Przemówienie cesarza, ogłaszające kapitulację Japonii podczas II wojny światowej, zostało nagrane wcześniej przed emisją. Tekst miał nieco ponad 800 znaków i został starannie przepisany przez skrybów, z których jeden popełnił błąd, pomijając frazę, która musiała zostać wstawiona na margines, ponieważ ponowne kopiowanie zajęłoby zbyt dużo czasu.

Język przemówienia był nader formalny, jak przystało na Cesarza, ale przez to nie był to zwyczajny tekst dla japońskiego ludu. Ponadto dobór słów był niejasny: określenie "poddanie się" nie pojawia się w nim ani razu. Zamiast tego cesarz poinformował swoich poddanych, że Japonia musi "utorować drogę do wielkiego pokoju (...) znosząc to, co jest nie do zniesienia i cierpieć z powodu tego, co jest nie do odcierpienia".

Transmisja odbyła się w południe 15 sierpnia, a publika została wcześniej poinformowana, że należy jej wysłuchać. Było wiele oczekiwań na temat tego, co powie cesarz, a także wiele obaw, ponieważ japońska opinia publiczna usłyszała jego głos po raz pierwszy. Bezprecedensowy charakter audycji wskazywał, że cokolwiek miało być powiedziane, będzie miało ogromne znaczenie. Jednak niejasność i formalność języka w połączeniu ze stosunkowo niską jakością dźwięku audycji sprawiły, że wielu słuchaczy nie zrozumiało wydźwięku przemówienia.

Pomimo wyjaśnień koncept, w którym Japonia poddaje się podczas wojny, którą toczyła przez lata z całkowitą determinacją, dla wielu Japończyków wydawał się niemożliwy. Pogodzenie się z sytuacją zajęło niektórym ludziom godziny, a nawet dni. Ponadto wielu obawiało się sankcji pod okupacją amerykańską i zastanawiało się nad przyszłą rolą cesarza i strukturą japońskiego rządu. Emocje te zostały zmieszane z ulgą po zakończeniu działań wojennych i obietnicą odbudowy.

Źródło: EndOfEmpire.asia

środa, 15 styczeń 2020 08:27

Nieudany eksperyment kawowy Gustawa III

Gustaw III - król Szwecji z dynastii Holstein-Gottorp od 1771 roku, zwolennik absolutyzmu oświeconego, zasłynął z wprowadzania wielu reform (wierzył w potęgę wolnego rynku opartego na rolnictwie). Historia zapamięta go jednak również z innego, dość kuriozalnego, incydentu - słynnego eksperymentu kawowego, który w zamyśle miał uzmysłowić ludziom niebezpieczeństwo wynikające z picia tego gorącego napoju.

Wspomniany eksperyment króla był oparty na obserwowaniu bliźniaków w celu zbadania wpływu kawy na zdrowie. Chociaż autentyczność tego wydarzenia została zakwestionowana, eksperyment, który został przeprowadzony w drugiej połowie XVIII wieku, nie zdołał udowodnić, że kawa jest niebezpiecznym napojem.

Tło historyczne

Kawa po raz pierwszy dotarła do Szwecji około 1674 roku, ale była raczej rzadko używana - aż do przełomu XVIII i XIX wieku, kiedy stała się modna wśród bogatych obywateli. W 1746 roku wydano edykt królewski przeciwko kawie i herbacie z powodu "niewłaściwego spożycia i nadmiernego picia herbaty i kawy". Konsumpcja kawy wiązała się z zapłaceniem wysokich podatków, a niezapłacenie go pociągało za sobą grzywny i konfiskatę filiżanek i naczyń. Później kawa została całkowicie zakazana, jednak pomimo zakazu konsumpcja trwała w najlepsze.

Gustaw III, który postrzegał konsumpcję kawy jako zagrożenie dla zdrowia publicznego, był zdeterminowany, aby udowodnić jej negatywne skutki zdrowotne - tak więc zlecił przeprowadzenie eksperymentu naukowego.

Przebieg eksperymentu

Król nakazał przeprowadzenie eksperymentu z dwoma bliźniakami jednojajowymi. Bracia zostali wcześniej osądzeni za zbrodnie i skazani na śmierć. Ich wyroki miały być zamienione na dożywocie, pod warunkiem, że jeden z bliźniaków będzie wypijał trzy dzbanki kawy dziennie, a drugi taką samą ilość herbaty przez resztę życia.

Do nadzorowania eksperymentu i zgłaszania jego wyników królowi zostało wyznaczonych dwóch lekarzy. Niestety obaj lekarze zmarli, prawdopodobnie z przyczyn naturalnych, przed zakończeniem eksperymentu. Gustaw III, zamordowany w 1792 roku, również nie doczekał się poznania ostatecznych rezultatów. Spośród bliźniaków ten pijący herbatę zmarł jako pierwszy w wieku 83 lat - data śmierci pijącego kawę pozostaje nieznana.

Pokłosie

W 1794 roku rząd ponownie próbował wprowadzić zakaz spożywania kawy. Zarządzenie to, które było wielokrotnie odnawiane aż do lat dwudziestych XIX wieku, nigdy nie było w stanie powstrzymać picia kawy. Po zniesieniu zakazu kawa stała się dominującym napojem w Szwecji, która od tego czasu jest jednym z krajów o najwyższym spożyciu kawy na mieszkańca na świecie.

Eksperyment nazwano żartobliwie "pierwszym szwedzkim eksperymentem klinicznym".

Źródło: Wikipedia

Każdy, kto obejrzał w swoim życiu legendarną komedię pt. "Monty Python i Święty Graal", z pewnością kojarzy postać Czarnego Rycerza, który wyraźnie bagatelizował zadane mu obrażenia podczas walki - ba, zdawał się nie zwracać uwagi na fakt, że właśnie odciętu mu ramię. Okazuje się, że postać ta była luźno wzorowana na pewnym zapaśniku ze starożytnej Grecji.

