazwie "Linux dla PlayStation 2". - Dzięki temu łatwiej było się do niego "wkraść" - skomentował Craig Steffen. - W końcu można było tworzyć odpowiednie kody. Steffen jest obecnie starszym pracownikiem naukowym w National Center for Supercomputing Applications (NCSA). W 2002 roku dołączył do grupy i rozpoczął pracę nad projektem, którego celem było kupienie kilku PS2 i wykorzystanie zestawów linuksowych do połączenia ich (i ich centralnych jednostek obliczeniowych Emotion Engine) w coś przypominającego superkomputer.

Naukowcy podłączyli od 60 do 70 konsol PlayStation 2, napisali trochę kodu i stworzyli bibliotekę. - Wszystko działało dobrze, ale nie rewelacyjnie - wyjawił Steffen. Wystąpiły problemy techniczne z pamięcią - dwa konkretne błędy, nad którymi jego zespół nie miał kontroli.

- Za każdym razem, gdy uruchamiano tę rzecz, powodowała ona, że jądro maszyny, na której ją uruchomiliśmy, przechodziło w dziwny, niestabilny stan i musiało być restartowane, co było uciążliwe - kontynuuje Steffen.

Projekt został stosunkowo szybko zamknięty i zajęto się innymi kwestiami w NCSA. Steffen wciąż trzyma jedną ze starych PS2 na swoim biurku jako pamiątkę po programie.

Jednak na tym nie skończyły się przygody PlayStation z superkomputerami. PS3 wkroczyło na scenę pod koniec 2006 roku, oferując potężny sprzęt i łatwiejszy sposób wgrywania Linuksa na urządzenia. Naukowcy nadal musieli łączyć ze sobą systemy, ale nagle mogli sobie wyobrazić połączenie tych wszystkich urządzeń w coś, co zmieniło oblicze gry, a nie było tylko prototypem typu proof-of-concept.

Z pewnością to właśnie wyobrażał sobie badacz czarnych dziur Gaurav Khanna z UMass Dartmouth. - Prowadzenie symulacji okresowych czarnych dziur nie przyciąga zbyt wielu funduszy, ponieważ nie ma to zbyt dużego znaczenia dla społeczeństwa - powiedział.

Fundusze były coraz bardziej ograniczane. Khanna i jego koledzy urządzili więc burzę mózgów, próbując wymyślić jakieś rozwiązanie. Jedna z osób z jego działu była zapalonym graczem i wspomniała o procesorze Cell w PS3, wyprodukowanym przez IBM. Podobny rodzaj chipu był używany do budowy zaawansowanych superkomputerów. - Więc w pewnym sensie zainteresowaliśmy się tym, na zasadzie: czy jest to coś interesującego, co moglibyśmy wykorzystać do celów naukowych? - dodaje Khanna.

Zainspirowany specyfikacją nowej maszyny Sony, astrofizyk zaczął kupować PS3 i budować swój własny superkomputer. Khanna potrzebował kilku miesięcy, by ułożyć kod i kolejnych miesięcy, by doprowadzić swój program do stanu używalności. Zaczął od ośmiu, ale zanim skończył, miał już własny superkomputer, poskładany ze 176 konsol i gotowy do przeprowadzania eksperymentów - bez konieczności konkurowania o miejsce i płacenia innym naukowcom za przeprowadzanie symulacji czarnych dziur. Nagle mógł uruchamiać złożone modele komputerowe lub wygrywać konkursy kryptograficzne za ułamek kosztów bardziej typowego superkomputera.

Mniej więcej w tym samym czasie inni badacze wpadali na podobne pomysły. Grupa z Karoliny Północnej również zbudowała superkomputer PS3 w 2007 roku, a kilka lat później, w Air Force Research Laboratory w Nowym Jorku, informatyk Mark Barnell rozpoczął pracę nad podobnym projektem o nazwie Condor Cluster.

