Każdy, kto obejrzał w swoim życiu legendarną komedię pt. "Monty Python i Święty Graal", z pewnością kojarzy postać Czarnego Rycerza, który wyraźnie bagatelizował zadane mu obrażenia podczas walki - ba, zdawał się nie zwracać uwagi na fakt, że właśnie odciętu mu ramię. Okazuje się, że postać ta była luźno wzorowana na pewnym zapaśniku ze starożytnej Grecji.

Arrichion, bo o nim mowa, był mistrzem pankrationu (sztuki walki łączącej boks i zapasy) w starożytnych igrzyskach olimpijskich. Zmarł, broniąc swojego tytułu mistrzowskiego na 54. olimpiadzie z 564 roku pne. Sportowiec ten był opisywany jako "najbardziej znany ze wszystkich zawodników pankrationu".

Mężczyzna ten był czempionem pankrationu na 52. i 53. olimpiadzie (odpowiednio 572 pne i 568 pne). Jego fatalną w skutkach walkę opisał geograf Pauzaniasz i Filostratus młodszy. Według tego pierwszego:

"Gdy bowiem walczył o wieniec oliwny z ostatnim pozostałym konkurentem, kimkolwiek on był, przeciwnik zaatakował pierwszy i chwycił Arrichiona, obejmując go nogami, a jednocześnie ścisnął szyję rękami. Arrichion wykręcił palce u stóp przeciwnika, ale zmarł z powodu uduszenia; jednak ten, który udusił Arrichiona, musiał się poddać z powodu bólu palca u nogi. Eleanie ukoronowali i ogłosili zwłoki Arrichiona jako zwycięzcę pojedynku".

Filostrat z Aten pisze w swoim Gymnasticus, że niepoddanie się przeciwnikowi było wynikiem słów trenera Arrichiona, Eryxiasa, który wykrzyknął: "Cóż za szlachetne epitafium: Nigdy nie został pokonany na Olimpii".

Zwycięski posąg Arrichiona został postawiony w Figalii - z kolei coś, co uważa się za ten sam posąg, jest teraz eksponatem w muzeum w Olimpii. Jest to jedna z najstarszych olimpijskich statuet zwycięzcy.

Arrichion był bohaterem wiersza autorstwa Jeanette Threlfall, w którym poetka ubolewa nad tym, że sportowiec żył i zmarł, zanim św. Paweł wprowadził chrześcijaństwo do Grecji.

O tym, że postać Czarnego Rycerza była wzorowana na Arrichionie opowiadał John Cleese w materiałach dodatkowych na DVD. Nauczyciel Cleese'a miał opowiadać historie o niesamowicie walecznych zapaśnikach rzymskich, co utkwiło mu w głowie. Jak się później okazało, nauczyciel najprawdopodobniej pomylił Rzymian z Grekami, a jego opowiadania najbardziej pasują właśnie do postaci Arrichiona.

Źródło: Wikipedia

W kwietniu 2019 roku pewien Brytyjczyk zmarł po zjedzeniu placka rybnego tak gorącego, że poparzyło mu gardło co uniemożliwiło oddychanie - donosi Independent.

Darren Hickey, 51-letni planista ślubów z Horwich w Anglii, zmarł 5 kwietnia 2019 roku. Doszło do tego zaledwie jeden dzień po tym, jak próbował zjeść gorący placek rybny podczas ślubu. Hickey początkowo poczuł oparzenie w gardle, a po południu ból nasilił się, co zmusiło go do wizyty na pogotowiu.

Mężczyzna został następnie odesłany ze środkami przeciwbólowymi do domu i kazano mu wrócić, jeśli nie poczuje się lepiej. Neil Parkinson, partner Hickeya, ujawnił, że poszkodowany dławił się później w wyniku obrzęku gardła, co skłoniło Parkinsona do natychmiastowego działania.

- Uderzyłem go w plecy, ale potem osunął się na podłogę - opowiada Parkinson.

Sanitariusze przetransportowali Hickeya do innego szpitala, ale 51-latek, który siedem lat wcześniej doznał udaru mózgu, zmarł tuż po północy. Jako przyczynę śmierci wskazano uduszenie.

Patrick Waugh, patolog, który przeprowadził sekcję zwłok Hickeya, powiedział, że przypadek mężczyzny był niezwykle rzadki, dodając, że objawy Hickeya zwykle obserwuje się u osób, które wdychały dym w czasie pożaru.

- Pacjent może wyglądać dobrze na zewnątrz, będzie z tobą rozmawiał, ale obrzęk pojawia się nagle - wyjaśnił Waugh podczas dochodzenia.