Arrichion, bo o nim mowa, był mistrzem pankrationu (sztuki walki łączącej boks i zapasy) w starożytnych igrzyskach olimpijskich. Zmarł, broniąc swojego tytułu mistrzowskiego na 54. olimpiadzie z 564 roku pne. Sportowiec ten był opisywany jako "najbardziej znany ze wszystkich zawodników pankrationu".

Mężczyzna ten był czempionem pankrationu na 52. i 53. olimpiadzie (odpowiednio 572 pne i 568 pne). Jego fatalną w skutkach walkę opisał geograf Pauzaniasz i Filostratus młodszy. Według tego pierwszego:

"Gdy bowiem walczył o wieniec oliwny z ostatnim pozostałym konkurentem, kimkolwiek on był, przeciwnik zaatakował pierwszy i chwycił Arrichiona, obejmując go nogami, a jednocześnie ścisnął szyję rękami. Arrichion wykręcił palce u stóp przeciwnika, ale zmarł z powodu uduszenia; jednak ten, który udusił Arrichiona, musiał się poddać z powodu bólu palca u nogi. Eleanie ukoronowali i ogłosili zwłoki Arrichiona jako zwycięzcę pojedynku".

Filostrat z Aten pisze w swoim Gymnasticus, że niepoddanie się przeciwnikowi było wynikiem słów trenera Arrichiona, Eryxiasa, który wykrzyknął: "Cóż za szlachetne epitafium: Nigdy nie został pokonany na Olimpii".

Zwycięski posąg Arrichiona został postawiony w Figalii - z kolei coś, co uważa się za ten sam posąg, jest teraz eksponatem w muzeum w Olimpii. Jest to jedna z najstarszych olimpijskich statuet zwycięzcy.

Arrichion był bohaterem wiersza autorstwa Jeanette Threlfall, w którym poetka ubolewa nad tym, że sportowiec żył i zmarł, zanim św. Paweł wprowadził chrześcijaństwo do Grecji.

O tym, że postać Czarnego Rycerza była wzorowana na Arrichionie opowiadał John Cleese w materiałach dodatkowych na DVD. Nauczyciel Cleese'a miał opowiadać historie o niesamowicie walecznych zapaśnikach rzymskich, co utkwiło mu w głowie. Jak się później okazało, nauczyciel najprawdopodobniej pomylił Rzymian z Grekami, a jego opowiadania najbardziej pasują właśnie do postaci Arrichiona.

Źródło: Wikipedia

W 1719 roku John Law przedstawił paryskim więźniom ofertę nie do odrzucenia. Obiecał im wolność, jeśli ci zgodzą się poślubić prostytutki i emigrować do Luizjany.

Osoby, które przystały na tę propozycję, były związywane razem sznurami i oczekiwały na transport do Zatoki Perskiej. Law był w stanie posunąć się do jeszcze ciekawszych rzeczy - napadał na szpitale w celu odnalezienia drobnych pijaczków i niezdyscyplinowanych żołnierzy, organizował łapanki prostytutek, biedaków i czarnych owiec społeczeństwa. Wszyscy schwytani byli następnie zabierani do doków, skąd wysyłano ich do kolonii. Ci, którzy przyszli dobrowolnie, mogli liczyć na ziemię i odpowiednie zapasy.

Większość nadciągających do Luizjany osób głodowała, a także nie miała dachów nad głowami. Miejsce, do którego ich przetransportowano, szybko stało się zatłoczone, a władze nie spieszyły się szczególnie by zapewnić im pracę, dom oraz pożywienie. Dlatego też wiele imigrantów chorowało oraz umierało na obcej ziemi.

Po przybyciu na miejsce imigranci osiedlali się w miejscowości Biloxi. Jednak wraz z napływem przestępców i osób o podejrzanych zamiarach, ci nieco porządniejsi próbowali założyć nową kolonię, nie chcąc przebywać w takim towarzystwie. Zaczęli przenosić się na wschód do Nowego Orleanu, aby uciec od głodujących kryminalistów, którzy nawiedzali ich miasteczko.

W latach 20. XVIII wieku Nowy Orlean zaczął się rozwijać, a Mississippi Company Johna Law traciła obywateli i pracowników. Koloniści protestowali przeciwko nowym imigrantom, a Francja odpowiedziała poprzez ogłoszenie deportacji nielegalnymi. Mimo to trzeci i ostatni statek wypełniony więźniami przybył w 1721 roku. Szkody zostały już jednak wyrządzone, a nawet sami żołnierze zaczęli przemieszczać się na wschód, pozostawiając wybrzeże Missisipi zamieszkałe tylko przez ludzi, których John Law zmusił do emigracji. Walczyli o życie dla siebie, ale do 1767 roku większość z nich została zmuszona do ucieczki z wysp z powodu braku ochrony przed rdzennymi Indianami.

Chociaż oferta Johna Law dla francuskich więźniów wydawała się w tamtym czasie atrakcyjna, nie jest jasne, czy woleliby oni zostać w więzieniu po trudnych doświadczeniach na wybrzeżach Missisipi.

Law desperacko próbował udowodnić, że należące do niego terytorium Luizjany jest opłacalne. Bank spreparował papierkową robotę i wydrukował banknoty dla inwestorów. Jednak w końcu odkryto, że papierowe banknoty przekazywane inwestorom przekroczyły wartość metalowych monet przechowywanych przez bank. Inwestorzy rzucili się na gotówkę w formie papierowych banknotów w 1720 roku, ale bank został zmuszony do zaprzestania płatności w takiej formie, gdy stało się jasne, że nie mają środków na spłatę wszystkich klientów.

