S-359 był rosyjskim okrętem podwodnym zbudowanym w 1953 roku i pozostawał w aktywnej służbie do 1989 roku. Został sprowadzony do Danii dzięki projektowi aktywizacji młodzieży, który chciał przekształcić go w obiekt kulturalny i atrakcję turystyczną. W Danii był często określany jako U359.

Galeria Rolling w miejscowości Kolding była młodzieżowym projektem aktywizującym, w ramach którego w 1991 roku zwrócono się do ówczesnego prezydenta Związku Radzieckiego Michaiła Gorbaczowa z pytaniem, czy podarowałby łódź podwodną jako symbol upadającego pokoju między Wschodem a Zachodem. Umowa przewidywała, że okręt zostanie odrestaurowany w ramach projektu aktywizacji, a następnie wykorzystany jako obiekt kulturalny i atrakcja turystyczna. Gorbaczow zgodził się na to porozumienie i po trzech latach zmagania się z biurokracją, S-359 w końcu dotarł do Kolding w 1994 roku. Kiedy S-359 wynurzył się z wody i został umieszczony na pływającej barce, można było zobaczyć, jak wielki jest naprawdę - okręt ten był typu Whiskey V, miał 76 metrów długości, 6,3 metrów szerokości i 11 metrów wysokości, a jego waga wynosiła 1080 ton. Ostateczną lokalizacją miała zostać tzw. Marina South, ale mieszkańcy okolicy zaprotestowali i wielu obywateli wsparło protesty. Wydawało się to zbyt destruktywne dla tego obszaru.

Po licznych doniesieniach prasowych i debatach na temat ekonomii i samej lokalizacji, w 1997 roku Kolding przekazało łódź podwodną gminie Nakskov. W tym miejscu łódź podwodna po raz kolejny zyskała rozgłos. Tym razem za sprawą scysji pomiędzy gminą Nakskov a funduszem na rzecz łodzi podwodnej, kiedy to plany stworzenia przy niej centrum rozrywki nie zostały zrealizowane. Fundusz na rzecz okrętów podwodnych przeniósłby się do Frederikshavn, ale gmina Nakskov nie chciała współpracować. Okręt funkcjonował jako atrakcja turystyczna w Nakskov do 2010 roku. W kwietniu 2011 r. został przeholowany do Frederikshavn, gdzie został przeznaczony na złom.

Źródło: Wikipedia (wersja duńska)

Człowiek odporny na ból istniał w takiej czy innej formie od wieków. Od Fakirów chodzących po rozżarzonych węglach, przez osoby o niezwykłej fizjologii, jak wielki Mirin Dajo, po osoby wbijające sobie gwoździe głęboko w różne otwory twarzy. Jednak niewiele osób zawładnęło wyobraźnią współczesnych odbiorców popkultury bardziej niż Frank "Cannonball" Richards.

W 1932 roku Richards pojawił się na scenie widowiskowej ze swoim niezwykłym występem i bombastycznym brzuchem. Sławę przyniósł Frankowi tzw. "żelazny brzuch", a jego występ polegał na przyjmowaniu silnych ciosów w dolną część tułowia.

Nie były to jednak delikatne uderzenia. Richards poddawał swój brzuch fizycznym torturom, które przeciętnego mężczyznę wpędziłyby w trakcje hospitalizacji na wiele dni - jeśli nie tygodni.

Richards rozpoczął swoją dziwną podróż w kierunku znęcania się nad brzuchem pozwalając swoim przyjaciołom uderzać go w "bebechy". Niewrażliwość na ból skłoniła go do posunięcia się o krok dalej, aż w końcu znosił i przyjmował ciosy od mistrza wagi ciężkiej w boksie, Jacka Dempseya.

"Cannonball" stale zwiększał poziom cierpienia, jakiemu poddawał swój brzuch. Wkrótce pozwolił, aby widzowie po nim skakali. Następnie pozwalał sobie na uderzanie kijem, a później był w stanie wytrzymać wielokrotne uderzenia młotem kowalskim. Ze wszystkich raportów i zapisów wynika, że podczas tych występów nie stosowano żadnych sztuczek.

I ostatecznie - w wyczynie, przez który Richards będzie na zawsze zapamiętany, mężczyzna przyjmował na siebie strzał w brzuch kulą armatnią.

Warto podkreślić, że do tego występu "Cannonball" używał sprężynowej armaty. Jednak prędkość, z jaką poruszała się kula, nadal przekraczała granice rozsądku i prawdopodobnie zabiłaby lub poważnie zraniła przeciętnego człowieka.

Wyczyn ten, wykonywany dwa razy dziennie w okresie jego największej popularności, pozostaje niemal ikonicznym zdjęciem demonstrującym skrajności możliwe do osiągnięcia w tolerancji bólu fizycznego. Oczywiście jest on również uważany za uosobienie głupoty i dobitny przykład uzyskania sławy bez talentu czy umiejętności idących w parze. Podobny motyw wykorzystano w jednym z odcinków 7. sezonu "The Simpsons", w którym główny bohater - Homer - zostaje zatrudniony do tzw. "freak show", podczas którego ma przyjmować wystrzały armatnie na brzuch.

Źródło: The Human Marvels, Wikipedia

sobota, 20 marzec 2021 11:22

Jak wyglądał Jezus?

Przez wieki najbardziej powszechnym wizerunkiem Jezusa Chrystusa, przynajmniej w kulturze zachodniej, był wizerunek brodatego, jasnoskórego mężczyzny z długimi, falującymi, jasnobrązowymi lub blond włosami i (często) niebieskimi oczami. Biblia jednak nie opisuje Jezusa fizycznie, a wszystkie dowody, jakie posiadamy, wskazują, że prawdopodobnie wyglądał zupełnie inaczej, niż go od dawna przedstawiano.

Co stwierdza Biblia?

Biblia oferuje niewiele wskazówek na temat fizycznego wyglądu Chrystusa. Większość tego, co wiemy o Jezusie, pochodzi z pierwszych czterech ksiąg Nowego Testamentu: Ewangelii Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Według Ewangelii, Jezus był Żydem urodzonym w Betlejem i wychowanym w mieście Nazaret, w Galilei (dawniej Palestyna, obecnie północny Izrael) w pierwszym wieku naszej ery.

Wiemy, że Jezus miał około 30 lat, kiedy rozpoczął swoją służbę (Ewangelia Łukasza 3:23), ale Biblia nie mówi nam praktycznie nic o tym, jak wyglądał - poza tym, że nie wyróżniał się w żaden szczególny sposób. Kiedy Jezus został aresztowany w ogrodzie Getsemani przed ukrzyżowaniem (Ewangelia wg św. Mateusza 26:47-56), Judasz Iskariota musiał wskazać Jezusa swoim żołnierzom spośród uczniów - prawdopodobnie dlatego, że wszyscy byli do siebie podobni.

Dla wielu uczonych, Apokalipsa św. Jana (1:14-15) oferuje wskazówkę, w myśl której skóra Jezusa miała ciemniejszy odcień, a jego włosy były wełniste. Włosy na jego głowie, jak to jest napisane, "były białe jak biała wełna, białe jak śnieg. Jego oczy były jak płomień ognia, a stopy jak wypalony brąz, oczyszczony niczym w piecu".