Wyczucie czasu nie było najlepsze. Zespół Barnella zaproponował projekt w 2009 roku, w momencie gdy Sony przechodziło na odchudzone PS3 slim, które nie miało możliwości uruchamiania Linuksa, w przeciwieństwie do oryginalnego PS3. Po włamaniu, Sony wydało nawet aktualizację firmware'u, która usunęła OpenOS, system umożliwiający uruchamianie Linuksa, z istniejących systemów PS3. To sprawiło, że znalezienie użytecznych konsol stało się jeszcze trudniejsze. Siły Powietrzne musiały przekonać Sony, by sprzedało im niezaktualizowane PS3, które firma ściągała z półek, a które w tym czasie leżały w magazynie pod Chicago. Wymagało to wielu spotkań, ale w końcu Siły Powietrzne dostały to, czego szukały, a w 2010 roku projekt miał swój wielki debiut.

Działający na ponad 1700 PS3, połączonych ośmioma kilometrami przewodów, Condor Cluster był ogromny, o wiele większy niż projekt Khanny, i służył do przetwarzania obrazów z dronów obserwacyjnych. W czasach swojej świetności był 35. najszybszym superkomputerem na świecie.

Przygoda ta nie trwała jednak długo. Nawet gdy takie projekty powstawały, superkomputery rozwijały się i stawały się coraz potężniejsze. W tym samym czasie konsole do gier upraszczały się, przez co stawały się mniej przydatne dla nauki. PlayStation 4 pobiło pod względem sprzedaży zarówno oryginalne PlayStation, jak i Wii, zbliżając się do statusu najlepiej sprzedającej się konsoli, który wciąż należy do PS2. Jednak dla naukowców była ona niemal bezużyteczna. Podobnie jak wcześniejsza, smuklejsza wersja PlayStation 3, PS4 nie da się łatwo zmienić w tryb superkomputera. - W PlayStation 4 nie ma nic nowego, to po prostu zwykły stary komputer PC - mówi Khanna. - Nie mieliśmy motywacji, by zrobić coś z PlayStation 4.

Era superkomputerów PlayStation dobiegła końca.

Ten z UMass Dartmouth wciąż działa, tętniąc życiem w kontenerze chłodniczym na terenie kampusu. Maszyna z UMass Dartmouth jest mniejsza niż kiedyś, gdy jej szczytowa moc składała się z około 400 konsol PlayStation 3. Jej części zostały wyjęte i ponownie wykorzystane. Niektóre z nich nadal pracują razem w mniejszych superkomputerach na innych uczelniach - inne uległy awarii lub zostały zutylizowane. Od tego czasu Khanna próbuje połączyć mniejsze, bardziej wydajne urządzenia w superkomputer następnej generacji. Mówi, że urządzenia Nvidia Shield, z którymi obecnie pracuje, są około 50 razy bardziej wydajne niż PS3.

Jednak to właśnie zgrupowanie superkonsol Sił Powietrznych miała najbardziej gwiazdorskie życie pozagrobowe. Kiedy program zakończył się jakieś sześć lat temu, niektóre konsole zostały przekazane innym programom, w tym programowi Khanny. Jednak wiele ze starych konsol zostało sprzedanych jako stary inwentarz, a kilkaset zostało zgarniętych przez ludzi pracujących przy serialu Person of Interest. W ten sposób konsole zadebiutowały na srebrnym ekranie w premierze 5. sezonu serialu, grając - uwaga - superkomputer zbudowany z PlayStation 3.

- Wszystko jest tam hollywoodzkie - powiedział Barnell o scenariuszu. - Jednak sprzęt to tak naprawdę nasz sprzęt.

Sprostowanie: Projekty superkomputerowe wymagały oryginalnego PS3, a nie PS3 Slim, ponieważ Sony usunęło wsparcie dla Linuksa z konsoli w odpowiedzi na tzw. przeróbki - co później doprowadziło do ugody z pozwem zbiorowym. W artykule pierwotnie podano, że było to spowodowane tym, iż PS3 Slim było mniej wydajne. Redakcja przeprosiła za ten błąd.

Źródło: The Verge

Wzrost populacji pandy wielkiej o 17% w ciągu dekady do 2014 roku spowodował obniżenie klasyfikacji gatunku do "zagrożonego" z "narażonego na wyginięcie" - podała w 2020 roku organizacja WWF w specjalnym oświadczeniu.

