Każdy z nas wie, że mamy 24 godziny w jednej dobie, 60 minut w jednej godzinie i 60 sekund w minucie*. Jednak w 1793 roku Francuzi zniszczyli "stary zegar" na rzecz Czasu Rewolucji Francuskiej: 10-godzinny dzień, 100-minutową godzinę i 100-sekundową minutę. Ten na wskroś nowoczesny system miał kilka praktycznych zalet, a główną z nich był uproszczony sposób wykonywania obliczeń związanych z czasem: jeśli chcemy wiedzieć, kiedy dzień jest w 70% skończony, czas dziesiętny podpowiada nam, że stanie się to zwyczajnie "pod koniec siódmej godziny", podczas gdy czas standardowy wymaga od nas powiedzenia: "ok. godziny 16:48". Czas Rewolucji Francuskiej był bardziej eleganckim rozwiązaniem tego matematycznego problemu. Sztuczka polegała na tym, że każdy żyjący człowiek miał już dobrze ugruntowany sposób określania czasu, a stare nawyki ciężko wykorzenić.

Południe o 5

Czas Rewolucji Francuskiej oficjalnie rozpoczął się 24 listopada 1793 roku, chociaż prace koncepcyjne nad systemem trwały już od lat 50-tych XVII wieku. Francuzi produkowali zegary i zegarki, na których tarczach widniał zarówno czas dziesiętny, jak i standardowy (dzięki temu dopuszczano konwersję i pomyłki). Tarcze te były wyjątkowo dziwne. Oto jedna z nich - sprawdź, czy potrafisz określić, kiedy zaczyna się ulubiony program telewizyjny rodziny:



System ten nie zyskiwał na popularności. Ludzie nie byli obeznani ze zmianą systemów czasu, a dla niematematyków istniało niewiele praktycznych powodów, by zmieniać sposób odmierzania czasu (tego samego nie można było powiedzieć o metrycznym systemie miar i wag, który pomagał standaryzować handel - wagi i miary często różniły się w sąsiednich krajach, ale zegary na ogół nie). Co więcej, wymiana każdego zegara i zegarka w kraju była kosztownym przedsięwzięciem. Francuzi oficjalnie przestali używać czasu dziesiętnego po zaledwie 17 miesiącach - czas Rewolucji Francuskiej stał się nieobowiązującym od 7 kwietnia 1795 roku. Nie przeszkodziło to jednak niektórym obszarom kraju w dalszym przestrzeganiu tegoż czasu, a kilka zegarów dziesiętnych pozostawało w użyciu przez wiele lat po tym wydarzeniu, przypuszczalnie prowadząc do wielu przegapionych spotkań.

Inne próby wprowadzenia czasu dziesiętnego

Francuzi próbowali ponownie tego manewru w 1897 roku, kiedy to Komisja ds. Uśredniania Czasu zaproponowała 24-godzinny dzień ze 100-minutowymi godzinami oraz ze 100 sekundami składającymi się na jedną minutę. Propozycja ta została odrzucona w 1900 roku.

No i oczywiście jest jeszcze Stardate, pseudo-dziesiętny system pomiaru daty używany w Star Treku. Nic dziwnego, że zaczął on być wyjątkowo nieprecyzyjny i miał po prostu brzmieć futurystycznie - oto urywek z przewodnika Star Trek dla scenarzystów oryginalnej serii:

Stworzyliśmy "Stardate", aby uniknąć ciągłego wspominania wieku Star Treka (w rzeczywistości około dwustu lat od teraz) i wdawania się w kłótnie o to, czy to lub tamto zdążyłoby się rozwinąć do tego czasu. Wybierz dowolną kombinację czterech liczb plus punkt procentowy i użyj jej jako daty gwiezdnej swojej historii. Na przykład, 1313.5 to godzina dwunasta w południe jednego dnia, a 1314.5 to południe następnego dnia. Każdy punkt procentowy odpowiada w przybliżeniu jednej dziesiątej jednego dnia. Progresja dat gwiezdnych w Twoim skrypcie powinna pozostać stała, ale nie przejmuj się tym, czy istnieje progresja z innych skryptów. Daty gwiezdne to wzór matematyczny, który zmienia się w zależności od położenia w galaktyce, prędkości podróżowania i innych czynników, może się bardzo różnić w poszczególnych odcinkach.

Nie zapominajmy też w tym wszystkim o szwajcarskich zegarmistrzach - Swatch wprowadził swój własny dziwaczny dziesiętny system czasu w 1998 roku. Nazywany Swatch Internet Time, dzielił dzień na ".beats" (tak, z kropką) i odnosił się do konkretnego .beat używając symbolu @ (więc można było powiedzieć: "Napisz do mnie @484, LOL!"). Każdy .beat trwał 1 minutę i 26.4 sekundy i reprezentował 1/1000 dnia. Tak - nie jest to wcale mylące. Nic a nic.

* W rzeczywistości istnieje kilka wyjątków od reguły 24/60/60, w szczególności sekundy przestępne, ale nie komplikujmy przesadnie tej sprawy.

Źródło: Mental Floss

Z zaszczytnym wyjątkiem mięsnego surduta Lady Gagi, był to najbardziej przerażająco głupi epizod w całej historii mody - twierdzi angielski dziennikarz, Jeremy Clay.

Na zamożnych ulicach Londynu działo się coś osobliwego. W Edynburgu również wszystko było na opak. Wkrótce zjawisko to rozlało się po całym kraju, przenosząc się z miasta do miasta niczym zaraza, pozostawiając wszędzie grupy chorych.

Jednak w epoce różnych dolegliwości (od krzemicy po "rak kominiarza") nie było żadnych fizycznych podstaw dla rozprzestrzeniającego się niedomagania. Żerowała na młodych, kapryśnych, podatnych na sugestie i mających obsesję na punkcie swojego statusu. Lub, mówiąc inaczej, na osobach podążających za modą.

Nazywano to "kulawizną Aleksandry" i była to prawdopodobnie jedyna moda, która narodziła się w łóżku chorego.

Aleksandra Duńska była narzeczoną księcia Walii i ikoną mody XIX wieku. Ubrania, które nosiła, również były kopiowane. Chokery, które nosiła, by ukryć bliznę na szyi, były kopiowane. A kiedy gorączka reumatyczna "zaprzyjaźniła" ją z wyraźnym utykaniem... Cóż, to też zostało skopiowane.

W miejscach spotkań w Wielkiej Brytanii, posłuszne kobiety zaczęły chodzić w stylu, który sugerował, że niedawno stały boso na porozrzucanych klockach Lego.

