S-359 był rosyjskim okrętem podwodnym zbudowanym w 1953 roku i pozostawał w aktywnej służbie do 1989 roku. Został sprowadzony do Danii dzięki projektowi aktywizacji młodzieży, który chciał przekształcić go w obiekt kulturalny i atrakcję turystyczną. W Danii był często określany jako U359.

Galeria Rolling w miejscowości Kolding była młodzieżowym projektem aktywizującym, w ramach którego w 1991 roku zwrócono się do ówczesnego prezydenta Związku Radzieckiego Michaiła Gorbaczowa z pytaniem, czy podarowałby łódź podwodną jako symbol upadającego pokoju między Wschodem a Zachodem. Umowa przewidywała, że okręt zostanie odrestaurowany w ramach projektu aktywizacji, a następnie wykorzystany jako obiekt kulturalny i atrakcja turystyczna. Gorbaczow zgodził się na to porozumienie i po trzech latach zmagania się z biurokracją, S-359 w końcu dotarł do Kolding w 1994 roku. Kiedy S-359 wynurzył się z wody i został umieszczony na pływającej barce, można było zobaczyć, jak wielki jest naprawdę - okręt ten był typu Whiskey V, miał 76 metrów długości, 6,3 metrów szerokości i 11 metrów wysokości, a jego waga wynosiła 1080 ton. Ostateczną lokalizacją miała zostać tzw. Marina South, ale mieszkańcy okolicy zaprotestowali i wielu obywateli wsparło protesty. Wydawało się to zbyt destruktywne dla tego obszaru.

Po licznych doniesieniach prasowych i debatach na temat ekonomii i samej lokalizacji, w 1997 roku Kolding przekazało łódź podwodną gminie Nakskov. W tym miejscu łódź podwodna po raz kolejny zyskała rozgłos. Tym razem za sprawą scysji pomiędzy gminą Nakskov a funduszem na rzecz łodzi podwodnej, kiedy to plany stworzenia przy niej centrum rozrywki nie zostały zrealizowane. Fundusz na rzecz okrętów podwodnych przeniósłby się do Frederikshavn, ale gmina Nakskov nie chciała współpracować. Okręt funkcjonował jako atrakcja turystyczna w Nakskov do 2010 roku. W kwietniu 2011 r. został przeholowany do Frederikshavn, gdzie został przeznaczony na złom.

Źródło: Wikipedia (wersja duńska)

Czy kiedykolwiek prowadziłeś rozmowę z samym sobą, taką, która odbywała się wewnątrz twojego umysłu? Jeśli tak, to jesteś jednym z wielu, którzy prowadzą wewnętrzny monolog - lub wewnętrzny głos - który opowiada o Twoich myślach przez cały dzień. Ale czy wiesz, że wielu ludzi nie ma takiego wewnętrznego dialogu? Choć niektórym może się to wydawać kuriozalne, to równie dziwne dla kogoś, kto nie ma wewnętrznego monologu, jest wyobrażenie sobie, jak on się objawia.

Temat mowy wewnętrznej wywołał poruszenie na Twitterze po tym, jak użytkownik KylePlantEmoji zamieścił swoją własną obserwację na ten temat. "Ciekawostka: niektórzy ludzie prowadzą wewnętrzną narrację, a niektórzy nie" - zatweetował. "To znaczy myśli niektórych ludzi są jak zdania, które 'słyszą', a niektórzy ludzie po prostu mają abstrakcyjne myśli niewerbalne i muszą je świadomie werbalizować. A większość ludzi nie jest świadoma istnienia tego drugiego typu człowieka".

Wywołało to gwałtowne reakcje w sieci, ponieważ ludzie po obu stronach medalu wyobrażali sobie, jak wyglądałoby życie z lub bez ich wewnętrznego monologu. Samo zjawisko jest od lat przedmiotem debaty naukowców. Psychologowie zaczęli przyglądać się funkcji mowy wewnętrznej w latach 30-tych XX wieku. A konkretnie był to rosyjski psycholog Lew Wygotski, który zasugerował, że zewnętrzna rozmowa może zostać uwewnętrzniona. Zaproponował on nawet, że ta wewnętrzna mowa jest bardzo skrócona i zawiera wiele pominięć. Pomysł, że mowa zewnętrzna staje się zinternalizowana, jest również poparty dowodami na to, że ta sama część mózgu - obszar Broca - zajmuje się obiema tymi sferami.

Więc jeśli nie masz wewnętrznego monologu to czy powinieneś się martwić? Nie bardzo. Badania pokazują, że niektóre osoby w ogóle go nie doświadczają, podczas gdy inne doświadczają go tylko od czasu do czasu. - Jestem przekonany, że mowa wewnętrzna jest solidnym zjawiskiem. Jeśli użyjemy odpowiedniej metody, nie ma wątpliwości, czy mowa wewnętrzna występuje w danym momencie, czy nie - twierdzi Russell T. Hurlburt, profesor psychologii na Uniwersytecie w Nevadzie. - I jestem pewny co do różnic indywidualnych - niektórzy ludzie mówią do siebie dużo, niektórzy nigdy, niektórzy sporadycznie.

