Mistrz, gigant, niezwykły talent, mesjasz muzyki, geniusz, najlepszy, najbardziej wpływowy. To tylko niektóre etykiety, które są często używane do opisywania Ludwiga van Beethovena. Czym tak naprawdę był? Jak ważny był on w gronie wybitnych muzyków? Ten artykuł dotyczy wpływu, jaki Beethoven miał na muzykę i zajmujących się nią artystów.

Ludwig van Beethoven był rzeczywiście kamieniem węgielnym w historii muzyki. Po nim w muzyce nic już nie było takie samo. Żył w czasach, gdy muzyka była uważana za gorszą formę sztuki w porównaniu do śpiewu, literatury czy malarstwa. Muzyk był tylko zawodem, osobą, która tworzy muzykę - ładne i zrównoważone miłe melodie. Niczym szewc, którego zadaniem było wytwarzanie butów. Nie więcej nie mniej!

Dla Beethovena muzyka była najwyższą formą sztuki. Uważał, że muzyka pochodzi z nieba, a jej zadaniem jest zmienić publiczność i uczynić ludzkość lepszą. Był człowiekiem na misji od Boga. Nawet w testamencie z Heiligenstadt pisze o tym powołaniu, które jest jedynym powodem jego egzystencji. Gdy tylko przybył do Wiednia i zaczął występować publicznie, działał jako przedstawiciel tego najwyższego powołania. Zażądał pełnej uwagi do swojej muzyki, co było wtedy czymś, czego nigdy wcześniej nie spotkano. Nawet w przypadku występowania dla wysokiej arystokracji w Wiedniu - jeśli publiczność nie zachowywałaby się właściwie, był w stanie przerwać zabawę, nazwać arystokratów świniami i opuścić salę. Był to zatem człowiek, który traktował ich jak równych na własnych warunkach. Muzyka nie była już tylko melodią w tle, dzięki której rozmowa stawała się przyjemniejsza. Muzyka i słuchanie jej stało się sztuką, niemal religią, w której publiczność słusznie spodziewała się, że zostanie poruszona, że pojawią się emocje i uniesienie do wymiarów duchowych.

Jednym bardzo ważnym dziedzictwem Beethovena jest nadanie początkom statusu muzyka, artysty. Gwiazdy rocka - jak powiedzieliby współcześni ludzie. Jest postacią podobną do proroków ze Starego Testamentu, całkowitym oddaniem powołaniu, walką z nieświadomą publicznością i krytykami, dotykaniem dusz przekazem w formie muzyki. W ten sposób narodziła się heroiczna, romantyczna muzyka.

Głuchota to kolejny czynnik, który przyczynił się do romantycznego wizerunku kompozytora. Jest jak postać biblijna, otrzymująca tak wielki talent, tak wielkie objawienie, że Bóg dotknął jego uszu na wzór ciernia w ciele św. Pawła, aby uchronić umysł i krew przed pychą.

Zadziwiające jest, jak wielki wpływ wywarł on na muzyków. Rossini odwiedził go w Wiedniu, co opisał następująco: "Stałem przed nim, jak motyl przed lwem". Franz Schubert wyznał na łożu śmierci, słuchając kwartetu Beethovena: "Kto kiedykolwiek może stworzyć coś po Beethovenie?". Johannes Brahms odmówił wykonywania symfonii przez 21 lat(!), mówiąc do swoich przyjaciół i sympatyków: "Nigdy nie napiszę symfonii, nie macie pojęcia, jak czują się twórcy jak my, kiedy słyszymy takiego giganta [Beethovena]". Od śmierci Beethovena muzycy są zarówno inspirowani, jak i onieśmielani przez geniusz tego muzycznego bohatera i jego wpływ - nawet dzisiaj!

Podsumowując, należy podkreślić, że po Beethovenie żaden muzyk nie podszedł do swojego rzemiosła jak wcześniej. Jego duch jest wyczuwalny przy wszystkich kompozytorach, którzy pragną służyć najwyższemu wezwaniu do tworzenia muzyki. Niedopuszczalna jest praca połowiczna - niemal ukończona lub o PRAWIE idealnej jakości! Sama muzyka ma inną rolę, powinna wpływać na odbiorców, w razie potrzeby przełamując zasady kompozycyjne, wyzwalając twórczą energię na swój własny sposób. Zmieniło się także postrzeganie bycia słuchaczem. Publiczność ma się skupić na muzyce, poczuć ją sercem, dać się ponieść emocjom.

Źródło: PopularBeethoven.com

W 1831 roku dwóch mężczyzn włamało się do City Bank of New York i uciekło z prawie 250 tys. dolarów. Mówi się, że był to pierwszy napad na bank w USA. Okazuje się, że to nie do końca prawda.

Otóż inny napad mający miejsce 30 lat przed tym wspominanym powyżej powinien dzierżyć ten tytuł - to dość osobliwa opowieść, którą uwieczniono w postaci obrazu olejnego przedstawiającego kowala - dzieło to obecnie jest przechowywane w Akademii Sztuk Pięknych w Pensylwanii.

Był rok 1798 - kowal Patrick Lyon przebywał w Lewiston w stanie Delaware, pochłonięty czytaniem gazety. Ta opisywała oszałamiającą historię kradzieży z Bank of Pennsylvania w Carpenter's Hall w Filadelfii we wczesnych godzinach porannych, z której łup stanowił ponad 160 tys. dolarów - zdumiewająca kwota, którą można dzisiaj przeliczyć na ponad 3 miliony USD.

Gawiedź lubi czytać o napadach na banki (być może dlaczego teraz to czytasz, drogi czytelniku), ale Lyon miał bardziej osobisty interes w tej sprawie. Jego ostatnią pracą, zanim przybył do Delaware, była wymiana okuć i zamków w drzwiach skarbca Bank of Pennsylvania - tego, którego właśnie obrabowano, zgodnie z historią opisaną w "Carpenter's Hall".

Wydawało się, że była to robota wewnętrzna, a Lyon od razu miał na myśli dwóch podejrzanych: stolarza Samuela Robinsona, który pracował dla banku i innego mężczyznę, współpracownika Robinsona, którego Lyon nie znał osobiście.