John Law został zwolniony ze swojej pozycji i zmuszony do ucieczki do Brukseli. Później przeniósł się do Wenecji i utrzymywał się z hazardu aż do śmierci.

Źródło: History Collection

We wrześniu 1989 roku prezydent Rosji Borys Jelcyn i garstka sowieckich towarzyszy udali się na niezaplanowaną 20-minutową przechadzkę po Randall's Supermarket po zwiedzeniu Johnson Space Center.

Był 16 września 1989 roku, a Jelcyn - nowo wybrany do parlamentu radzieckiego i Rady Najwyższej - właśnie odwiedził Johnson Space Center.

W JSC Jelcyn odwiedził kontrolę misji i makietę stacji kosmicznej. Według reporterki Houston Chronicle, Stefanie Asin, to nie ekrany, tarcze i ogólne zdumienie w NASA wprawiły go w zachwyt - prawdziwym szokiem okazała się dla niego nieplanowana wycieczka do pobliskiego Randalla.

Jelcyn, mający wówczas 58 lat, "przechadzał się po korytarzach Randalla ze zdumieniem kiwając głową" - twierdzi Asin. Powiedział swoim towarzyszom Rosjanom, że jeśli ich ludzie, którzy często muszą czekać w kolejce na większość towarów, zobaczą warunki w amerykańskich supermarketach, "nastąpi rewolucja".

Klienci i pracownicy zaczepiali go, aby uścisnąć mu dłoń i przywitać się. W 1989 roku ludzie nie mieli w kieszeni smartfonów, więc selfie z Jelcynem nie wchodziło jeszcze w grę.

Jelcyn pytał klientów o to, co kupują i ile to kosztuje, a następnie zapytał kierownika sklepu, czy potrzebne jest specjalne wykształcenie do zarządzania sklepem. Na zdjęciach Chronicle widać, jak zachwyca się sekcją warzyw, kącikiem rybnym i kasami. Był szczególnie podekscytowany mrożonymi puddingami.

"Samo Biuro Polityczne nie ma takiego wyboru. Nawet pan Gorbaczow" - oznajmił. Kiedy przy pomocy tłumacza wyjaśniono mu, że w sklepie są tysiące przedmiotów na sprzedaż, nie uwierzył. Myślał nawet, że sklep ten został wcześniej przygotowany, co miało być dla niego popisowym przedstawieniem. Nie wiedział, że istnieją tam niezliczone sklepy w całym kraju, niektóre z jeszcze większym asortymentem niż ten, który odwiedził.

Zadziwił go fakt, że takie sklepy były na prawie każdym rogu ulicy w Ameryce. Zaproponowano mu nawet bezpłatne próbki sera. Według Asin Jelcyn nie odszedł z pustymi rękami, ponieważ dostał małą torbę z gadżetami.

Mniej więcej rok po odejściu rosyjskiego przywódcy od władzy, biograf Jelcyna napisał, że podczas podróży samolotem do następnego miejsca docelowego Jelcyna, Miami, prezydent był wyraźnie przygnębiony. Nie mógł przestać myśleć o obfitym jedzeniu w sklepie spożywczym i o tym, co jego rodacy musieli w tym samym czasie doświadczać w Rosji.

W swojej autobiografii Jelcyn pisał o doświadczeniach w Randallu, które, zdaniem ekspertów, zrujnowały jego pogląd na komunizm. Dwa lata później opuścił Partię Komunistyczną i rozpoczął reformy mające na celu odwrócenie odpływu gospodarczego w Rosji.

Być może trzeba za to "podziękować" mrożonemu puddingowi Jell-O, który podziwiał - co udało się uchwycić na fotografii.

- Kiedy zobaczyłem te półki wypchane setkami, tysiącami puszek, kartonów i wszelkiego rodzaju towarów, po raz pierwszy poczułem się dość szczerze załamany sytuacją narodu radzieckiego - napisał Jelcyn. - Ten, tak potencjalnie bardzo bogaty kraj jak nasz, został doprowadzony do stanu takiej biedoty! Na samą myśl robi mi się źle w sercu.

Sam lider ustąpił ostatniego dnia 1999 roku po kilku latach podejmowania prób wprowadzenia nowego systemu w Rosji. Wszechobecne kumoterstwo zdołało jedynie stłumić marzenie Jelcyna dla jego kraju. Korupcja i niekompetencja nękały jego ostatnie lata urzędowania. Mówi się, że dobrowolne opuszczenie Kremla uchroniło go przed postępowaniem karnym.

Jego następcą został premier Władimir Putin, który zaczął pełnić obowiązki prezydenta. Putin był doradcą Jelcyna w poprzednich latach.

Jelcyn zmarł w 2007 roku w wieku 76 lat.

Źródło: New Haven Register

Mistrz, gigant, niezwykły talent, mesjasz muzyki, geniusz, najlepszy, najbardziej wpływowy. To tylko niektóre etykiety, które są często używane do opisywania Ludwiga van Beethovena. Czym tak naprawdę był? Jak ważny był on w gronie wybitnych muzyków? Ten artykuł dotyczy wpływu, jaki Beethoven miał na muzykę i zajmujących się nią artystów.

Ludwig van Beethoven był rzeczywiście kamieniem węgielnym w historii muzyki. Po nim w muzyce nic już nie było takie samo. Żył w czasach, gdy muzyka była uważana za gorszą formę sztuki w porównaniu do śpiewu, literatury czy malarstwa. Muzyk był tylko zawodem, osobą, która tworzy muzykę - ładne i zrównoważone miłe melodie. Niczym szewc, którego zadaniem było wytwarzanie butów. Nie więcej nie mniej!