Sędzia Walsh ostatecznie orzekł, że śmierć Hickeya była przypadkowa.

- Sądzę, że należy wyciągnąć solidne wnioski - powiedział. - Było to spowodowane jedzeniem ciasta rybnego, bardzo małego i bardzo gorącego, ale z katastrofalnymi konsekwencjami. Uważam to za ogromną tragedię.

Źródło: Aol.com

Islandia może być najlepszym miejscem na świecie dla miłośników książek - a Święta Bożego Narodzenia na Islandii mogą być dla nich najlepszym okresem w roku. 93% Islandczyków czyta co najmniej jedną książkę rocznie, więc nie jest zaskoczeniem, że kraj ten zajmuje trzecie miejsce pod względem umiejętności czytania i pisania na świecie (według badań pierwsze dwa miejsca okupują Finlandia i Norwegia). Na Islandii co dziesiąta osoba wydaje swoją książkę za życia, a w 2011 roku Reykjavík (stolica) został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

W Stanach Zjednoczonych początek sezonu świątecznego jest sygnalizowany przez bezceremonialną zamianę cukierków Halloween na dekoracje świąteczne w witrynach sklepowych w całym kraju 1 listopada. Jeśli kogoś ominie przypadkowy odsłuch "All I Want for Christmas" przed Świętem Dziękczynienia może uważać się za prawdziwy fenomen. Tymczasem na Islandii sezon świąteczny oficjalnie rozpoczyna się wraz z opublikowaniem Bokatidindi - katalogu każdej nowej książki wydanej w Islandii. Podkreślmy to raz jeszcze - Islandzkie Stowarzyszenie Wydawców rozprowadza bezpłatny katalog książek do każdego islandzkiego domu. A ludzi ogarnia szał.

Tak zaczyna się islandzka tradycja książki wigilijnej zwana jólabókaflóð. Cóż to takiego? Jólabókaflóð lub "Yule Book Flood" ("Świąteczny zalew książek") powstało podczas II wojny światowej, kiedy import zagraniczny był ograniczony, zaś papier był względnie tani. Ludność Islandii nie była wystarczająco duża, aby utrzymać całoroczny przemysł wydawniczy, więc wydawcy książek zalali rynek nowymi tytułami w ostatnich tygodniach roku. Chociaż wręczanie książek nie jest niczym wyjątkowym w Islandii, tradycja wymiany tytułów w Wigilię Bożego Narodzenia, a następnie spędzenia wieczoru na czytaniu, staje się powoli zjawiskiem kulturowym. W ostatnich latach traktujący o tym mem rozprzestrzenił się szeroko w mediach społecznościowych, a mole książkowe na całym świecie korzystają z tego pomysłu.

(Jeśli zastanawiasz się, jak wymówić jólabókaflóð, wymową fonetyczną jest yo-la-bok-a-flot - możesz ją usłyszeć tutaj).

Tak oto swoje wspomnienia świąteczne z 2016 roku opisuje Guinevere de la Mare: "W ostatnie święta moja rodzina zebrała się, aby świętować w Portland w stanie Oregon. To był całkiem spory tłum. Moja przyrodnia siostra i jej żona wzięły ślub na tydzień przed świętami Bożego Narodzenia, więc dalsza rodzina rodziców i rodzeństwa oraz partnerów, a także braci i sióstr przyrodnich oraz teściów, i wszystkie dzieci jeszcze bardziej zwiększyły naszą liczebność. Przeanalizowałam ludzi z mojej listy prezentów i podjęłam decyzję wykonawczą, aby zrobić coś innego w tym roku. Zamiast drążyć mój mózg i tracić oszczędności, otworzyłam aplikację Goodreads i skierowałem się do księgarni. Właśnie inicjowałam rewolucję w świątecznych prezentach.

Pomysł był prosty: jedną częścią rewolucji był Jolabokaflod, kolejną randka w ciemno z książką i uniknięcie niepotrzebnych zakupów. Na mojej liście było 10 osób dorosłych, więc kupiłam 10 najlepszych książek, które przeczytałem w poprzednim roku. Tylko książki, które oceniłam pięcioma gwiazdkami, kwalifikowały się i musiały być atrakcyjne dla więcej niż jednej osoby z listy. Na szczęście miałam do dyspozycji obszerną listę używanych książek Powella, więc wyznaczyłam sobie limit 10 dolarów na książkę i zaczęłam polować."

Przeglądając kolejne publikacje, tworzyłam krótkie opisy w głowie dla każdego tytułu. Następnie, podobnie jak w przypadku randki w ciemno z książką, owinęłam książki i napisałam kilka słów na papierze dekoracyjnym, aby wyrazić poczucie gatunku i stylu."