Co ciekawe, naukowcy z Uniwersytetu Harvarda odkryli, że myślenie wizualne i werbalne są ze sobą silnie powiązane. Chociaż ludzie często myślą o sobie, że są albo bardziej werbalni, albo wzrokowi - niekoniecznie tak jest. W rzeczywistości, ludzie z wyraźnym monologiem wewnętrznym zazwyczaj mają silniejsze wizualizacje umysłowe, które towarzyszą ich słownym myślom.

Niezależnie od tego, czy w Twojej głowie stale obecna jest narracja, czy też nie słyszysz nic, debata ta rodzi interesujące pytania dotyczące sposobu, w jaki myślimy i przetwarzamy informacje. Z pewnością następnym razem, gdy zobaczysz kogoś zagubionego w myślach, możesz się zastanowić, cóż to za rozmowa toczy się w jego głowie.

Źródło: MyModernMet

Miasto Tacoma uruchomiło program pilotażowy, w ramach którego bezdomni będą opłacani za zbieranie śmieci i gruzu z ulic. Ma to na celu usunięcie śmieci z ulic miasta, a jednocześnie zapewnienie pracy osobom pozbawionym dachu nad głową.

Inicjatywa jest wynikiem starań radnego miasta Roberta Thomsa, który uważa, że projekt ten przyniesie duże korzyści.

- Chodzi o to, aby zbudować ten rodzaj wewnętrznej dumy, że zrobiłeś coś sam i że zostałeś za to nagrodzony w formie tego, czego ludzie potrzebują - powiedział. - A to są przecież zasoby.

Wśród rosnących stosów śmieci i gruzu, które piętrzą się na zewnątrz obozowiska bezdomnych, które rozciąga się na kilka bloków miejskich w centrum Tacomy, jeden z bezdomnych Stephen Nelson powiedział, że jest gotowy iść do pracy.

- Jasne, że to zrobię - oznajmił. - Wciąż żyję, chodzę i mówię. Jeśli ja mogę pracować, to oni też.

Chociaż Nelson jest bezdomny, ma odpowiednie nastawienie do ludzi, których miasto chce zatrudnić.

- Nie postrzegam ludzi, którzy są uzależnieni od narkotyków, jako idealnych kandydatów do tej pracy - powiedział Thoms, dodając, że chce zacząć od płacenia minimalnej stawki, która wynosi nieco więcej niż 13 dolarów za godzinę.

Thoms powiedział, że wierzy, iż inne miasta systemu zatok Puget Sound, takie jak Seattle, również mogą czerpać korzyści z programu Tacomy.

- Myślę, że jest to bardzo innowacyjne - oświadczył. - Według moich informacji jest to pierwszy taki projekt w stanie Waszyngton.

Tacoma przeznaczyła nieco ponad 60 tys. dolarów na program i nawiązała współpracę z Valeo Vocation, grupą zajmującą się pośrednictwem pracy, która będzie prowadzić działania informacyjne i szkolenia dla osób objętych projektem.

- Wszystko zostało przetestowane i zatwierdzone do wdrożenia - powiedział Norman Brickhouse, dyrektor ds. usług z Valeo Vocation, dodając, że jego agencja notowała już podobne sukcesy, pomagając ludziom mieszkającym w schroniskach znaleźć pracę. - Mogą pracować, a potem wrócić do swojego namiotu.

Według niektórych szacunków, na ulicach Tacomy mieszka od 500 do 700 bezdomnych, co stanowi największą ich liczbę ze wszystkich miast w hrabstwie Pierce.

Thoms mówi, że Plemię Puyallap również zaoferowało finansowanie tego programu i jeśli się powiedzie, lokalne firmy, takie jak Almond Roca, również rozważą zatrudnienie bezdomnych.

Źródło: KomoNews

Człowiek odporny na ból istniał w takiej czy innej formie od wieków. Od Fakirów chodzących po rozżarzonych węglach, przez osoby o niezwykłej fizjologii, jak wielki Mirin Dajo, po osoby wbijające sobie gwoździe głęboko w różne otwory twarzy. Jednak niewiele osób zawładnęło wyobraźnią współczesnych odbiorców popkultury bardziej niż Frank "Cannonball" Richards.

W 1932 roku Richards pojawił się na scenie widowiskowej ze swoim niezwykłym występem i bombastycznym brzuchem. Sławę przyniósł Frankowi tzw. "żelazny brzuch", a jego występ polegał na przyjmowaniu silnych ciosów w dolną część tułowia.