Tymczasem Lyon nie zauważał tego, że jako kowal, który pracował przy drzwiach skarbca i który wkrótce potem opuścił Filadelfię, sam jawił się jako podejrzany.

Po tym, jak stary znajomy skontaktował się z Lyonem i zasugerował, że jest podejrzany o tę bezczelną kradzież, Lyon zrobił to, co uważał za słuszne, i wrócił do Filadelfii, aby oczyścić swoje imię.

Za swój trud został jednak wtrącony do więzienia.

Pracownicy banku podejrzewali, że Lyon zwyczajnie stworzył dodatkowy klucz do skarbca, gdy nad nim pracował. Przez trzy miesiące Lyon był przetrzymywany w więzieniu Walnut Street w Filadelfii.



Jedyną rzeczą, która okazała się wybawieniem dla Lyona, był kretynizm rzeczywistego złodzieja, który okazał się nieznajomym, którego Lyon podejrzewał przez cały czas i odtąd był identyfikowany jako Izaak Davis. Mężczyzna zwerbował wspólnika, który pomógł mu w kradzieży.

"Duet ten najwyraźniej dokonał zbrodni idealnej" - głoszą media. "Następnie, w posunięciu, które będzie długo żyło w annałach głupoty, Davis zaczął deponować skradzione pieniądze w tym samym banku, który obrabował i w innych bankach w Filadelfii, rzucając na siebie cień podejrzeń".

Mężczyzna najwyraźniej nie miał planu, co zrobić z gotówką po napadzie, i nawet nie wymyślił wiarygodnej historii o całym swoim nowo odkrytym bogactwie.

"W obliczu pytań o swoje nagłe bogactwo Davis się przyznał i zawarł umowę o zwrocie wszystkich pieniędzy" - czytamy.

W jakiś sposób Davis otrzymał ułaskawienie i pełną rekompensatę i nie spędził ani dnia za kratkami.

Co ciekawe - Lyon wciąż tkwił w więzieniu, nawet po tym, jak rozpętała się burza wokół Davisa. W rzeczywistości był przetrzymywany przez kilka tygodni w więzieniu, aż w końcu zarzuty zostały wycofane.

Po uwolnieniu Lyon napisał książkę o swoim dziwacznym doświadczeniu, która stała się bestsellerem pomimo komicznie długiego tytułu: „Historia Patricka Lyona, który cierpiał trzy miesiące ciężkiego więzienia w Philadelphia Gaol, tylko przez niejasne podejrzenie bycia zaniepokojonym napadem na Bank of Pennsylvania ze swoimi uwagami na ten temat".

Następnie Lyon złożył pozew cywilny w 1805 roku o niesłuszną karę więzienia. W przełomowej sprawie wygrał i otrzymał 12 tys. dolarów rekompensaty - czyli około 240 tys. dzisiejszych USD.

Wpływy z jego książki i renomy z pewnością zapewniły Lyonowi spokój finansowy na wiele lat. Jednak kiedy zamówił portret w 1825 roku, upewnił się, że artysta uczynił go skromnym kowalem.

"Rudowłosy kowal jest imponujący, ale dostępny, przykuwa uwagę widza równie dobrze, jak jego zachwyconego ucznia" - tak obraz ten opisuje Akademia Sztuk Pięknych w Pensylwanii. "Kopuła po lewej stronie tła przedstawia więzienie na Walnut Street, gdzie Lyon przebywał niesprawiedliwie prawie trzydzieści lat wcześniej".

Źródło: EmeraldObserver.com

piątek, 22 listopad 2019 09:36

Dlaczego podróżowanie nas męczy?

Mózg utrzymuje zaangażowanie mięśni, aby uwzględnić niewielkie ruchy pojazdu w celu zapewnienia prawidłowego utrzymania postawy. Te niewielkie ruchy powodują, że mięśnie stale pracują, co powoduje ich zmęczenie podczas długiej podróży.

Z pewnością każdy z nas zna ludzi, którzy lubią odbywać długie podróże. Uwielbiają wręcz wskakiwać do swoich samochodów i przejechać beztrosko kilkaset kilometrów.

Niektórzy zaś...



Ludzie, którzy uważają, że unikamy wycieczek samochodowych po prostu dlatego, że są dla nas zbyt męczące, często pytają, dlaczego mamy coś przeciwko podróżowaniu na duże odległości samochodem lub autobusem. Sprawa ta jest rzeczywiście intrygująca - dlaczego ludzie męczą się, gdy podróżują na duże odległości w niektórych pojazdach? Przecież po prostu siedzą i nic nie robią, prawda? Dlaczego miałoby to się czymkolwiek różnić od siedzenia w pociągu lub nawet na krześle w domu?

Szybka notatka: uczucie zmęczenia w samochodach, autobusach, a nawet samolotach jest dość subiektywne i jako takie może nie mieć zastosowania w każdym przypadku. Mogą istnieć ludzie, którzy NIE uważają podróżowania autobusem na długich dystansach za męczące. W tym artykule przedstawiono tylko kilka czynników, które w dużej mierze przyczyniają się do zmęczenia po długiej podróży wspomnianymi środkami komunikacji.

Czynniki wpływające na komfort pasażerów w podróży

Kiedy jesteśmy w drodze, samochód/autobus z pewnością przyspiesza/zwalnia niezliczoną ilość razy dzięki oczywistemu przepływowi ruchu. Oprócz tego pojazd pokonuje wiele zakrętów, które z pewnością będą nas kołysać z jednej strony na drugą.

Oprócz wielu zakrętów, kołysania i ciągłych zmian prędkości, istnieje kilka innych czynników, takich jak stan samochodu oraz miejsc pasażerskich, a nawet jakość dróg. Wszystkie te czynniki mają skumulowany wpływ na komfort pasażerów.

Możemy nie zdawać sobie z tego sprawy, ale ciągłe kołysanie i zmiany prędkości powodują, że musimy "walczyć" o pozostanie wyprostowanymi. Mózg utrzymuje zaangażowanie mięśni, aby uwzględnić niewielkie ruchy pojazdu w celu zapewnienia prawidłowego utrzymania postawy. Te niewielkie ruchy powodują, że mięśnie stale pracują, co powoduje ich zmęczenie podczas długiej podróży - takiej, która trwa dłużej niż 2-3 godziny.

