Australijscy naukowcy twierdzą, że jad pszczeli w warunkach laboratoryjnych niszczy agresywne komórki raka piersi.

Jad - i zawarty w nim związek zwany melityną - został wykorzystany przeciwko dwóm trudnym do leczenia typom raka: potrójnie ujemnemu i wzbogaconemu o HER2.

Odkrycie zostało opisane jako "ekscytujące", ale naukowcy ostrzegają, że potrzebne są dalsze testy.

Rak piersi jest najczęstszym nowotworem dotykającym kobiety na całym świecie. Podczas gdy istnieją tysiące związków chemicznych, które mogą zwalczać komórki rakowe w warunkach laboratoryjnych, naukowcy twierdzą, że niewiele z nich może być produkowanych jako lek dla ludzi.

Jad pszczeli okazał się również mieć właściwości przeciwnowotworowe w przypadku innych rodzajów raka, takich jak czerniak.

Badanie przeprowadzone przez Harry Perkins Institute of Medical Research w zachodniej Australii zostało opublikowane w szanowanym czasopiśmie Nature Precision Oncology.

Co odkryli badacze?

Przetestowano jad pochodzący od ponad 300 pszczół i trzmieli. Wyciągi z pszczoły miodnej okazały się "niezwykle silne", powiedziała Ciara Duffy, 25-letnia doktorantka, która kierowała badaniami.

Stwierdzono, że jedno stężenie jadu zabija komórki rakowe w ciągu godziny, przy minimalnej szkodzie dla innych komórek. Ale toksyczność wzrastała w przypadku innych poziomów dawki.

Naukowcy odkryli również, że związek melityny sam w sobie był skuteczny w "wyłączaniu" lub zakłócaniu wzrostu komórek nowotworowych.

Melityna występuje naturalnie w jadzie pszczoły miodnej, ale może być również wytwarzana syntetycznie.

Tradycyjnie, potrójnie ujemny rak piersi - jeden z najbardziej agresywnych typów - był leczony za pomocą chirurgii, radioterapii i chemioterapii. Stanowi on 10-15% nowotworów piersi.

Czy będzie można to wykorzystać w przyszłości?

W 2020 roku główny naukowiec instytutu określił badania jako "niewiarygodnie ekscytujące". - Co istotne, to badanie pokazuje, w jaki sposób melityna zakłóca szlaki sygnalizacyjne w komórkach raka piersi, aby zmniejszyć ich replikację - powiedział prof. Peter Klinken. - To zapewnia kolejny wspaniały przykład tego, gdzie związki w przyrodzie mogą być stosowane w leczeniu chorób człowieka.

Naukowcy ostrzegają jednak, że potrzeba więcej pracy, aby sprawdzić, czy jad mógłby rzeczywiście działać na większą skalę jako lek zwalczający raka.

Inni badacze raka zgadzają się z tym stwierdzeniem. - To bardzo wczesne dni badań - powiedział prof. Alex Swarbrick z Garvan Institute of Medical Research w Sydney.

- Wiele związków może zabić komórki raka piersi w naczyniu lub u myszy. Ale od tych odkryć do czegoś, co może zmienić praktykę kliniczną, jest jeszcze długa droga - skwitował w rozmowie z BBC.

Źródło: BBC

4 czerwca 2011 brytyjskie siły wywiadowcze włamały się na stronę internetową anglojęzycznego magazynu Al-Kaidy - Inspire - i zastąpiły instrukcje tworzenia bomb przepisem na jedną z ulubionych babeczek Ellen Degeneres.

Tajną bronią w Main Street Cupcakes, małej piekarni w Rocky River (Ohio), zawsze były babeczki mojito - białe ciasto rumowe z dodatkiem limonki i mięty - smakujące niemal zupełnie jak słynny drink, ale słodsze. Jednak współwłaścicielki piekarni siostry Sarah Forrer i Kimberly Martin powiedziały, że nie były zbyt szczęśliwe, kiedy dowiedziały się o nowym powodzie uzyskania rozgłosu przez ich biznes.

- Dostałam powiadomienie na mój telefon i z pewnością nie byłam szczęśliwa widząc Main Street Cupcakes w tym samym zdaniu co Al Kaida - powiedziała Forrer w rozmowie z ABC News.