Źródło: Read it Forward

W 1719 roku John Law przedstawił paryskim więźniom ofertę nie do odrzucenia. Obiecał im wolność, jeśli ci zgodzą się poślubić prostytutki i emigrować do Luizjany.

Osoby, które przystały na tę propozycję, były związywane razem sznurami i oczekiwały na transport do Zatoki Perskiej. Law był w stanie posunąć się do jeszcze ciekawszych rzeczy - napadał na szpitale w celu odnalezienia drobnych pijaczków i niezdyscyplinowanych żołnierzy, organizował łapanki prostytutek, biedaków i czarnych owiec społeczeństwa. Wszyscy schwytani byli następnie zabierani do doków, skąd wysyłano ich do kolonii. Ci, którzy przyszli dobrowolnie, mogli liczyć na ziemię i odpowiednie zapasy.

Większość nadciągających do Luizjany osób głodowała, a także nie miała dachów nad głowami. Miejsce, do którego ich przetransportowano, szybko stało się zatłoczone, a władze nie spieszyły się szczególnie by zapewnić im pracę, dom oraz pożywienie. Dlatego też wiele imigrantów chorowało oraz umierało na obcej ziemi.

Po przybyciu na miejsce imigranci osiedlali się w miejscowości Biloxi. Jednak wraz z napływem przestępców i osób o podejrzanych zamiarach, ci nieco porządniejsi próbowali założyć nową kolonię, nie chcąc przebywać w takim towarzystwie. Zaczęli przenosić się na wschód do Nowego Orleanu, aby uciec od głodujących kryminalistów, którzy nawiedzali ich miasteczko.

W latach 20. XVIII wieku Nowy Orlean zaczął się rozwijać, a Mississippi Company Johna Law traciła obywateli i pracowników. Koloniści protestowali przeciwko nowym imigrantom, a Francja odpowiedziała poprzez ogłoszenie deportacji nielegalnymi. Mimo to trzeci i ostatni statek wypełniony więźniami przybył w 1721 roku. Szkody zostały już jednak wyrządzone, a nawet sami żołnierze zaczęli przemieszczać się na wschód, pozostawiając wybrzeże Missisipi zamieszkałe tylko przez ludzi, których John Law zmusił do emigracji. Walczyli o życie dla siebie, ale do 1767 roku większość z nich została zmuszona do ucieczki z wysp z powodu braku ochrony przed rdzennymi Indianami.

Chociaż oferta Johna Law dla francuskich więźniów wydawała się w tamtym czasie atrakcyjna, nie jest jasne, czy woleliby oni zostać w więzieniu po trudnych doświadczeniach na wybrzeżach Missisipi.

Law desperacko próbował udowodnić, że należące do niego terytorium Luizjany jest opłacalne. Bank spreparował papierkową robotę i wydrukował banknoty dla inwestorów. Jednak w końcu odkryto, że papierowe banknoty przekazywane inwestorom przekroczyły wartość metalowych monet przechowywanych przez bank. Inwestorzy rzucili się na gotówkę w formie papierowych banknotów w 1720 roku, ale bank został zmuszony do zaprzestania płatności w takiej formie, gdy stało się jasne, że nie mają środków na spłatę wszystkich klientów.

John Law został zwolniony ze swojej pozycji i zmuszony do ucieczki do Brukseli. Później przeniósł się do Wenecji i utrzymywał się z hazardu aż do śmierci.

Źródło: History Collection

piątek, 13 grudzień 2019 08:25

Orgazm przy... ziewaniu

Regularne zażywanie antydepresantów może nieść ze sobą nieoczekiwane konsekwencje. Jednym z najbardziej dziwacznych skutków ubocznych związku chemicznego znanego jako klomipramina jest natomiast... orgazm podczas ziewania.

Osobliwe przypadki takiego zjawiska opisują w swojej naukowej publikacji naukowcy z kanadyjskiego St John Regional Hospital. Analiza przypadków w wykonaniu McLean, Forsythe'a i Kapkina została opublikowana w 28 numerze Canadian Journal of Psychiatry z 1983 roku. Badacze tak opisują swoje obserwacje:

Przypadek 1: zamężna kobieta w wieku około dwudziestu lat przez trzy miesiące cierpiała na depresję. Ocena psychiatryczna doprowadziła do rozpoznania jednobiegunowej choroby depresyjnej, pojawiającej się w osobowości anancastycznej. Była leczona ambulatoryjnie klomipraminą 100 mg dawkowaną co 24 godziny. Całkowite ustąpienie objawów nastąpiło w ciągu dziesięciu dni. W tym momencie jednak pacjentka zapytała, jak długo będzie mogła "przyjmować" lek. Z zawstydzeniem przyznała, że ​​ma nadzieję, że będzie stosować lek przez dłuższy czas, nie tyle z powodu ulgi w objawach, których doświadczyła, ale raczej dlatego, że zauważyła, iż ​​od czasu zażycia leku za każdym razem gdy ziewała miała orgazm. Odkryła, że ​​jest w stanie doświadczyć orgazmu poprzez celowe ziewanie. Po odstawieniu leku kilka tygodni później zjawisko to zniknęło.