Tylko dlatego, że nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie oznacza, że nasze mięśnie zwyczajnie "leniuchują" i nic nie robią. Wszak to właśnie dlatego stanie w miejscu powoduje większy ból nóg niż chodzenie.

Ciekawostka: Greger Huttu - mistrz świata w iRacing (wirtualny symulator wyścigów) - został zaproszony do poprowadzenia prawdziwego samochodu wyścigowego. Przejechał kilka okrążeń bardzo szybko (prawie 160 km na godzinę), ale po chwili zwymiotował w hełmie, ponieważ jego ciało nie było w stanie poradzić sobie z działającymi na niego ogromnymi siłami fizycznymi. Zrezygnował na 15. okrążeniu.

Wbrew pozorom prowadzenie samochodów wyścigowych ma negatywny wpływ na ciała kierowców. Właśnie dlatego zawodnicy Formuły 1 bardzo się starają, aby pozostać w formie i poradzić sobie z tymi ogromnymi przeciążeniami.

Z drugiej strony pociągi są stosunkowo mniej męczące. Powód jest prosty: nie przyspieszają / nie zwalniają ani nie zmieniają kierunków tak często, jak samochody na drodze.

Czynniki wpływające na zmęczenie podczas lotu

Loty wcale nie są lepsze, jeśli chodzi o wywoływanie zmęczenia. Można powiedzieć, że samoloty nie doświadczają gwałtownych zmian prędkości tak jak samochody, więc podróżowanie nimi nie powinno być tak męczące, prawda?

Cóż, istnieją za to inne czynniki, które męczą nas w samolocie.

Po pierwsze, wchodzi tutaj w grę kwestia "wysokości" - nasze ciała muszą przystosować się do szybkiego wznoszenia się. Chociaż ciśnienie w kabinie ułatwia ciału dostosowanie się do zmiany wysokości, nadal jest to dalekie od tego, co można nazwać "normalnym", tj. czymś, co odczuwamy siedząc na krześle w swoim pokoju.

Kolejnym czynnikiem jest odwodnienie. Aby utrzymać odpowiednie ciśnienie w kabinie, linie lotnicze muszą ściśle regulować powietrze w jej wnętrzu. Obejmuje to zmianę składu powietrza do oddychania wewnątrz kabiny. Dlatego powietrze w kabinie jest o 15% bardziej suche niż "powietrze gruntowe", co powoduje odwodnienie pasażerów. W rzeczywistości jest to jeden z wielu powodów, dla których jedzenie w samolocie smakuje tak źle.

Ponadto nie można zapominać o sposobie poruszania się samolotu. Cały ten hałas, drżenie, toczenie, turbulencje i inne wibracje, jakich doświadczamy podczas lotu, nie są naturalnymi ruchami dla ludzkiego ciała. To stale próbuje się ustabilizować, co powoduje zmęczenie, dlatego po długim locie czujemy się wypompowani, mimo że pozornie wygląda to tak, jakbyśmy siedzieli w miejscu i nic nie robili.

Czynnik psychologiczny

Nie można pominąć też psychologicznego aspektu podróżowania na duże odległości. Już sama idea podróżowania zniechęca wiele osób.

Podróżując samolotem, prawdopodobnie jesteśmy trochę niepewni siebie i swojego otoczenia. Wokoło są obcy i podświadomie próbujemy trzymać się z dala od ich osobistej przestrzeni. Innymi słowy, stale jesteśmy "czujni" lub zamartwiamy się, co nie jest naturalnym stanem umysłu (większości) ludzi. Zwiększa to mentalne wyczerpanie podróżowaniem.

To dlatego klasa biznesowa w lotach jest tak popularna. Mamy tam więcej miejsca i jest o wiele wygodniej. Cała klasa biznesowa polega na tym, aby poczuć się jak w domu, aby być dobrze wypoczętym i gotowym do pracy od momentu wyjścia z samolotu.

Uczucie zmęczenia jest jednak bardzo subiektywne i różni się w zależności od osoby. Jednak dla tych, którzy męczą się podczas długich podróży lub lotów, są to niektóre z kluczowych czynników, które mają wpływ na opisywane zmęczenie.

Źródło: Science ABC

Wyobraź sobie, że stajesz przed sądem królewskim za obrazę swojego władcy - ten jest gotów skazać cię na śmierć. Jednak dzięki swojemu dowcipowi udaje ci się uniknąć wyroku. Tak właśnie było w przypadku Nicolasa Ferriala.

Nicolas Ferrial, znany również jako Le Févrial lub Triboulet (1479–1536) był błaznem na dworze królewskim Ludwika XII i Franciszka I Walezjusza.

Mężczyzna pojawia się w 3. Księdze kronik Pantagrueline autorstwa François Rabelaisa. Jest także częścią "Le Roi s'amuse" Victora Hugo i jej operowej wersji, a także "Rigoletto" Giuseppe Verdiego, swoistej mieszanki postaci „Tribouleta” i francuskiego rigoler (śmiech), mającym na celu odwrócenie cenzury, jaką otrzymał utwór Hugo. Triboulet, błazen ubrany w całości na czerwono, to także postać związana z karnawałem w Monthey w Szwajcarii.

Znane cytaty

Triboulet przyszedł kiedyś do Monarchy ze skargą. Miało dojść wówczas do następującego dialogu:

Triboulet: Pewien szlachcic zagroził, że mnie powiesi!
Monarcha: Nie martw się! Jeśli cię powiesi, piętnaście minut po tym każę go ściąć!
T: Czy byłoby możliwe ścięcie go 15 minut przed?

Innym razem Triboulet nie mógł się powstrzymać i klepnął monarchinię w tyłek. Ta straciła panowanie nad sobą i zagroziła mu śmiercią. Nieco później dama uspokoiła się i obiecała wybaczyć Tribouletowi, jeśli wymyśli on przeprosiny jeszcze bardziej obraźliwe niż ich powód. Kilka sekund później Triboulet odpowiedział: „Tak mi przykro, wasza wysokość, że cię nie poznałem! Pomyliłem cię z Królową!”