- Odrodzenie pandy pokazuje, że kiedy nauka, wola polityczna i zaangażowanie lokalnych społeczności łączą się, możemy uratować dzikie zwierzęta, a także poprawić różnorodność biologiczną - powiedział Marco Lambertini, dyrektor generalny WWF.

WWF od dziesięcioleci pracuje nad ocaleniem pand wielkich poprzez tworzenie rezerwatów i współpracę z lokalnymi społecznościami w celu ustanowienia zrównoważonych źródeł utrzymania i zminimalizowania ich wpływu na lasy - opisuje organizacja. Obecnie istnieje 67 rezerwatów, które chronią prawie 2/3 wszystkich dzikich pand.

Pandy jednak nadal pozostają zagrożone. - Wszyscy powinni świętować to osiągnięcie, ale pandy pozostają rozproszone i bezbronne, a wiele z ich siedlisk jest zagrożonych przez źle zaplanowane projekty infrastrukturalne. Pamiętajmy też, że na wolności wciąż pozostało tylko 1864 przedstawicieli - powiedział Lo Sze Ping, dyrektor generalny WWF-Chiny.

Źródło: MSN.com

Można by pomyśleć, że ludzie fałszujący dokumenty już się tego nauczyli. Kanadyjczyk Gerald McGoey został osądzony o sfałszowanie dokumentów w celu ochrony pewnych aktywów przed postępowaniem upadłościowym, ponieważ - o czym słyszano już wielokrotnie - w dokumentach użyto nowoczesnych czcionek "C" Microsoftu, które stały się powszechnie dostępne dopiero w 2007 roku. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie drobny szczegół, że dokumenty były datowane na 2004 i 1995 rok. Ups.

McGoey był dyrektorem generalnym Look Communications, kiedy firma upadła i pozostawiła go na skraju bankructwa. Firma została zlikwidowana, a McGoey został wezwany do zapłaty 5,6 miliona dolarów na rzecz wierzycieli. McGoey twierdził, że aktywa, o których mowa - w tym przypadku domy - były przechowywane w funduszu powierniczym przez jego żonę i trójkę dzieci, a zatem poza zasięgiem sądów. Aby to udowodnić, przedstawił dwa podpisane dokumenty. Na jego nieszczęście stworzył je używając krojów pisma, które nie istniały w czasie rzekomego tworzenia tych dokumentów.

Pierwszy dokument zaufania był datowany na 1995 rok i używał czcionki Cambria. Drugi, datowany na 2004 rok, używał Calibri. Cambria została zaprojektowana w 2004 roku, natomiast Calibri w latach 2002-2004. Ale żadna z nich nie stała się powszechna aż do 2007 roku, kiedy to zostały dołączone do Windows Vista i Office 2007. Oprogramowanie to zawierało siedem różnych czcionek o nazwach zaczynających się na "C" - tak zwane "czcionki C" - które zostały zoptymalizowane pod kątem antyaliasingu ClearType. Wraz z ich wydaniem Microsoft zmienił domyślną czcionkę programu Word z czcigodnej Times New Roman na Calibri. Użycie nowych czcionek od razu zdradza, że dokument nie został napisany przed rokiem 2007.

To nie pierwszy raz, gdy zmiana Microsoftu wyłapała oszustów. W 2017 r. rodzina byłego premiera Pakistanu Nawaza Sharifa przedstawiła sfałszowane dokumenty, aby uzasadnić znaczny majątek, jaki zgromadził Sharif. Córka Maryam przedstawiła podpisany dokument datowany na 2006 rok, ale popełniła ten sam błąd co McGoey - użyła czcionki Calibri.

Nieco wcześniej, bo w 2012 roku, rząd turecki oparł się na dokumentach napisanych czcionką Calibri i inną czcionką C, aby wykazać, że około 300 osób było zaangażowanych w próbę zamachu stanu. Jedyny problem? Dokumenty były datowane na 2003 rok. Choć w sądzie zwrócono uwagę na oszustwo, to i tak bezskutecznie, a oskarżeni zostali uznani za winnych.

