Śmierć jednostki może mieć silny wpływ na nasze emocje, ale wraz z rosnącą liczbą zmarłych rośnie nasza obojętność. Dlaczego?

"Jeśli spojrzę na tłum, nigdy nie będę działać. Jeśli spojrzę na jednostkę, będę działać". Są to słowa kobiety, której czyny miłosierdzia i dobroci przyniosły jej świętość - Matki Teresy.

Stanowią one przykład jednego z najbardziej zadziwiających aspektów ludzkiej reakcji na trudną sytuację innych. Podczas gdy większość z nas postrzega pojedynczą śmierć jako tragedię, możemy mieć trudności z taką samą reakcją na utratę życia na dużą skalę. Najczęściej śmierć wielu osób staje się po prostu statystyką.

Przykładowo miliony istnień ludzkich utraconych w wyniku klęsk żywiołowych, wojen lub głodu stają się zbyt wielkie, by je pojąć.

Nawet teraz możemy zaobserwować ten sam dziwny proces, gdy wzrasta światowa liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. Liczba ofiar śmiertelnych wirusa przekroczyła już 2 miliony, a na całym globie odnotowano ponad 112 milionów przypadków. Każda śmierć jest tragedią, która rozgrywa się na poziomie indywidualnym, a rodziny są wstrząśnięte i pogrążone w żałobie. Ale jak my to widzimy - czy ktoś jest w stanie ogarnąć tak wielkie liczby?

W Stanach Zjednoczonych, które niedawno osiągnęły ponury kamień milowy 500 tys. ofiar, dziennikarze szukają sposobów, aby pomóc ludziom zrozumieć zakres problemu. Liczba ta jest "dziesięć razy większa niż liczba Amerykanów straconych podczas całej wojny w Wietnamie" i "przekracza liczbę ofiar śmiertelnych amerykańskich wojsk w każdym konflikcie od czasów wojny koreańskiej".

Jednak nasza niezdolność do zrozumienia cierpienia, jakie niosą ze sobą takie liczby, może zaszkodzić sposobowi, w jaki reagujemy na takie tragedie. Nawet teraz istnieją dowody na to, że ludzie cierpią na zmęczenie wiadomościami o koronawirusie i mniej czytają o pandemii.

Może to być spowodowane, po części, psychologicznym zjawiskiem znanym jako psychiczne odrętwienie, ideą, że "im więcej ludzi umiera, tym mniej nas to obchodzi".

- Szybkie, intuicyjne przeczucie jest pod wieloma względami cudowne, ale ma też pewne wady - mówi Paul Slovic, psycholog z University of Oregon, który od dziesięcioleci bada psychiczne odrętwienie. - Jedną z nich jest to, że nie radzi sobie zbyt dobrze z liczbami w kategoriach wielkości. Jeśli mówimy o życiu, to jedno życie jest niezwykle ważne i cenne i zrobimy wszystko, aby je chronić, uratować, ocalić tę osobę. Ale gdy liczby rosną, nasze uczucia nie wzrastają proporcjonalnie.

W rzeczywistości badania Slovica sugerują, że w miarę jak liczby statystyczne związane z tragedią stają się coraz większe, stajemy się znieczuleni i mniej emocjonalnie na nie reagujemy. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia przez nas działań niezbędnych do powstrzymania ludobójstwa, wysyłania pomocy po klęskach żywiołowych czy uchwalania przepisów zwalczających globalne ocieplenie. W przypadku pandemii, może to prowadzić do pewnego rodzaju apatii, która sprawia, że ludzie stają się obojętni na mycie rąk lub noszenie maseczek - oba te czynniki okazały się ograniczać przenoszenie wirusa.

Częścią problemu może być to, że w miarę jak liczby stają się coraz większe, coraz mniej znaczą dla nas osobiście.

- Z ewolucyjnego punktu widzenia skupialiśmy się na rzeczach, które groziły nam natychmiastową śmiercią, lub na interakcjach w małych grupach - mówi Melissa Finucane, starszy behawioralista i socjolog w zarządzie Rand Corporation, która badała proces podejmowania decyzji i ocenę ryzyka. - Teraz próbujemy zrozumieć bardzo złożone scenariusze ryzyka, w których dostępnych jest wiele danych statystycznych. Ale przeciętny człowiek, który nie jest analitykiem statystycznym lub epidemiologiem, nie ma narzędzi, których potrzebujemy na wyciągnięcie ręki, aby dokonać osądu czegoś tak rozległego i złożonego jak globalna pandemia.