Nie były to jednak delikatne uderzenia. Richards poddawał swój brzuch fizycznym torturom, które przeciętnego mężczyznę wpędziłyby w trakcje hospitalizacji na wiele dni - jeśli nie tygodni.

Richards rozpoczął swoją dziwną podróż w kierunku znęcania się nad brzuchem pozwalając swoim przyjaciołom uderzać go w "bebechy". Niewrażliwość na ból skłoniła go do posunięcia się o krok dalej, aż w końcu znosił i przyjmował ciosy od mistrza wagi ciężkiej w boksie, Jacka Dempseya.

"Cannonball" stale zwiększał poziom cierpienia, jakiemu poddawał swój brzuch. Wkrótce pozwolił, aby widzowie po nim skakali. Następnie pozwalał sobie na uderzanie kijem, a później był w stanie wytrzymać wielokrotne uderzenia młotem kowalskim. Ze wszystkich raportów i zapisów wynika, że podczas tych występów nie stosowano żadnych sztuczek.

I ostatecznie - w wyczynie, przez który Richards będzie na zawsze zapamiętany, mężczyzna przyjmował na siebie strzał w brzuch kulą armatnią.

Warto podkreślić, że do tego występu "Cannonball" używał sprężynowej armaty. Jednak prędkość, z jaką poruszała się kula, nadal przekraczała granice rozsądku i prawdopodobnie zabiłaby lub poważnie zraniła przeciętnego człowieka.

Wyczyn ten, wykonywany dwa razy dziennie w okresie jego największej popularności, pozostaje niemal ikonicznym zdjęciem demonstrującym skrajności możliwe do osiągnięcia w tolerancji bólu fizycznego. Oczywiście jest on również uważany za uosobienie głupoty i dobitny przykład uzyskania sławy bez talentu czy umiejętności idących w parze. Podobny motyw wykorzystano w jednym z odcinków 7. sezonu "The Simpsons", w którym główny bohater - Homer - zostaje zatrudniony do tzw. "freak show", podczas którego ma przyjmować wystrzały armatnie na brzuch.

Źródło: The Human Marvels, Wikipedia

Kiedy myślimy o mistrzach przesłuchań, przychodzą nam na myśl okrutne postaci. Osoby, które są w stanie zadać innym ogromny ból fizyczny lub emocjonalny bez odczuwania empatii. To całkowicie nieludzkie zajęcie, ale w sferze społecznej zawsze było niezbędnym zasobem, zwłaszcza w czasach wojny.

Ta sama myśl pojawia się, gdy myślimy o nazistach, o idei złych jednostek. Podczas gdy nie jest to prawdą w przypadku większości, która po prostu podążała za reżimem, inni - wielu z tych, którzy stali na czele partii - byli dumni ze swojej polityki i praktyk. Kiedy więc te dwie rzeczy są połączone - przesłuchujący oraz nazista - wyrażenie to ma bardzo mroczne konotacje.

Ten konkretny przesłuchujący piął się po szczeblach kariery i przed II wojną światową nadzorował obozy dla więźniów znane jako Dulag Lufts. Kiedy schwytano wrogów państwa, zwracano na nich uwagę specjaliście znanemu jako Hanns Scharff. Mówiąc płynnie po angielsku, sam siebie określał jako "pająka czyhającego na sieci".

Od sprzedawcy do wywiadowcy

Scharff urodził się w 1907 roku w Prusach Wschodnich. Dorastał w mieście Lipsk, gdzie studiował sztukę i uczył się rodzinnego biznesu tekstylnego. Po osiągnięciu pełnoletności został wysłany do Afryki Południowej, gdzie nauczył się biegle języka angielskiego. Doskonale radził sobie w dziale sprzedaży firmy, obsługując klientów, którzy uważali go za dżentelmena w interesach.

Hanns ożenił się z angielską damą o imieniu Margaret Stokes, która była córką legendarnego kapitana RAF-u (Królewskich Sił Powietrznych) o nazwisku Claud Stokes. Ta informacja będzie do pewnego stopnia zbiegiem okoliczności później w tej historii. Nowożeńcy Hanns i Margaret pojechali pewnego lata na wakacje do Niemiec, ale to zmieniło się w dłuższy pobyt niż początkowo zakładano.

Wybuchła II wojna światowa. Będąc jeszcze obywatelem niemieckim, Scharff został wysłany do dywizji Wehrmachtu na szkolenie wojskowe, z przeznaczeniem na front rosyjski. Uparł się jednak pozostać w Niemczech i wykorzystał swoją biegłą znajomość angielskiego, aby awansować i zostać kapralem. Niemiec wylądował w Oberursel koło Frankfurtu, w Centrum Wywiadu i Oceny prowadzonym przez osławione Siły Powietrzne Luftwaffe. W tej placówce przesłuchiwano schwytanych alianckich pilotów (z wyjątkiem Sowietów). Scharff został oficerem ds. przesłuchań.