W obliczu śmierci

Złamawszy rozkaz Franciszka I, zabraniający Tribouletowi żartowania z królowej i jej dworzan, król rozkazał go zabić. Jednak mając na uwadzę wieloletnią posługę swojego błazna, Franciszek I przyznał Tribouletowi prawo wyboru sposobu, w jaki umrze. Triboulet w swoim stylu odparł: „Bon sire, par sainte Nitouche et saint Pansard, mecenas de la folie, je demande à mourir de vieillesse”. co przekłada się na: „Dobry ojcze, na litość świętego Nitouche i świętego Pansarda, patronów szaleństwa, wybieram śmierć ze starości”. Nie mając innego wyboru niż się zaśmiać, król nakazał, aby Triboulet nie został stracony, lecz zamiast tego wygnany z królestwa.

Źródło: Wikipedia

sobota, 26 październik 2019 10:53

Syndrom "córki z Kalifornii"

Świat medycyny pełen jest zadziwiających i skomplikowanych terminów, jednak jednym ze szczególnie interesujących przypadków jest tzw. "córka z Kalifornii" - część z nas zapewne miała z tym do czynienia, nie zdając sobie z tego sprawy.

Syndrom „córki z Kalifornii” jest frazą stosowaną w środowisku lekarzy, mającą na celu opisanie sytuacji, w której od dawna zaginiony krewny przybywa do szpitala, w którym leczony jest umierający starszy członek rodziny i nalega, aby zespół medyczny zastosował zdecydowane środki w celu przedłużenia życia pacjenta lub w inny sposób kwestionuje opiekę, którą pacjent otrzymuje. W swojej książce pt. "The Conversation: A Revolutionary Plan for End-of-Life Care" z 2015 roku amerykański lekarz Angelo Volandes przypisuje to „winie i zaprzeczeniu” - „niekoniecznie temu, co jest najlepsze dla pacjenta”.

„Córka z Kalifornii” jest często opisywana jako wściekła, wygadana i dobrze poinformowana.

Specjaliści medyczni twierdzą, że ponieważ osoba opisywana jako „córka z Kalifornii” była nieobecna w życiu i opiece nad pacjentem w podeszłym wieku, często zaskakuje ją stopień pogorszenia stanu pacjenta i może mieć nierealistyczne oczekiwania co do tego, co jest wykonalne z medycznego punktu widzenia. Może też czuć się winna z powodu swojej nieobecności i dlatego może czuć motywację do potwierdzenia swojej roli jako zaangażowanego opiekuna.

Wyrażenie to zostało po raz pierwszy udokumentowane przez Davida Molloya i innych gerontologów w studium przypadku z 1991 roku opublikowanym w "Journal of American Geriatrics Society", zatytułowanym „Podejmowanie decyzji wśród niekompetentnych osób starszych: "The Daughter from California Syndrome"". W tymże artykule Molloy i współpracownicy przedstawili strategie mające na celu pomóc personelowi medycznemu w radzeniu sobie z problematycznymi członkami rodziny pacjentów umysłowo niekompetentnych.

Co ciekawe - w samej Kalifornii syndrom ten opisuje się czasem mianem "córki z Nowego Jorku".

Źródło: Wikipedia

piątek, 25 październik 2019 07:19

Niesamowity obraz Csontvárego z ukrytym przekazem

Tivadar Kosztka Csontváry był przedstawicielem awangardowego ruchu na początku XX wieku. Węgierski malarz był jednym z pierwszych, którzy stali się znani w Europie, mimo że pracował głównie w Budapeszcie. Tworzył swoje najbardziej popularne prace w latach 1903–1909, organizowano również jego wystawy w Paryżu i Europie Zachodniej. Miał nieco ekscentryczną osobowość z kilku powodów - na przykład swojego wegetarianizmu, antyalkoholizmu, pacyfizmu i sprzeciwu wobec palenia. Niektórzy jego biografowie uważali to za utajoną, ale coraz bardziej destrukcyjną schizofrenię.

Na jego obrazie pt. "Az Öreg Halász" (Stary rybak) możemy odnaleźć szokujące detale. Na pierwszy rzut oka nie ma na nim nic dziwnego, może oprócz dyssymetrii twarzy. Jednak jeśli odbijemy lewą stronę obrazu "jak w lustrze", otrzymamy zupełnie inną idealną twarz. To samo stanie się, jeśli zrobimy to z prawą stroną malowidła.

Co więcej, oba utworzone przez odbicie lustrzane obrazy będą idealne, ale będą przy tym niosły dwa skrajne przekazy.

Oto oryginalny obraz:



Tutaj odbicie lustrzane lewej strony:



Stary rybak modli się na łódce, płynąc na spokojnym morzu.

A tutaj prawej:



Diabeł siedzi w trumnie, a za nim szaleje sztorm. Obraz pokazuje nam dwubiegunowość człowieka, nasze dobre i złe twarze.

Na koniec warto przytoczyć notkę biograficzną malarza:

Tivadar Kosztka Csontváry (ur. 5 lipca 1853 w Kisszeben, zm. 20 czerwca 1919 w Budapeszcie) – węgierski malarz, symbolista, z wykształcenia farmaceuta.

Jak sam twierdził, w słoneczne przedpołudnie 13 października 1880 doświadczył mistycznej wizji. Usłyszał głos mówiący mu, że zostanie wielkim malarzem, większym niż Rafael. Odbył podróże po Europie, m.in. zwiedził Watykan. Po powrocie znowu pracował w zawodzie aptekarskim, zbierając pieniądze na dalsze podróże. W 1890 wyruszył w kolejną podróż. Zwiedził Paryż, Dalmację, Włochy, Grecję, Liban, Palestynę, Egipt, Syrię i malował obrazy. Największe jego dzieła powstały między 1903 a 1909. Wystawiał swoje prace w Europie Zachodniej, gdzie spotkał się z pewnym uznaniem. W swojej ojczyźnie uważany był za dziwaka, po części z powodu ekscentrycznych jak na swoje czasy przekonań (był wegetarianinem, abstynentem, pacyfistą).