Dla Beethovena muzyka była najwyższą formą sztuki. Uważał, że muzyka pochodzi z nieba, a jej zadaniem jest zmienić publiczność i uczynić ludzkość lepszą. Był człowiekiem na misji od Boga. Nawet w testamencie z Heiligenstadt pisze o tym powołaniu, które jest jedynym powodem jego egzystencji. Gdy tylko przybył do Wiednia i zaczął występować publicznie, działał jako przedstawiciel tego najwyższego powołania. Zażądał pełnej uwagi do swojej muzyki, co było wtedy czymś, czego nigdy wcześniej nie spotkano. Nawet w przypadku występowania dla wysokiej arystokracji w Wiedniu - jeśli publiczność nie zachowywałaby się właściwie, był w stanie przerwać zabawę, nazwać arystokratów świniami i opuścić salę. Był to zatem człowiek, który traktował ich jak równych na własnych warunkach. Muzyka nie była już tylko melodią w tle, dzięki której rozmowa stawała się przyjemniejsza. Muzyka i słuchanie jej stało się sztuką, niemal religią, w której publiczność słusznie spodziewała się, że zostanie poruszona, że pojawią się emocje i uniesienie do wymiarów duchowych.

Jednym bardzo ważnym dziedzictwem Beethovena jest nadanie początkom statusu muzyka, artysty. Gwiazdy rocka - jak powiedzieliby współcześni ludzie. Jest postacią podobną do proroków ze Starego Testamentu, całkowitym oddaniem powołaniu, walką z nieświadomą publicznością i krytykami, dotykaniem dusz przekazem w formie muzyki. W ten sposób narodziła się heroiczna, romantyczna muzyka.

Głuchota to kolejny czynnik, który przyczynił się do romantycznego wizerunku kompozytora. Jest jak postać biblijna, otrzymująca tak wielki talent, tak wielkie objawienie, że Bóg dotknął jego uszu na wzór ciernia w ciele św. Pawła, aby uchronić umysł i krew przed pychą.

Zadziwiające jest, jak wielki wpływ wywarł on na muzyków. Rossini odwiedził go w Wiedniu, co opisał następująco: "Stałem przed nim, jak motyl przed lwem". Franz Schubert wyznał na łożu śmierci, słuchając kwartetu Beethovena: "Kto kiedykolwiek może stworzyć coś po Beethovenie?". Johannes Brahms odmówił wykonywania symfonii przez 21 lat(!), mówiąc do swoich przyjaciół i sympatyków: "Nigdy nie napiszę symfonii, nie macie pojęcia, jak czują się twórcy jak my, kiedy słyszymy takiego giganta [Beethovena]". Od śmierci Beethovena muzycy są zarówno inspirowani, jak i onieśmielani przez geniusz tego muzycznego bohatera i jego wpływ - nawet dzisiaj!

Podsumowując, należy podkreślić, że po Beethovenie żaden muzyk nie podszedł do swojego rzemiosła jak wcześniej. Jego duch jest wyczuwalny przy wszystkich kompozytorach, którzy pragną służyć najwyższemu wezwaniu do tworzenia muzyki. Niedopuszczalna jest praca połowiczna - niemal ukończona lub o PRAWIE idealnej jakości! Sama muzyka ma inną rolę, powinna wpływać na odbiorców, w razie potrzeby przełamując zasady kompozycyjne, wyzwalając twórczą energię na swój własny sposób. Zmieniło się także postrzeganie bycia słuchaczem. Publiczność ma się skupić na muzyce, poczuć ją sercem, dać się ponieść emocjom.

Źródło: PopularBeethoven.com

W 1831 roku dwóch mężczyzn włamało się do City Bank of New York i uciekło z prawie 250 tys. dolarów. Mówi się, że był to pierwszy napad na bank w USA. Okazuje się, że to nie do końca prawda.

Otóż inny napad mający miejsce 30 lat przed tym wspominanym powyżej powinien dzierżyć ten tytuł - to dość osobliwa opowieść, którą uwieczniono w postaci obrazu olejnego przedstawiającego kowala - dzieło to obecnie jest przechowywane w Akademii Sztuk Pięknych w Pensylwanii.

Był rok 1798 - kowal Patrick Lyon przebywał w Lewiston w stanie Delaware, pochłonięty czytaniem gazety. Ta opisywała oszałamiającą historię kradzieży z Bank of Pennsylvania w Carpenter's Hall w Filadelfii we wczesnych godzinach porannych, z której łup stanowił ponad 160 tys. dolarów - zdumiewająca kwota, którą można dzisiaj przeliczyć na ponad 3 miliony USD.

Gawiedź lubi czytać o napadach na banki (być może dlaczego teraz to czytasz, drogi czytelniku), ale Lyon miał bardziej osobisty interes w tej sprawie. Jego ostatnią pracą, zanim przybył do Delaware, była wymiana okuć i zamków w drzwiach skarbca Bank of Pennsylvania - tego, którego właśnie obrabowano, zgodnie z historią opisaną w "Carpenter's Hall".

Wydawało się, że była to robota wewnętrzna, a Lyon od razu miał na myśli dwóch podejrzanych: stolarza Samuela Robinsona, który pracował dla banku i innego mężczyznę, współpracownika Robinsona, którego Lyon nie znał osobiście.

Tymczasem Lyon nie zauważał tego, że jako kowal, który pracował przy drzwiach skarbca i który wkrótce potem opuścił Filadelfię, sam jawił się jako podejrzany.

Po tym, jak stary znajomy skontaktował się z Lyonem i zasugerował, że jest podejrzany o tę bezczelną kradzież, Lyon zrobił to, co uważał za słuszne, i wrócił do Filadelfii, aby oczyścić swoje imię.

Za swój trud został jednak wtrącony do więzienia.

Pracownicy banku podejrzewali, że Lyon zwyczajnie stworzył dodatkowy klucz do skarbca, gdy nad nim pracował. Przez trzy miesiące Lyon był przetrzymywany w więzieniu Walnut Street w Filadelfii.