Nowy oficer szybko wprowadził swoje własne metody, ponieważ nie był zachwycony dotychczasowymi technikami. W Dulag Luft jeńcy pochodzili głównie z zestrzelonych samolotów brytyjskich, których piloci byli przerażeni możliwością schwytania przez reżim nazistowski. Już wcześniej krążyły pogłoski o tajnej policji zwanej Gestapo, która miała stosować przerażające techniki tortur.

Pomimo wytycznych Konwencji Genewskiej nadal stosowano nielegalne tortury. Kiedy schwytano kilku pilotów armii amerykańskiej, Scharff otrzymał pierwszą szansę. Pracę rozpoczął jeszcze przed spotkaniem, zdobywając wszelkie możliwe informacje na ich temat. Odmówił noszenia munduru - do ekstrapolacji informacji wystarczył mu zwykły strój.

Byłem jak pająk siedzący na swojej sieci, mając pod ręką wszystkie elementy, których mogłem użyć, oprócz brutalności.

Technika przesłuchań Scharffa

Więźniowie nie zastali pająka, lecz dżentelmena. I właśnie dlatego Hanns Scharff jest tak wyjątkowy. Był zarówno nazistą, jak i przesłuchującym, ale postanowił nie robić tego, czego od niego oczekiwano. Historia przesłuchań zawsze wiązała się z torturami, ale on był na tyle odważny, by je potępić.  Bez wątpienia na początku zarówno więźniowie, jak i jego koledzy przypuszczali, że to podstęp, ale Scharff z wielkim powodzeniem stosował psychologię, a nigdy siłę.

Fakt, że mówił doskonale po angielsku, sprawił, że zyskał ich zaufanie. Stworzył iluzję, że wie więcej niż się wydawało, dzięki czemu piloci czuli, że wszelkie szczegóły, które podawali, były już powszechnie znane. Niektórzy nawet zgłaszali się na ochotnika, ponieważ byli tak dobrze traktowani - zabierano ich na wycieczki do lasów i zoo, a Scharff był ich przewodnikiem. Otrzymali opiekę medyczną i obfite zaopatrzenie w żywność. Ich dobre doświadczenia i traktowanie znajdują odzwierciedlenie w księdze gości obozu, gdzie więźniowie opisują gościnność tego miejsca.

Jedynym podstępnym aspektem - wspaniałą bronią dla przesłuchującego - było informowanie więźniów, że wyda ich w ręce osławionego gestapo, jeśli nie będą współpracować lub próbować ucieczki. Ale szczerze mówiąc, nigdy tego nie robił. Bo tego jednego więźnia, który nic nie powiedział - słynnego pilota "Gabby'ego" Gabreskiego - Hanns nie ukarał. Mimo że Gabby nigdy mu nie pomógł, pozostali przyjaciółmi i spotkali się ponownie po zakończeniu wojny.

Hanns wiedział, że chociaż ci jeńcy byli jego wrogami z imienia, byli ludźmi, którzy nie rozpoczęli wojny. Będzie pamiętany i czczony za to, że nigdy nie zadał bólu innej duszy, mimo że tego od niego oczekiwano.

Wpływ na FBI i przyjęcie obywatelstwa amerykańskiego

Długo po zakończeniu II wojny światowej Scharff osiedlał się w różnych krajach, ale nigdy u swojego wroga - USA. Pentagon wiedział o tym i namówił go do pracy dla nich. Gazety i czasopisma zaczęły publikować jego metody. Zgłaszał się do amerykańskich sił powietrznych i miał wpływ na wiele osób, w tym na byłego agenta FBI Ali Soufana, który brał udział w śledztwie w sprawie 11 września i w Guantanamo Bay.

Po przejściu na emeryturę Hanns przyjął obywatelstwo amerykańskie i zajął się swoją pierwszą miłością - sztuką. Projektował mozaiki na słynnych pomnikach, takich jak Zamek Kopciuszka w Disneylandzie. Hanns jest wspaniałym przykładem stawania w obronie tego, co słuszne, co jest niezwykle heroiczne, biorąc pod uwagę to, co działo się w nazistowskich Niemczech.

Wierzył, że ludzie są ludźmi bez względu na to, skąd pochodzą i traktował aliantów z takim samym szacunkiem, z jakim odnosił się do sił osi. Nawet gdy toczą się wojny, wciąż istnieją takie jasne punkty jak Hanns Scharff, które są nie tylko inteligentne, ale i na tyle odważne, by wprowadzić swoje metody w życie.

Źródło: STS World

Jedno z najbardziej okazałych muzeów na świecie ogłosiło kompleksową digitalizację swojej ogromnej kolekcji.