Zmarł w samotności i biedzie, chorował psychicznie.

Źródła: HungaryToday, Wikipedia

Zdjęcia: szeretlekmagyarorszag.hu

sobota, 19 październik 2019 09:36

Jasna strona Comic Sans

Designerzy, o których powszechnie wiadomo, że są najbardziej wspaniałomyślną grupą, od dawna potępiają użycie Comic Sans. Kampania mająca na celu banowanie czcionki jest prowadzona w sieci od 1999 roku. "Korzystanie z Comic Sans jest jak pojawienie się na oficjalnej imprezie w stroju klauna" - stwierdziła współzałożycielka kampanii Holly Combs.

Jednak, jak przekonuje Lauren Hudgins w rozmowie z "Establishment", wspólna nienawiść do Comic Sans zdaje się ignorować jej pewien ukryty atut, ponieważ jest to jedna z najlepszych czcionek dla osób z dysleksją, a zatem około 15 procent Amerykanów. Kobieta opowiada historię o tym, jak jej siostra, która ma trudności w nauce, wykorzystała Comic Sans jako narzędzie, które pomogło jej ukończyć niełatwy kierunek studiów - biologię morską.

Co ciekawe, to właśnie ta specyficzna osobliwość Comic Sans czyni ją przystępną. - Nieregularne kształty liter w Comic Sans pozwalają jej skupić się na poszczególnych częściach słów - pisze Hudgins. - Podczas gdy wiele czcionek używa powtarzających się kształtów do tworzenia liter, takich jak obrócone "p", aby uzyskać "q", Comic Sans używa kilku powtarzających się kształtów, tworząc odrębne litery (chociaż w istocie "b" i "d" to tak naprawdę lustrzane odbicie). - Wszechobecny Times New Roman, ze wszystkimi jego wariantami, jest często nieczytelny.

Dlatego też Comic Sans jest rekomendowany przez British Dyslexia Association i Dyslexia Association of Ireland. Post z 2016 roku opublikowany przez American Institute of Graphic Arts jasno stwierdza, że może to być najlepsza czcionka dla osób z dysleksją, biorąc pod uwagę jej "ujednoznacznienie znaków" i "różnice wysokości liter". Mimo że powstały czcionki specjalnie zaprojektowane do czytania przez osoby z dysleksją - jak np. Dyslexie i OpenDyslexic - to po prostu nie mają one przystępności przypisywanej Comic Sans. Hudgins twierdzi, że niechęć do Comic Sans to wręcz "ableizm", a takie podejście bagatelizuje trudności w czytaniu u milionów ludzi.

Źródło: TheCut

Johann "Jack" Unterweger był austriackim seryjnym zabójcą, który popełnił morderstwa w kilku krajach. Początkowo skazany w 1974 roku za pojedyncze morderstwo, zaczął pisać książki w więzieniu. Jego dzieła zwróciły uwagę austriackiej elity literackiej, która uznała to za dowód jego resocjalizacji. Po głośnym lobbingu został zwolniony warunkowo w 1990 roku.

Po wyjściu na wolność stał się pomniejszą gwiazdą i pracował jako dramatopisarz i dziennikarz, jednak w ciągu kilku miesięcy zaczął seryjnie zabijać kobiety. Po tym, jak został skazany za kolejne dziewięć morderstw w 1994 roku, popełnił samobójstwo w więzieniu, wieszając się.

Wczesne życie

Unterweger urodził się w 1951 roku jako syn kelnerki Theresii Unterweger oraz nieznanego amerykańskiego żołnierza, którego kobieta poznała w Trieście we Włoszech. Niektóre źródła określają jego matkę jako prostytutkę. Kobieta została uwięziona za oszustwo w trakcie ciąży, ale została zwolniona i udała się do Grazu, gdzie urodziła Johanna. Po tym, jak Theresia została ponownie aresztowana w 1953 roku, Unterweger został wysłany do Karyntii, aby zamieszkać tam ze swoim dziadkiem, który był znany jako "podejrzany typ", który regularnie wykorzystywał swojego wnuka, aby pomagał mu w kradzieży zwierząt gospodarskich.

Chłopiec przebywał w więzieniu przez większość swojej młodości. Pracował jako kelner, jednak w latach 1966–1974 był skazywany szesnaście razy, głównie za kradzieże i włamania, ale także za stręczycielstwo i napaść seksualną na prostytutkę - większość tych ośmiu lat spędził zatem za kratkami.

Pierwsze morderstwo, pobyt w zakładzie karnym i wyjście na wolność

W 1974 roku Unterweger zamordował 18-letnią obywatelkę niemiecką Margaret Schäfer, dusząc ją jej własnym stanikiem, a dwa lata później został aresztowany i skazany na dożywocie. W więzieniu Unterweger pisał opowiadania, wiersze, sztuki i autobiografię pt. "Czyściec lub Podróż do więzienia - Raport winnego człowieka", które później posłużyły za podstawę do stworzenia dokumentu opisującego jego życie.

W 1985 roku rozpoczęła się kampania mająca na celu ułaskawienie i zwolnienie Unterwegera z więzienia. Prezydent Austrii Rudolf Kirchschläger odrzucił przedstawioną mu petycję, powołując się na przepisy, w myśl których surowszy wyrok sądowy winien trwać co najmniej piętnaście lat. Pisarze, artyści, dziennikarze i politycy agitowali za ułaskawieniem mężczyzny, wliczając w to takie osoby jak: pisarz i laureat Nagrody Nobla z 2004 roku Elfriede Jelinek, Günter Grass, Peter Huemer, a także redaktor magazynu Manuskripte, Alfred Kolleritsch.

Unterweger został wypuszczony na wolność 23 maja 1990 roku, po odsiedzeniu wymaganego minimum w postaci piętnastu lat. Niedługo potem jego autobiografia trafiła na lekcje do szkół, a opowiadania dla dzieci były czytane w radiu. Sam Unterweger był gospodarzem programów telewizyjnych dotyczących resocjalizacji i pracował jako reporter dla publicznej stacji telewizyjnej ORF, gdzie relacjonował historie dotyczące tych samych morderstw, za które został później skazany.