- Nie wiemy, jak wyglądał [Jezus], ale jeśli wszystkie rzeczy, które o nim wiemy są prawdziwe, był palestyńskim Żydem żyjącym w Galilei w pierwszym wieku - mówi Robert Cargill, adiunkt klasyki i religioznawstwa na Uniwersytecie Iowa i redaktor Biblical Archaeology Review. - Wyglądałby więc jak palestyński Żyd z pierwszego wieku. Wyglądałby jak żydowski Galilejczyk.

Jak zmieniały się wizerunki Jezusa na przestrzeni wieków?

Niektóre z najwcześniejszych znanych artystycznych przedstawień Jezusa pochodzą z połowy III wieku n.e., czyli ponad dwa stulecia po jego śmierci. Są to malowidła w starożytnych katakumbach św. Domityli w Rzymie, odkryte po raz pierwszy około 400 lat temu. Odzwierciedlając jeden z najbardziej powszechnych wizerunków Jezusa w tamtym czasie, malowidła przedstawiają Chrystusa jako Dobrego Pasterza, młodego, krótkowłosego, brodatego mężczyznę z owieczką na ramieniu.

Kolejny rzadki wczesny portret Jezusa został odkryty w 2018 roku na ścianach zrujnowanego kościoła w południowym Izraelu. Namalowany w VI wieku n.e., jest najwcześniejszym znanym wizerunkiem Chrystusa odnalezionym w Izraelu i przedstawia go z krótszymi, kręconymi włosami - co jest wizerunkiem, który był powszechny we wschodnim regionie imperium bizantyjskiego, zwłaszcza w Egipcie i regionie Syria-Palestyna, jednak zniknęło z późniejszej sztuki bizantyjskiej.

Długowłosy, brodaty wizerunek Jezusa, który pojawił się w IV wieku n.e., był pod silnym wpływem przedstawień greckich i rzymskich bogów, zwłaszcza wszechmocnego greckiego boga Zeusa. W tym momencie Jezus zaczął pojawiać się w długiej szacie, siedząc na tronie (tak jak na mozaice z V wieku na ołtarzu kościoła Santa Pudenziana w Rzymie), czasami z aureolą otaczającą jego głowę.

- Celem tych wizerunków nigdy nie było pokazanie Jezusa jako człowieka, ale stworzenie teologicznych punktów na temat tego, kim Jezus był jako Chrystus (Król, Sędzia) i boski Syn - napisała w The Irish Times Joan Taylor, profesor chrześcijańskich początków i judaizmu drugiej świątyni w King's College London. - Z biegiem czasu ewoluowały one do standardowego "Jezusa", którego dziś znamy.

Oczywiście nie wszystkie wizerunki Jezusa są zgodne z dominującym obrazem przedstawianym w sztuce zachodniej. W rzeczywistości, wiele różnych kultur na całym świecie przedstawiało go, wizualnie przynajmniej, jako jednego ze swoich. - Kultury mają tendencję do przedstawiania wybitnych postaci religijnych tak, aby wyglądały jak dominująca tożsamość rasowa - wyjaśnia Cargill.

Co z Całunem Turyńskim?

Spośród wielu możliwych relikwii związanych z Jezusem, które pojawiły się na przestrzeni wieków, jedną z najbardziej znanych jest Całun Turyński, który ukazał się w 1354 roku. Wierzący twierdzili, że Jezus został zawinięty w ten kawałek płótna po ukrzyżowaniu, a na całunie widnieje wyraźny wizerunek jego twarzy. Jednak wielu ekspertów odrzuciło całun jako fałszywy, a sam Watykan określa go raczej jako "ikonę" niż relikwię.

- Całun Turyński został kilkakrotnie obalony jako średniowieczne fałszerstwo - mówi Cargill. - Jest on częścią większego zjawiska, które istnieje od czasów samego Jezusa, polegającego na próbach zdobycia (a jeśli nie można ich zdobyć - wytworzenia) przedmiotów, które są częścią ciała, życia i służby Jezusa - w celu albo legitymizacji jego istnienia i twierdzeń o nim, albo w niektórych przypadkach, okiełznania jego cudownych mocy.

Co mogą nam powiedzieć badania i nauka

W 2001 roku emerytowany artysta medyczny Richard Neave poprowadził zespół izraelskich i brytyjskich antropologów sądowych oraz programistów komputerowych do stworzenia nowego wizerunku Jezusa, w oparciu o izraelską czaszkę z I wieku n.e., modelowanie komputerowe i wiedzę o tym, jak wyglądali Żydzi w tamtych czasach. Chociaż nikt nie twierdzi, że jest to dokładna rekonstrukcja tego, jak faktycznie wyglądał sam Jezus, uczeni uważają ten wizerunek - około 152 cm wzrostu, z ciemniejszą skórą, ciemnymi oczami i krótszymi, bardziej kręconymi włosami - za bardziej dokładny niż wiele artystycznych przedstawień syna Bożego.

W swojej książce z 2018 roku pt. "What Did Jesus Look Like?", Taylor wykorzystała szczątki archeologiczne, teksty historyczne i starożytną egipską sztukę pogrzebową, aby dojść do wniosku, że podobnie jak większość ludzi w Judei i Egipcie w tamtych czasach, Jezus najprawdopodobniej miał brązowe oczy, ciemnobrązowe lub czarne włosy i oliwkowo-brązową skórę. Mógł mieć około 166 cm wzrostu, co odpowiada przeciętnemu wzrostowi mężczyzny w tamtych czasach.

Choć Cargill zgadza się, że te nowsze wizerunki Jezusa - z ciemniejszymi, być może kręconymi włosami, ciemniejszą skórą i ciemnymi oczami - prawdopodobnie są bliższe prawdy, podkreśla, że tak naprawdę możemy nigdy nie dowiedzieć się, jak dokładnie wyglądał Jezus.

- Jak wyglądali żydowscy Galilejczycy 2000 lat temu? Oto jest pytanie. Prawdopodobnie nie mieli niebieskich oczu i blond włosów - skwitowała.

Źródło: History.com

niedziela, 07 marzec 2021 17:16

Jak piwo rządziło światem

Wyobraźmy sobie, że udaje nam się odkopać starożytne cmentarzysko i natrafić na browar. Tak właśnie stało się w zeszłym miesiącu, kiedy rząd egipski ogłosił, że zespół egipskich i amerykańskich archeologów odkrył najstarszą znaną fabrykę piwa na świecie. Piramidy, faraonowie, a teraz smaczne napoje dla dorosłych - starożytny Egipt miał to wszystko.

Fabryka została odkopana w Abydos, 450 kilometrów na południe od Kairu i na zachód od rzeki Nil. Abydos znane jest przede wszystkim ze swoich świątyń i praktyk pogrzebowych, z licznymi pomnikami ku czci Ozyrysa, boga zmarłych. Mostafa Waziri (sekretarz generalny Najwyższej Rady Starożytności) zauważył, że odkrycia dokonano w miejscu starożytnego cmentarza i że fabryka piwa pochodzi z czasów panowania króla Narmera, który żył i rządził na początku Pierwszego Okresu Dynastycznego, ponad 5000 lat temu.

Dr Matthew Adams, z Instytutu Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Nowojorskim i jeden z liderów (wraz z dr Deborah Vischak z Uniwersytetu Princeton) misji, powiedział, że fabryka została zbudowana, aby dostarczać piwo do królewskich rytuałów. Sam browar był podzielony na osiem dużych sekcji, z których każda zawierała 40 glinianych garnków do mieszania ziarna i wody. Adams dodał, że w czasach swojej świetności browar mógł produkować nawet 22 400 litrów piwa na raz. Piwo było ważną częścią diety starożytnych Egipcjan i pili je wszyscy, od faraonów po chłopów, a robotnicy byli nawet czasem opłacani w złocistym napoju.

Choć fabryka w Abydos jest tak leciwa, nie była pierwszym miejscem, w którym produkowano piwo. Najstarszy napój alkoholowy na świecie pochodzi prawdopodobnie z Chin, ale piwo wywodzi się prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu. Fabryka jest z grubsza zbieżna z ceramicznymi naczyniami - wciąż pokrytymi lepkim osadem z piwa - znalezionymi w starożytnej Mezopotamii. Sumeryjski "Hymn do Ninkasi" (ok. 1800 r. p.n.e.), śpiewany na cześć bogini piwa, zawiera przepis, który sporządzały kapłanki. Dla starożytnych Sumerów piwo było podstawą, ponieważ było zdrowsze niż picie wody ze strumieni, która często była zanieczyszczona odchodami zwierząt.

Starożytne egipskie piwo było aromatyzowane mandragorą, oliwą z oliwek i daktylami, które nadawały mu słodki smak, a dopiero wraz z rozwojem piwa wśród średniowiecznych mnichów do mieszanki dodano chmiel. Mimo że chmiel stanowi podstawę najpopularniejszej obecnie formy piwa, w średniowiecznym świecie miał on wielu konkurentów. Już w VIII wieku n.e. piwowarzy stosowali w swoich miksturach gruit (mieszankę roślin, które podobnie jak chmiel zapobiegają rozwojowi bakterii w płynie). Richard Unger w swojej książce "Beer in the Middle Ages and Renaissance" ("Piwo w średniowieczu i renesansie") twierdzi, że gruit był najpopularniejszą formą piwa w XII wieku.

Dla wielu piwowarów dodatki smakowe były koniecznością. Na przykład bawarskie piwa letnie fermentowały w otwartych beczkach, które były wystawione na działanie bakterii i przez to mogły się zepsuć. Aby ukryć smak tych letnich piw, piwowarzy dodawali inne składniki, w tym rośliny strączkowe, sól, kredę, sadzę, a nawet żółć wołu i krew kurczaka. Piwo musi smakować dość kiepsko, by dodawać do niego żółć dla poprawy smaku. Popularność piwa prowadziła, niemal nieuchronnie, do regulacji prawnych. W 1156 roku miasto Augsburg wydało dekret, na mocy którego złe piwo miało być "niszczone lub rozdawane ubogim bez opłat". Do roku 1336 miasto Monachium powołało inspektorów piwnych, a w roku 1516 książę bawarski Wilhelm IV wydał Reinheitsgebot, czyli ustawę o czystości piwa, która stanowiła, że w bawarskim piwie można używać wyłącznie jęczmienia, chmielu i wody. Dekret ten, który w 1906 roku stał się prawem obowiązującym w całych Niemczech, jest najstarszym na świecie przepisem dotyczącym bezpieczeństwa żywności.

Bawarczycy nie byli jednak pierwszymi, którzy próbowali ustanowić przepisy dotyczące piwa. Kleopatra wprowadziła podatek od piwa, które starożytni Egipcjanie woleli od wina, by sfinansować swoje wojny z Rzymem. Jak ujął to Jason Lambrecht, "było to tak oburzające dla Egiptu, że można by to porównać do dzisiejszego podatku od wody". Podatek Kleopatry został owiany złą sławą, ale mimo to inne rządy próbowały go wprowadzać z różnym skutkiem. W XIII wieku, francuskie miasto Aix-la-Chapelle zadekretowało, że piwowarom, którzy nie zapłacą podatków, zostaną odcięte prawe ręce. Kiedy w XVII wieku Brytyjczycy podnieśli podatki od piwa, nieumyślnie uczynili z ginu najtańszy napój alkoholowy w kraju. Wynikające z tego powszechne spożycie ginu doprowadziło do poważnych problemów z alkoholizmem w Wielkiej Brytanii, a wskaźnik zgonów wyprzedził w tym okresie wskaźnik urodzeń.

Opodatkowanie piwa nie zawsze jest jednak czymś złym. Kiedy 27-letni Arthur Guinness założył swój browar w 1752 roku, zdecydował się na warzenie ciemnego piwa z niesłodowanego, palonego jęczmienia, ponieważ pozwoliło mu to obniżyć podatki, które w przeciwnym razie musiałby płacić od słodu i dodatkowego węgla. Wprowadzenie przez Wielką Brytanię ceł na piwo (i wino) w 1764 roku było jednym z wielu podatkowych wybryków, które przyczyniły się do wybuchu rewolucji amerykańskiej. Po uzyskaniu niepodległości piwo było w powszechnym obiegu bez podatku, dopóki Abraham Lincoln i Kongres, podobnie jak wcześniej Kleopatra, nie wprowadzili w 1862 roku podatku w wysokości 1 dolara za baryłkę, by pomóc w opłaceniu wojny secesyjnej. Można powiedzieć, że pijąc piwo, wspierano wolność.

Dziś piwo pozostaje najpopularniejszym napojem alkoholowym w Ameryce. Z historycznego punktu widzenia wydaje się, że tak było od zawsze. Szesnastowieczni koloniści, adaptując recepturę opracowaną przez rdzennych Amerykanów, używali w swoich przepisach kukurydzy zamiast słodu. Znamienne jest, że jedno z pierwszych ogłoszeń o pracę, zamieszczonych w Anglii przez mieszkańców Jamestown w Wirginii, dotyczyło "dwóch piwowarów", którzy mieliby się do nich przyłączyć i robić piwo.

Podobnie jak Amerykanie, starożytni Egipcjanie uwielbiali swoje piwo. Dopiero gdy Rzymianie, którzy woleli wino i chleb, uczynili z Egiptu spichlerz imperium rzymskiego, browary zastąpiono magazynami zbożowymi. Wraz z tym procesem receptury piwne Egipcjan zostały utracone - ale być może to nowe odkrycie pomoże ujawnić tajemnice starożytnego przemysłu piwowarskiego.

Źródło: Daily Beast

niedziela, 21 luty 2021 09:23

Pokojowa wojna 335-letnia

Wojna 335-letnia to nazwa nadana pokojowej wojnie między Holandią a wyspami Scilly, która trwała przez 335 lat bez odnotowanego ani jednego wystrzału.

Początków konfliktu należy szukać w drugiej angielskiej wojnie domowej (1642-1648), toczonej między rojalistami a parlamentarzystami w latach 1642-1652. Oliver Cromwell zwalczał rojalistów na krańcach królestwa, a na południu Anglii oznaczało to, że Kornwalia była ostatnią twierdzą rojalistów. W 1648 r. Cromwell parł naprzód, aż w końcu Kornwalia znalazła się w rękach parlamentarzystów.

Głównym atutem rojalistów była marynarka wojenna, która opowiedziała się za księciem Walii. Na południu marynarka rojalistów została zmuszona do wycofania się na wyspy Scilly, będące w posiadaniu rojalisty Sir Johna Grenville'a.

Sojusz marynarki holenderskiej

Marynarka Zjednoczonych Prowincji Niderlandów była sprzymierzona z parlamentarzystami. Niderlandy były wspierane przez Brytyjczyków pod wodzą królowej Elżbiety I w wojnie osiemdziesięcioletniej, która doprowadziła do uniezależnienia się Holandii od Hiszpanii w styczniu 1648 roku.