- Luwr odkurza swoje skarby, nawet te najmniej znane - oznajmił w piątek w specjalnym oświadczeniu Jean-Luc Martinez, dyrektor Musée du Louvre. - Po raz pierwszy każdy może uzyskać dostęp do całej kolekcji dzieł z komputera lub smartfona za darmo, niezależnie od tego, czy są one wystawione w muzeum, wypożyczone, nawet długoterminowo, czy też znajdują się w magazynie.

Część zasobów stanowi hiperbolę. Cała kolekcja jest tak ogromna, że nikt nawet nie wie, jak wielka tak faktycznie jest. W oficjalnym komunikacie Luwru szacuje się, że w bazie danych zdigitalizowano około 482 tys. dzieł, co stanowi około trzech czwartych całego archiwum (niedawno odnowiona strona główna muzeum, z tłumaczeniami na hiszpański, angielski i chiński, została zaprojektowana z myślą o bardziej przypadkowych zwiedzających, zwłaszcza tych korzystających z telefonów komórkowych).

- To jest po prostu przytłaczające - mówi Andrew McClellan, profesor Uniwersytetu Tufts i autor książki pt. "Inventing the Louvre: Art, Politics and the Origins of the Modern Museum". Strategia umieszczenia prawie wszystkiego w sieci jest zgodna z ideałami oświecenia, które ukształtowały muzeum po Rewolucji Francuskiej, jak dodaje: "jest to zebranie światowej wiedzy pod jednym dachem, a następnie udostępnienie jej badaczom i szerokiej publiczności".

Duże instytucje od wielu lat digitalizują swoje zbiory, ale internetowe archiwa Luwru wymagały szczególnie intensywnej pracy. Każdy obraz, jak podaje muzeum, opatrzony jest danymi naukowymi: "tytuł, artysta, numer inwentarzowy, wymiary, materiały i techniki, data i miejsce produkcji, historia obiektu, obecna lokalizacja i bibliografia". Te dokumentacyjne wpisy, sporządzone przez kuratorów i badaczy muzealnych, pochodzą z dwóch baz danych zbiorów muzealnych i są codziennie aktualizowane.

Biorąc pod uwagę koszty prowadzenia tych baz danych, McClellan i inni obserwatorzy zastanawiali się, czy Luwr może znaleźć sposób na spieniężenie niektórych z tych obrazów i czy kolekcja online wpłynie na rzeczywistą frekwencję. - Jestem pewien, że ta cyfrowa zawartość jeszcze bardziej zainspiruje ludzi do przyjścia do Luwru, by osobiście odkrywać kolekcje - powiedział dyrektor muzeum w swoim oświadczeniu.

Nie jest też do końca jasne, jak wiele z dostępnych w sieci obrazów może przedstawiać przedmioty sakralne, pochodzące z innych krajów niż Francja i nieprzeznaczone do swobodnego oglądania. Cyfrowy katalog zawiera przedmioty, które mogły zostać zrabowane - przez nazistów lub siły kolonialne - w osobnym albumie zatytułowanym "MNR", co jest skrótem od Musées Nationaux Récupération, czyli "Muzea Narodowe Odzyskujące".

Suse Anderson, profesor muzealnictwa na Uniwersytecie George'a Washingtona, która bada wpływ technologii cyfrowych na muzea, zauważa: - To musi być konfrontacja z pytaniami o restytucję i repatriację oraz myśleniem o tym, co digitalizacja dziedzictwa kulturowego oznacza w kontekście, który jest sporny. Jest pod wrażeniem ekspansji Luwru w sieci, zwłaszcza, że kieruje ona zwiedzających poza oczywiste, kluczowe dzieła sztuki, takie jak Mona Lisa czy Wenus z Milo.

- Jestem typem poszukiwacza - mówi.- Nie jestem osobą, która szuka dzieł bohaterów. One są za łatwe do znalezienia. Jestem osobą, która chce znaleźć to, co nieoczekiwane.

Podobnie jak w prawdziwym muzeum, kolekcja online Luwru zapewnia ścieżki prowadzące do nowych odkryć, mówi Anderson. - Pomaga dostrzec rzeczy, których w przeciwnym razie nie można by zobaczyć. Pomaga znaleźć niespodzianki. I to właśnie tam, jak sądzę, często można znaleźć powiązanie z własnym życiem, kiedy znajdujesz coś, co ma oddźwięk, a co nie jest tym, czego szukałeś.

I rzecz jasna: w trybie online można zostawić tłumy turystów daleko w tyle.

LINK DO ZASOBÓW MUZEUM

Źródło: National Public Radio

W 1956 roku korporacja lotnicza Grumman testowała u wybrzeży stanu Nowy Jork swój nowy myśliwiec, F-11 Tiger.

Pilot wystrzelił długą serię ze swoich działek i chwilę później doznał tajemniczych, katastrofalnych uszkodzeń, które spowodowały wybicie przedniej szyby i poważne uszkodzenie silnika.

Co się stało? Pilot zestrzelił się sam.