Przypadek 2: żonaty mężczyzna po dwudziestce ma objawy depresji trwającej trzy lub cztery miesiące. Ocena psychiatryczna ustaliła diagnozę jednobiegunowej choroby depresyjnej, występującej u osobowości pasywno-agresywnej. Leczenie klomipraminą w dawce 75 mg dawkowanej co 24 godziny ambulatoryjnie przyniosło całkowite ustąpienie objawów w ciągu czternastu dni. Jednak pacjent był szczególnie ambiwalentny, jeśli chodzi o kontynuowanie leczenia, ponieważ zauważył często intensywną potrzebę ziewania bez zmęczenia i że w wielu przypadkach, gdy ziewał, doświadczał orgazmu z wytryskiem. Zaprzeczył występowaniu zwiększonego popędu libidinalnego lub pokrewnej fantazji. Chociaż uznał to zarówno za niezręczne, jak i zawstydzające, postanowił kontynuować leczenie z powodu uzyskanych korzyści terapeutycznych. Niezręczność i zakłopotanie były na tyle problematyczne, że nieustannie zakładał prezerwatywy. Po odstawieniu leku kilka tygodni później zjawisko zniknęło.

To jednak nie koniec intrygujących obserwacji lekarzy. Okazuje się, że klomipramina wzbudzała także nieco inne reakcje podczas ziewania.

Przypadek 3: samotna kobieta po czterdziestce przebyła konsultację na Oddziale Urologii Regionalnego Szpitala Ogólnego, gdzie została przyjęta z powodu skarg na kamień nerkowy. Po odpowiednim leczeniu obserwowano, w jaki sposób wykazuje objawy depresyjne przez około cztery miesiące. Konsultacja psychiatryczna ustaliła rozpoznanie jednobiegunowej choroby depresyjnej występującej u osobowości obsesyjno-kompulsyjnej. Po przeniesieniu na oddział psychiatryczny rozpoczęto leczenie klomipraminą w dawce 100 mg co 24 godziny, co spowodowało całkowitą ulgę w objawach w ciągu 12 dni. Na początku trzeciego tygodnia hospitalizacji pacjentka zaczęła narzekać na to, co nazywała "zaklęciem ziewania", podczas którego odczuwała "nieodparte pragnienia seksualne". Ze względu na ograniczenia środowiskowe i pomimo sporadycznej ulgi płynącej z masturbacji, uznała te dziwne objawy za trudne do zniesienia i poprosiła psychiatrę o zaprzestanie przyjmowania tego leku, ponieważ zauważyła, że ​​jej odczucia zaczęły się wkrótce po przepisaniu medykamentów. Przerwanie leczenia doprowadziło do ustąpienia tych objawów.

Przypadek 4: żonaty mężczyzna po trzydziestce miał objawy depresji trwającej osiemnaście miesięcy. Ocena psychiatryczna doprowadziła do rozpoznania patologicznej reakcji żalu, występującej u osobowości pasywno-agresywnej. Rozpoczęto leczenie ambulatoryjne psychoterapią i klomipraminą w dawce 50 mg co 24 godziny. Pacjent później poinformował, że przestał brać klomipraminę po siedmiu dniach, ponieważ zauważył, że za każdym razem, gdy ziewał, odczuwał tak intensywne uczucie wyczerpania i osłabienia, że ​​musiał kłaść się przez 10 do 15 minut po każdym ziewaniu, aż uczucie ustąpiło. Zjawisko to wygasło w ciągu 48 godzin po odstawieniu leku.