Źródło: arstechnica.com

Narkotykowych straszaków jest bez liku, ale histeria wokół fałszywych używek jest zawsze fascynująca. Nawet dzisiaj mityczne sposoby na zaćpanie się, od obrzydliwego nonsensu, jakim był Jenkem (inhalant i halucynogen stworzony ze sfermentowanych ludzkich zwłok), po cyfrowy absurd "i-dosing", wciąż pojawiają się w powszechnej świadomości. Ale niewiele z tych viralowych wpadek zbliża się do trwałego wpływu i jawnej głupoty z lat 60-tych, kiedy to ludzie zaczęli palić... skórki od bananów.

Pogłoski o bananach jako narkotykach zaczęły krążyć wśród hippisów w połowie lat 60. - Młodzi ludzie w latach 60. szukali nowych sposobów na zaćpanie się. To była bardzo eksperymentalna era, napędzana chyba najbardziej przez LSD i rosnące użycie trawki - mówi historyk William Rorabaugh, który napisał wiele książek o latach 60-tych, w tym "American Hippies". - Ale trawka była kosztowna, a hipisi mieli mało pieniędzy. Banany były tanie, więc jeśli skrawki bananów działały, to był to naprawdę tani haj. Dlatego ludzie dali się na to nabrać.

Jak opisano w obszernym artykule "Local East Village" z 2012 roku na temat historii tego szału, kontrkulturowy wydawca Paul Krassner twierdzi, że plotka zaczęła się w biurach wydawniczych The East Village Other. Zgodnie z wersją Krassnera o pochodzeniu mitu, redaktorzy gazety dyskutowali o mechanice działania LSD i serotoniny w mózgu, a następnie zaczęli się zastanawiać, czy coś bardziej naturalnego nie mogłoby wywołać tego samego efektu. Zdając sobie sprawę, że banany również zawierają serotoninę, zagorzali hippisi wymyślili koncepcję palenia bananów.

Dla przypomnienia - o ile prawdą jest, że banany zawierają pewną ilość serotoniny, to jest ona zbyt mała, aby przekroczyć barierę krew-mózg. Niemniej jednak, plotka szybko zyskała rozpędu na zasadach poczty pantoflowej.

Tak się złożyło, że na początku 1967 roku piosenka "Mellow Yellow" szkockiego autora tekstów i artysty Donovana trafiła do Stanów Zjednoczonych i w tamtym czasie wielu ludzi zakładało, że chodzi w niej o palenie skórek od bananów. Donovan później stwierdził, że piosenka opowiadała o żółtym wibratorze, ale słowa takie jak "Elektryczny banan / Będzie nagłym szałem / Elektryczny banan / Będzie następną fazą" nie pomogły w jednoznacznym interpretowaniu tekstu.

Niezależnie od tego, od czego zaczęło się to oszustwo, wydaje się, że to krótki artykuł w wydaniu kontrkulturowego magazynu Berkeley Barb z marca 1967 roku zapoczątkował większe szaleństwo. W swojej rubryce "Folk Scene" autor Ed Denson przedstawił "Przepis tygodnia", w którym opisał metodę przygotowywania skórek bananów do palenia, polegającą na wyskrobywaniu białej części skórki i suszeniu jej w piekarniku przed zwinięciem w jointa. Densen poinformował, że dowiedział się o tym przepisie od członków zespołu Country Joe and the Fish, którym również kierował. Główny wokalista zespołu również twierdzi, że był ojcem bananowego szaleństwa - na jednym z koncertów rozdał 500 bananowych jointów.

W tym samym numerze jeden z czytelników napisał, że zauważył wzmożoną obecność policji wokół bananowego stoiska w Berkeley w Kalifornii, co jeszcze bardziej uwiarygodniło bananowe oszustwo.