Jedyną rzeczą, która okazała się wybawieniem dla Lyona, był kretynizm rzeczywistego złodzieja, który okazał się nieznajomym, którego Lyon podejrzewał przez cały czas i odtąd był identyfikowany jako Izaak Davis. Mężczyzna zwerbował wspólnika, który pomógł mu w kradzieży.

"Duet ten najwyraźniej dokonał zbrodni idealnej" - głoszą media. "Następnie, w posunięciu, które będzie długo żyło w annałach głupoty, Davis zaczął deponować skradzione pieniądze w tym samym banku, który obrabował i w innych bankach w Filadelfii, rzucając na siebie cień podejrzeń".

Mężczyzna najwyraźniej nie miał planu, co zrobić z gotówką po napadzie, i nawet nie wymyślił wiarygodnej historii o całym swoim nowo odkrytym bogactwie.

"W obliczu pytań o swoje nagłe bogactwo Davis się przyznał i zawarł umowę o zwrocie wszystkich pieniędzy" - czytamy.

W jakiś sposób Davis otrzymał ułaskawienie i pełną rekompensatę i nie spędził ani dnia za kratkami.

Co ciekawe - Lyon wciąż tkwił w więzieniu, nawet po tym, jak rozpętała się burza wokół Davisa. W rzeczywistości był przetrzymywany przez kilka tygodni w więzieniu, aż w końcu zarzuty zostały wycofane.

Po uwolnieniu Lyon napisał książkę o swoim dziwacznym doświadczeniu, która stała się bestsellerem pomimo komicznie długiego tytułu: „Historia Patricka Lyona, który cierpiał trzy miesiące ciężkiego więzienia w Philadelphia Gaol, tylko przez niejasne podejrzenie bycia zaniepokojonym napadem na Bank of Pennsylvania ze swoimi uwagami na ten temat".

Następnie Lyon złożył pozew cywilny w 1805 roku o niesłuszną karę więzienia. W przełomowej sprawie wygrał i otrzymał 12 tys. dolarów rekompensaty - czyli około 240 tys. dzisiejszych USD.

Wpływy z jego książki i renomy z pewnością zapewniły Lyonowi spokój finansowy na wiele lat. Jednak kiedy zamówił portret w 1825 roku, upewnił się, że artysta uczynił go skromnym kowalem.

"Rudowłosy kowal jest imponujący, ale dostępny, przykuwa uwagę widza równie dobrze, jak jego zachwyconego ucznia" - tak obraz ten opisuje Akademia Sztuk Pięknych w Pensylwanii. "Kopuła po lewej stronie tła przedstawia więzienie na Walnut Street, gdzie Lyon przebywał niesprawiedliwie prawie trzydzieści lat wcześniej".

Źródło: EmeraldObserver.com

Radziecka nastoletnia partyzantka i Bohaterka Związku Radzieckiego. Była znana z zabicia ponad 100 nazistów przy użyciu trucizny. Zdradzona i schwytana, rzekomo zastrzeliła nazistowskiego detektywa, który ją uprowadził. Poznajcie Zinaidę Portnową.

Portnowa urodziła się w Leningradzie 20 lutego 1926 roku. Była córką białoruskiej rodziny robotniczej. Jej ojciec pracował w Fabryce Kirowa (jednej z największych w Imperium Rosyjskim i w ZSRR fabryce maszyn). W 1941 roku była uczennicą siódmej klasy w Szkole nr 385 w Leningradzie, kiedy wyjechała do domu babci w obwodzie witebskim. Niedługo potem nazistowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Incydent z najeżdżającymi żołnierzami nazistowskimi, którzy dopuścili się przemocy wobec jej babci podczas konfiskaty bydła, doprowadził ją do prawdziwej nienawiści do Niemców.

W 1942 roku Portnowa dołączyła do białoruskiego ruchu oporu, stając się członkiem lokalnej podziemnej organizacji Komsomol w miejscowości Obol w rejonie szumilińskim, o nazwie "Młodzi Mściciele". Zaczynała od dystrybucji radzieckich ulotek propagandowych na okupowanej przez Niemcy Białorusi, zbierania i ukrywania broni dla żołnierzy radzieckich oraz informowania o ruchach wojsk niemieckich. Po nauczeniu się, jak używać broni i materiałów wybuchowych od starszych członków grupy, Portnowa uczestniczyła w działaniach sabotażowych w lokalnej elektrowni czy cegielni. Szacuje się, podczas tych akcji zgładzono ponad 100 żołnierzy niemieckich.

W 1943 roku Portnowa została zatrudniona jako pomocnik kuchenny w Obolu. W sierpniu zatruła żywność przeznaczoną dla stacjonującego tam nazistowskiego garnizonu. Natychmiast określono ją jako podejrzaną, a wtedy oświadczyła, że jest niewinna i zjadła trochę jedzenia przed nazistami, aby udowodnić, że nie zostało otrute - istotnie tuż po zjedzeniu żywności nic się jej nie stało, więc ją wypuszczono. Dziewczyna odczuła skutki tego heroicznego czynu później, mocno wymiotując, ale ostatecznie pokonała truciznę po wypiciu dużej ilości serwatki. Po tym, jak nie wróciła do pracy, Niemcy zrozumieli, że jest winowajcą, i zaczęli ją szukać. Aby uniknąć nieprzyjaciół, została zwiadowcą jednostki partyzanckiej im. Klimienta Woroszyłowa. W liście wysłanym do jej rodziców tamtego miesiąca napisała, że „razem [pokonają] nazistów”. W październiku 1943 roku Portnowa dołączyła do komunistycznej organizacji młodzieży Komsomoł.