Holenderska marynarka ponosiła ciężkie straty w wyniku działań floty rojalistycznej stacjonującej w Scilly. Admirał Maarten Harpertszoon Tromp (1597-1653) zażądał od floty rojalistycznej zadośćuczynienia za holenderskie statki i towary przez nią przejęte. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, Tromp wypowiedział wojnę. W 1651 r. wojna została wypowiedziana konkretnie wyspom Scilly.

Poddanie się rojalistów

Wkrótce po wypowiedzeniu wojny Wyspom Kornwalijskim, siły parlamentarzystów pod dowództwem admirała Roberta Blake'a (1599-1657) zmusiły flotę rojalistów do kapitulacji w czerwcu 1651 roku. Oznaczało to, że flota holenderska nie była już zagrożona, więc odpłynęła bez wystrzału. Ze względu na wojenną niejasność deklaracji narodu wobec małej części kraju, Holendrzy zapomnieli oficjalnie ogłosić pokój.

Deklaracja

Według Whitelocke's Memorials, list z 17 kwietnia 1651 roku wyjaśnia: "Tromp przybył do Pendennis i poinformował, że był na Scilly, aby zażądać reparacji za holenderskie statki i dobra przez nie zabrane. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, wypowiedział im wojnę".

Ponieważ większość Anglii była teraz w rękach parlamentarzystów, wojnę wypowiedziano właśnie wyspom Scilly.

Traktat pokojowy

W 1985 roku lokalny radny i historyk, Roy Duncan, napisał do Ambasady Holenderskiej w Londynie w związku z mitem o niepodpisaniu traktatu pokojowego. Ambasada holenderska uznała te mity za prawdziwe i została zaproszona na wyspy w celu podpisania traktatu pokojowego. Traktat ten został podpisany między przewodniczącym Rady Wysp Scilly, Royem Duncanem, a ambasadorem holenderskim w Londynie, Jonkheerem Huydecoperem, 17 kwietnia 1986 roku - 335 lat po wypowiedzeniu wojny.

Autentyczność

Bowley twierdzi , że list w Whitelock's Memorials jest prawdopodobnym źródłem legendy o "wypowiedzeniu wojny": "Tromp nie miał zgody od swojego rządu, by wypowiedzieć wojnę rebeliantom na Scilly (...) ale przybył, by spróbować - poprzez pokaz siły, groźby, a nawet być może przemoc, choć nigdy do tego nie doszło - starać się o zadośćuczynienie za piractwo rojalistów, ale bez uciekania się do jakichkolwiek działań, które mogłyby urazić Królestwo. (...) nawet jeśli (wypowiedzenie wojny) nastąpiłoby w 1651 r., wszystkie sprawy z tym związane zostałyby rozwiązane w 1654 r. w ramach traktatu między Anglią a Zjednoczonymi Prowincjami, zawartego na zakończenie I wojny holenderskiej."

Źródło: Scilly News

Holenderska flota utknęła w lodzie. Wysłano grupę francuskich żołnierzy, by ją zdobyli. Co mogło pójść nie tak? Wojny rewolucyjnej Francji trwały dekadę, ale ich najdziwniejszy moment trwał zaledwie kilka dni.

Bitwa o Texel pozostaje jedynym przypadkiem w historii, w którym oddział kawalerii - żołnierzy na koniach - zdobył flotę statków. Miało to miejsce w 1795 roku, choć trzeba dodać, że... nie była to do końca bitwa.

Zima 1794-1795 była w Holandii wyjątkowo mroźna, a kiedy nadeszła burza, holenderska flota zakotwiczona w cieśninie Marsdiep próbowała schronić się przy wyspie Texel do czasu, aż sztorm minie - ale wtedy  flota została otoczona lodem, jak pisze autor David Blackmore. W tym czasie Francuzi walczyli z Republiką Holenderską oraz z rewolucjonistami w Holandii, którzy popierali idee Rewolucji Francuskiej.

Wieść o zakleszczonych statkach dotarła do francuskiego generała Jean-Charlesa Pichegru, który kazał Johanowi Williem de Winterowi, holenderskiemu admirałowi pracującemu dla Francuzów, zająć się tą sprawą. De Winter wysłał piechotę, kalwarię i artylerię konną - oddziały przybyły 22 stycznia i rozbiły obóz na noc.

- Widząc ich ogniska, kapitan Reyntjes, najstarszy i najwyższy rangą oficer w holenderskiej flocie tymczasowo nią dowodzący, przygotował się do wytoczenia wszystkich dział i zatopienia statków - pisze Blackmore. Jednak około północy nadeszła wiadomość, że rewolucjoniści przejęli władzę i chcą wstrzymać walki.

- Gdyby nie to zawieszenie broni w porę, mogłoby dojść do epokowej walki między armią lądową a flotą - pisze Blackmore.

Istnieją też inne mające sens powody, dla których do bitwy nie doszło. Francuzi potrzebowaliby ciężkich dział i drabin, by wspiąć się na statki - Holendrzy nie byli tak bezbronni, jak się wydawało. Zamarznięte w lodzie, blisko siebie, i dobrze uzbrojone, holenderskie siły z jednego statku mogły osłaniać drugi. W sumie było tam 14 holenderskich okrętów, a więc spora siła ognia.

Francuski dowódca wysłał huzarów, słynnych francuskich kawalerzystów, aby sprawdzili, czy uda im się zastraszyć Holendrów i zmusić ich do poddania się i w tamtym momencie ci nie zamierzali robić nic więcej.

- Lata później francuscy propagandyści wojskowi przedstawiali nieprawdopodobną historię o 'obdartusach' pędzących na koniach przez lód, by gołym mieczem zdobyć flotę Holandii - opisuje Blackmore. - W rzeczywistości było to o wiele bardziej prozaiczne.

Zdaniem Blackmore'a nie jest całkowicie jasne, co się stało, ale nie było wielkiej bitwy i prawdopodobnie scena ta była całkiem spokojna - wojskowi podjechali do statku Reyntjesa i obie strony zgodziły się czekać na rozkazy.

- Pięć dni później holenderskie załogi złożyły przysięgę, że będą stosować się do francuskich rozkazów i utrzymywać dyscyplinę marynarki, ale pozwolono im pozostać pod holenderską banderą - skwitował autor.

Źródło: Smithsonian Magazine

wtorek, 16 luty 2021 16:55

Albert Einstein i jego "Rok Cudów"

Przeszło sto lat temu Albert Einstein ukończył pracę naukową, która miała zmienić świat. Jego radykalne spojrzenie na naturę światła pomogło Einsteinowi przeistoczyć się z nieznanego urzędnika patentowego w geniusza stojącego w centrum dwudziestowiecznej fizyki.

Naukowcy nazywają rok 1905 Rokiem Cudów Alberta Einsteina - annus mirabilis. W ciągu kilku miesięcy Einstein napisał serię prac, które zmieniły sposób, w jaki postrzegamy wszechświat. Zawierały one, przykładowo, jego teorię szczególnej względności i słynne równanie E=mc².

Pierwsza praca opisywała jego cząsteczkową teorię światła, która stała się jednym z fundamentów współczesnej fizyki. Jak głosi legenda, Einstein był urzędnikiem w urzędzie patentowym, gdy wymyślił swoje radykalne teorie - ale był także doktorantem, który spędzał wolny czas, debatując z przyjaciółmi nad najnowszymi odkryciami fizyki.