Późniejsze morderstwa

Po jakimś czasie stróże prawa odkryli, że Unterweger zabił prostytutkę o imieniu Blanka Bockova w Czechosłowacji i siedem kolejnych w Austrii w 1990 roku (Brunhilde Masser, Heidi Hammerer, Elfriede Schrempf, Silvia Zagler, Sabine Moitzl, Karin Eroglu-Sladky, Regina Prem) w pierwszym roku po jego uwolnieniu - wszystkie z nich udusił biustonoszami. W 1991 roku Unterweger został zatrudniony przez austriackie czasopismo do pisania o przestępczości w Los Angeles w Kalifornii oraz różnicach między amerykańskim a europejskim podejściem do prostytucji. Unterweger spotykał się z lokalną policją, posuwając się nawet tak daleko, że wziął udział w przejażdżce dzielnicami czerwonych latarni w mieście. W czasie pobytu Unterwegera w Los Angeles trzy prostytutki - Shannon Exley, Irene Rodriguez i Peggy Booth - zostały pobite, napastowane gałęziami drzew i uduszone własnymi stanikami.

W Austrii zaczęto sugerować, że Unterweger jawi się jako podejrzany o zabójstwa prostytutek. Wobec braku innych podejrzanych policja poważnie zainteresowała się kwestią winy Unterwegera i trzymała go pod obserwacją, dopóki nie udał się do USA - rzekomo jako reporter - i nie zauważyli niczego, co wiązałoby go z morderstwami.

Aresztowanie i śmierć

Policja w Grazie zebrała w końcu wystarczającą ilość dowodów, aby wydać nakaz jego aresztowania, ale Unterweger zbiegł zanim funkcjonariusze weszli do jego domu. Po tym, jak organy ścigania poszukiwały go i jego dziewczynę, Biankę Mrak, na terenie Szwajcarii, Francji i Stanów Zjednoczonych, mężczyzna został ostatecznie aresztowany przez amerykańskich szeryfów w Miami na Florydzie, 27 lutego 1992 roku. Co ciekawe - będąc już zbiegiem, zadzwonił do austriackich mediów, aby spróbować przekonać ich o swojej niewinności. Został ekstradowany do Austrii 27 maja 1992 roku i oskarżony o 11 zabójstw, w tym jedno, które miało miejsce w Pradze i trzy przypadki odnotowane w Los Angeles. Biegli uznali go winnym dziewięciu morderstw większością 6:2 (wystarczającą wówczas do skazania go zgodnie z prawem austriackim). Na podstawie stosownych badań austriacki psychiatra dr Reinhard Haller zdiagnozował u niego narcystyczne zaburzenie osobowości i przedstawił swoje ustalenia sądowi 20 czerwca 1994 roku. Dziewięć dni później Unterweger został skazany na dożywocie bez możliwości zwolnienia warunkowego.

Jeszcze tej samej nocy popełnił samobójstwo w więzieniu Graz-Karlau, wieszając się na sznurze ze sznurowadeł i ze spodni dresowych, używając tego samego węzła, który znaleziono na wszystkich uduszonych prostytutkach.

Przed śmiercią Unterweger twierdził, że zamierza wystąpić z apelacją, a zatem zgodnie z prawem austriackim jego wyrok nie został uznany za prawnie wiążący po jego śmierci, ponieważ nie został ponownie rozpatrzony i potwierdzony przez sąd.

Źródło: Wikipedia

31 października 1832 roku młody Karol Darwin wszedł na pokład HMS Beagle i zdał sobie sprawę, że wraz z nim na pokład statku dostały się tysiące intruzów. Mowa o małych czerwonych pająkach o szerokości jednego milimetra. Statek znajdował się ok. 95 kilometrów od brzegu, więc stworzenia musiały odpłynąć z wybrzeża argentyńskiego. „Wszystkie liny były pokryte i otoczone pajęczyną”, pisał Darwin.

Pająki nie posiadają skrzydeł, ale mimo to mogą wzbić się w powietrze. Wspinają się na odsłonięty punkt, unoszą brzuch do nieba, wytłaczają pasma jedwabiu i odfruwają. To zachowanie nazywa się balonowaniem. Może on przenosić pająki z dala od drapieżników i konkurentów lub w kierunku nowych ziem z dużymi zasobami. Ale bez względu na powód, jest to z pewnością niezwykle skuteczny środek transportu. Obecność pająków odnotowano już m.in. cztery kilometry nad ziemią i 1600 kilometrów wgłąb morza.

Powszechnie uważa się, że baloniarstwo funkcjonuje, ponieważ jedwab łapie wiatr, ciągnąc za sobą pająka. Ale to nie do końca ma sens, zwłaszcza że pająki "latają" tylko podczas lekkich wiatrów. Pająki nie wystrzeliwują jedwabiu z brzucha i wydaje się mało prawdopodobne, aby tak delikatny wietrzyk mógł być wystarczająco silny, aby rozproszyć nitki - nie mówiąc już o uniesieniu największych gatunków w górę lub wygenerowaniu dużych przyspieszeń przy starcie pajęczaków. Sam Darwin stwierdził, że szybkość lotu pająków jest „zupełnie nie do wyjaśnienia”, a jego przyczyna jest „niewytłumaczalna”.

Jednak Erica Morley i Daniel Robert znaleźli wyjaśnienie. Duet, który pracuje na uniwersytecie w Bristolu, udowodnił, że pająki wyczuwają pole elektryczne Ziemi i używają go do wystrzelenia siebie w powietrze.

Każdego dnia na całym świecie szaleje około 40 tys. burz, zmieniając tym samym atmosferę Ziemi w gigantyczny obwód elektryczny. Górne obszary atmosfery mają ładunek dodatni, a powierzchnia planety - ładunek ujemny. Nawet w słoneczne dni przy bezchmurnym niebie powietrze przenosi napięcie około 100 woltów na każdy metr nad ziemią. W mglistych lub burzowych warunkach gradient ten może wzrosnąć do dziesiątek tysięcy woltów na metr.