W grudniu 1943 roku lub w styczniu 1944 Portnova została odesłana z powrotem do Obola w celu infiltracji garnizonu, odszukania przyczyny niedawnych niepowodzeń Młodych Mścicieli, a następnie zlokalizowania i skontaktowania się z pozostałymi członkami. Została szybko schwytana. Raporty o jej ucieczce są niejasne. Jeden z nich głosi, że podczas przesłuchania gestapo we wsi Goriany pojmała pistolet śledczego ze stołu, a następnie zastrzeliła go i zabiła. Kiedy dwóch niemieckich żołnierzy weszło po usłyszeniu strzałów, również zostali postrzeleni. Następnie nastolatka próbowała uciec z budynku i pobiegła do lasu, gdzie została złapana w pobliżu brzegu rzeki.

Inna wersja donosi, że śledczy gestapo, w przypływie wściekłości, rzucił pistolet na stół po tym, jak zagroził jej, że strzeli. Podnosząc ów pistolet, Portnowa zastrzeliła wojskowego. Uciekając przez drzwi, postrzeliła strażnika na korytarzu, a potem na podwórku. Następnie Portnowa próbowała zastrzelić strażnika blokującego jej dostęp do ulicy, ale zabrakło jej amunicji i została ponownie schwytana.

Po kolejnym schwytaniu Portnowa była torturowana, być może w celach informacyjnych. Później została wygnana do lasu i stracona lub zabita podczas tortur 15 stycznia 1944 roku.

Spuścizna

1 lipca 1958 roku Portnowa została pośmiertnie ogłoszona Bohaterką Związku Radzieckiego przez Prezydium Rady Najwyższej. Otrzymała także Order Lenina. W 1969 roku wioska Zuya postawiła pamiątkową tablicę na jej cześć. Ponadto wiele grup Młodych Pionierów nazwano na jej cześć.

Wiele drużyn i grup szkolnych zostało nazwanych jej imieniem, podobnie było w przypadku muzeum grupy Komsomoł, położonego na autostradzie między Połockiem a Witebskiem, a także szkołą w Petersburgu. Postawiono dla niej dwa monumenty - popiersie w Mińsku i obelisk we wsi Obol.

Źródło: Wikipedia

W 1939 roku Niemcy napadają na Polskę i rozpoczyna się II wojna światowa. Niedługo później do konfliktu dołącza ZSRR, które dzieli się okupowanymi terenami Polski z Hitlerem. Bezbronni obywatele naszego kraju ginęli każdego dnia. Podczas gdy całe grupy Polaków wyemigrowały do innych części Europy, wielu z nich nie czuło się bezpiecznie w obawie przed rosnącą siłą nazistów. Kiedy coraz to więcej dorosłych ginęło w walce, tysiące polskich sierot transportowano do sierocińców na terenie Związku Radzieckiego.

Cywile, którzy trafili do obozów pracy, żyli w nieludzkich warunkach w charakterze jeńców wojennych. Żydzi byli transportowani do nazistowskich obozów śmierci, takich jak Auschwitz, ale obywatele nieżydowscy uznawani byli często za uchodźców. Nocowali w namiotach, ponieważ brakowało domostw mogących ich pomieścić. Brakowało jedzenia, a wielu z nich chorowało i notowało drastyczny spadek wagi. W czasie, gdy cały Zachód pogrążony był w wojennej walce, setki osieroconych dzieciaków nie miało się dokąd udać.

Na ratunek maharadża

W tamtym czasie niejaki Digvijaysinhji był maharadżą północno-zachodniego indyjskiego księstwa Nawanagaru. Kiedy usłyszał o wspomnianych sierotach i ujrzał wygłodzone dzieci na fotografiach, jego serce pękło. Indie zostały pierwszym krajem, który przyjmował polskich uchodźców, aby ci mogli żyć w pokoju. Czerwony Krzyż i brytyjskie konsulaty w Polsce zainicjowały długi proces organizowania transportu dla dzieci. 640 dziewczynek i chłopców, wraz z setkami dorosłych, pokonało wiele mil drogą morską. Każdy nastolatek w wieku powyżej 15 lat otrzymywał azyl w kraju, a dorośli mężczyźni mogli żyć i pracować tam jako uchodźcy.

Wspomniane 640 dzieciaków poniżej 15. roku życia zostało od razu przetransportowane do królewskiego pałacu w Bombaju, gdzie przywitał ich książę, który od tamtej pory stał się ich przybranym ojcem. - Nie jesteście już sierotami. Od tej chwili jesteście Nawanagaryjczykami, a ja jestem Bapu, ojcem wszystkich Nawanagaryjczyków, a więc i waszym - miał do nich rzec maharadża przy pierwszym spotkaniu. Jego jedynym celem było sprawienie, żeby dzieci te poczuły się kochane i bezpieczne.

Podczas pierwszego dnia po przybyciu do Indii, książę zorganizował olbrzymią ucztę dla dzieciaków, ale podano na niej same pikantne dania charakterystyczne dla kuchni indyjskiej. Żaden z małolatów nie widział nigdy takich potraw na oczy i nie byli w stanie przełknąć tak ostrych dań. Tak więc bali się jeść, mimo że odczuwali wielki głód. Zamiast zmuszać dzieci do przyjęcia nowej kultury, maharadża zatrudnił siedmiu polskich kucharzy by ci pracowali w pałacu, tak aby nieletni mogli cieszyć się ich ulubionymi potrawami.

Mimo całej tej dobroci, dzieciaki mogli stawiać żądania. Pewnego dnia jeden ze starszych chłopców postanowił zorganizować strajk przeciwko szpinakowi. Dzieci chciały wyeliminować go z diety, jako że przypominał im on o Sowietach, którzy żywili ich samym szpinakiem w puszce przez dwa tygodnie bez przerwy. Zbuntowana grupa dzieci odłożyła szpinak na wielką kupę w jednym miejscu na stole. Kiedy maharadża usłyszał o ich podejściu do szpinaku, nakazał kucharzom pomijanie go w przyszłości.