F-11 Tiger, jak wszystkie samoloty Grummana, został nazwany na cześć kota. Szybki i zwinny, F-11 był drugim naddźwiękowym myśliwcem w inwentarzu lotnictwa, zdolnym do osiągania prędkości 1357 kilometrów na godzinę.

Samolot ten był pierwszym naddźwiękowym myśliwcem Grummana, a brak doświadczenia firmy w zakresie konsekwencji lotu naddźwiękowego, jak również niesamowita prędkość myśliwca, miały być jedną z przyczyn zguby testowego Tigera.

21 września 1956 roku, jak wyjaśnia DataGenetics, pilot testowy Grummana lecący Tigerem u wybrzeży Long Island obniżył nos o 20 stopni i skierował go na pustą taflę oceanu. Wystrzelił krótką, czterosekundową serię ze swoich czterech 20-milimetrowych działek Colt Mk.12, wszedł w strome zniżanie i włączył dopalacze.

Minutę później przednia szyba nagle pękła, a silnik zaczął wydawać dziwne dźwięki, aż w końcu zgasł, gdy pilot próbował wrócić na lotnisko Grummana na Long Island.

Pilot testowy przypuszczał, że padł ofiarą zderzenia z jakimś ptactwem, ale dochodzenie wykazało inną przyczynę: podczas szybkiego opadania pilot wleciał we własny strumień 20-milimetrowych pocisków z działa.

Chociaż pociski miały przewagę (prędkość samolotu w powietrzu plus prędkość pocisków w lufie), szybko zwolniły z powodu oporu powietrza. Pociski wyhamowały, Tiger przyspieszył i obie rzeczy spotkały się ponownie na niebie, ze skutkiem śmiertelnym (dla samolotu).

Tiger został zniszczony podczas katastrofy, a pilot, choć ciężko ranny, był w stanie powrócić do służby niecałe pół roku później. Marynarka zakupiła tylko 200 "Tygrysów" i wycofała je ze służby, gdy do walki weszły szybsze, lepsze samoloty, takie jak F-8 Crusader i F-4 Phantom II.

Zespół pokazowy lotnictwa Blue Angels latał jednostkami F-11 Tiger do 1969 roku.

Źródło: Popular Mechanics

Szkocja nieznacznie przekroczyła cel, jakim było wygenerowanie w 2020 roku równowartości 100% swojego zapotrzebowania na energię elektryczną ze źródeł odnawialnych. Nowe dane ujawniają, że kraj ten osiągnął próg 97,4%.

Cel ten został ustalony w 2011 roku, kiedy technologie odnawialne generowały zaledwie 37% krajowego zapotrzebowania.

Organizacja branżowa Scottish Renewables oznajmiła, że produkcja potroiła się w ciągu ostatnich 10 lat, z wystarczającą ilością energii dla odpowiednika siedmiu milionów gospodarstw domowych.

Dyrektor generalny Claire Mack powiedziała: - Cele Szkocji w zakresie zmian klimatycznych były ogromnym motywatorem dla przemysłu, aby zwiększyć rozmieszczenie odnawialnych źródeł energii.

- Projekty energii odnawialnej wypierają dziesiątki milionów ton węgla każdego roku, zatrudniają równowartość 17 700 osób i przynoszą społecznościom ogromne korzyści społeczno-ekonomiczne.

W 2019 roku Szkocja zaspokoiła 90,1% swojego równoważnego zużycia energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych, zgodnie z danymi rządu szkockiego.

Szkocja ma jedne z najbardziej ambitnych celów klimatycznych na świecie, a najlepiej świadczy o tym ustawa o zmianach klimatu określająca prawnie wiążący cel osiągnięcia zerowej emisji CO2 do 2045 roku.

Do 2030 r. ministrowie chcą, aby wytwarzanie energii ze źródeł odnawialnych stanowiło 50% zapotrzebowania na energię elektryczną, cieplną i transportową.

Pani Mack dodała: - Transport domowy i komercyjny odpowiada za prawie 25% energii zużywanej w Szkocji, z czego ponad połowę stanowi ciepło, a także ponad połowa emisji.

- Obecnie 6,5% naszego nieelektrycznego zapotrzebowania na ciepło jest generowane ze źródeł odnawialnych.

- Przemysł i rząd muszą nadal współpracować, jeśli mamy w pełni wykorzystać nasz potencjał, aby do 2045 r. osiągnąć poziom zerowy emisji zanieczyszczeń.

Szkocja odchodzi od spalania paliw kopalnych, a ostatnia elektrownia węglowa, Longannet, została zamknięta w 2016 roku. Jedyna pozostała elektrownia gazowa znajduje się w Peterhead w Aberdeenshire.

"Tanie, czyste źródła energii odnawialnej"

Wiatr na lądzie dostarcza około 70% mocy, a resztę stanowią hydroenergia i wiatr morski.