Dyskusja: te zgłoszone działania niepożądane zostały odkryte przypadkowo podczas rutynowych zapytań o skutki uboczne. Jednak nie podjęto próby zastąpienia leków sposobami placebo lub innymi wyzwaniami. Autorzy nie są w stanie wyjaśnić źródła tych dziwnych zjawisk, które są zbieżne z podawaniem klomipraminy. Przypadki te zgłaszane są nie tylko dla dobra czytelników, którzy mogą chcieć zbadać pochodzenie tych zdarzeń, ale także ze względu na implikacje kliniczne do przestrzegania zaleceń przez pacjenta. Autorzy podejrzewają, że te działania niepożądane mogły nie być wcześniej zgłaszane (szczególnie zjawisko orgazmu) z powodu braku woli pacjenta do ujawnienia tego doświadczenia. Sugeruje się, aby wszyscy pacjenci otrzymujący ten lek rutynowo byli pytani o swoje doświadczenia związane z orgazmem w celu wyraźniejszego ustalenia częstotliwości tego zjawiska.

Ziew...

Źródło: Canadian Journal of Psychiatry Vol 28 November 1983

Hel, drugi najbardziej powszechny pierwiastek we wszechświecie, został odkryty na Słońcu, a dopiero później na Ziemi. Pierre-Jules-César Janssen, francuski astronom, zauważył żółtą linię w widmie Słońca podczas badania całkowitego zaćmienia w 1868 roku. Z kolei Anglik sir Norman Lockyer zdał sobie sprawę, że linia ta o długości fali rzędu 587,49 nanometrów nie mogła być wytwarzana przez żaden znany wówczas pierwiastek. Postawiono hipotezę, że za tę tajemniczą żółtą emisję odpowiedzialny był nowy element Słońca. Ten nieznany pierwiastek został nazwany helem przez Lockyera.

Poszukiwania helu na ziemi zakończyły się w 1895 roku - sir William Ramsay, szkocki chemik, przeprowadził eksperyment z minerałem zawierającym uran o nazwie clevite. Wystawił go na działanie kwasów mineralnych i zebrał wytworzone gazy. Następnie wysłał próbkę dwóm naukowcom, Lockyerowi i sir Williamowi Crookesowi, którzy byli w stanie zidentyfikować hel. Dwóch szwedzkich chemików, Nils Langlet i Per Theodor Cleve, znaleźli hel w clevite mniej więcej w tym samym czasie co Ramsay.

Hel stanowi około 0,0005% ziemskiej atmosfery. Ta śladowa ilość nie jest grawitacyjnie związana z ziemią i jest stale gubiona w przestrzeni kosmicznej. Ziemski hel atmosferyczny zostaje zastąpiony rozpadem pierwiastków promieniotwórczych w skorupie ziemskiej. Rozpad alfa, jeden z rodzajów rozpadu radioaktywnego, wytwarza cząstki zwane cząsteczkami alfa. Cząstka alfa może stać się atomem helu po wychwyceniu dwóch elektronów z otoczenia. Ten nowo utworzony hel może ostatecznie przedostać się do atmosfery przez pęknięcia w skorupie.

Hel jest komercyjnie wydobywany ze złóż gazu ziemnego, głównie z Teksasu, Oklahomy i Kansas. Hel jest używany do nadmuchiwania sterowców, balonów naukowych i balonów imprezowych. Służy jako obojętna osłona do spawania łukowego, do zwiększania ciśnienia w zbiornikach paliwa rakiet na paliwo ciekłe oraz w tunelach naddźwiękowych. Hel jest łączony z tlenem w celu stworzenia atmosfery wolnej od azotu dla nurków głębinowych, aby nie cierpieli na stan zwany narkozą azotową. Ciekły hel jest ważnym materiałem kriogenicznym i służy do badania nadprzewodnictwa i tworzenia magnesów nadprzewodzących. Jefferson Lab z Departamentu Energii wykorzystuje duże ilości ciekłego helu do działania nadprzewodzącego akceleratora elektronów.

Hel jest gazem obojętnym i nie łatwo łączy się z innymi pierwiastkami. Nie są znane związki zawierające hel, chociaż podejmowane są próby produkcji difluorku helu (HeF2).

Podstawowe informacje:

Liczba atomowa: 2

Masa atomowa: 4,002602

Temperatura topnienia: -272,2 °C

Temperatura wrzenia: -268,93 °C

Gęstość: 0,0001785 gramów na centymetr sześcienny

Stan w temperaturze pokojowej: gaz

Klasyfikacja pierwiastka: Niemetalowy

Numer okresu: 1 Numer grupy: 18 Nazwa grupy: Gazy szlachetne

Skąd taka nazwa? Od greckiego boga słońca, Heliosa

Źródło: JLab

Więzień, który twierdził, że naruszył własne prawa obywatelskie przez bycie aresztowanym, złożył pozew przeciwko sobie na kwotę 5 milionów dolarów - a następnie wezwał państwo do zapłaty, ponieważ nie miał żadnych dochodów w więzieniu.