Jeszcze przed przybyciem gości, Digvijaysinhji wybudował salę sypialną, gdzie każdy dzieciak otrzymał swoje własne łóżko. Tuż za pałacem znajdował się olbrzymi dom gościnny, który przekształcono na szkołę z odpowiednimi salami lekcyjnymi. Niektóre dorosłe kobiety, którym także udało się uciec z kraju, mianowano nauczycielkami, tak aby dzieci mogły się uczyć w języku ojczystym. Zanim odpowiedni podręczniki trafiły do Indii, starsi koledzy pomagali młodszym w nauce poprzez spisywanie lekcji, których udzielono im w przeszłości. Stworzyli nawet odręcznie pisane elementarze wraz z ilustracjami - wszystko powstało czysto z pamięci.

Najlepsze dzieciństwo na świecie

Było tam dla nich wiele miejsc do zabawy, a otaczał ich dosłowny raj. Plaża znajdowała się rzut beretem od ich miejsca zamieszkania, podobnie jak dżungla, w której dzieci mogły zbierać owoce z drzew. Ponieważ formalne wykształcenie zajęło trochę czasu, dzieciom udzielano lekcji pływania i uczyły się one pracy zespołowej przez specjalnie stworzone drużyny sportowe, grając w siatkówkę i piłkę nożną. Często udawali się na kemping pod gwiazdami. Mimo że mieli dużo swobody w zabawach, straż królewska czuwała nad nimi, aby upewnić się, że nigdy nie zostaną skrzywdzeni.

Maharadża zadbał o to, aby zapewnić im piękne doznania podczas każdego święta, do którego przywykli w Polsce, np. Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pierwszego świątecznego poranka stado wielbłądów niosących tysiące prezentów na garbach ruszyło w kierunku pałacu, a mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja jechał na jednym ze zwierzaków z przodu stada.

W wywiadzie z polskim czasopismem maharadża wyjaśnił, że dzieci te przeżyły wystarczająco dużo tragedii w swoim życiu i chciał przywrócić im tyle dzieciństwa, ile tylko mógł. - Może tam, na pięknych wzgórzach nad brzegiem morza, dzieci będą mogły odzyskać zdrowie i zapomnieć o ciężkiej męce... Współczuję narodowi polskiemu i jego nieustającej walce z opresją.

Ponieważ większość Indii była terytorium brytyjskim, przeważająca część mieszkających tam Europejczyków mówiła po angielsku. Jednak książę nie chciał, aby dzieci zapomniały mówić po polsku w procesie dorastania. Lekcje w szkole były prowadzone po polsku, a książę zamówił tysiące polskich książek i zbudował bibliotekę, aby je tam umieścić. Maharadża sprowadził materiały z Polski i szył na zamówienie tradycyjne ubrania dla swoich dzieci, aby mogły one poznawać historię i kulturę swojego kraju rodzinnego w jak największym stopniu, mimo że były tysiące kilometrów od jego terytorium. Czasami nazywali taki stan rzeczy „małą Polską”.

Ojciec Pluta odprawiał nabożeństwa w języku polskim w każdą niedzielę, a indyjscy lekarze i pielęgniarki jeździli do pałacu, aby regularnie badać dzieci i opiekować się nimi, gdy ktoś zachorował.

Z powrotem do Polski

Digvijaysinhji wiedział, że któregoś dnia wojna się skończy, a dzieci wrócą do ojczyzny. Książę upewnił się, że wszystkie tożsamości dzieci zostały dobrze udokumentowane, aby polski rząd i Czerwony Krzyż mogły pomóc im w powrocie do domu i znalezieniu ocalałych krewnych. Niektórzy mieli szczęście, gdyż odkryli, że ich rodzice wcale nie umarli, a zostali oni rozdzieleni z powodu panującego wtedy chaosu. Kiedy II wojna światowa została oficjalnie zakończona, dzieci mogły bezpiecznie wrócić do domu. Zostali przetransportowani z powrotem do kraju macierzystego.

Polski rząd podziękował maharadży za opiekę nad sierotami. Kiedy przyszedł czas na powrót do domu, dzieci płakały, ponieważ pokochały swojego "Bapu". Digvijaysinhji zaskarbił sobie prawdziwe uwielbienie u wszystkich tych dzieci i był smutny, widząc, jak odchodzą. Książę powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy za opiekę od rządu. Chciał tylko ulicy nazwanej jego imieniem, aby zawsze o nim pamiętano. Niestety, Związek Radziecki wciąż miał znaczącą kontrolę nad Polską. Dopiero w 2012 roku rząd mógł nazwać plac na warszawskiej Ochocie „Skwerem Dobrego Maharadży”. Na jego cześć postawiono tam stosowny pomnik. Co więcej, ZSSO „Bednarska” nosi imię Jam Saheba. Szkoła uczyniła swoją misją zajmowanie się dziećmi uchodźców z całego świata, tak jak czynił to jej patron.

Opisywane dzieci nazywają siebie „Ocalałymi z Balachadi”. Wielu z nich będąc wówczas nastolatkami zakochało się w sobie i wzięło ślub, żyjąc razem w Polsce. Jeden z ocalałych, Jan Bielecki, powiedział, że kiedy wrócił do Polski, często tęsknił za życiem w Indiach i pragnął wrócić, i nadal uważa to miejsce za drugi dom.