Na początku była to kwestia z serii "zrób to sama". Kobiety po prostu ubierały dziwaczne buty, aby pomóc sobie w sprawnym poruszaniu się. Jednak sprytni sklepikarze szybko zorientowali się, że można zarobić na tym, co w przeciwnym razie byłoby najbardziej niezmienną linią w handlu detalicznym - dziko niedopasowanym obuwiu, z jednym wysokim obcasem, a drugim niskim.

Jak bardzo ta moda wpłynęła na przeciętnego obywatela? Niewiele, jeśli można posłużyć się raportem z 1869 roku, opublikowanym przez North British Mail. "Potworność stała się widoczna wśród promenadowiczek na Princes Street" - czytamy w artykule. "To jest równie bolesne, jak idiotyczne i niedorzeczne".

"Wybierając się na mój zwyczajowy spacer na drugi dzień, obserwując mężczyzn, kobiety i rzeczy, spotkałem trzy panie. Wszystkie trzy były młode, wszystkie trzy przystojne i wszystkie trzy kulawe! Przynajmniej takie odniosłem wrażenie, widząc, że wszystkie nosiły zdobione laski i kulały. Ale patrząc wstecz, jak wszyscy, nie mogłem odkryć żadnego powodu, dla którego miałyby to robić".

"Rzeczywiście, jedna przyzwoita kobieta wyraziła swoje współczucie w słyszalnym 'Biedactwa!', gdy przechodziła, ale zostałem oświecony słysząc, jak piękna dziewczyna wyjaśniła swojemu towarzyszowi, 'Toż to kulawizna Aleksandry! Ależ ohyda!".

"The Dundee Courier and Argus" był nie mniej pogardliwy: "Pewne wybitnie głupie rzeczy zostały dokonane w imitacji królewskiej godności" - stwierdziła gazeta, "ale jest to akt, który zawiera dozę niegodziwości, jak również głupoty".

"Musi istnieć granica, na której nawet od modnej głupoty można oczekiwać, że się nie zatrzyma", a ta granica powinna być wyznaczona "na karykaturalnym przedstawieniu ludzkiej ułomności".

Następnie, jak to w życiu bywa, moda poszła dalej. Zabawa była już prawdopodobnie zakończona, gdy koń wyścigowy otrzymał bardzo mało obiecujące imię Alexandra Limp.

"Dziennik mody ogłasza, że Alexandra Limp ma zostać natychmiast wycofana" - donosił "Western Daily Press". Wywołało to wielkie westchnienie ulgi, które trwało aż do momentu, gdy czytelniczka dotarła do następującego zdania: "Spódnica sezonu, jak nas poinformowano, ma ściśle przylegać do stóp, w wyniku czego panie będą zmuszone chodzić tak, jakby ich stopy były ze sobą związane".

Źródło: BBC

Antarctic Snow Cruiser (Antarktyczny Krążownik Śnieżny) był pojazdem zaprojektowanym w latach 1937-1939 pod kierownictwem Thomasa Poultera, mającym ułatwić transport na Antarktydzie podczas Ekspedycji Służby Antarktycznej Stanów Zjednoczonych (1939-41). Krążownik był również opisywany jako "Pingwin", "Pingwin 1" lub "Żółw" w niektórych opublikowanych materiałach.

Poulter był drugim w hierarchi dowódcą Drugiej Ekspedycji Antarktycznej Byrda, rozpoczętej w 1934 roku. W czasie pobytu na Antarktydzie Poulter opracował kilka innowacyjnych rozwiązań. Jednak masywny krążownik śnieżny generalnie nie działał tak, jak oczekiwano w trudnych warunkach (gładkie opony stworzone tak by nie pokryły się śniegiem, nie trzymały się lodu) i ostatecznie został porzucony na Antarktydzie. Odnaleziony ponownie pod głęboką warstwą śniegu w 1958 roku, później znów zniknął z powodu zmieniających się warunków atmosferycznych.

Projekt i budowa

29 kwietnia 1939 roku Poulter i The Research Foundation of the Armour Institute of Technology pokazali plany urzędnikom w Waszyngtonie. Fundacja miała sfinansować koszty i nadzorować budowę, a pojazd służyć Służbie Antarktycznej Stanów Zjednoczonych. Prace rozpoczęły się 8 sierpnia 1939 roku i trwały 11 tygodni. 24 października 1939 r. pojazd został po raz pierwszy uruchomiony w Pullman Company na południe od Chicago i rozpoczął podróż na odległość 1640 km do nabrzeża wojskowego w Bostonie. Podczas podróży uszkodzony układ kierowniczy spowodował, że pojazd zjechał z małego mostu na Lincoln Highway i wpadł do strumienia w pobliżu miasta Gomer w Ohio, gdzie pozostał przez trzy dni. Po dotarciu do Bostonu, 15 listopada 1939 roku na pokładzie USCGC North Star wyruszył na Antarktydę.

Przybycie na Antarktydę

Snow Cruiser przybył do Little America w Zatoce Wielorybów na Antarktydzie z ekspedycją United States Antarctic Service Expedition na początku stycznia 1940 roku i napotkał wiele problemów. Konieczne było zbudowanie rampy z drewna, aby rozładować pojazd. Gdy pojazd był rozładowywany ze statku, jedno z kół przebiło się przez rampę. Załoga wiwatowała, gdy Poulter uwolnił pojazd z rampy, ale wiwaty ucichły, gdy pojazd nie poruszał się po śniegu i lodzie. Duże, gładkie, pozbawione bieżnika opony zostały pierwotnie zaprojektowane dla dużego pojazdu bagiennego - obracały się swobodnie i zapewniały bardzo niewielki ruch do przodu, zapadając się aż o 3 stopy (0,91 m) w śnieg. Załoga przymocowała dwie zapasowe opony do przednich kół pojazdu i zainstalowała łańcuchy na tylnych kołach, ale nie była w stanie przezwyciężyć braku trakcji. Załoga odkryła później, że opony miały lepszą trakcję, gdy jechały do tyłu. Najdłuższa przebyta trasa wyniosła 92 mile (148 km) - przejechana całkowicie na wstecznym biegu. 24 stycznia 1940 r. Poulter wrócił do Stanów Zjednoczonych, pozostawiając F. Altona Wade'a na czele reszty załogi. Naukowcy przeprowadzili eksperymenty sejsmologiczne, pomiary promieniowania kosmicznego i pobierali próbki rdzeni lodowych, mieszkając w pokrytym śniegiem i drewnem krążowniku śnieżnym. Finansowanie projektu zostało anulowane, gdy w Stanach Zjednoczonych skupiono się na II wojnie światowej.