WWF Scotland pochwaliła nowe dane, ale stwierdziła, że trzeba zrobić więcej, aby zmniejszyć emisje z transportu i ogrzewania.

Menedżer ds. polityki klimatycznej i energetycznej, Holly O'Donnell, wezwała do przyspieszenia wprowadzania na rynek pojazdów elektrycznych i dotacji na ogrzewanie odnawialne w Szkocji. Powiedziała: - Odnawialne źródła energii nie tylko zmniejszają wpływ naszego zużycia energii elektrycznej na klimat, ale także generują miejsca pracy i dochody dla społeczności w całym kraju.

- Aby ograniczyć emisje klimatyczne z sektorów transportu i ciepła, będziemy musieli nadal zwiększać wykorzystanie tanich, czystych źródeł odnawialnych - dodała.

Źródło: BBC

Myśląc o tym, co chcesz osiągnąć w ciągu najbliższych kilku miesięcy i lat, prawdopodobnie masz kilka celów, które zakładają, że "staniesz się" kimś - na przykład dobrym sportowcem lub znakomitym lekarzem. Nazywamy je "celami tożsamościowymi", ponieważ służą osiągnięciu pewnej tożsamości i można je osiągnąć, angażując się w działania związane z tożsamością, takie jak trening do maratonu czy pójście na studia medyczne. Aby wprowadzić te zachowania w życie, możemy powiedzieć o nich innym: "Hej, zamierzam w tym roku przebiec maraton!" lub "Hurra! Jesienią wybieram się na studia medyczne!". Być może mamy poczucie, że mówienie innym o naszych zamierzonych działaniach pomoże nam je zrealizować, a w konsekwencji pomoże nam zbliżyć się do osiągnięcia naszych ostatecznych celów tożsamościowych. Jednak w tym tekście autorka opisuje dowody na to, że tak nie jest: mówienie innym o naszych planach dotyczących działań związanych z tożsamością może utrudnić nam ich realizację.

Dlaczego mówienie innym o naszych planach dotyczących działań związanych z tożsamością może powstrzymać nas przed ich faktycznym dokonaniem? Badania prowadzone przez Petera Gollwitzera wykazały, że jednostki czują się bliższe osiągnięcia swoich celów tożsamościowych, gdy ich działania związane z tożsamością (np. uczęszczanie na studia medyczne) są zauważane przez innych. Na podstawie tej pracy Gollwitzer i jego współpracownicy wysunęli hipotezę, że nawet jeśli inni zauważają tylko nasze plany dotyczące działań związanych z tożsamością, możemy również czuć się bliżej osiągnięcia naszych celów tożsamościowych. Ponieważ czujemy się wtedy bliżsi osiągnięcia naszych celów tożsamościowych, możemy odczuwać mniejszą potrzebę faktycznego realizowania tych zachowań. Dowody na potwierdzenie tej hipotezy zostały przedstawione w kilku różnych badaniach, z których jedno opisujemy tutaj.

Naukowcy badali studentów prawa, których celem tożsamościowym było osiągnięcie sukcesu w zawodzie prawnika. Poprosili ich o określenie w skali od 1 do 9, jak bardzo zamierzają "jak najlepiej wykorzystać możliwości edukacyjne w zakresie prawa". Innymi słowy, dali uczestnikom szansę na stwierdzenie, że mają plan, aby wprowadzić w życie określone zachowanie związane z tożsamością. Następnie miała miejsce jedna z dwóch rzeczy. W warunku rzeczywistości społecznej, eksperymentator potwierdzał, że uczestnik zakreślił opcję, którą chciał, a następnie wrzucał kwestionariusz do pudełka. W warunku bez rzeczywistości społecznej, uczestnicy byli po prostu instruowani, by wypełnić kwestionariusz, a następnie wrzucić go do pudełka bez jakiegokolwiek sprawdzania arkusza.

Aby zbadać, w jakim stopniu społeczne uznanie planu wykonania zachowania związanego z tożsamością wpływa na to, jak skutecznie ludzie realizują swoje plany, uczestnicy otrzymali 45 minut na pracę nad 20 różnymi sprawami z zakresu prawa karnego. Następnie badacze dokumentowali, ile minut uczestnicy spędzili pracując nad sprawami prawnymi. Wyniki pokazały, że uczestnicy w warunkach rzeczywistości społecznej (ci, których plany od razu zostały sprawdzone przez eksperymentatora) pracowali przez znacząco mniej czasu niż uczestnicy w warunkach braku rzeczywistości społecznej (ci, których plany nie zostały odczytane na głos przez eksperymentatora).