Mimo że w Małej Polsce mieszkało prawie tysiąc osób, wszyscy stali się jedną wielką kochającą rodziną. Wiele z tych dzieci wróciło do Indii, aby odwiedzić swoich opiekunów, którzy byli równie nostalgiczni, wspominając wspólne chwile i ubrania, które zostały stworzone dla dzieci. Każdego roku sieroty organizowały „Zjazd Rodzinny”, na którym wszyscy mogli się spotkać. Z biegiem czasu dorastali, mieli własne dzieci i zestarzeli się. Coraz mniej ocalałych z Balachadi pozostało przy życiu, aby móc opowiedzieć swoje historie, ale z pewnością żaden z nich nigdy nie miał nic złego do powiedzenia na temat maharadży Digvijaysinhjego.

Źródło: History Collection

W ciągu czterech lat panowania Czerwonych Khmerów w Kambodży byli oni odpowiedzialni za jedno z największych ludobójstw w historii XX wieku.

Brutalny reżim, będący u władzy w latach 1975-1979, pochłonął życia około dwóch milionów ludzi.

Pod rządami marksistowskiego przywódcy Pol Pota, Czerwoni Khmerzy próbowali cofnąć Kambodżę do średniowiecza, zmuszając miliony obywateli miast do pracy w gospodarstwach komunalnych na wsiach.

Jednak za tak dramatyczną próbę zainicjowania inżynierii społecznej zapłacono straszną cenę. Całe rodziny umierały z powodu egzekucji, głodu, chorób czy przepracowania.

Filozofia komunistyczna

Początki Czerwonych Khmerów sięgają lat 60. XX wieku, kiedy to założono taką organizację jako zbrojne skrzydło Komunistycznej Partii Kambodży. Początkowo grupa działała w głębokiej dżungli i obszarach górskich w północno-wschodniej części kraju, nie notując żadnych wielkich sukcesów.

Ale po tym, jak w 1970 roku prawicowy zamach stanu obalił głowę państwa Księcia Norodoma Sihanouka, Czerwoni Khmerzy zawarli z nim polityczną koalicję i zaczęli notować coraz to większe poparcie.

Podczas trwającej niemal pięć lat wojny domowej grupa zwiększała stopniowo swoje wpływy na wsiach. Siły Czerwonych Khmerów ostatecznie zajęły stolicę Phnom Penh - a zatem przejęły kontrolę nad całym narodem - w 1975 roku.

Pobyt na dalekim północnym wschodzie i okoliczne plemiona, będące samowystarczalne w swoim życiu wspólnotowym, miały znaczący wpływ na rozwój poglądów Pol Pota. Tamtejsi ludzie nie mieli wielkiego pożytku z pieniędzy i były "nieskażone" buddyzmem.

Po dojściu do władzy Pot i jego poplecznicy szybko przystąpili do przekształcania Kambodży w to, co w ich marzeniach miało się stać agrarną utopią.

Pol Pot deklarował, że jego naród rozpocznie od zera - odizolował swoich ludzi od reszty świata i przystąpił do opróżniania miast, znoszenia waluty, własności prywatnej i religii oraz zaczął zakładać wiejskie społeczności.

Każdy, kogo uznano za intelektualistę, był mordowany. Często ludzie tracili życie tylko dlatego, że nosili okulary lub znali języki obce. Poszczególne grupy etniczne (Wietnamczycy, Czamowie) również znajdowały się na celowniku władz.

Setki tysięcy wykształconych przedstawicieli klasy średniej poddawano torturom i zabijano w specjalnych ośrodkach. Najbardziej znanym z nich było więzienie S-21 w Phnom Penh znane jako Tuol Sleng, gdzie niemal 17 tys. ludzi (w tym kobiety i dzieci) było więźniami podczas czteroletniego reżimu.

Kolejne setki tysięcy obywateli zginęło z powodu chorób, głodu oraz wycieńczenia, gdyż członkowie Czerwonych Khmerów (wśród nich dostrzec można było nawet nastolatków) zmuszali ich do katorżniczej pracy.

Ponowne otwarcie na świat

Rządy Czerwonych Khmerów zostały ostatecznie obalone w 1979 roku przez nacierające siły wietnamskie, które wtargnęły do kraju po brutalnych walkach na granicy.

Osoby będące postawione wyżej w partii wycofały się w głąb kraju, gdzie pozostawali aktywni przez pewien czas, jednak ich wpływy stawały się stopniowo coraz mniejsze.

W kolejnych latach Kambodża ponownie otwierała się na międzynarodową komunikację, a całkowity obraz horroru opisywanego reżimu powoli wychodził na jaw.

Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli swoje historie zszokowanym słuchaczom, a nakręcona w latach 80. hollywoodzka produkcja pt. "Pola śmierci" zobrazowała beznadziejną sytuację ofiar reżimu Czerwonych Khmerów dla widzów z całego świata.

Pol Pot został potępiony przez swoich byłych towarzyszy i podczas pokazowego procesu w lipcu 1997 roku skazano go na areszt domowy w jego posiadłości w dżungli.

Jednak niecały rok później zmarł - odbierając tym samym milionom ludzi, których dosięgnęły jego brutalne rządy, szansę na postawienie go przed obliczem sprawiedliwości.

ONZ pomogło założyć trybunał, aby ten stosownie ukarał przywódców Czerwonych Khmerów - proces ten rozpoczęto w 2009 roku. Do tej pory skazano tylko trzech liderów grupy.

Kaing Guek Eav - znany jako Duch - został skazany na dożywocie w 2012 roku za prowadzenie osławionego więzienia Tuol Sleng.

W sierpniu 2014 roku Nuon Chea, uważany za Towarzysza numer 2 po Pol Pocie, a także reżimowa głowa państwa Khieu Samphan zostali skazani na dożywocie za zbrodnie przeciwko ludzkości.

W listopadzie 2018 roku trybunał uznał ich również za winnych ludobójstwa w związku z usiłowaniem eksterminacji Czamów i Wietnamczyków.

Źródło: BBC

Free Joomla! template by L.THEME