Robert Lee Brock, więzień w Indian Creek Correctional Center w Chesapeake, w 1995 roku złożył w sądzie federalnym odręczny, siedmiostronicowy pozew. - 1 lipca 1993 roku byłem pod wpływem napojów wyskokowych, w wyniku czego popełniłem naruszenie własnych przekonań religijnych. Doszło do tego przez moje wyjście z domu i aresztowanie - napisał Brock, który odsiadywał 23 lata za włamanie i kradzież.

- Chcę sobie wypłacić 5 milionów dolarów - kontynuował - ale wzywam państwo, aby zapłaciło tę kwotę w moim imieniu, ponieważ nie mogę pracować i jestem pod opieką stanu.

Sędzia Rebecca Beach Smith nie była pod wrażeniem pomysłowości Brocka i odrzuciła pozew, opisując go jako niepoważny.

- Powód przedstawił innowacyjne podejście do sporów dotyczących praw obywatelskich - napisała Smith. - Jednak jego roszczenia, a zwłaszcza domniemane poszukiwanie ulgi, są zwyczajnie śmieszne.

Źródło: Deseret News

Wyjątkowy meteoryt, który spadł na radziecką bazę wojskową w Jemenie w 1980 roku, mógł pochodzić z jednego z księżyców Marsa. Na Ziemi znaleziono kilka meteorytów z Czerwonej Planety, ale może to być jedyny dostępny dla nas fragment rzeczywistej marsjańskiej skały księżycowej.

Andriej Iwanow, który ma swoje biuro w Wernadskim Instytucie Geochemii i Chemii Analitycznej w Moskwie, spędził dwie dekady prowadząc badania nad meteorytem Kaidun wielkości pięści, zanim zdecydował, że musi to być odprysk Fobosa, większego z dwóch księżyców marsjańskich. - Nie mogę znaleźć lepszego kandydata - powiedział Iwanow w rozmowie z "New Scientist". Badanie zostało opublikowane w marcowym wydaniu "Solar System Research" zatytułowanym: "Czy meteoryt Kaidun jest próbką Fobosa?".

Mars posiada dwa naturalne satelity: księżyce zwane Fobos (z greckiego "strach") i Deimos ("terror"). Fobos jest jednym z najciemniejszych obiektów w naszym Układzie Słonecznym, w większości bezbarwnym (ciemnoszarym) satelitą, z wyjątkiem słabo czerwonawo-pomarańczowego odcienia rzucanego przez odbicie światła słonecznego na Marsie. Dlatego też księżyc w pełni nie rozjaśnia marsjańskich nocy w zasadzie wcale.

Meteoryt Kaidun jest jak żaden inny na świecie - a przecież udokumentowano co najmniej 23 tys. sztuk. Jest wykonany z wielu małych kawałków materiału, w tym minerałów, których nigdy wcześniej nie widziano.

Współpracując z Michaelem Zolenskim z NASA Johnson Space Center w Teksasie, Iwanow użył mikroskopu elektronowego, aby przyjrzeć się strukturze krystalicznej skały kosmicznej, przejrzał jej minerały za pomocą promieni rentgenowskich i odparowanych fragmentów w celu skatalogowania elementów wewnątrz. I każda próbka okazała się czymś "nowym i dziwnym", mówi Zolenski.

Pośród dziwnych materiałów meteorytu były dwa fragmenty skały wulkanicznej, które tworzą się tylko w masywnych, podobnych do planet ciałach z rdzeniem, płaszczem i skorupą.

Meteoryt ten "zajmuje szczególne miejsce w światowej kolekcji" - napisał Iwanow. - Kaidun charakteryzuje się niespotykaną różnorodnością materiałów meteorytowych w składzie (...) W Kaidun zidentyfikowano prawie 60 minerałów i faz mineralnych, w tym kilka nie występujących w naturze, takich jak florenskiit, FeTiP, pierwszy znany fosforek pierwiastka litofilnego [wykonany z fosforu, tytanu i żelaza]. Kaidun jest jedynym znanym przykładem węglowego chondrytu (materiału meteorytowego bogatego w węgiel).

Jednak duża część meteorytu jest rodzajem materiału bogatego w węgiel, który występuje tylko w asteroidach. Zolenski uważa, że ten paradoks można wytłumaczyć, jeśli meteoryt pochodzi z marsjańskiego księżyca. Uważa się, że zarówno Fobos, jak i Deimos są asteroidami "chwytanymi" przez Marsa, gdy wędrują w przestrzeni kosmicznej. To by tłumaczyło obecność materiału węglowego. A kawałki skały wulkanicznej mogą być kawałkami Marsa, rzuconymi na orbitę, gdy inne planetoidy uderzały w planetę.