Ponowne odkrycie i ostateczny los

Podczas Operacji Highjump pod koniec 1946 r. zespół ekspedycyjny odnalazł pojazd i odkrył, że potrzebuje on jedynie powietrza w oponach i kilku napraw, aby był sprawny.

W 1958 r. międzynarodowa ekspedycja odnalazła krążownik śnieżny na Little America III przy użyciu buldożera. Był przykryty 23 stopami (7 m) śniegu, ale długa bambusowa tyczka wyjawiła jego pozycję. Udało się dokopać do spodu kół i dokładnie zmierzyć ilość śniegu, jaki spadł od czasu porzucenia krążownika. Wewnątrz pojazd był dokładnie taki, jakim zostawiła go załoga - z papierami, czasopismami i papierosami porozrzucanymi dookoła.

Późniejsze ekspedycje nie odnotowały żadnych śladów pojazdu. Chociaż istniały pewne nieuzasadnione spekulacje, że (pozbawiony trakcji) krążownik śnieżny został wywieziony przez Związek Radziecki w czasie zimnej wojny, pojazd najprawdopodobniej znajduje się na dnie Oceanu Południowego lub jest zakopany głęboko pod śniegiem i lodem. Lód antarktyczny jest w ciągłym ruchu, a szelf lodowy stale przesuwa się w kierunku morza. W 1963 roku duży fragment szelfu lodowego Rossa oderwał się i podryfował dalej. Nie wiadomo, po której stronie szelfu lodowego znajdował się Cruiser.



Innowacyjne rozwiązania zastosowane w krążowniku to m.in.:

- koła i opony chowały się w obudowach, gdzie były ogrzewane przez spaliny silnika. Miało to zapobiec pękaniu mieszanki gumy naturalnej w niskich temperaturach,
- długie zwisy przednie i tylne nadwozia miały pomóc w pokonywaniu szczelin o szerokości do 4,6 m. Przednie koła miały być chowane tak, aby przód mógł być przepchnięty przez szczelinę. Następnie przednie koła miały być wyciągnięte (a tylne schowane), aby przeciągnąć pojazd przez resztę drogi. Proces ten wymagał skomplikowanej, 20-stopniowej procedury,
- podkładka na szczycie pojazdu została zaprojektowana tak, aby pomieścić mały samolot (5-pasażerski dwupłatowiec Beechcraft). Samolot miał zostać wciągnięty na miejsce za pomocą wciągarki. Samolot miał być wykorzystywany do prowadzenia badań lotniczych,
- płyn chłodzący silnika krążył w całej kabinie w celu ogrzewania. System ogrzewania był bardzo wydajny i załoga donosiła, że do spania potrzebowała tylko lekkich koców,
- nadmiar energii elektrycznej mógł być magazynowany w akumulatorach do zasilania świateł i urządzeń, gdy silnik nie pracował,
- dzięki wyeliminowaniu dużych mechanicznych elementów napędowych w całym pojeździe, spalinowo-elektryczny układ napędowy pozwolił na zastosowanie mniejszych silników i uzyskanie więcej miejsca dla załogi. Jest to prawdopodobnie pierwsze zastosowanie spalinowo-elektrycznego układu napędowego w czterokołowym pojeździe tej wielkości. Taka konstrukcja jest obecnie powszechnie stosowana w dużych nowoczesnych ciężarówkach górniczych.

Źródło: Wikipedia (ENG)

S-359 był rosyjskim okrętem podwodnym zbudowanym w 1953 roku i pozostawał w aktywnej służbie do 1989 roku. Został sprowadzony do Danii dzięki projektowi aktywizacji młodzieży, który chciał przekształcić go w obiekt kulturalny i atrakcję turystyczną. W Danii był często określany jako U359.

Galeria Rolling w miejscowości Kolding była młodzieżowym projektem aktywizującym, w ramach którego w 1991 roku zwrócono się do ówczesnego prezydenta Związku Radzieckiego Michaiła Gorbaczowa z pytaniem, czy podarowałby łódź podwodną jako symbol upadającego pokoju między Wschodem a Zachodem. Umowa przewidywała, że okręt zostanie odrestaurowany w ramach projektu aktywizacji, a następnie wykorzystany jako obiekt kulturalny i atrakcja turystyczna. Gorbaczow zgodził się na to porozumienie i po trzech latach zmagania się z biurokracją, S-359 w końcu dotarł do Kolding w 1994 roku. Kiedy S-359 wynurzył się z wody i został umieszczony na pływającej barce, można było zobaczyć, jak wielki jest naprawdę - okręt ten był typu Whiskey V, miał 76 metrów długości, 6,3 metrów szerokości i 11 metrów wysokości, a jego waga wynosiła 1080 ton. Ostateczną lokalizacją miała zostać tzw. Marina South, ale mieszkańcy okolicy zaprotestowali i wielu obywateli wsparło protesty. Wydawało się to zbyt destruktywne dla tego obszaru.

Po licznych doniesieniach prasowych i debatach na temat ekonomii i samej lokalizacji, w 1997 roku Kolding przekazało łódź podwodną gminie Nakskov. W tym miejscu łódź podwodna po raz kolejny zyskała rozgłos. Tym razem za sprawą scysji pomiędzy gminą Nakskov a funduszem na rzecz łodzi podwodnej, kiedy to plany stworzenia przy niej centrum rozrywki nie zostały zrealizowane. Fundusz na rzecz okrętów podwodnych przeniósłby się do Frederikshavn, ale gmina Nakskov nie chciała współpracować. Okręt funkcjonował jako atrakcja turystyczna w Nakskov do 2010 roku. W kwietniu 2011 r. został przeholowany do Frederikshavn, gdzie został przeznaczony na złom.

Źródło: Wikipedia (wersja duńska)

Człowiek odporny na ból istniał w takiej czy innej formie od wieków. Od Fakirów chodzących po rozżarzonych węglach, przez osoby o niezwykłej fizjologii, jak wielki Mirin Dajo, po osoby wbijające sobie gwoździe głęboko w różne otwory twarzy. Jednak niewiele osób zawładnęło wyobraźnią współczesnych odbiorców popkultury bardziej niż Frank "Cannonball" Richards.

W 1932 roku Richards pojawił się na scenie widowiskowej ze swoim niezwykłym występem i bombastycznym brzuchem. Sławę przyniósł Frankowi tzw. "żelazny brzuch", a jego występ polegał na przyjmowaniu silnych ciosów w dolną część tułowia.