Od tego momentu bananowe szaleństwo zaczęło żyć własnym życiem. Jak zauważyła Judy Berman z Extra Crispy, wieść o nadających się do palenia bananach rozeszła się jak burza dzięki Syndykatowi Prasy Podziemnej, który pozwolił małym gazetom, takim jak Barb, na swobodne dzielenie się treściami między sobą.

Barb nadal donosił o rzekomych efektach działania skórek bananowych, publikując historie o tytułach takich jak "Pick Your Load, Banana or Toad" i "Mellow Yellow Future Bright", które zawierały fałszywe twierdzenia dotyczące różnych substancji zawartych w bananach, które to miały dostarczać im efekty psychodeliczne. Inne czasopisma hipisowskie zaczęły podchwytywać tę historię, nie wspominając o reklamach ludzi sprzedających oparte na bananach "psychodeliczne torebki podniecające" i tym podobne. Do końca marca 1967 roku historie o trendzie palenia bananów pojawiały się na stronach The New York Times i The Wall Street Journal. Mellow Yellow (fałszywy narkotyk, nie piosenka) pojawił się z impetem na rynku.

Szaleństwo stało się tak powszechne, że zaangażowała się w nie zarówno społeczność naukowa, jak i rząd. FDA stworzyła maszynę, w której przez trzy tygodnie z rzędu palono banany. Do maja ustalono to, co wiele osób odkryło już wcześniej: palenie bananów nie prowadziło do naćpania się. Kolejne badania przeprowadzone w listopadzie tego samego roku przez naukowców z NYU ponownie wykazały, że banany nie są narkotykiem. Mimo to, mit nadal się utrzymywał. - Wierzono w te rewelacje dopóki ktoś nie spróbował i nie stwierdził, że nic nie czuje. Oczywiście, niektórzy ludzie mówili znajomym, że to działa, tylko po to, by obserwować ich reakcję, gdy dowiadywali się prawdy - mówi Rorabaugh. - W danym otoczeniu nie trwało to dłużej niż kilka dni, ale gdy już się to miało, łatwo było przekazać ten pomysł innym w rozmowach telefonicznych lub listach, tylko po to, by przekazać żart dalej.

Palenie skórek od bananów nadal było popularnym pomysłem w kręgach hipisowskich, głównie jako gag, przez kolejne lata. - Woodstock był mniej więcej ostatnim momentem, kiedy o tym wspominano. Większość ludzi tam wiedziała, że to był żart, ale kilku dało się nabrać na spróbowanie - dodaje Rorabaugh. Ale nawet po przeminięciu Ery Wodnika, mit o halucynogennym bananie nie chciał umrzeć.

Przepis na przekształcenie skórek bananów w narkotyk został zawarty w książce, która wywołała milion mitów w szkole średniej, książce kucharskiej anarchisty, która została opublikowana w 1970 roku. W przepisie autora Williama Powella, który opisuje pracochłonny proces robienia pasty ze skrawków skórek, które następnie muszą być zredukowane do postaci proszku, twierdzi on, że banany zawierają coś, co nazywa się "bananadyną", skąd owoce te rzekomo czerpią swoje psychodeliczne działanie. To również nie było prawdą, ponieważ bananadyna nie istnieje.

Choć koncepcja palenia skórek od bananów jest dziś głównie przestrogą przed niektórymi głupszymi modami narkotykowymi z lat 60-tych, dzięki w dużej mierze internetowi, wciąż są tacy, którzy wierzą, że banany mogą sprawić, że będziemy na haju. Na przykład w 2013 roku więźniowie w więzieniu w Maine zostali przyłapani na paleniu skórek bananów, a administratorzy powiedzieli, że był to problem trwający od kilku miesięcy. Szybkie wyszukanie w Google hasła "palenie skórek bananów" pozwoli nawet zapoznać się z zaawansowanym przepisem na ekstrakcję "bannadyny", która wymaga poświęcenia 4,5 kilograma bananów. Zgodnie z tym wysoce podejrzanym przepisem, "kiedyś potrzebowano do tego celu 90 kilogramów, ale siła działania wzrosła 20-krotnie w ciągu ostatnich 30 lat".