"Balonujące" pająki działają w tym planetarnym polu elektrycznym. Kiedy ich jedwab opuszcza ciała, zwykle odbiera ładunek ujemny. To odpycha podobne ujemne ładunki na powierzchniach, na których siedzą pająki, wytwarzając wystarczającą siłę, aby unieść je w powietrze. Pająki mogą zwiększyć te siły, wspinając się na gałązki, liście lub źdźbła trawy. Uziemione rośliny mają taki sam ujemny ładunek jak ziemia, na której rosną, ale wystają w dodatnio naładowane powietrze. Powoduje to wytwarzanie znacznych pól elektrycznych między otaczającym je powietrzem a końcami ich liści i gałęzi - oraz pająkami fruwającymi z tych wierzchołków.

Pomysł ten - ucieczka przez odpychanie elektrostatyczne - został po raz pierwszy zaproponowany na początku 1800 roku, w czasie podróży Darwina. Peter Gorham, fizyk, wskrzesił ten pomysł w 2013 roku i wykazał, że jest on matematycznie wykonalny. Ostatecznie Morley i Robert przetestowali to na prawdziwych pająkach.

Na wstępie wykazali, że pająki potrafią wykryć pola elektryczne. Naukowcy umieścili pajęczaki na pionowych paskach tektury na środku plastikowego pudełka, a następnie wytwarzali pola elektryczne między podłogą a sufitem o sile podobnej do tej, jaką pająki doświadczałyby na zewnątrz. Pola te postrzępiły maleńkie włoski sensoryczne na stopach pająków, znane jako trichobothria. - To tak, jakby pocierać balon i trzymać go przy włosach - mówi Morley.

W rezultacie pająki wykonały szereg ruchów zwanych chodzeniem na palcach - stanęły na końcach nóg i wybiły brzuch w powietrze. - Takie zachowanie można zobaczyć tylko przed balonowaniem - opisuje Morley. Wielu pająkom udało się wystartować, mimo że znajdują się w zamkniętych skrzyniach bez przepływu powietrza. A kiedy Morley wyłączył pola elektryczne w skrzynkach, balonujące pająki zwyczajnie spadły.

- Szczególnie ważnym jest, aby zdawać sobie sprawę, że pająki mogą fizycznie wykrywać zmiany elektrostatyczne w swoim otoczeniu - twierdzi Angela Chuang z University of Tennessee. - To podstawa wielu interesujących pytań badawczych - dodaje. - W jaki sposób różne siły pola elektrycznego wpływają na fizykę startu, lotu i lądowania? Czy pająki wykorzystują informacje o warunkach atmosferycznych do podejmowania decyzji o tym, kiedy poświęcić swoje sieci lub stworzyć nowe?

Prądy powietrzne mogą nadal odgrywać pewną rolę w balonowaniu. W końcu te same włosy, które pozwalają pająkom wyczuwać pola elektryczne, mogą również pomóc im ocenić prędkość lub kierunek wiatru. A Moonsung Cho z Politechniki Berlińskiej niedawno udowodnił, że pająki przygotowują się do lotu, podnosząc przednie nogi na wiatr, prawdopodobnie po to, aby sprawdzić ich siłę.

Tym niemniej badania Morleya i Roberta pokazują, że siły elektrostatyczne same w sobie wystarczają do wyrzucenia pająków w powietrze. - To naprawdę nauka przez duże "N" - mówi Gorham. - Jako fizyk wydawało mi się bardzo jasne, że pola elektryczne odgrywają kluczową rolę, ale mogłem jedynie spekulować, w jaki sposób biologia może to wspierać. Morley i Robert podnieśli to do poziomu pewności, który znacznie przekracza wszelkie moje oczekiwania.

- Myślę, że Karol Darwin byłby równie podekscytowany czytając wyniki tych badań - dodaje.

Źródło: The Atlantic

wtorek, 08 październik 2019 09:01

Spacerowanie rozwija kreatywność

Steve Jobs, zmarły współzałożyciel Apple, znany był z organizowania "chodzonych" spotkań. Mark Zuckerberg z Facebooka był także widywany podczas odbywania pieszych spotkań. Być może każdy z nas niekiedy chodził w tę i z powrotem, by pomysły same wpadły nam do głowy.

Badanie z 2014 roku przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda wyjaśnia tę kwestię.

Twórcze myślenie poprawia się, gdy dana osoba spaceruje i wkrótce potem - głoszą wyniki badań współtworzonych przez Marily Oppezzo, doktorant z psychologii pedagogicznej z Uniwersytetu Stanforda i Daniela Schwartza, profesora Stanford Graduate School of Education.

Badanie wykazało, że chodzenie w pomieszczeniu lub na zewnątrz podobnie stymulowało twórczą inspirację. Czynność chodzenia, a nie otoczenie, była głównym czynnikiem. Poziomy kreatywności były znacznie wyższe dla osób chodzących w porównaniu do osób siedzących.

- Wiele osób anegdotycznie twierdzi, że myślą najlepiej, kiedy chodzą. W końcu możemy zrobić krok lub dwa, aby odkryć, dlaczego tak jest- napisali Oppezzo i Schwartz w badaniu opublikowanym w czasopiśmie "Journal of Experimental Psychology: Learning, Memory and Cognition".

Spacerowanie kontra siedzenie

- Inne badania koncentrowały się na tym, w jaki sposób ćwiczenia aerobowe ogólnie chronią długofalową funkcję poznawczą, ale do tej pory brakowało badań konkretnego wpływu zwyczajnego chodzenia na jednoczesne twórcze generowanie nowych pomysłów, a następnie porównania ich wyników dla osób w tym czasie siedzących - oznajmiła.

Osoba chodząca w pomieszczeniu - na bieżni umieszczonej w pokoju przed pustą ścianą - lub chodząca na świeżym powietrzu wywołała dwukrotnie więcej twórczych odpowiedzi w porównaniu do osoby siedzącej, co stwierdzono w jednym z eksperymentów.