Z pewnością jednak MI6, brytyjska wersja CIA, była zadowolona z tej wiadomości. W ramach operacji cyberwojny urzędnicy brytyjskiego wywiadu włamali się do Inspire, magazynu Al-Kaidy, w którym przyszli terroryści wymieniają się strategiami i planami. Kiedy czytelnicy próbowali ściągnąć 67-stronicowy magazyn, zamiast otrzymać publikację pt. "Zrób bombę w kuchni swojej mamy" autorstwa "The AQ Chef", otrzymali zagmatwany kod komputerowy. Po rozszyfrowaniu, kod prowadził do przepisu na babeczki mojito z Main Street.

MI6 usunęłą również artykuły Osamy bin Ladena, jego zastępcy Aymana al-Zawahiriego oraz fragment zatytułowany "What to Expect in Jihad".

Portal był wówczas prowadzony przez radykalnego przywódcę islamskiego Anwara al-Awlakiego, jednego z liderów AQAP. Al-Awlaki miał podwójne obywatelstwo - jemeńskie i amerykańskie, ale powszechnie wiadomo było, że ukrywa się w Jemenie. Jego współpracownik Samir Khan z Północnej Karoliny redagował portal wraz z nim. Odkąd MI6 włamało się do serwisu, został on ponownie wydany. Al-Awlaki został zabity 30 września 2011 w wyniku nalotu amerykańskiego samolotu bezzałogowego MQ-1 Predator w jemeńskiej muhafazie Marib.

Jeśli chodzi o piekarnię Main Street Cupcakes, nie miała ona nic wspólnego z Operacją Cupcake.

-Zdecydowanie uznaliśmy to za surrealistyczne doświadczenie. Zapewniam was, że za naszą babeczką nie kryje się nic złowrogiego - powiedziała Forrer.

Źródło: ABC News

Śmierć jednostki może mieć silny wpływ na nasze emocje, ale wraz z rosnącą liczbą zmarłych rośnie nasza obojętność. Dlaczego?

"Jeśli spojrzę na tłum, nigdy nie będę działać. Jeśli spojrzę na jednostkę, będę działać". Są to słowa kobiety, której czyny miłosierdzia i dobroci przyniosły jej świętość - Matki Teresy.

Stanowią one przykład jednego z najbardziej zadziwiających aspektów ludzkiej reakcji na trudną sytuację innych. Podczas gdy większość z nas postrzega pojedynczą śmierć jako tragedię, możemy mieć trudności z taką samą reakcją na utratę życia na dużą skalę. Najczęściej śmierć wielu osób staje się po prostu statystyką.

Przykładowo miliony istnień ludzkich utraconych w wyniku klęsk żywiołowych, wojen lub głodu stają się zbyt wielkie, by je pojąć.

Nawet teraz możemy zaobserwować ten sam dziwny proces, gdy wzrasta światowa liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. Liczba ofiar śmiertelnych wirusa przekroczyła już 2 miliony, a na całym globie odnotowano ponad 112 milionów przypadków. Każda śmierć jest tragedią, która rozgrywa się na poziomie indywidualnym, a rodziny są wstrząśnięte i pogrążone w żałobie. Ale jak my to widzimy - czy ktoś jest w stanie ogarnąć tak wielkie liczby?

W Stanach Zjednoczonych, które niedawno osiągnęły ponury kamień milowy 500 tys. ofiar, dziennikarze szukają sposobów, aby pomóc ludziom zrozumieć zakres problemu. Liczba ta jest "dziesięć razy większa niż liczba Amerykanów straconych podczas całej wojny w Wietnamie" i "przekracza liczbę ofiar śmiertelnych amerykańskich wojsk w każdym konflikcie od czasów wojny koreańskiej".

Jednak nasza niezdolność do zrozumienia cierpienia, jakie niosą ze sobą takie liczby, może zaszkodzić sposobowi, w jaki reagujemy na takie tragedie. Nawet teraz istnieją dowody na to, że ludzie cierpią na zmęczenie wiadomościami o koronawirusie i mniej czytają o pandemii.

Może to być spowodowane, po części, psychologicznym zjawiskiem znanym jako psychiczne odrętwienie, ideą, że "im więcej ludzi umiera, tym mniej nas to obchodzi".

- