Dadarao Bilhore wygładza nawierzchnię drogi, odkłada łopatę, patrzy w niebo i modli się za swojego syna, jednego z tysięcy Indian zabijanych co roku w wypadkach spowodowanych dziurami na drogach.

Prakash Bilhore, obiecujący uczeń, miał zaledwie 16 lat, gdy zmarł w lipcu 2015 roku w Bombaju, gorączkowej stolicy Indii i Bollywoodu, liczącej 20 milionów obywateli.

Aby poradzić sobie z rozpaczą, zdruzgotany ojciec Prakasha zdecydował, że zrobi coś z drogami w Bombaju, które jak w większości miast Indii odznaczają się kiepską jakością.

Używając piasku i żwiru zebranych z placów budowy, Bilhore wypełnił prawie 600 dziur drogowych w finansowej stolicy Indii w latach 2015-2018.

48-letni sprzedawca warzyw czyni to, by oddać hołd ukochanemu synowi i w nadziei, że uratuje to kolejne życia.

- Nagła śmierć Prakasha pozostawiła ogromną pustkę w naszym życiu. Wykonuję tę pracę, aby uczcić jego pamięć i go uhonorować.

- Nie chcę też, żeby ktokolwiek inny stracił ukochaną osobę w taki sposób - mówi Bilhore w skromnym mieszkaniu, które dzieli z żoną, córką i dalszą rodziną.

Prakash, nie mając na głowie kasku, doznał śmiertelnego uszkodzenia mózgu. Jego kuzyn, który miał na sobie kask, przeżył wypadek z drobnymi obrażeniami.

Tragiczny wypadek miał miejsce podczas letniego monsunu w Bombaju, kiedy obfite deszcze przyczyniają się do powstawania dziur podobnych do kraterów na tętniących życiem drogach nadmorskiego miasta. Dziury są tam tak powszechne, że powstała nawet specjalna kampania, aby Bombaj znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa jako miasto z największą liczbą dziur drogowych.

Navin Lade, mieszkaniec stolicy, twierdzi, że spisał ponad 27 tys. dziur na stronie www.mumbaipotholes.com, chociaż lokalni urzędnicy kwestionują jego ustalenia.

Statystyki rządowe pokazują, że dziury były odpowiedzialne za śmierć 3597 osób w Indiach w 2017 roku, czyli średnio 10 osób dziennie. Obywatele obwiniają apatię rządu, oskarżając władze lokalne o niewłaściwe utrzymanie dróg. Aktywiści twierdzą, że kontrahenci zatrudnieni do naprawy dróg wykonują kiepską robotę celowo, tak aby praca musiała zostać wykonana ponownie w następnym roku.

- Rząd musi wziąć odpowiedzialność i stworzyć lepszą infrastrukturę - wzywa Bilhore.

Jak sam twierdzi, naprawił 585 dziur, wiele spośród nich samemu, a pozostałe z pomocą wolontariuszy inspirowanych jego historią.

Bilhore pojawił się w wielu artykułach w indyjskiej prasie i otrzymał kilka nagród, zyskując przydomek „Dada-dziura”, co stanowi pewne zdrobnienie w Indiach dla szanowanego mężczyzny.

- Uznanie naszej pracy dało mi siłę, by poradzić sobie z bólem i gdziekolwiek pójdę, czuję, że Prakash jest przy mnie - mówi Bilhore. - Dopóki żyję i mogę chodzić, pozbędę się wszystkich tych dziur.

Źródło: South China Morning Post

40 lat temu nastolatek o imieniu Jadav „Molai” Payeng zaczął sadzić nasiona wzdłuż jałowego odcinka gleby w pobliżu swego miejsca urodzenia w regionie Assam w północnych Indiach, aby stworzyć bezpieczną przystań dla dzikiej przyrody. Niedługo potem postanowił poświęcić swoje życie temu przedsięwzięciu, a więc przeprowadził się na miejsce, aby móc pracować w pełnym wymiarze czasu, tworząc nowy ekosystem leśny. I choć trudno w to uwierzyć, dzisiaj w miejscu tym znajduje się rozległa dżungla o powierzchni 1360 akrów (ok. 550 hektarów), którą Payeng zasadził w pojedynkę.

Reporterzy The Times of India odnaleźli Payenga w jego leśnym zaciszu domowym, aby dowiedzieć się więcej o tym, jak stworzył tak niezatarty ślad na krajobrazie.

Wszystko zaczęło się w 1979 roku, kiedy powodzie wyrzuciły olbrzymią liczbę węży na suchy ląd. Pewnego dnia, po tym, jak wody ustąpiły, Payeng, wówczas mający zaledwie 16 lat, znalazł miejsce "usiane" tymi martwymi gadami. To był punkt zwrotny w jego życiu.

- Węże ginęły w upale, bez jakiejkolwiek osłony drzew. Usiadłem i płakałem nad ich zwłokami. To była rzeź. Zaalarmowałem wydział leśny i zapytałem, czy mogą tam uprawiać drzewa. Usłyszałem, że nic tam nie urośnie Polecili mi bym spróbował posadzić tam bambus. To było bolesne, ale tak uczyniłem. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nikt nie był zainteresowany - mówi Payeng, który w 2019 roku obchodzi 56 urodziny.

Podczas gdy niezwykłe zaangażowanie Payenga w sadzenie pochłonęło wiele lat, aby uzyskać zasłużone uznanie na arenie międzynarodowej, nie trzeba było długo czekać na dzikie zwierzęta w regionie, które chciałyby skorzystać z tak wyprodukowanego lasu. Demonstrując głębokie zrozumienie równowagi ekologicznej, Payeng wprowadził nawet mrówki do swojego rozwijającego się ekosystemu, aby wzmocnić jego naturalną harmonię. Wkrótce bezcieniowy i wysuszony teren został przekształcony w samo-funkcjonujące środowisko, w którym mogła zamieszkać menażeria stworzeń. Las, zwany Molai, służy obecnie jako bezpieczna przystań dla wielu ptaków, jeleni, nosorożców, tygrysów i słoni - gatunków coraz bardziej narażonych na utratę siedlisk.

Pomimo popularności projektu Payenga, urzędnicy leśni w regionie po raz pierwszy dowiedzieli się o tym nowym lesie w 2008 roku - i od tego czasu zaczęli uznawać jego wysiłki za naprawdę niezwykłe, ale być może nie wystarczające.

- Jesteśmy zaskoczeni Payengiem i jego postawą - mówi Gunin Saikia, asystent konserwatora lasów. - Siedzi w tym od 40 lat. Gdyby robił to w jakimkolwiek innym kraju, zostałby okrzyknięty bohaterem.

Źródło: MNN.com

Free Joomla! template by L.THEME