Nie były to jednak delikatne uderzenia. Richards poddawał swój brzuch fizycznym torturom, które przeciętnego mężczyznę wpędziłyby w trakcje hospitalizacji na wiele dni - jeśli nie tygodni.

Richards rozpoczął swoją dziwną podróż w kierunku znęcania się nad brzuchem pozwalając swoim przyjaciołom uderzać go w "bebechy". Niewrażliwość na ból skłoniła go do posunięcia się o krok dalej, aż w końcu znosił i przyjmował ciosy od mistrza wagi ciężkiej w boksie, Jacka Dempseya.

"Cannonball" stale zwiększał poziom cierpienia, jakiemu poddawał swój brzuch. Wkrótce pozwolił, aby widzowie po nim skakali. Następnie pozwalał sobie na uderzanie kijem, a później był w stanie wytrzymać wielokrotne uderzenia młotem kowalskim. Ze wszystkich raportów i zapisów wynika, że podczas tych występów nie stosowano żadnych sztuczek.

I ostatecznie - w wyczynie, przez który Richards będzie na zawsze zapamiętany, mężczyzna przyjmował na siebie strzał w brzuch kulą armatnią.

Warto podkreślić, że do tego występu "Cannonball" używał sprężynowej armaty. Jednak prędkość, z jaką poruszała się kula, nadal przekraczała granice rozsądku i prawdopodobnie zabiłaby lub poważnie zraniła przeciętnego człowieka.

Wyczyn ten, wykonywany dwa razy dziennie w okresie jego największej popularności, pozostaje niemal ikonicznym zdjęciem demonstrującym skrajności możliwe do osiągnięcia w tolerancji bólu fizycznego. Oczywiście jest on również uważany za uosobienie głupoty i dobitny przykład uzyskania sławy bez talentu czy umiejętności idących w parze. Podobny motyw wykorzystano w jednym z odcinków 7. sezonu "The Simpsons", w którym główny bohater - Homer - zostaje zatrudniony do tzw. "freak show", podczas którego ma przyjmować wystrzały armatnie na brzuch.

Źródło: The Human Marvels, Wikipedia

Kiedy myślimy o mistrzach przesłuchań, przychodzą nam na myśl okrutne postaci. Osoby, które są w stanie zadać innym ogromny ból fizyczny lub emocjonalny bez odczuwania empatii. To całkowicie nieludzkie zajęcie, ale w sferze społecznej zawsze było niezbędnym zasobem, zwłaszcza w czasach wojny.

Ta sama myśl pojawia się, gdy myślimy o nazistach, o idei złych jednostek. Podczas gdy nie jest to prawdą w przypadku większości, która po prostu podążała za reżimem, inni - wielu z tych, którzy stali na czele partii - byli dumni ze swojej polityki i praktyk. Kiedy więc te dwie rzeczy są połączone - przesłuchujący oraz nazista - wyrażenie to ma bardzo mroczne konotacje.

Ten konkretny przesłuchujący piął się po szczeblach kariery i przed II wojną światową nadzorował obozy dla więźniów znane jako Dulag Lufts. Kiedy schwytano wrogów państwa, zwracano na nich uwagę specjaliście znanemu jako Hanns Scharff. Mówiąc płynnie po angielsku, sam siebie określał jako "pająka czyhającego na sieci".

Od sprzedawcy do wywiadowcy

Scharff urodził się w 1907 roku w Prusach Wschodnich. Dorastał w mieście Lipsk, gdzie studiował sztukę i uczył się rodzinnego biznesu tekstylnego. Po osiągnięciu pełnoletności został wysłany do Afryki Południowej, gdzie nauczył się biegle języka angielskiego. Doskonale radził sobie w dziale sprzedaży firmy, obsługując klientów, którzy uważali go za dżentelmena w interesach.

Hanns ożenił się z angielską damą o imieniu Margaret Stokes, która była córką legendarnego kapitana RAF-u (Królewskich Sił Powietrznych) o nazwisku Claud Stokes. Ta informacja będzie do pewnego stopnia zbiegiem okoliczności później w tej historii. Nowożeńcy Hanns i Margaret pojechali pewnego lata na wakacje do Niemiec, ale to zmieniło się w dłuższy pobyt niż początkowo zakładano.

Wybuchła II wojna światowa. Będąc jeszcze obywatelem niemieckim, Scharff został wysłany do dywizji Wehrmachtu na szkolenie wojskowe, z przeznaczeniem na front rosyjski. Uparł się jednak pozostać w Niemczech i wykorzystał swoją biegłą znajomość angielskiego, aby awansować i zostać kapralem. Niemiec wylądował w Oberursel koło Frankfurtu, w Centrum Wywiadu i Oceny prowadzonym przez osławione Siły Powietrzne Luftwaffe. W tej placówce przesłuchiwano schwytanych alianckich pilotów (z wyjątkiem Sowietów). Scharff został oficerem ds. przesłuchań.

Nowy oficer szybko wprowadził swoje własne metody, ponieważ nie był zachwycony dotychczasowymi technikami. W Dulag Luft jeńcy pochodzili głównie z zestrzelonych samolotów brytyjskich, których piloci byli przerażeni możliwością schwytania przez reżim nazistowski. Już wcześniej krążyły pogłoski o tajnej policji zwanej Gestapo, która miała stosować przerażające techniki tortur.

Pomimo wytycznych Konwencji Genewskiej nadal stosowano nielegalne tortury. Kiedy schwytano kilku pilotów armii amerykańskiej, Scharff otrzymał pierwszą szansę. Pracę rozpoczął jeszcze przed spotkaniem, zdobywając wszelkie możliwe informacje na ich temat. Odmówił noszenia munduru - do ekstrapolacji informacji wystarczył mu zwykły strój.

Byłem jak pająk siedzący na swojej sieci, mając pod ręką wszystkie elementy, których mogłem użyć, oprócz brutalności.

Technika przesłuchań Scharffa

Więźniowie nie zastali pająka, lecz dżentelmena. I właśnie dlatego Hanns Scharff jest tak wyjątkowy. Był zarówno nazistą, jak i przesłuchującym, ale postanowił nie robić tego, czego od niego oczekiwano. Historia przesłuchań zawsze wiązała się z torturami, ale on był na tyle odważny, by je potępić.  Bez wątpienia na początku zarówno więźniowie, jak i jego koledzy przypuszczali, że to podstęp, ale Scharff z wielkim powodzeniem stosował psychologię, a nigdy siłę.