W marcowym artykule z 1905 roku Einstein bezpośrednio zakwestionował ortodoksję fizyki - ortodoksję, która rosła i umacniała się przez ponad wiek, ortodoksję, która opierała się na eksperymentach i daleko idącej teorii.

Wszyscy fizycy w 1905 roku wiedzieli, czym jest światło. Niezależnie od tego, czy pochodziło ze Słońca, czy z żarówki, wiadomo było, że światło jest falą, to znaczy ciągiem jednakowo rozłożonych grzbietów oddzielonych jednakowo rozłożonymi rynnami, gdzie odległość między grzbietami (lub rynnami) określa kolor światła. Wszyscy uczeni wiedzieli bez wątpienia, że światło ma swój początek w źródle, rozchodzi się równomiernie i w sposób ciągły po całej dostępnej mu przestrzeni i rozchodzi się z miejsca na miejsce w postaci elektromagnetycznych grzbietów i koryt. Światło nazwano falą elektromagnetyczną lub, ogólniej, promieniowaniem elektromagnetycznym. W 1905 roku falowa natura światła była faktem stwierdzonym, niepodważalnym.

W obliczu tej powszechnie obowiązującej wiedzy Einstein zaproponował, że światło nie jest falą ciągłą, lecz składa się ze zlokalizowanych cząstek. Jak napisał Einstein we wstępie do swojej marcowej pracy: "Zgodnie z założeniem, które należy tu rozważyć, kiedy promień światła rozchodzi się z jakiegoś punktu, energia nie jest rozprowadzana w sposób ciągły po coraz większych przestrzeniach, ale składa się ze skończonej liczby kwantów energii, które są zlokalizowane w punktach przestrzeni, poruszają się bez podziału i mogą być absorbowane lub generowane tylko jako całość".

Zdanie to zostało nazwane "najbardziej 'rewolucyjnym' zdaniem napisanym przez fizyka XX wieku".

Einstein przewidział wpływ swojej pracy. W maju 1905 roku, zanim praca ukazała się drukiem, poinformował swojego przyjaciela Conrada Habichta, że nadchodząca praca na temat własności światła będzie "niezwykle rewolucyjna". Ze współczesnej perspektywy co najmniej trzy prace Einsteina z 1905 roku były podobnie nowatorskie, ale wówczas dla Einsteina tylko "założenie rozważane tutaj [w pracy marcowej]" stanowiło ostre zerwanie z ustaloną tradycją. Było ono rewolucyjne w tamtym czasie i takie pozostaje nadal. W czerwcu 1906 roku przyszły fizyk Max von Laue, laureat Nagrody Nobla, napisał do Einsteina jednoznacznie zaprzeczając jego założeniu:

"Kiedy na początku swojej ostatniej pracy formułuje Pan swoje heurystyczne stanowisko, że energia promieniowania może być pochłaniana i emitowana tylko w określonych skończonych kwantach, nie mam żadnych zastrzeżeń. Wszystkie Pańskie zastosowania również zgadzają się z tym sformułowaniem. Teraz nie jest to cecha procesów elektromagnetycznych w próżni, ale raczej emitującej lub absorbującej materii, a zatem promieniowanie nie składa się z kwantów światła, jak to jest napisanena stronie 6. Pańskiej pierwszej pracy - raczej tylko wtedy, gdy wymienia energię z materią, zachowuje się tak, jakby się z nich składało."

Von Laue był najwyraźniej skłonny przyznać, że w procesie emisji i absorpcji światła były zaangażowane kwanty, ale poza tym był nieugięty: światło podróżowało przez próżnię przestrzeni jako fala, a nie jako kwanty. Laue nie był w swoim przekonaniu odosobniony. W 1905 r. rozmiar odejścia Einsteina od usankcjonowanych przekonań na temat światła był tak niepokojący, że jego cząsteczkowa teoria światła nie została zaakceptowana przez dwie kolejne dekady.

Źródło: NPR.org

środa, 10 luty 2021 08:50

Czyngis-chan przykładem feministy?

Historyk Jack Weatherford w pojedynkę przeprowadził ocieplanie wizerunku Czyngis-chana. W swojej wcześniejszej książce prześledził wpływ zdobywcy na historię świata: jedna z największych i najlepiej zorganizowanych stref wolnego handlu, jaką kiedykolwiek widział glob, całkowita tolerancja religijna w imperium mongolskim - nawet koncepcja immunitetu dyplomatycznego pochodzi właśnie od Czyngis-chana.

W swojej nowej publikacji Weatherford dowodzi, że to jego córki, a nie synowie, sprawiły, że imperium Czyngis-chana odniosło sukces. I kiedy synowie zrujnowali imperium, to właśnie kobieta stworzyła Mongolię na nowo pod koniec XV wieku.

Temudżyn, młody człowiek, który został później Czyngis-chanem, dorastał w mało znaczącym klanie w mało znaczącym narodzie. Inne pasterskie narody rozkwitały na stepach na północ od Chin w XII wieku. Najeżdżały i handlowały z Chinami, walczyły o kontrolę nad Jedwabnym Szlakiem. Tymczasem Mongołowie byli mało ważnymi graczami na światowej arenie.

Wychowywany przez matkę, Temudżyn nauczył się mongolskiej duchowości - równowagi między mężczyzną i kobietą, Matką Ziemią i Ojcem Niebem. Potężniejsi władcy mongolscy nie szanowali żeńskich aspektów świata.

Gdy Temudżyn został Wielkim Chanem Mongołów w 1206 roku, miał 40 lat i liczną rodzinę, w tym "czterech samolubnych synów, którzy okazali się dobrzy w piciu, mierni w walce i kiepscy we wszystkim innym".

Ale miał też siedem lub osiem córek, których imiona i życie są znacznie mniej znane. Weatherford musiał "poskładać" ich historie na nowo z różnych źródeł. Były to z pewnością niezwykłe młode kobiety.

Małżeństwo jako misja wojskowa

Czyngis-chan prowadził politykę strategicznych małżeństw. Wydawał córkę za mąż za króla sprzymierzonego narodu. Pozostałe żony króla były usuwane. Następnie przeznaczał swojego nowego zięcia do służby wojskowej w wojnach mongolskich, podczas gdy córka przejmowała rządy w królestwie. Większość zięciów rzecz jasna ginęła w walce.

W ten sposób Czyngis-chan zbudował tarczę ochronną wokół ojczyzny Mongołów, jednocześnie rozszerzając podlegające mu terytorium. W swoich instrukcjach małżeńskich dla córki Alaqai "nie pozostawił żadnych wątpliwości, że jest to ważne zadanie wojskowe. Nie miała ona jedynie zarządzać, ale rządzić - tym samym rozpoczynając ekspansję Mongołów z narodu plemiennego w globalne imperium."

Do czasu śmierci Czyngis-chana, jego córki rządziły od Morza Żółtego do Kaspijskiego. Prawdopodobnie nigdy wcześniej, ani później, kobiety nie miały tak wielkiej władzy nad tak rozległym regionem.

Synowie zaczęli ograniczać tę władzę, gdy tylko ich ojciec umarł. Każdy z nich otrzymał w spadku terytorium, a najłatwiejszym sposobem na jego powiększenie było odebranie go siostrom.

Gdy córki starzały się i umierały, synowie (i wnuki) przejmowali ich królestwa. Władzę zdobyło nowe pokolenie kobiet: synowe Czyngis-chana, które przejęły władzę, podczas gdy ich mężowie zapili się na śmierć.