Fobos jest bardziej prawdopodobnym kandydatem: krąży zaledwie 6000 kilometrów od powierzchni planety, znacznie bliżej niż Deimos, prawdopodobnie więc pochłonął o wiele więcej fragmentów skały Marsa.

Iwanow opisał to odkrycie w streszczeniu jego badań: "Meteoryt Kaidun wykazuje niesamowitą różnorodność materiału pozaziemskiego. Ciało macierzyste meteorytu składa się głównie z węglowego chondrytu drugiego rodzaju petrologicznego. Meteoryt jest specyficzny w swoim składzie: zawiera liczne fragmenty i wtrącenia powstałe na wczesnym etapie ewolucji Układu Słonecznego przez kondensację mgławicową, metasomatozę gazową, aglomerację i inne procesy oraz dwa różne fragmenty zróżnicowanego materiału wzbogaconego w alkalia, który dostał się do ciała macierzystego w wyniku różnych zdarzeń. Dane dotyczące składu litologicznego meteorytu Kaidun dają mocne argumenty przemawiające za uznaniem macierzystego ciała meteorytu za węglowego chondrytowego satelitę dużej zróżnicowanej planety. Fobos, księżyc Marsa, jest najbardziej prawdopodobnym kandydatem. Wiele cech meteorytu Kaidun można dobrze wyjaśnić w ramach popularnej hipotezy o pochodzeniu Fobosa na podstawie modelu wychwytywania mgławicy".

- Pomysł ten wydaje się być prawdopodobny, choć nieco spekulacyjny - mówi Sara Russell, ekspert od meteorytów w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. - Na Fobos nie wysłano lądowników, więc prawie nic nie wiadomo o składzie i geologii tego ciała. Zolenski uważa, że ​​źródłem mogła być niecodzienna asteroida. Nadzieja na rozwiązanie tej tajemnicy spoczywa na Europejskiej Agencji Kosmicznej, która została poproszona przez brytyjskich naukowców o rozważenie wysłania misji na Fobos w ramach programu eksploracji Marsa.

Źródło: Astrobio.net

Gracze rywalizujący w oficjalnym turnieju YuGiOh dosłownie doświadczyli powiewu świeżego powietrza, dzięki nowym zasadom obligującym każdego w grze do... unikania wydzielania smrodu.

Najnowsza edycja oficjalnych zasad turniejowych gry karcianej opartej na anime zawiera nowy podrozdział dotyczący podstawowej higieny w ramach wytycznych turniejowych.

"Oczekuje się, że podczas turnieju będziesz czysty. Zaniechanie prania lub zakładania czystych ubrań przyczynia się do nieprzyjemnej atmosfery na turnieju, ponieważ może być on oblegany przez tłumy chętnych, a dzień może być długi" - czytamy w wytycznych.

"Osoby, które zaniedbają dbanie o siebie do tego stopnia, że ​​negatywnie wpływają na turniej, mogą zostać poproszone o zażegnanie tego problemu, jeśli chcą nadal uczestniczyć w turnieju".

Innymi słowy: śmierdzący leń nie przejdzie.

Pomijając stereotyp śmierdzących "nerdów", zmienny stan świeżości wśród graczy i uczestników był od dawna tematem wielu skarg w świecie gier i konwentów. Ponieważ gracze i fani spędzają długie godziny w zatłoczonych pomieszczeniach, niektóre nieprzyjemne aromaty mogą stać się poważnym problemem.

W ubiegłym roku strona z grami Kotaku zauważyła, że ​​na turnieje Super Smash Bros napotykały podobne skargi, które spowodowały, że niektórzy organizatorzy turniejów wdrożyli własne zasady wymagające od graczy i uczestników odświeżenia się - pod groźbą wykluczenia.

Na Twitterze reakcja na tę zasadę wydaje się być w dużej mierze pozytywna, a nawet mile widziana.

- Byłam na turnieju Yugioh z przyjaciółmi (oglądam, nie gram, kocham yugioh, ale nie jestem w stanie grać przez dłuższy czas) i ktoś jako żart rozpyla wszędzie jakiś odświeżacz zapachów i to było zabawne, ta zasada jest dobra dla higieny i do strojenia sobie żarcików - komentuje "PopTart".

Fani YuGiOh którzy nie są pewni, czy uda im się dostosować do tej zasady, mogą zawsze kupić i używać markowych produktów prysznicowych tej gry, tak dla pewności.

Ci, którzy nie przeszli testu węchu, nie powinni się smucić - mimo wszystko nadal są w dobrym towarzystwie.