Fakt, że mówił doskonale po angielsku, sprawił, że zyskał ich zaufanie. Stworzył iluzję, że wie więcej niż się wydawało, dzięki czemu piloci czuli, że wszelkie szczegóły, które podawali, były już powszechnie znane. Niektórzy nawet zgłaszali się na ochotnika, ponieważ byli tak dobrze traktowani - zabierano ich na wycieczki do lasów i zoo, a Scharff był ich przewodnikiem. Otrzymali opiekę medyczną i obfite zaopatrzenie w żywność. Ich dobre doświadczenia i traktowanie znajdują odzwierciedlenie w księdze gości obozu, gdzie więźniowie opisują gościnność tego miejsca.

Jedynym podstępnym aspektem - wspaniałą bronią dla przesłuchującego - było informowanie więźniów, że wyda ich w ręce osławionego gestapo, jeśli nie będą współpracować lub próbować ucieczki. Ale szczerze mówiąc, nigdy tego nie robił. Bo tego jednego więźnia, który nic nie powiedział - słynnego pilota "Gabby'ego" Gabreskiego - Hanns nie ukarał. Mimo że Gabby nigdy mu nie pomógł, pozostali przyjaciółmi i spotkali się ponownie po zakończeniu wojny.

Hanns wiedział, że chociaż ci jeńcy byli jego wrogami z imienia, byli ludźmi, którzy nie rozpoczęli wojny. Będzie pamiętany i czczony za to, że nigdy nie zadał bólu innej duszy, mimo że tego od niego oczekiwano.

Wpływ na FBI i przyjęcie obywatelstwa amerykańskiego

Długo po zakończeniu II wojny światowej Scharff osiedlał się w różnych krajach, ale nigdy u swojego wroga - USA. Pentagon wiedział o tym i namówił go do pracy dla nich. Gazety i czasopisma zaczęły publikować jego metody. Zgłaszał się do amerykańskich sił powietrznych i miał wpływ na wiele osób, w tym na byłego agenta FBI Ali Soufana, który brał udział w śledztwie w sprawie 11 września i w Guantanamo Bay.

Po przejściu na emeryturę Hanns przyjął obywatelstwo amerykańskie i zajął się swoją pierwszą miłością - sztuką. Projektował mozaiki na słynnych pomnikach, takich jak Zamek Kopciuszka w Disneylandzie. Hanns jest wspaniałym przykładem stawania w obronie tego, co słuszne, co jest niezwykle heroiczne, biorąc pod uwagę to, co działo się w nazistowskich Niemczech.

Wierzył, że ludzie są ludźmi bez względu na to, skąd pochodzą i traktował aliantów z takim samym szacunkiem, z jakim odnosił się do sił osi. Nawet gdy toczą się wojny, wciąż istnieją takie jasne punkty jak Hanns Scharff, które są nie tylko inteligentne, ale i na tyle odważne, by wprowadzić swoje metody w życie.

Źródło: STS World

sobota, 20 marzec 2021 11:22

Jak wyglądał Jezus?

Przez wieki najbardziej powszechnym wizerunkiem Jezusa Chrystusa, przynajmniej w kulturze zachodniej, był wizerunek brodatego, jasnoskórego mężczyzny z długimi, falującymi, jasnobrązowymi lub blond włosami i (często) niebieskimi oczami. Biblia jednak nie opisuje Jezusa fizycznie, a wszystkie dowody, jakie posiadamy, wskazują, że prawdopodobnie wyglądał zupełnie inaczej, niż go od dawna przedstawiano.

Co stwierdza Biblia?

Biblia oferuje niewiele wskazówek na temat fizycznego wyglądu Chrystusa. Większość tego, co wiemy o Jezusie, pochodzi z pierwszych czterech ksiąg Nowego Testamentu: Ewangelii Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Według Ewangelii, Jezus był Żydem urodzonym w Betlejem i wychowanym w mieście Nazaret, w Galilei (dawniej Palestyna, obecnie północny Izrael) w pierwszym wieku naszej ery.

Wiemy, że Jezus miał około 30 lat, kiedy rozpoczął swoją służbę (Ewangelia Łukasza 3:23), ale Biblia nie mówi nam praktycznie nic o tym, jak wyglądał - poza tym, że nie wyróżniał się w żaden szczególny sposób. Kiedy Jezus został aresztowany w ogrodzie Getsemani przed ukrzyżowaniem (Ewangelia wg św. Mateusza 26:47-56), Judasz Iskariota musiał wskazać Jezusa swoim żołnierzom spośród uczniów - prawdopodobnie dlatego, że wszyscy byli do siebie podobni.

Dla wielu uczonych, Apokalipsa św. Jana (1:14-15) oferuje wskazówkę, w myśl której skóra Jezusa miała ciemniejszy odcień, a jego włosy były wełniste. Włosy na jego głowie, jak to jest napisane, "były białe jak biała wełna, białe jak śnieg. Jego oczy były jak płomień ognia, a stopy jak wypalony brąz, oczyszczony niczym w piecu".

- Nie wiemy, jak wyglądał [Jezus], ale jeśli wszystkie rzeczy, które o nim wiemy są prawdziwe, był palestyńskim Żydem żyjącym w Galilei w pierwszym wieku - mówi Robert Cargill, adiunkt klasyki i religioznawstwa na Uniwersytecie Iowa i redaktor Biblical Archaeology Review. - Wyglądałby więc jak palestyński Żyd z pierwszego wieku. Wyglądałby jak żydowski Galilejczyk.

Jak zmieniały się wizerunki Jezusa na przestrzeni wieków?

Niektóre z najwcześniejszych znanych artystycznych przedstawień Jezusa pochodzą z połowy III wieku n.e., czyli ponad dwa stulecia po jego śmierci. Są to malowidła w starożytnych katakumbach św. Domityli w Rzymie, odkryte po raz pierwszy około 400 lat temu. Odzwierciedlając jeden z najbardziej powszechnych wizerunków Jezusa w tamtym czasie, malowidła przedstawiają Chrystusa jako Dobrego Pasterza, młodego, krótkowłosego, brodatego mężczyznę z owieczką na ramieniu.

Kolejny rzadki wczesny portret Jezusa został odkryty w 2018 roku na ścianach zrujnowanego kościoła w południowym Izraelu. Namalowany w VI wieku n.e., jest najwcześniejszym znanym wizerunkiem Chrystusa odnalezionym w Izraelu i przedstawia go z krótszymi, kręconymi włosami - co jest wizerunkiem, który był powszechny we wschodnim regionie imperium bizantyjskiego, zwłaszcza w Egipcie i regionie Syria-Palestyna, jednak zniknęło z późniejszej sztuki bizantyjskiej.

Długowłosy, brodaty wizerunek Jezusa, który pojawił się w IV wieku n.e., był pod silnym wpływem przedstawień greckich i rzymskich bogów, zwłaszcza wszechmocnego greckiego boga Zeusa. W tym momencie Jezus zaczął pojawiać się w długiej szacie, siedząc na tronie (tak jak na mozaice z V wieku na ołtarzu kościoła Santa Pudenziana w Rzymie), czasami z aureolą otaczającą jego głowę.

- Celem tych wizerunków nigdy nie było pokazanie Jezusa jako człowieka, ale stworzenie teologicznych punktów na temat tego, kim Jezus był jako Chrystus (Król, Sędzia) i boski Syn - napisała w The Irish Times Joan Taylor, profesor chrześcijańskich początków i judaizmu drugiej świątyni w King's College London. - Z biegiem czasu ewoluowały one do standardowego "Jezusa", którego dziś znamy.

Oczywiście nie wszystkie wizerunki Jezusa są zgodne z dominującym obrazem przedstawianym w sztuce zachodniej. W rzeczywistości, wiele różnych kultur na całym świecie przedstawiało go, wizualnie przynajmniej, jako jednego ze swoich. - Kultury mają tendencję do przedstawiania wybitnych postaci religijnych tak, aby wyglądały jak dominująca tożsamość rasowa - wyjaśnia Cargill.

Co z Całunem Turyńskim?

Spośród wielu możliwych relikwii związanych z Jezusem, które pojawiły się na przestrzeni wieków, jedną z najbardziej znanych jest Całun Turyński, który ukazał się w 1354 roku. Wierzący twierdzili, że Jezus został zawinięty w ten kawałek płótna po ukrzyżowaniu, a na całunie widnieje wyraźny wizerunek jego twarzy. Jednak wielu ekspertów odrzuciło całun jako fałszywy, a sam Watykan określa go raczej jako "ikonę" niż relikwię.

- Całun Turyński został kilkakrotnie obalony jako średniowieczne fałszerstwo - mówi Cargill. - Jest on częścią większego zjawiska, które istnieje od czasów samego Jezusa, polegającego na próbach zdobycia (a jeśli nie można ich zdobyć - wytworzenia) przedmiotów, które są częścią ciała, życia i służby Jezusa - w celu albo legitymizacji jego istnienia i twierdzeń o nim, albo w niektórych przypadkach, okiełznania jego cudownych mocy.

Co mogą nam powiedzieć badania i nauka

W 2001 roku emerytowany artysta medyczny Richard Neave poprowadził zespół izraelskich i brytyjskich antropologów sądowych oraz programistów komputerowych do stworzenia nowego wizerunku Jezusa, w oparciu o izraelską czaszkę z I wieku n.e., modelowanie komputerowe i wiedzę o tym, jak wyglądali Żydzi w tamtych czasach. Chociaż nikt nie twierdzi, że jest to dokładna rekonstrukcja tego, jak faktycznie wyglądał sam Jezus, uczeni uważają ten wizerunek - około 152 cm wzrostu, z ciemniejszą skórą, ciemnymi oczami i krótszymi, bardziej kręconymi włosami - za bardziej dokładny niż wiele artystycznych przedstawień syna Bożego.

W swojej książce z 2018 roku pt. "What Did Jesus Look Like?", Taylor wykorzystała szczątki archeologiczne, teksty historyczne i starożytną egipską sztukę pogrzebową, aby dojść do wniosku, że podobnie jak większość ludzi w Judei i Egipcie w tamtych czasach, Jezus najprawdopodobniej miał brązowe oczy, ciemnobrązowe lub czarne włosy i oliwkowo-brązową skórę. Mógł mieć około 166 cm wzrostu, co odpowiada przeciętnemu wzrostowi mężczyzny w tamtych czasach.

Choć Cargill zgadza się, że te nowsze wizerunki Jezusa - z ciemniejszymi, być może kręconymi włosami, ciemniejszą skórą i ciemnymi oczami - prawdopodobnie są bliższe prawdy, podkreśla, że tak naprawdę możemy nigdy nie dowiedzieć się, jak dokładnie wyglądał Jezus.

- Jak wyglądali żydowscy Galilejczycy 2000 lat temu? Oto jest pytanie. Prawdopodobnie nie mieli niebieskich oczu i blond włosów - skwitowała.

Źródło: History.com

niedziela, 07 marzec 2021 17:16

Jak piwo rządziło światem

Wyobraźmy sobie, że udaje nam się odkopać starożytne cmentarzysko i natrafić na browar. Tak właśnie stało się w zeszłym miesiącu, kiedy rząd egipski ogłosił, że zespół egipskich i amerykańskich archeologów odkrył najstarszą znaną fabrykę piwa na świecie. Piramidy, faraonowie, a teraz smaczne napoje dla dorosłych - starożytny Egipt miał to wszystko.

Fabryka została odkopana w Abydos, 450 kilometrów na południe od Kairu i na zachód od rzeki Nil. Abydos znane jest przede wszystkim ze swoich świątyń i praktyk pogrzebowych, z licznymi pomnikami ku czci Ozyrysa, boga zmarłych. Mostafa Waziri (sekretarz generalny Najwyższej Rady Starożytności) zauważył, że odkrycia dokonano w miejscu starożytnego cmentarza i że fabryka piwa pochodzi z czasów panowania króla Narmera, który żył i rządził na początku Pierwszego Okresu Dynastycznego, ponad 5000 lat temu.

Dr Matthew Adams, z Instytutu Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Nowojorskim i jeden z liderów (wraz z dr Deborah Vischak z Uniwersytetu Princeton) misji, powiedział, że fabryka została zbudowana, aby dostarczać piwo do królewskich rytuałów. Sam browar był podzielony na osiem dużych sekcji, z których każda zawierała 40 glinianych garnków do mieszania ziarna i wody. Adams dodał, że w czasach swojej świetności browar mógł produkować nawet 22 400 litrów piwa na raz. Piwo było ważną częścią diety starożytnych Egipcjan i pili je wszyscy, od faraonów po chłopów, a robotnicy byli nawet czasem opłacani w złocistym napoju.

Choć fabryka w Abydos jest tak leciwa, nie była pierwszym miejscem, w którym produkowano piwo. Najstarszy napój alkoholowy na świecie pochodzi prawdopodobnie z Chin, ale piwo wywodzi się prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu. Fabryka jest z grubsza zbieżna z ceramicznymi naczyniami - wciąż pokrytymi lepkim osadem z piwa - znalezionymi w starożytnej Mezopotamii. Sumeryjski "Hymn do Ninkasi" (ok. 1800 r. p.n.e.), śpiewany na cześć bogini piwa, zawiera przepis, który sporządzały kapłanki. Dla starożytnych Sumerów piwo było podstawą, ponieważ było zdrowsze niż picie wody ze strumieni, która często była zanieczyszczona odchodami zwierząt.

Starożytne egipskie piwo było aromatyzowane mandragorą, oliwą z oliwek i daktylami, które nadawały mu słodki smak, a dopiero wraz z rozwojem piwa wśród średniowiecznych mnichów do mieszanki dodano chmiel. Mimo że chmiel stanowi podstawę najpopularniejszej obecnie formy piwa, w średniowiecznym świecie miał on wielu konkurentów. Już w VIII wieku n.e. piwowarzy stosowali w swoich miksturach gruit (mieszankę roślin, które podobnie jak chmiel zapobiegają rozwojowi bakterii w płynie). Richard Unger w swojej książce "Beer in the Middle Ages and Renaissance" ("Piwo w średniowieczu i renesansie") twierdzi, że gruit był najpopularniejszą formą piwa w XII wieku.

Dla wielu piwowarów dodatki smakowe były koniecznością. Na przykład bawarskie piwa letnie fermentowały w otwartych beczkach, które były wystawione na działanie bakterii i przez to mogły się zepsuć. Aby ukryć smak tych letnich piw, piwowarzy dodawali inne składniki, w tym rośliny strączkowe, sól, kredę, sadzę, a nawet żółć wołu i krew kurczaka. Piwo musi smakować dość kiepsko, by dodawać do niego żółć dla poprawy smaku. Popularność piwa prowadziła, niemal nieuchronnie, do regulacji prawnych. W 1156 roku miasto Augsburg wydało dekret, na mocy którego złe piwo miało być "niszczone lub rozdawane ubogim bez opłat". Do roku 1336 miasto Monachium powołało inspektorów piwnych, a w roku 1516 książę bawarski Wilhelm IV wydał Reinheitsgebot, czyli ustawę o czystości piwa, która stanowiła, że w bawarskim piwie można używać wyłącznie jęczmienia, chmielu i wody. Dekret ten, który w 1906 roku stał się prawem obowiązującym w całych Niemczech, jest najstarszym na świecie przepisem dotyczącym bezpieczeństwa żywności.

Bawarczycy nie byli jednak pierwszymi, którzy próbowali ustanowić przepisy dotyczące piwa. Kleopatra wprowadziła podatek od piwa, które starożytni Egipcjanie woleli od wina, by sfinansować swoje wojny z Rzymem. Jak ujął to Jason Lambrecht, "było to tak oburzające dla Egiptu, że można by to porównać do dzisiejszego podatku od wody". Podatek Kleopatry został owiany złą sławą, ale mimo to inne rządy próbowały go wprowadzać z różnym skutkiem. W XIII wieku, francuskie miasto Aix-la-Chapelle zadekretowało, że piwowarom, którzy nie zapłacą podatków, zostaną odcięte prawe ręce. Kiedy w XVII wieku Brytyjczycy podnieśli podatki od piwa, nieumyślnie uczynili z ginu najtańszy napój alkoholowy w kraju. Wynikające z tego powszechne spożycie ginu doprowadziło do poważnych problemów z alkoholizmem w Wielkiej Brytanii, a wskaźnik zgonów wyprzedził w tym okresie wskaźnik urodzeń.

Opodatkowanie piwa nie zawsze jest jednak czymś złym. Kiedy 27-letni Arthur Guinness założył swój browar w 1752 roku, zdecydował się na warzenie ciemnego piwa z niesłodowanego, palonego jęczmienia, ponieważ pozwoliło mu to obniżyć podatki, które w przeciwnym razie musiałby płacić od słodu i dodatkowego węgla. Wprowadzenie przez Wielką Brytanię ceł na piwo (i wino) w 1764 roku było jednym z wielu podatkowych wybryków, które przyczyniły się do wybuchu rewolucji amerykańskiej. Po uzyskaniu niepodległości piwo było w powszechnym obiegu bez podatku, dopóki Abraham Lincoln i Kongres, podobnie jak wcześniej Kleopatra, nie wprowadzili w 1862 roku podatku w wysokości 1 dolara za baryłkę, by pomóc w opłaceniu wojny secesyjnej. Można powiedzieć, że pijąc piwo, wspierano wolność.

Dziś piwo pozostaje najpopularniejszym napojem alkoholowym w Ameryce. Z historycznego punktu widzenia wydaje się, że tak było od zawsze. Szesnastowieczni koloniści, adaptując recepturę opracowaną przez rdzennych Amerykanów, używali w swoich przepisach kukurydzy zamiast słodu. Znamienne jest, że jedno z pierwszych ogłoszeń o pracę, zamieszczonych w Anglii przez mieszkańców Jamestown w Wirginii, dotyczyło "dwóch piwowarów", którzy mieliby się do nich przyłączyć i robić piwo.

Podobnie jak Amerykanie, starożytni Egipcjanie uwielbiali swoje piwo. Dopiero gdy Rzymianie, którzy woleli wino i chleb, uczynili z Egiptu spichlerz imperium rzymskiego, browary zastąpiono magazynami zbożowymi. Wraz z tym procesem receptury piwne Egipcjan zostały utracone - ale być może to nowe odkrycie pomoże ujawnić tajemnice starożytnego przemysłu piwowarskiego.

Źródło: Daily Beast

niedziela, 21 luty 2021 09:23

Pokojowa wojna 335-letnia

Wojna 335-letnia to nazwa nadana pokojowej wojnie między Holandią a wyspami Scilly, która trwała przez 335 lat bez odnotowanego ani jednego wystrzału.

Początków konfliktu należy szukać w drugiej angielskiej wojnie domowej (1642-1648), toczonej między rojalistami a parlamentarzystami w latach 1642-1652. Oliver Cromwell zwalczał rojalistów na krańcach królestwa, a na południu Anglii oznaczało to, że Kornwalia była ostatnią twierdzą rojalistów. W 1648 r. Cromwell parł naprzód, aż w końcu Kornwalia znalazła się w rękach parlamentarzystów.

Głównym atutem rojalistów była marynarka wojenna, która opowiedziała się za księciem Walii. Na południu marynarka rojalistów została zmuszona do wycofania się na wyspy Scilly, będące w posiadaniu rojalisty Sir Johna Grenville'a.