Zniszczenie dziedzictwa Czyngis-chana

Imperium mongolskie zaczęło się rozpadać na skłócone prowincje, ale władcy zawsze musieli pochodzić z rodu Borijinów Czyngis-chana. Często były to zwykłe dzieci, instalowane przez miejscowego potężnego watażkę, a następnie zabijane, gdy dorastały na tyle, by stanowić zagrożenie.

W 1464 roku Wielki Chan Manduul wziął sobie nastoletnią narzeczoną o imieniu Manduhai. Pomimo swojego tytułu, był on więźniem lokalnych watażków, a Manduhai była osobą bez większego znaczenia. Ale gdy miała 23 lata, Wielki Chan już nie żył, podobnie jak jego następca prawny, a ostatni Borijin był pięcioletnim chłopcem w niepewnym stanie zdrowia.

Małżeństwo z wdową po Wielkim Chanie było bezpośrednią drogą do tronu (niezależnie od tego, ile była warta). Ale Manduhai odrzuciła najbardziej prawdopodobnego kandydata. Następnie poślubiła pięcioletniego Batu Mongke i ogłosiła go Dayan Khanem.

- W anarchicznym społeczeństwie, w którym więzi rodzinne były wszystkim, "oboje byli zupełnie sami na tym świecie" - opisuje Weatherford. - Nie mieli rodziców, rodzeństwa, ciotek, wujków, siostrzenic, bratanków ani nawet kuzynów. Nie można było oczekiwać, że sierota i wdowa przeżyją sami, ale w rzeczywistości nie byli samotni. Mieli siebie nawzajem.

Wojownicza królowa

Wychowując swojego męża, Manduhai wyruszyła na wojnę. Musiała zjednoczyć swój lud, kontrolować strategiczne tereny trawiaste i złamać władzę lokalnych watażków - a także trzymać dynastię Ming na dystans. Ruszyła do boju wraz ze swoimi żołnierzami i systematycznie zwyciężała.

W międzyczasie dawała swojemu chłopcu-mężowi dobrą edukację, jak być skutecznym władcą. Weatherford zauważa, że "niedociągnięcia Czyngis-chana jako ojca w końcu przyczyniły się do upadku jego imperium, a tym samym zniweczyły dorobek całego życia. Miała tylko jednego chłopca i była zdeterminowana, by uczynić z niego przywódcę w czasie wojny i pokoju".

Udało jej się to nadzwyczaj dobrze. Zajęło to 30 lat wojny i dyplomacji, ale Manduhai zjednoczyła Mongolię bez walki z Chinami (Mingowie woleli zamiast tego zbudować Wielki Mur).

Miała też ośmioro dzieci z Dayan Khanem, w tym trzy pary bliźniąt - sukcesja była zapewniona. Jej potomkowie rządzili Mongolią aż do przybycia Sowietów w latach dwudziestych XX wieku.

Weatherford, antropolog, jasno wyjaśnia złożoność mongolskiej kultury i polityki, pokazując, jak wpływały one na wszystko, od życia rodzinnego po prowadzenie wojny. Ta kultura szanowała kobiety - osobisty szacunek Czyngis-chana do nich pozwolił mu osiągnąć znacznie więcej, niż mógłby osiągnąć, mając do dyspozycji tylko mężczyzn.

Choć Manduhai Mądra zawsze była dla Mongołów bohaterką ludową, niewiele zachowało się o niej zapisków. Weatherford musiał poskładać jej historię z wielu źródeł. A jest to historia niezwykła - imperium zbudowane przez brutalnego geniusza, który szanował swoje żony i córki, utracone przez jego marnotrawnych synów, a odzyskane dwa wieki później przez odważną młodą kobietę i ostatniego potomka starego chana.

Źródło: The Tyee

poniedziałek, 08 luty 2021 11:17

Największa szkolna masakra w historii USA

Columbine, Virginia Tech, University of Texas, Sandy Hook - przerażająca historia amerykańskich strzelanin w szkołach to lista, której członków nie sposób wymienić pojedynczo. Wspomnienie o jakiejkolwiek z nich automatycznie budzi skojarzenia z innymi. Jednak jedna nazwa jest wymieniania zaskakująco rzadko, a mowa o najstarszej i najbardziej śmiercionośna masakry szkolnej w historii USA: zamachu bombowym w szkole Bath.

W 1927 roku Bath było wioską liczącą 300 mieszkańców, mimo że znajdowała się 16 kilometrów od Lansing, stolicy stanu. Miejscową instytucją edukacyjną była Bath Consolidated School, zbudowana zaledwie pięć lat wcześniej, aby zastąpić rozproszone jednopokojowe szkoły na okolicznych polach uprawnych. Uczyło się w niej 314 uczniów z całego regionu, wielu z nich było dziećmi farmerów. Niektórzy uczniowie byli dowożeni, a wszyscy uczęszczali na zajęcia ze swoimi rówieśnikami w trakcie edukacji w szkole podstawowej i średniej.

18 maja był ostatnim dniem zajęć dla uczniów w tamtym roku, ale o 8:45 północne skrzydło trzypiętrowej budowli eksplodowało z taką siłą, że huk był słyszalny wiele kilometrów dalej.

- Wiedzieliśmy, że to przyszło z Bath, ale nie wiedzieliśmy co to było, więc wskoczyliśmy do starego samochodu i pojechaliśmy tak szybko jak tylko mogliśmy, żeby zbadać sprawę - powiedziała Irene Dunham dziennikowi Lansing State Journal. Stulatka jest najstarszą żyjącą osobą, która przeżyła katastrofę. Miała wtedy 19 lat, była uczennicą ostatniej klasy szkoły średniej - tego ranka została w domu z powodu bólu gardła.

- Pod dachem znajdowała się sterta ciał dzieci w wieku około pięciu lub sześciu lat, niektóre z nich miały powyrywane ręce, niektóre nogi, a część z nich nawet głowy. Nie można było ich rozpoznać, ponieważ były pokryte kurzem, gipsem i krwią - napisał lokalny redaktor Monty J. Ellsworth w swojej relacji z 1927 roku, zatytułowanej "The Bath School Disaster". - To cud, że część rodziców nie straciła przytomności, zanim zadanie wydostania dzieci z rumowiska zostało zakończone. Było to już między piątą a szóstą wieczorem, kiedy wyciągnięto ostatnie dziecko.

Podczas gdy członkowie społeczności pospieszyli na pomoc po eksplozji, zdobywając liny, aby podnieść zawalony dach i wyciągnąć uczniów i nauczycieli spod gruzów, na miejsce podjechał członek zarządu szkoły o nazwisku Andrew Kehoe. Kehoe wysiadł ze swojej ciężarówki wypełnionej dynamitem i odłamkami, wycelował w nią karabin i strzelił. W wyniku eksplozji zginął kurator szkoły, kilku innych przechodniów i sam Kehoe.

Oprócz setek kilogramów materiałów wybuchowych, które wywołały eksplozję w szkole, pracownicy straży pożarnej i policjanci znaleźli kolejne 200 kilogramów niewybuchłego dynamitu, który był umocowany w piwnicy szkoły, wraz z pojemnikiem z benzyną, który mógł być tam umieszczony w celu wywołania pożaru, gdyby zawiódł sam dynamit. Kehoe spalił również swoją farmę i zabił żonę oraz dwa konie - ich ciała znaleziono na farmie, wraz z tabliczką przyczepioną do ogrodzenia, z napisem: "Przestępców się tworzy, a nie rodzi".