Nowe szalone mity na temat narkotyków bez wątpienia będą powstawać tak długo, jak długo będą istnieć młodzi ludzie, którzy chcą się naćpać, ale prawdopodobnie nigdy nie będą tak spektakularne jak palenie skórek bananów.

Źródło: Gastro Obscura

Kierownicy chcą, aby pracownicy spędzali długie dni w pracy, odpowiadali na maile o każdej porze i chętnie poświęcali swój czas wolny - noce, weekendy, urlopy - bez narzekania. Podwładni mają w tym równaniu niewielką kontrolę - przepracowanie kaskadowo spływa z góry piramidy organizacyjnej. Przynajmniej tak brzmi jedna z narracji na temat przepracowania. W tej wersji pracujemy długo, ponieważ nasi szefowie nam każą.

Istnieją jednak inne wyjaśnienia. Jest też takie, które mówi, że my wszyscy, łącznie z menedżerami wyższego szczebla, jesteśmy w zasadzie flotami miotanymi przez wiry bodźców ekonomicznych, kulturę korporacyjną i technologie, które sprawiają, że biuro jest na wyciągnięcie ręki. W tej wersji nikt tak naprawdę nie dyktuje norm - wszyscy po prostu reagujemy na makrosiły znajdujące się poza naszą kontrolą.

Jest też wersja, która bierze pod uwagę psychologię. Według niej zbyt wiele godzin pracy wynika z mieszanki wewnętrznych czynników napędzających, takich jak ambicja, chciwość, niepokój, poczucie winy, radość, duma, chęć uzyskania krótkoterminowych nagród, pragnienie udowodnienia, że jesteśmy ważni, lub nadmiernie rozwinięte poczucie obowiązku. Niektóre z nich są negatywne (poczucie winy, lęk), ale wiele z nich jest za to pozytywnych. W rzeczywistości wielu badaczy stwierdziło, że praca jest mniej stresująca niż nasze życie domowe. Dla niektórych praca może być przystanią, miejscem, w którym czują się pewni siebie i mają kontrolę.

Zasadniczo, jeśli rozumiemy kwestię przepracowania jako tę znaną z Moby Dicka, pierwsze wyjaśnienie skupia się na Ahabie i Pequodzie - drugie na samym oceanie, a ostatnie na wielorybie. I chociaż spojrzenie na tę historię z tych wszystkich perspektyw jest z pewnością bardziej pouczające niż wybór tylko jednej, nie powie nam to, czy Moby Dick jest dobrą książką, czy tylko 700-stronicową ślepą uliczką.

Tak więc ważniejsze pytanie, które musimy sobie zadać na temat przepracowania, nie brzmi po prostu: "Kto jest winien?", ale bardziej: "Czy to działa?". Czy przepracowanie rzeczywiście robi to, co zakładamy, że robi - skutkuje większą i lepszą wydajnością? Czy rzeczywiście udaje nam się zrobić więcej?

Istnieje duża liczba badań, które sugerują, że niezależnie od powodów, dla których pracujemy długo, przepracowanie nam nie pomaga. Po pierwsze, nie wydaje się, by skutkowało to większą wydajnością. W badaniu przeprowadzonym wśród konsultantów przez Erin Reid, profesor Boston University's Questrom School of Business, menedżerowie nie byli w stanie odróżnić pracowników, którzy rzeczywiście pracowali 80 godzin tygodniowo od tych, którzy tylko udawali, że pracują. Podczas gdy menedżerowie karali pracowników, którzy byli transparentni w kwestii pracy w mniejszym wymiarze, Reid nie była w stanie znaleźć żadnych dowodów na to, że ci pracownicy faktycznie osiągnęli mniej, ani żadnych oznak, że "przepracowani" pracownicy osiągnęli więcej.