Źródło: The Register

We wrześniu 1989 roku prezydent Rosji Borys Jelcyn i garstka sowieckich towarzyszy udali się na niezaplanowaną 20-minutową przechadzkę po Randall's Supermarket po zwiedzeniu Johnson Space Center.

Był 16 września 1989 roku, a Jelcyn - nowo wybrany do parlamentu radzieckiego i Rady Najwyższej - właśnie odwiedził Johnson Space Center.

W JSC Jelcyn odwiedził kontrolę misji i makietę stacji kosmicznej. Według reporterki Houston Chronicle, Stefanie Asin, to nie ekrany, tarcze i ogólne zdumienie w NASA wprawiły go w zachwyt - prawdziwym szokiem okazała się dla niego nieplanowana wycieczka do pobliskiego Randalla.

Jelcyn, mający wówczas 58 lat, "przechadzał się po korytarzach Randalla ze zdumieniem kiwając głową" - twierdzi Asin. Powiedział swoim towarzyszom Rosjanom, że jeśli ich ludzie, którzy często muszą czekać w kolejce na większość towarów, zobaczą warunki w amerykańskich supermarketach, "nastąpi rewolucja".

Klienci i pracownicy zaczepiali go, aby uścisnąć mu dłoń i przywitać się. W 1989 roku ludzie nie mieli w kieszeni smartfonów, więc selfie z Jelcynem nie wchodziło jeszcze w grę.

Jelcyn pytał klientów o to, co kupują i ile to kosztuje, a następnie zapytał kierownika sklepu, czy potrzebne jest specjalne wykształcenie do zarządzania sklepem. Na zdjęciach Chronicle widać, jak zachwyca się sekcją warzyw, kącikiem rybnym i kasami. Był szczególnie podekscytowany mrożonymi puddingami.

"Samo Biuro Polityczne nie ma takiego wyboru. Nawet pan Gorbaczow" - oznajmił. Kiedy przy pomocy tłumacza wyjaśniono mu, że w sklepie są tysiące przedmiotów na sprzedaż, nie uwierzył. Myślał nawet, że sklep ten został wcześniej przygotowany, co miało być dla niego popisowym przedstawieniem. Nie wiedział, że istnieją tam niezliczone sklepy w całym kraju, niektóre z jeszcze większym asortymentem niż ten, który odwiedził.

Zadziwił go fakt, że takie sklepy były na prawie każdym rogu ulicy w Ameryce. Zaproponowano mu nawet bezpłatne próbki sera. Według Asin Jelcyn nie odszedł z pustymi rękami, ponieważ dostał małą torbę z gadżetami.

Mniej więcej rok po odejściu rosyjskiego przywódcy od władzy, biograf Jelcyna napisał, że podczas podróży samolotem do następnego miejsca docelowego Jelcyna, Miami, prezydent był wyraźnie przygnębiony. Nie mógł przestać myśleć o obfitym jedzeniu w sklepie spożywczym i o tym, co jego rodacy musieli w tym samym czasie doświadczać w Rosji.

W swojej autobiografii Jelcyn pisał o doświadczeniach w Randallu, które, zdaniem ekspertów, zrujnowały jego pogląd na komunizm. Dwa lata później opuścił Partię Komunistyczną i rozpoczął reformy mające na celu odwrócenie odpływu gospodarczego w Rosji.

Być może trzeba za to "podziękować" mrożonemu puddingowi Jell-O, który podziwiał - co udało się uchwycić na fotografii.

- Kiedy zobaczyłem te półki wypchane setkami, tysiącami puszek, kartonów i wszelkiego rodzaju towarów, po raz pierwszy poczułem się dość szczerze załamany sytuacją narodu radzieckiego - napisał Jelcyn. - Ten, tak potencjalnie bardzo bogaty kraj jak nasz, został doprowadzony do stanu takiej biedoty! Na samą myśl robi mi się źle w sercu.

Sam lider ustąpił ostatniego dnia 1999 roku po kilku latach podejmowania prób wprowadzenia nowego systemu w Rosji. Wszechobecne kumoterstwo zdołało jedynie stłumić marzenie Jelcyna dla jego kraju. Korupcja i niekompetencja nękały jego ostatnie lata urzędowania. Mówi się, że dobrowolne opuszczenie Kremla uchroniło go przed postępowaniem karnym.

Jego następcą został premier Władimir Putin, który zaczął pełnić obowiązki prezydenta. Putin był doradcą Jelcyna w poprzednich latach.

Jelcyn zmarł w 2007 roku w wieku 76 lat.

Źródło: New Haven Register

Free Joomla! template by L.THEME