Przed dokonaniem masakry Kehoe był szarym członkiem społeczności. Mieszkał z żoną, Nellie, na farmie i pełnił funkcję skarbnika w radzie szkoły w Bath. Ten były elektryk posiadał duży zapas materiałów wybuchowych - nadwyżki z czasów I wojny światowej - zakupionych od rządu, których używał, aby pomóc farmerom w usuwaniu pniaków drzew. Przed zamachem doszło do kilku niezwykłych incydentów: Kehoe zabił psa swojego sąsiada, zatłukł na śmierć jednego ze swoich koni i pokłócił się z członkami rady szkolnej o koszty bieżących podatków na rzecz skonsolidowanej placówki. Ale nigdy nie było to nic tak niepokojącego, żeby inni mieszkańcy wsi mieli jakiekolwiek podejrzenia, co się zbliża.

- Wiele z tych głupich rzeczy, które zrobił, było po prostu kretyńskimi incydentami, które ludzie od czasu do czasu popełniają - mówi Arnie Bernstein, autor książki pt. "Bath Massacre: America's First School Bombing".

Ostatecznie zginęły 44 osoby, w tym 38 uczniów. Nie był to pierwszy zamach bombowy w historii kraju - co najmniej osiem osób zginęło podczas wiecu na Haymarket Square w Chicago w 1886 roku, a 30, gdy bomba eksplodowała na Manhattanie w 1920 roku. Ale żaden nie był tak śmiercionośny jak ten, ani nie pochłonął tak wiele żyć dzieci.

Gazety starały się nadać sens tej tragedii. Nazywały Kehoe szalonym, obłąkanym, niepoczytalnym. Chociaż w tamtym czasie niewiele rozumiano na temat chorób psychicznych, media wciąż próbowały odkryć przyczyny zamachu. - W czerwcu poprzedniego roku powiadomiono go, że hipoteka na jego farmie zostanie przejęta, i to mogła być okoliczność, która uruchomiła w jego mózgu mechanizm anarchii i szaleństwa - twierdził "New York Times", a "Boston Daily Globe" sugerował, że dwa urazy głowy mogły zakłócić jego normalne myślenie.

- W podsumowaniu śledztwa napisano, że przez cały czas sprawca był racjonalnie myślący - mówi Bernstein. - Trzeba mieć racjonalny umysł, żeby to wszystko zaplanować. W rzeczywistości nie ma żadnego powodu takiego obrotu spraw.

W bezpośrednim następstwie zamachu bombowego, społeczność miasta została zalana kondolencjami i darowiznami, a także turystami. Podczas gdy w weekend w domach w Bath odbywały się pogrzeby, przez miasto przejechało aż 50 tys. osób, powodując ogromne korki. Jednak niemal tak szybko, jak narastała medialna gorączka, tak szybko się ona skończyła - po części z powodu pierwszego w historii lotu transatlantyckiego Charlesa Lindbergha, który odbył się dwa dni po zamachu. W połączeniu z brakiem prawdziwych mediów masowych, zamach bombowy w Bath szybko zniknął z obiegu wiadomości.

- W pewnym sensie to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić miastu, ponieważ dało im to czas na żałobę i przyswojenie - mówi Bernstein.

W ciągu jednego roku szkoła została wyremontowana, a zajęcia przeniesiono z lokalnych sklepów z powrotem do budynku szkolnego. Szkoła pozostała na swoim miejscu aż do lat 70-tych, kiedy to została zburzona i zastąpiona parkiem pamięci. W centrum parku stoi kopuła, dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdowałaby się na budynku szkoły. Dla Bernsteina jest to miejsce ciszy i spokoju, odpowiedni hołd dla uczniów i członków społeczności, którzy zginęli.

- W obliczu horroru odkrywamy, jak bardzo jesteśmy przyzwoici - mówi Bernstein. - To, według mnie, jest pięknem Bath.

Źródło: Smithsonian Magazine

piątek, 05 luty 2021 10:18

Eksperymenty USA na ludziach w Gwatemali

Eksperymenty syfilisowe w Gwatemali były prowadzonymi przez Stany Zjednoczone eksperymentami na ludziach, przeprowadzanymi w Gwatemali w latach 1946-1948. Eksperymentami kierował lekarz John Charles Cutler, który uczestniczył również w późnej fazie eksperymentu kiłowego w Tuskegee. Lekarze zarażali żołnierzy, prostytutki, więźniów i chorych psychicznie syfilisem i innymi chorobami przenoszonymi drogą płciową, bez świadomej zgody badanych. W wyniku eksperymentu zginęły co najmniej 83 osoby. Badania serologiczne kontynuowano do 1953 r. z udziałem tych samych narażonych grup społecznych oraz dzieci z państwowych szkół, sierocińca i wiejskich miasteczek, jednak celowe zarażanie pacjentów zakończyło się wraz z zakończeniem pierwotnych badań. 1 października 2010 r. prezydent USA, sekretarz stanu oraz sekretarz ds. zdrowia i usług oficjalnie przeprosili Gwatemalę za naruszenie zasad etycznych, które miało miejsce. Gwatemala potępiła ten eksperyment jako zbrodnię przeciwko ludzkości i tamtejsze władze wniosły pozew sądowy.

Kontekst historyczny

Od 1947 roku prowadzono badania nad zapobieganiem syfilisowi na królikach poprzez wstrzykiwanie penicyliny. Mniej więcej w tym samym czasie specjaliści medyczni, w tym amerykański chirurg generalny dr Thomas Parran, starali się poszerzyć wiedzę na temat chorób przenoszonych drogą płciową i odkryć bardziej skuteczne metody leczenia u ludzi. Wraz z początkiem II wojny światowej, ten nacisk na nową wiedzę stał się silniejszy i zdobył więcej zwolenników. Było to w dużej mierze spowodowane wysiłkiem, aby chronić amerykańską populację wojskową przed rosnącymi infekcjami chorób wenerycznych, takich jak rzeżączka, a także szczególnie bolesnym reżimem profilaktyki, który obejmował wstrzykiwanie proteinianu srebra do penisów badanych. W tym czasie szacowano, że choroby weneryczne dotkną 350 tys. żołnierzy, co równałoby się z likwidacją dwóch dywizji zbrojnych w ciągu roku. Koszty tych strat, które w tamtym czasie wyniosłyby około 34 milionów dolarów, spowodowały pilne przyspieszenie badań nad metodami leczenia chorób wenerycznych.

Pierwszym eksperymentem, który nastąpił po naciskach na nowe osiągnięcia w leczeniu STD i środkach zapobiegawczych, były eksperymenty więzienne w Terre Haute w latach 1943-1944, prowadzone i wspierane przez część tych samych osób, które brały udział w gwatemalskich eksperymentach z syfilisem zaledwie kilka lat później. Celem tego eksperymentu było znalezienie bardziej odpowiedniej profilaktyki STD poprzez zarażenie rzeżączką osób zapisujących się spośród populacji więziennej. Choć początkowo pomysł wykorzystania ludzi budził kontrowersje, poparcie dr Thomasa Parrana i oficera wykonawczego Korpusu Medycznego Armii Stanów Zjednoczonych, pułkownika Johna A. Rodgersa, pozwoliło dr Johnowi F. Mahoneyowi i dr Cassiusowi J. Van Slyke na rozpoczęcie eksperymentów. Dr John Cutler, młody współpracownik dr Mahoneya, pomagał w prowadzeniu eksperymentów, a następnie stanął na czele eksperymentów z syfilisem w Gwatemali.