Sojusz marynarki holenderskiej

Marynarka Zjednoczonych Prowincji Niderlandów była sprzymierzona z parlamentarzystami. Niderlandy były wspierane przez Brytyjczyków pod wodzą królowej Elżbiety I w wojnie osiemdziesięcioletniej, która doprowadziła do uniezależnienia się Holandii od Hiszpanii w styczniu 1648 roku.

Holenderska marynarka ponosiła ciężkie straty w wyniku działań floty rojalistycznej stacjonującej w Scilly. Admirał Maarten Harpertszoon Tromp (1597-1653) zażądał od floty rojalistycznej zadośćuczynienia za holenderskie statki i towary przez nią przejęte. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, Tromp wypowiedział wojnę. W 1651 r. wojna została wypowiedziana konkretnie wyspom Scilly.

Poddanie się rojalistów

Wkrótce po wypowiedzeniu wojny Wyspom Kornwalijskim, siły parlamentarzystów pod dowództwem admirała Roberta Blake'a (1599-1657) zmusiły flotę rojalistów do kapitulacji w czerwcu 1651 roku. Oznaczało to, że flota holenderska nie była już zagrożona, więc odpłynęła bez wystrzału. Ze względu na wojenną niejasność deklaracji narodu wobec małej części kraju, Holendrzy zapomnieli oficjalnie ogłosić pokój.

Deklaracja

Według Whitelocke's Memorials, list z 17 kwietnia 1651 roku wyjaśnia: "Tromp przybył do Pendennis i poinformował, że był na Scilly, aby zażądać reparacji za holenderskie statki i dobra przez nie zabrane. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, wypowiedział im wojnę".

Ponieważ większość Anglii była teraz w rękach parlamentarzystów, wojnę wypowiedziano właśnie wyspom Scilly.

Traktat pokojowy

W 1985 roku lokalny radny i historyk, Roy Duncan, napisał do Ambasady Holenderskiej w Londynie w związku z mitem o niepodpisaniu traktatu pokojowego. Ambasada holenderska uznała te mity za prawdziwe i została zaproszona na wyspy w celu podpisania traktatu pokojowego. Traktat ten został podpisany między przewodniczącym Rady Wysp Scilly, Royem Duncanem, a ambasadorem holenderskim w Londynie, Jonkheerem Huydecoperem, 17 kwietnia 1986 roku - 335 lat po wypowiedzeniu wojny.

Autentyczność

Bowley twierdzi , że list w Whitelock's Memorials jest prawdopodobnym źródłem legendy o "wypowiedzeniu wojny": "Tromp nie miał zgody od swojego rządu, by wypowiedzieć wojnę rebeliantom na Scilly (...) ale przybył, by spróbować - poprzez pokaz siły, groźby, a nawet być może przemoc, choć nigdy do tego nie doszło - starać się o zadośćuczynienie za piractwo rojalistów, ale bez uciekania się do jakichkolwiek działań, które mogłyby urazić Królestwo. (...) nawet jeśli (wypowiedzenie wojny) nastąpiłoby w 1651 r., wszystkie sprawy z tym związane zostałyby rozwiązane w 1654 r. w ramach traktatu między Anglią a Zjednoczonymi Prowincjami, zawartego na zakończenie I wojny holenderskiej."

Źródło: Scilly News

Holenderska flota utknęła w lodzie. Wysłano grupę francuskich żołnierzy, by ją zdobyli. Co mogło pójść nie tak? Wojny rewolucyjnej Francji trwały dekadę, ale ich najdziwniejszy moment trwał zaledwie kilka dni.

Bitwa o Texel pozostaje jedynym przypadkiem w historii, w którym oddział kawalerii - żołnierzy na koniach - zdobył flotę statków. Miało to miejsce w 1795 roku, choć trzeba dodać, że... nie była to do końca bitwa.

Zima 1794-1795 była w Holandii wyjątkowo mroźna, a kiedy nadeszła burza, holenderska flota zakotwiczona w cieśninie Marsdiep próbowała schronić się przy wyspie Texel do czasu, aż sztorm minie - ale wtedy  flota została otoczona lodem, jak pisze autor David Blackmore. W tym czasie Francuzi walczyli z Republiką Holenderską oraz z rewolucjonistami w Holandii, którzy popierali idee Rewolucji Francuskiej.

Wieść o zakleszczonych statkach dotarła do francuskiego generała Jean-Charlesa Pichegru, który kazał Johanowi Williem de Winterowi, holenderskiemu admirałowi pracującemu dla Francuzów, zająć się tą sprawą. De Winter wysłał piechotę, kalwarię i artylerię konną - oddziały przybyły 22 stycznia i rozbiły obóz na noc.

- Widząc ich ogniska, kapitan Reyntjes, najstarszy i najwyższy rangą oficer w holenderskiej flocie tymczasowo nią dowodzący, przygotował się do wytoczenia wszystkich dział i zatopienia statków - pisze Blackmore. Jednak około północy nadeszła wiadomość, że rewolucjoniści przejęli władzę i chcą wstrzymać walki.

- Gdyby nie to zawieszenie broni w porę, mogłoby dojść do epokowej walki między armią lądową a flotą - pisze Blackmore.

Istnieją też inne mające sens powody, dla których do bitwy nie doszło. Francuzi potrzebowaliby ciężkich dział i drabin, by wspiąć się na statki - Holendrzy nie byli tak bezbronni, jak się wydawało. Zamarznięte w lodzie, blisko siebie, i dobrze uzbrojone, holenderskie siły z jednego statku mogły osłaniać drugi. W sumie było tam 14 holenderskich okrętów, a więc spora siła ognia.

Francuski dowódca wysłał huzarów, słynnych francuskich kawalerzystów, aby sprawdzili, czy uda im się zastraszyć Holendrów i zmusić ich do poddania się i w tamtym momencie ci nie zamierzali robić nic więcej.

- Lata później francuscy propagandyści wojskowi przedstawiali nieprawdopodobną historię o 'obdartusach' pędzących na koniach przez lód, by gołym mieczem zdobyć flotę Holandii - opisuje Blackmore. - W rzeczywistości było to o wiele bardziej prozaiczne.

Zdaniem Blackmore'a nie jest całkowicie jasne, co się stało, ale nie było wielkiej bitwy i prawdopodobnie scena ta była całkiem spokojna - wojskowi podjechali do statku Reyntjesa i obie strony zgodziły się czekać na rozkazy.

- Pięć dni później holenderskie załogi złożyły przysięgę, że będą stosować się do francuskich rozkazów i utrzymywać dyscyplinę marynarki, ale pozwolono im pozostać pod holenderską banderą - skwitował autor.

Źródło: Smithsonian Magazine

Free Joomla! template by L.THEME