Wiele dowodów wskazuje na to, że przepracowanie jest nie tylko obojętne - szkodzi nam i firmom, w których pracujemy. Liczne badania przeprowadzone przez Mariannę Virtanen z Fińskiego Instytutu Zdrowia Zawodowego i jej współpracowników (jak również inne badania) wykazały, że przepracowanie i wynikający z niego stres mogą prowadzić do wszelkiego rodzaju problemów zdrowotnych, w tym: zaburzeń snu, depresji, spożywania dużych ilości alkoholu, cukrzycy, zaburzeń pamięci i chorób serca. Oczywiście, te problemy są złe same w sobie. Ale są one również fatalne dla wyniku finansowego firmy, objawiając się nieobecnościami w pracy, rotacją pracowników i rosnącymi kosztami ubezpieczenia zdrowotnego. Nawet najbardziej sknerowaty z pracodawców, który nie dbał o dobre samopoczucie swoich pracowników, powinien znaleźć tutaj mocne dowody na to, że istnieją realne koszty ponoszone przez pracowników, którzy przepracowują szalone liczby godzin.

Jeśli twoja praca opiera się na komunikacji interpersonalnej, podejmowaniu decyzji, odczytywaniu mimiki innych ludzi lub zarządzaniu własnymi reakcjami emocjonalnymi - czyli prawie wszystkich rzeczach, których wymaga współczesne biuro - mamy więcej złych wiadomości. Naukowcy odkryli, że przepracowanie (oraz towarzyszący mu stres i wyczerpanie) może utrudnić wszystkie te czynności.

Nawet jeśli lubimy swoją pracę i dobrowolnie pracujemy przez długie godziny, jesteśmy zwyczajnie bardziej skłonni do popełniania błędów, gdy jesteśmy zmęczeni - a większość z nas męczy się łatwiej, niż nam się wydaje. Tylko 1-3% populacji może spać pięć lub sześć godzin w nocy bez odczuwania spadku wydajności. Co więcej, na każde 100 osób, które uważają, że należą do tej niewyspanej elity, tylko pięć rzeczywiście nie kłamie. Same badania nad niszczącym wydajność działaniem bezsenności powinny uzmysłowić wszystkim głupotę związaną z "zarywaniem nocek".

Pracuj zbyt ciężko, a stracisz z oczu szerszy obraz sytuacji. Badania sugerują, że w miarę wypalania się, mamy większą tendencję do gubienia się w gąszczu spraw.

Podsumowując - historia przepracowania jest dosłownie historią malejących zysków: pracuj za dużo, a stopniowo będziesz pracować coraz głupiej nad zadaniami, które są coraz bardziej bezsensowne.

Biznes nauczył się tego już dawno temu. W XIX wieku, kiedy zorganizowana siła robocza po raz pierwszy zmusiła właścicieli fabryk do ograniczenia dnia pracy do 10 (a potem do 8) godzin, kierownictwo z zaskoczeniem odkryło, że wydajność faktycznie wzrosła, a liczba kosztownych błędów i wypadków zmalała. Ten eksperyment Leslie Perlow i Jessica Porter z Harvard Business School powtórzyli ponad sto lat później z pracownikami oświaty. Wyniki nadal się sprawdzały. Bez zaskoczenia odnotowano, że wymagany czas wolny (np. noce i weekendy) faktycznie sprawił, że zespoły konsultantów były bardziej produktywne.

Nie oznacza to, że nigdy nie możemy mieć długiego dnia pracy. Po prostu nie możemy tego robić rutynowo. Większość badań sugeruje, że ludzie są w stanie poświęcić tydzień lub dwa po 60 godzin, aby rozwiązać prawdziwy kryzys. Ale to co innego niż chroniczne przepracowanie.

Dlaczego więc wciąż to robimy? Dlaczego nie potrafimy odłożyć książki na bok?

To może być ignorancja. Może większość ludzi po prostu nie wie, jak złe jest przepracowanie, obiektywnie rzecz biorąc.

Może to być sceptycyzm. Może widzieli badania, ale po prostu ich nie kupują (lub nie chcą się nimi kierować).

Albo może to być coś silniejszego. Może kiedy połączymy bodźce ekonomiczne, autorytety i głęboko zakorzenione potrzeby psychologiczne, powstaje koktajl, który jest po prostu zbyt uzależniający, by z niego zrezygnować.

Źródło: Harvard Business Review

Free Joomla! template by L.THEME