Eksperymenty w Terre Haute były prekursorem eksperymentów gwatemalskich. Jako pierwsze pokazały, jak gorliwie przywódcy wojskowi naciskali na nowe osiągnięcia w walce z chorobami wenerycznymi i ich gotowość do zarażania ludzi, a także wyjaśniły, dlaczego klinicyści prowadzący badania wybrali Gwatemalę - aby uniknąć ograniczeń etycznych związanych z indywidualną zgodą, innych niekorzystnych konsekwencji prawnych i złego rozgłosu.

Klinicyści prowadzący badania

Eksperymentami kierował lekarz United States Public Health Service - John Charles Cutler, który wcześniej brał udział w podobnych eksperymentach więziennych w Terre Haute, w których wybranych ochotników zarażano rzeżączką.

Cutler brał również później udział w późnych etapach eksperymentu z kiłą w Tuskegee. Podczas gdy w eksperymencie Tuskegee śledzono naturalny rozwój kiły u osób już zarażonych, w Gwatemali lekarze celowo zarażali zdrowe osoby chorobami, z których część może być śmiertelna, jeśli nie jest leczona. Wydaje się, że celem badania było określenie wpływu penicyliny na zapobieganie i leczenie chorób wenerycznych. Badacze płacili prostytutkom zarażonym kiłą za uprawianie seksu z więźniami, podczas gdy inne osoby były zarażane poprzez bezpośrednie zaszczepienie im bakterii. Poprzez celowe narażenie na rzeżączkę, kiłę i chancroid, w eksperymentach wzięło udział łącznie 1308 osób. Z tej grupy, w przedziale wiekowym 10-72 lata, 678 osób (52%) można uznać za poddane jakiejś formie leczenia. Ukrywając się przed społeczeństwem, John Charles Cutler wykorzystywał zdrowe osoby w celu udoskonalenia tego, co nazywał "czystą nauką."

Dr John F. Mahoney prowadził eksperymenty w więzieniu Terre Haute i nadzorował dr Cutlera podczas eksperymentu z syfilisem w Gwatemali. Mahoney ukończył studia medyczne w 1914 roku, a cztery lata później został mianowany asystentem chirurga w United States Public Health Service. Do 1929 roku dr Mahoney pracował jako dyrektor Laboratorium Badań nad Chorobami Wenerycznymi na Staten Island, gdzie w 1943 roku rozpoczęły się eksperymenty w Terre Haute, tam też po raz pierwszy asystował mu Cutler. Po zaprzestaniu eksperymentów w Terre Haute z powodu braku możliwości precyzyjnego zakażenia uczestników rzeżączką, dr Mahoney zajął się badaniem wpływu penicyliny na kiłę. Jego badania wykazały ogromny sukces w leczeniu penicyliną i armia amerykańska przyjęła ją do receptury STD. Chociaż wydawało się to obiecujące, Mahoney i jego współpracownicy kwestionowali długoterminową skuteczność eliminacji choroby całkowicie u ludzi. Mahoney, Cutler i inni badacze uważali, że mniejsza, bardziej kontrolowana grupa osób do badań byłaby bardziej pomocna w znalezieniu tego lekarstwa. Doprowadziło to do wykorzystania obywateli Gwatemali jako uczestników badania.

Genevieve Stout była pracownikiem Pan American Sanitary Bureau, która promowała i ustanowiła badania serologiczne w gwatemalskich laboratoriach. Zainicjowała VDRL i Centrum Szkoleniowe w Ameryce Środkowej począwszy od 1948 roku i pozostała w Gwatemali do 1951 roku. Tutaj przeprowadziła kilka niezależnych eksperymentów serologicznych do badań nad STD po dr Cutlerze.

Dr Funes i dr Salvado byli również pracownikami Pan American Sanitary Bureau, którzy pozostali w Gwatemali po zakończeniu pracy dr Cutlera.  Chcąc rozwijać swoją karierę zawodową, zdecydowali się pozostać i kontynuować obserwacje uczestników eksperymentów nad syfilisem, np. poprzez zbieranie danych od sierot, więźniów, pacjentów psychiatrycznych i dzieci szkolnych. Takie okresowe zbieranie danych polegało na pobieraniu próbek krwi i nakłuciach lędźwiowych od uczestników. Dane były wysyłane z powrotem do Stanów Zjednoczonych, gdzie wiele z tych próbek krwi wykazało pozytywny wynik testu na syfilis. Dr Funes zbierał próbki od uczestników do 1953 roku.

Przeprosiny i odpowiedź

Informacje na temat tych eksperymentów odkryła profesor Susan Mokotoff Reverby z Wellesley College. Reverby znalazła te dokumenty w 2005 roku podczas śledztwa nad badaniami nad syfilisem w Tuskegee, w zarchiwizowanych papierach Cutlera, i podzieliła się swoimi odkryciami z przedstawicielami rządu Stanów Zjednoczonych.

Francis Collins, dyrektor NIH w momencie ujawnienia tych doniesień, nazwał eksperymenty "mrocznym rozdziałem w historii medycyny" i dodał, że współczesne przepisy zabraniają prowadzenia badań na ludziach bez świadomej zgody.

W październiku 2010 roku rząd Stanów Zjednoczonych oficjalnie przeprosił i ogłosił, że łamanie praw człowieka w tych badaniach medycznych jest nadal potępiane, niezależnie od tego, ile czasu upłynęło. Po przeprosinach Barack Obama zażądał 24 listopada 2010 roku przeprowadzenia śledztwa przez Prezydencką Komisję do Badania Problemów Bioetycznych. Komisja doszła dziewięć miesięcy później do wniosku, że eksperymenty "wiązały się z rażącym naruszeniem etyki, ocenianym zarówno w świetle dzisiejszych standardów, jak i rozumienia samych badaczy". We wspólnym oświadczeniu Sekretarz Stanu Hillary Clinton i Sekretarz Zdrowia i Usług Społecznych Kathleen Sebelius powiedziały:

Choć wydarzenia te miały miejsce ponad 64 lata temu, jesteśmy oburzeni, że tak naganne badania mogły być prowadzone pod przykrywką zdrowia publicznego. Głęboko żałujemy, że do tego doszło i przepraszamy wszystkie osoby, które zostały dotknięte tak odrażającymi praktykami badawczymi. Zachowanie prezentowane podczas badań nie reprezentuje wartości USA, ani naszego zaangażowania na rzecz godności ludzkiej i wielkiego szacunku dla mieszkańców Gwatemali.

Prezydent Barack Obama przeprosił prezydenta Álvaro Coloma, który nazwał eksperymenty "zbrodnią przeciwko ludzkości".

- Z raportu jasno wynika, że amerykańscy badacze rozumieli głęboko nieetyczną naturę badań. W rzeczywistości gwatemalskie badania nad syfilisem były prowadzone akurat w czasie, gdy w Norymberdze (grudzień 1946 - sierpień 1947) rozwijał się "Proces Lekarzy", w którym 23 niemieckich lekarzy stanęło przed sądem za udział w nazistowskich programach eutanazji lub eksperymentów medycznych na więźniach obozów koncentracyjnych - oznajmił Obama.

Rząd USA zwrócił się do Instytutu Medycyny o przeprowadzenie przeglądu tych eksperymentów począwszy od stycznia 2011 roku.

Źródło: Wikipedia

Free Joomla! template by L.THEME