- Myślałem, że to właśnie chodzenie na zewnątrz przyczyni się do erupcji pomysłów, ale chodzenie po bieżni w małym, nudnym pokoju wciąż przynosiło dobre rezultaty, co mnie zaskoczyło - powiedziała Oppezzo.

Badanie wykazało również, że kreatywność nie ustawała, nawet gdy osoba usiadła tuż po spacerze.

Ocena kreatywnego myślenia

Badanie obejmowało cztery eksperymenty z udziałem 176 studentów i innych dorosłych, którzy wykonywali zadania powszechnie używane przez naukowców do oceny kreatywnego myślenia. Uczestnicy zostali umieszczeni w różnych warunkach: chodzenie w pomieszczeniu na bieżni lub siedzenie w pomieszczeniu - oboje twarzą do pustej ściany - i chodzenie na zewnątrz lub siedzenie na zewnątrz na wózku inwalidzkim - oboje przemieszczali się po wcześniej ustalonej ścieżce na terenie kampusu Stanforda. Naukowcy umieścili siedzących uczestników na wózku inwalidzkim na zewnątrz, aby wizualnie przejawiali taki sam ruch jak chodzenie.

Porównano także różne kombinacje, takie jak dwie kolejne sesje siedzące lub sesja spacerowa, po której następowała sesja siedząca. Sesje spacerowe lub siedzące używane do mierzenia kreatywności trwały od 5 do 16 minut, w zależności od testowanych zadań.

Trzy eksperymenty opierały się na teście kreatywności „rozbieżnego myślenia”. Rozbieżne myślenie to proces myślowy lub metoda wykorzystywana do generowania kreatywnych pomysłów poprzez badanie wielu możliwych rozwiązań. W tych eksperymentach uczestnicy musieli wymyślić alternatywne zastosowania dla danego obiektu. Otrzymali kilka zestawów trzech obiektów i mieli cztery minuty na wymyślenie jak największej liczby odpowiedzi dla każdego zestawu. Odpowiedź uznano za nowatorską, jeśli żaden inny uczestnik grupy jej nie wykorzystał. Badacze ocenili również, czy odpowiedź była odpowiednia. Na przykład „opona” nie może być użyta jako mały pierścień.

Badania wykazały, że przeważająca większość uczestników tych trzech eksperymentów była bardziej kreatywna podczas chodzenia niż siedzenia. W jednym z tych eksperymentów uczestnicy zostali przetestowani w pomieszczeniu - najpierw podczas siedzenia, a następnie chodzenia po bieżni. Według badań wydajność twórcza wzrosła średnio o 60 procent, gdy dana osoba chodziła.

W czwartym eksperymencie oceniano twórczość, mierząc zdolności ludzi do generowania złożonych analogii do podpowiedzi. Najbardziej kreatywne odpowiedzi to te, które uchwyciły głęboką strukturę pytania. Na przykład w przypadku hasła „okradziony sejf” odpowiedź „żołnierz cierpiący na PTSD” oddaje poczucie utraty, naruszenia i dysfunkcji. „Pusty portfel” - już nie.

Rezultat: 100 procent tych, którzy wyszli na zewnątrz, było w stanie wygenerować co najmniej jedną nowatorską analogię wysokiej jakości w porównaniu do 50 procent osób siedzących w środku.

Brak powiązania z ukierunkowanym myśleniem

Jednak nie wszystkie procesy myślowe są takie same. Chociaż badanie wykazało, że chodzenie przyczyniło się do rozwoju twórczej burzy mózgów, nie miało ono pozytywnego wpływu na rodzaj ukierunkowanego myślenia wymaganego dla pojedynczych, poprawnych odpowiedzi.

- Nie oznacza to, że każde zadanie w pracy powinno być wykonywane podczas chodzenia, ale skorzystałyby na tym osoby, których zadania wymagają nowej perspektywy lub nowych pomysłów - oświadczyła Oppezzo, obecnie członek wydziału na Uniwersytecie Santa Clara.

Badacze powierzyli uczestnikom zadanie powiązania słów, powszechnie stosowane do pomiaru wglądu i ukierunkowanego myślenia. Biorąc pod uwagę trzy słowa, uczestnicy musieli wygenerować jedno słowo, które można by zestawić ze wszystkimi trzema, aby utworzyć słowa złożone. Na przykład, biorąc pod uwagę słowa „cottage, Swiss, cake”, poprawną odpowiedzią jest „cheese”.

W badaniu tym ci, którzy zareagowali podczas chodzenia, wypadli nieco gorzej niż ci, którzy odpowiedzieli podczas siedzenia.

Zdaniem Oppezzo kreatywność produktywna obejmuje szereg etapów - od generowania pomysłów do realizacji - a badania wykazały, że korzyści płynące z chodzenia odnoszą się do „rozbieżnego” elementu kreatywnego myślenia, ale nie do tego bardziej „konwergentnego” lub ukierunkowanego.

- Nie twierdzimy, że chodzenie może zmienić cię w Michała Anioła - powiedziała Oppezzo. - Ale może ci pomóc na początkowych etapach wyzwalania kreatywności.

Schwartz przewiduje, że solidne wyniki ich pracy to początek, który doprowadzi do dalszych badań nad połączeniami neurologicznymi i fizjologicznymi.

- Jest jeszcze wiele do zrobienia, aby znaleźć mechanizmy przyczynowe - oznajmił Schwartz. - A to bardzo solidny paradygmat, który pozwoli ludziom rozpocząć pewne manipulacje, aby mogli wyśledzić, jak ciało wpływa na umysł.

A oto jeden z możliwych przyszłych problemów badawczych: czy spacer jako taki, czy inne formy łagodnej aktywności fizycznej mają podobny efekt wzmagający myślenie?

W międzyczasie „wiemy już, że aktywność fizyczna jest ważna, a zbyt częste siedzenie jest niezdrowe. To badanie jest kolejnym uzasadnieniem dla podejmowania aktywności fizycznej w dzień, bez względu na to, czy jest to przerwa w szkole, czy przekształcenie spotkania w pracy w spacerowe”, dodaje Oppezzo. - Bylibyśmy zdrowsi, a może bardziej innowacyjni.

Źródło: Stanford News

Free Joomla! template by L.THEME