Społeczne rozpoznanie własnych planów nie tylko utrudnia ich realizację, ale może też prowadzić do przedwczesnego poczucia, że już posiadamy pożądaną tożsamość. W innym badaniu studenci prawa przychodzili do laboratorium i indywidualnie spotykali się z dwiema innymi osobami, które rzekomo również były studentami prawa. Wszyscy zostali poproszeni o spisanie planów, które miały im pomóc w osiągnięciu sukcesu w zawodzie prawnika. W warunku social-reality, uczestnicy musieli przeczytać na głos te plany do eksperymentatora i dwóch innych "studentów prawa". W warunku bez rzeczywistości społecznej poproszono ich o ocenę atrakcyjności dziesięciu zdjęć.

Następnie uczestnicy byli proszeni o ocenę, w jakim stopniu czuli się w tym momencie jurystami. Wyniki te ujawniły, że uczestnicy czuli się bardziej jak prawnik w społecznej rzeczywistości warunku niż w nie-społecznej rzeczywistości warunku. Kiedy ludzie opowiedzieli innym studentom o swoich planach zostania odnoszącym sukcesy prawnikiem, rzeczywiście czuli się bardziej jak prawnicy! Można sobie wyobrazić, że gdy czujemy się bardziej jak prawnicy, może być mniej prawdopodobne, że włożymy w to wystarczająco wiele pracy.

Zdaniem autorki te wnioski są szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że tak wielu z nas ogłasza na Facebooku swoje plany zaangażowania się w działania związane z tożsamością (np. "Zaczynam dziś trening maratoński" lub "Przez cały weekend będę w bibliotece"). Otrzymujemy wtedy społeczne uznanie w postaci polubień i komentarzy. Być może teraz będziemy świadomi, jak te nawyki mogą przeszkadzać w realizacji planów i osiągnięciu upragnionej tożsamości.

Źródło: Berkeley Science Review

Zespół fizyków z Uniwersytetów w Vermont i Waterloo odkrył, że sfera zimnych atomów helu podąża za dziwacznym prawem fizyki - zwanym prawem obszaru splątania - obserwowanym również w czarnych dziurach. Odkrycie to zostało opisane w 2017 roku w internetowym wydaniu czasopisma Nature Physics.

W latach siedemdziesiątych XX wieku sławni fizycy teoretyczni Stephen Hawking i Jacob Bekenstein odkryli coś dziwnego w czarnych dziurach.

Obliczyli oni, że kiedy materia wpada do jednej z tych bezdennych dziur w przestrzeni, ilość informacji, którą pochłania - co fizycy nazywają entropią - wzrasta tylko tak szybko, jak szybko wzrasta jej powierzchnia, a nie objętość.

- Odkryliśmy, że ten sam rodzaj prawa fizyki jest przestrzegany w przypadku informacji kwantowej w nadciekłym helu - powiedział Adrian Del Maestro, adiunkt na Wydziale Fizyki Uniwersytetu w Vermont i autor projektu.

Aby dokonać swojego odkrycia, dr Del Maestro i współautorzy stworzyli najpierw dokładną symulację fizyki ekstremalnie zimnego helu-4 (izotopu pierwiastka helu) po tym, jak przekształca się on z gazu w formę materii zwaną nadciekłością (lub nadpłynnością).

- Poniżej około dwóch Kelvinów, atomy helu-4 - wykazujące podwójną falowo-cząsteczkową naturę, którą odkrył Max Planck i inni - zlepiają się ze sobą w taki sposób, że poszczególne atomy nie mogą być opisane niezależnie od siebie - wyjaśniają naukowcy.

- Zamiast tego, tworzą one kooperacyjny taniec, który naukowcy nazywają splątaniem kwantowym.

Używając dwóch superkomputerów, zbadali oni interakcje 64 atomów helu w stanie nadpłynności.

Odkryli, że ilość splątanej informacji kwantowej współdzielonej pomiędzy dwoma regionami pojemnika - sfery superpłynnego helu-4 odgrodzonej od większego pojemnika - była określona przez pole powierzchni sfery, a nie jej objętość.

Wygląda na to, że podobnie jak holograf, trójwymiarowa objętość przestrzeni jest w całości zakodowana na jej dwuwymiarowej powierzchni. Zupełnie jak w czarnej dziurze.

Pomysł ten był przypuszczalnie związany z zasadą fizyki zwaną "lokalnością", ale nigdy wcześniej nie został zaobserwowany w eksperymencie.

Dzięki zastosowaniu kompletnej symulacji numerycznej wszystkich atrybutów helu-4, zespół był - po raz pierwszy w historii - w stanie wykazać istnienie prawa obszaru splątania w prawdziwej cieczy kwantowej.

- Nadciekły hel-4 mógłby stać się ważnym zasobem - paliwem - dla nowej generacji komputerów kwantowych - powiedział dr Del Maestro.

- Ale aby wykorzystać jego ogromny potencjał przetwarzania informacji, musimy głębiej zrozumieć, jak on działa - skwitował.

Źródło: Sci-News.com

Free Joomla! template by L.THEME