Może to mieć jednak poważne konsekwencje odnośnie tego, jak radzimy sobie w obliczu tragedii na dużą skalę.

W serii badań przeprowadzonych w Szwecji w 2014 roku, Slovic i jego koledzy wykazali, że nie tylko stajemy się odrętwiali na znaczenie rosnących liczb, ale nasze współczucie może faktycznie zanikać lub załamywać się ogólnie wraz ze wzrostem liczby.

Uczestnikom pokazano zdjęcie biednego dziecka lub zdjęcie dwojga biednych dzieci i zapytano ich o gotowość do przekazania datku. Zamiast czuć się dwa razy bardziej smutni i dwa razy bardziej chętni do pomocy, ludzie przekazywali mniej datków, gdy widzieli dwoje dzieci zamiast jednego. Slovic twierdzi, że dzieje się tak dlatego, że jednostka jest dla ludzi najłatwiejszym modułem do zrozumienia i wykazania empatii.

- Jeśli widzisz jedno dziecko, możesz skupić się na nim - mówi Slovic. - Możesz myśleć o tym, kim jest i jak jest podobne do twojego własnego dziecka. Możesz skoncentrować się głębiej na jednej osobie niż na dwóch. Przy dwójce twoja uwaga zaczyna słabnąć, podobnie jak uczucia. A uczucia są tym, co kieruje naszym zachowaniem.

Badania Slovica wykazały również, że pozytywne uczucia związane z darowizną dla jednego dziecka, czyli "ciepły blask", zmniejszały się, gdy ludziom przypominano o dzieciach, którym nie byli w stanie pomóc, a zjawisko to on i jego koledzy nazywają "pseudo-nieefektywnością".

Uczestnikom biorącym udział w badaniu pokazano zdjęcia pojedynczego dziecka, ale połowa z nich otrzymała również statystyki dotyczące liczby innych osób głodujących w regionie, z którego pochodziło dziecko. Jest to dokładnie takie podejście, jakie wielu z nas widziało w filmach charytatywnych po katastrofach naturalnych.

- Myśleliśmy, że jeśli pokażemy, jak poważny jest to problem, ludzie będą bardziej zmotywowani do pomocy - mówi Slovic. Zamiast tego, darowizny spadły o połowę, gdy zdjęcie zawierało statystyki. Częściowo przyczyną takiego zachowania jest to, że w gruncie rzeczy jesteśmy raczej egoistycznymi istotami.

- Przekazujemy darowizny, ponieważ chcemy pomóc, ale to również sprawia, że czujemy się dobrze - mówi Slovic. - Nie jest tak dobrze pomóc dziecku, gdy zdajesz sobie sprawę, że jest ono jednym na milion. Czujesz się źle, że nie możesz pomóc wszystkim i te złe uczucia pojawiają się, mieszają się z dobrymi uczuciami i dewaluują je.

Ma to również związek z tym, jak duży wpływ przewidują ludzie dla swoich czynów. Gdy liczba cierpiących lub umierających w tragedii rośnie, nasze datki i wysiłki coraz bardziej wydają się być kroplą w morzu.

W badaniach przeprowadzonych przez Slovica i jego kolegów po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, kiedy to w ciągu 100 dni zginęło 800 tys. ludzi, a miliony zostały przesiedlone, poproszono grupę ochotników, aby wyobrazili sobie, że są przedstawicielem sąsiedniego kraju odpowiedzialnym za obóz dla uchodźców. Mieli zdecydować, czy pomóc 4500 uchodźcom w zapewnieniu dostępu do czystej wody, czy też nie. Połowie powiedziano, że obóz daje schronienie dla 250 tys. osób, a pozostałym, że ma 11 tys. uchodźców.

- Ludzie byli znacznie bardziej skłonni do ochrony 4500 osób z 11000 niż z 250000, ponieważ reagują na proporcję, a nie na rzeczywistą liczbę - mówi Slovic. - W pierwszym scenariuszu wydaje się, że nie warto. Ale jeśli możesz zmniejszyć ilość osób, które cierpią prawie o połowę, to wydaje się, że to wielka sprawa, nawet jeśli wciąż jest to ta sama liczba osób.

Oczywiście, istnieją powody, dla których niektórzy ludzie decydują się całkowicie unikać smutnych wiadomości lub głębokiego myślenia o tragediach. Wielokrotne oglądanie wiadomości o brutalnych wydarzeniach jest związane z wyższym poziomem ostrego stresu, który może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.

Jedno z badań przeprowadzonych po zamachu bombowym na maratonie w Bostonie w 2013 r. wykazało, że uczestnicy, którzy śledzili relacje z ataku przez sześć lub więcej godzin dziennie w tygodniu następującym po tym wydarzeniu, byli dziewięciokrotnie bardziej narażeni na zgłoszenie wysokiego poziomu ostrego stresu nawet kilka tygodni później.

- Jest to również schemat cykliczny - mówi Roxane Silver, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine i jedna z autorek badania. - Im bardziej jesteś zestresowany, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziesz zaangażowany w obserwowanie mediów. I może być trudno wyłamać się z tego schematu, zwłaszcza gdy wiadomości są złe. Im więcej wiadomości, tym więcej stresu, im więcej stresu tym więcej wiadomości.

Podczas gdy oglądanie wiadomości dla aktualizacji o najnowszych zasadach obostrzeń i rozprzestrzeniania się wirusa było ważne podczas koronawirusa, jest to źródło rosnącego poziomu niepokoju dla wielu ludzi podczas pandemii.

- To nie jest psychologicznie korzystne i prawdopodobnie będzie związane z niepokojem, obawami, zmartwieniem i strachem, a potencjalnie i smutkiem - mówi Silver. Zamiast pogrążać się w wiadomościach, sugeruje ona wybranie garstki stron i sprawdzanie ich nie więcej niż dwa razy dziennie.

Źródło: BBC

Kiedy śpimy w nieznanym otoczeniu, zaledwie połowa mózgu wypoczywa porządnie.

- Lewa strona wydaje się bardziej czuwać niż prawa - mówi Yuka Sasaki, profesor nadzwyczajny nauk poznawczych, lingwistycznych i psychologicznych na Uniwersytecie Browna.

Odkrycie to, opublikowane w czasopiśmie Current Biology, pomaga wyjaśnić, dlaczego ludzie czują się zmęczeni po spaniu w nowym miejscu. Sugeruje też, że ludzie mają coś wspólnego z ptakami i ssakami morskimi, które często "usypiają" połowę mózgu, podczas gdy druga pozostaje na straży.

Naukowcy zajmujący się snem odkryli "efekt pierwszej nocy" dziesiątki lat temu, kiedy zaczęli badać ludzi w laboratoriach snu. Pierwszej nocy w laboratorium sen danej osoby jest zazwyczaj tak zły, że badacze po prostu wyrzucają wszystkie zebrane wtedy dane.

Sasaki chciała jednak wiedzieć, co dzieje się w mózgu podczas tej pierwszej nocy. Wraz z zespołem naukowców zbadała więc wzorce fal mózgowych u 35 studentów Uniwersytetu Browna.

Zespół zmierzył coś, co nazywa się aktywnością wolnofalową, która pojawia się podczas głębokiego snu. I odkryli, że podczas pierwszej nocy w laboratorium, aktywność fal wolnych była większa w pewnych obszarach prawej półkuli niż w odpowiadających im obszarach lewej półkuli.

Jednak po pierwszej nocy różnica ta zniknęła.

Aby potwierdzić, że lewa strona mózgu naprawdę była bardziej czujna, zespół przeprowadził dwa inne eksperymenty. Po pierwsze, kazali śpiącym studentom słuchać powtarzającego się standardowego tonu, po którym następował pojedynczy ton o innej wysokości.

Kiedy ktoś jest obudzony lub śpi lekko, mózg reaguje na ten "dewiacyjny ton". Mózg studentów zareagował - ale tylko po lewej stronie.

Następnie badacze odtworzyli dźwięk na tyle głośny, by obudzić osobę, która lekko spała. Okazało się, że studenci budzili się szybciej, gdy dźwięk był odtwarzany do prawego ucha, które jest połączone z lewą półkulą mózgu.

- Zdolność do odpoczynku tylko jednej strony mózgu nigdy wcześniej nie została wykazana u ludzi - mówi Niels Rattenborg, lider grupy zajmującej się snem ptaków w Instytucie Ornitologii Maxa Plancka w Seewiesen w Niemczech. Dodaje jednak, że jest to sztuczka, którą potrafi wykonać wiele zwierząt.

- Wiedzieliśmy od dłuższego czasu, że niektóre ssaki morskie, takie jak delfiny i niektóre foki, a także wiele ptaków może spać z jedną połową mózgu czujną w tym samym czasie - wyjaśnia.

Kilka lat temu Rattenborg przeprowadził eksperyment z kaczkami, który sugeruje przynajmniej jeden sposób, w jaki sen z połową mózgu zapewniał przewagę ewolucyjną. Eksperyment polegał na ustawieniu kaczek w rzędzie i obserwowaniu ich snu.

Rattenborg odkrył, że kaczki z towarzyszem po obu stronach kładły cały mózg do snu i trzymały oczy zamknięte. - Jednak kaczki na końcu rzędu spały z czujną jedną połową mózgu - mówi. - A kiedy to robiły, kierowały otwarte oko z dala od innych ptaków, tak jakby szukały zbliżających się drapieżników.

- Drapieżniki nie są wielkim problemem dla ludzi w dzisiejszych czasach. Jednak ludzki mózg został ukształtowany w czasie, gdy noce były ciemne i pełne grozy - wyjaśnia Rattenborg.

- Kiedy śpimy w nowym środowisku i nie wiemy, ile drapieżników jest w pobliżu to miałoby sens, aby utrzymać połowę mózgu bardziej czujną i wrażliwą na wstrząsy w nocy - dodaje.

Sasaki mówi, że reakcja mózgu jest mimowolna i nie ma nic, co ludzie mogą zrobić, aby temu zapobiec, nawet jeśli właśnie przylecieli na dużą prezentację odbywającą się następnego ranka. Ratunkiem pozostaje więc spora ilość kawy o poranku.

Źródło: NPR.org

piątek, 22 listopad 2019 09:36

Dlaczego podróżowanie nas męczy?

Mózg utrzymuje zaangażowanie mięśni, aby uwzględnić niewielkie ruchy pojazdu w celu zapewnienia prawidłowego utrzymania postawy. Te niewielkie ruchy powodują, że mięśnie stale pracują, co powoduje ich zmęczenie podczas długiej podróży.

Z pewnością każdy z nas zna ludzi, którzy lubią odbywać długie podróże. Uwielbiają wręcz wskakiwać do swoich samochodów i przejechać beztrosko kilkaset kilometrów.

Niektórzy zaś...



Ludzie, którzy uważają, że unikamy wycieczek samochodowych po prostu dlatego, że są dla nas zbyt męczące, często pytają, dlaczego mamy coś przeciwko podróżowaniu na duże odległości samochodem lub autobusem. Sprawa ta jest rzeczywiście intrygująca - dlaczego ludzie męczą się, gdy podróżują na duże odległości w niektórych pojazdach? Przecież po prostu siedzą i nic nie robią, prawda? Dlaczego miałoby to się czymkolwiek różnić od siedzenia w pociągu lub nawet na krześle w domu?

Szybka notatka: uczucie zmęczenia w samochodach, autobusach, a nawet samolotach jest dość subiektywne i jako takie może nie mieć zastosowania w każdym przypadku. Mogą istnieć ludzie, którzy NIE uważają podróżowania autobusem na długich dystansach za męczące. W tym artykule przedstawiono tylko kilka czynników, które w dużej mierze przyczyniają się do zmęczenia po długiej podróży wspomnianymi środkami komunikacji.

Czynniki wpływające na komfort pasażerów w podróży

Kiedy jesteśmy w drodze, samochód/autobus z pewnością przyspiesza/zwalnia niezliczoną ilość razy dzięki oczywistemu przepływowi ruchu. Oprócz tego pojazd pokonuje wiele zakrętów, które z pewnością będą nas kołysać z jednej strony na drugą.

Oprócz wielu zakrętów, kołysania i ciągłych zmian prędkości, istnieje kilka innych czynników, takich jak stan samochodu oraz miejsc pasażerskich, a nawet jakość dróg. Wszystkie te czynniki mają skumulowany wpływ na komfort pasażerów.

Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale ciągłe kołysanie i zmiany prędkości powodują, że musimy "walczyć" o pozostanie wyprostowanymi. Mózg utrzymuje zaangażowanie mięśni, aby uwzględnić niewielkie ruchy pojazdu w celu zapewnienia prawidłowego utrzymania postawy. Te niewielkie ruchy powodują, że mięśnie stale pracują, co powoduje ich zmęczenie podczas długiej podróży - takiej, która trwa dłużej niż 2-3 godziny.

Tylko dlatego, że nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie oznacza, że nasze mięśnie zwyczajnie "leniuchują" i nic nie robią. Wszak to właśnie dlatego stanie w miejscu powoduje większy ból nóg niż chodzenie.

Ciekawostka: Greger Huttu - mistrz świata w iRacing (wirtualny symulator wyścigów) - został zaproszony do poprowadzenia prawdziwego samochodu wyścigowego. Przejechał kilka okrążeń bardzo szybko (prawie 160 km na godzinę), ale po chwili zwymiotował w hełmie, ponieważ jego ciało nie było w stanie poradzić sobie z działającymi na niego ogromnymi siłami fizycznymi. Zrezygnował na 15. okrążeniu.

Wbrew pozorom prowadzenie samochodów wyścigowych ma negatywny wpływ na ciała kierowców. Właśnie dlatego zawodnicy Formuły 1 bardzo się starają, aby pozostać w formie i poradzić sobie z tymi ogromnymi przeciążeniami.

Z drugiej strony pociągi są stosunkowo mniej męczące. Powód jest prosty: nie przyspieszają / nie zwalniają ani nie zmieniają kierunków tak często, jak samochody na drodze.

Czynniki wpływające na zmęczenie podczas lotu

Loty wcale nie są lepsze, jeśli chodzi o wywoływanie zmęczenia. Można powiedzieć, że samoloty nie doświadczają gwałtownych zmian prędkości tak jak samochody, więc podróżowanie nimi nie powinno być tak męczące, prawda?

Cóż, istnieją za to inne czynniki, które męczą nas w samolocie.

Po pierwsze, wchodzi tutaj w grę kwestia "wysokości" - nasze ciała muszą przystosować się do szybkiego wznoszenia się. Chociaż ciśnienie w kabinie ułatwia ciału dostosowanie się do zmiany wysokości, nadal jest to dalekie od tego, co można nazwać "normalnym", tj. czymś, co odczuwamy siedząc na krześle w swoim pokoju.

Kolejnym czynnikiem jest odwodnienie. Aby utrzymać odpowiednie ciśnienie w kabinie, linie lotnicze muszą ściśle regulować powietrze w jej wnętrzu. Obejmuje to zmianę składu powietrza do oddychania wewnątrz kabiny. Dlatego powietrze w kabinie jest o 15% bardziej suche niż "powietrze gruntowe", co powoduje odwodnienie pasażerów. W rzeczywistości jest to jeden z wielu powodów, dla których jedzenie w samolocie smakuje tak źle.

Ponadto nie można zapominać o sposobie poruszania się samolotu. Cały ten hałas, drżenie, toczenie, turbulencje i inne wibracje, jakich doświadczamy podczas lotu, nie są naturalnymi ruchami dla ludzkiego ciała. To stale próbuje się ustabilizować, co powoduje zmęczenie, dlatego po długim locie czujemy się wypompowani, mimo że pozornie wygląda to tak, jakbyśmy siedzieli w miejscu i nic nie robili.

Czynnik psychologiczny

Nie można pominąć też psychologicznego aspektu podróżowania na duże odległości. Już sama idea podróżowania zniechęca wiele osób.

Podróżując samolotem, prawdopodobnie jesteśmy trochę niepewni siebie i swojego otoczenia. Wokoło są obcy i podświadomie próbujemy trzymać się z dala od ich osobistej przestrzeni. Innymi słowy, stale jesteśmy "czujni" lub zamartwiamy się, co nie jest naturalnym stanem umysłu (większości) ludzi. Zwiększa to mentalne wyczerpanie podróżowaniem.

To dlatego klasa biznesowa w lotach jest tak popularna. Mamy tam więcej miejsca i jest o wiele wygodniej. Cała klasa biznesowa polega na tym, aby poczuć się jak w domu, aby być dobrze wypoczętym i gotowym do pracy od momentu wyjścia z samolotu.

Uczucie zmęczenia jest jednak bardzo subiektywne i różni się w zależności od osoby. Jednak dla tych, którzy męczą się podczas długich podróży lub lotów, są to niektóre z kluczowych czynników, które mają wpływ na opisywane zmęczenie.

Źródło: Science ABC

Dla Amerykanów gry zespołowe i hot dogi pasują do siebie jak ciasteczka i mleko - prawdziwie amerykańskie połączenie z bogatą i interesującą historią. Niezależnie od tego, czy nazywasz je hot dogami, "red hots", parówkami czy frankfurterkami, zwykle doceniasz geniusz kiełbasy podawanej w bułce.

Opublikowano w Etymologia

Go hard or go home! Jednym z najczęstszych błędów popełnianym przez początkujących przy nauce języka angielskiego jest używanie zwrotów takich jak: "I go to home", "I returned to home" czy "I left from home". Dlaczego właściwie pomijamy tutaj przyimek (to/from)?

Opublikowano w Nowości w Standardzie
czwartek, 20 grudzień 2018 09:16

Dlaczego "Xmas"?

Wysunę śmiałą tezę - chyba każdy, nawet nieznający szczególnie języka angielskiego, zna określenie "Merry Christmas". Co więcej, część z nas z pewnością spotkała się ze skróconą wersją "Merry Xmas". No właśnie - dlaczego akurat "Xmas"?

Opublikowano w Nowości w Standardzie
wtorek, 18 grudzień 2018 09:55

Dlaczego "spam"?

Wśród rzeczy, których w życiu nie sposób uniknąć, większość z nas zapewne wymieni także spam. Tony śmieciowych maili zalewają nasze e-skrzynki każdego dnia. Ale dlaczego określamy je właściwiem mianem "spamu"?

Opublikowano w Nowości w Standardzie
wtorek, 20 wrzesień 2016 08:49

Dlaczego FRENCH fries?

Etymologia na ogół jest bardzo interesująca. Skąd się wzięło dane słówko, dlaczego wymawiamy je tak, a nie inaczej? Zainspirowany takimi pytaniami prezentuję Wam tekst z nowej serii „Dlaczego...”, w którym będę opisywał pochodzenie poszczególnych słówek.

Na pierwszy ogień rzucimy... frytki. W niemal każdym podręczniku dla szkół podstawowych znajdziemy tam amerykański odpowiednik tego słowa, który brzmi: „French fries” (Brytyjczycy używają raczej „chips”). Co prawda dzisiaj wielu mieszkańców Stanów Zjednoczonych skraca to do „fries”, ale nadal warto zadać sobie pytanie: „Dlaczego akurat FRENCH fries?”.

Krąży legenda, że po raz pierwszy określenia zbliżonego do „French fries” miał użyć w 1802 roku Thomas Jefferson, ówczesny prezydent USA. W kuchni Białego Domu często zamawiał „potatoes served in the French manner” („ziemniaki przygotowane w stylu francuskim”). Z kolei pierwsze użycie zwrotu „French Fried Potatoes” w tekście drukowanym miało miejsce w 1856 roku w książce Elizy i J.R. Warrenów pt. „Cookery For Maids of All Work”: „French Fried Potatoes — Potnij ziemniaki w cienkie plastry, wrzuć je do gorącego tłuszczu, dodaj szczyptę soli. Smaż z obu stron na jasny brązowozłoty kolor, po czym odsącz”.

Na początku XX wieku termin „French fried” był w Stanach Zjednoczonych używany do opisywania potraw smażonych w głębokim tłuszczu, jak np. krążków cebulowych lub kurczaka. Część osób twierdzi, że „French” może się tutaj również odnosić do „frenching”, które z kolei pochodzi od „julienning”, czyli krojenia mięsa w cienkie paski (coś a'la kebab :)). Mija się to jednak z prawdą.

Nadal jednak nie znamy odpowiedzi na pytanie dlaczego akurat „French”, co jest w tym takiego francuskiego? Otóż kłótnia na temat pochodzenia frytek trwa do dzisiaj, a na temat tego kto pierwszy wymyślił taką potrawę kłócą się wciąż Belgia oraz Francja. Ci drudzy są przekonani, że frytki po raz pierwszy pojawiły się na ulicach Paryża w 1789 roku, tuż przed wybuchem Francuskiej Rewolucji. Z kolei belgijski dziennikarz Jo Gérard opublikował tekst, w którym przytacza fragment manuskryptu z 1781 roku. Miał w nim być opisany proces przygotowania frytek, a odnosił się on aż do 1680 roku, w którym tak przygotowanymi ziemniakami mieli się już żywić mieszkańcy doliny przy rzece Meuse.

Co ciekawe — Belgowie bardzo poważnie traktują pochodzenie frytek i czują się obrażeni, kiedy ktoś bez zastanowienia przypisuje je Francuzom. Poważna sprawa. :)

Opublikowano w Nowości w Standardzie

Free Joomla! template by L.THEME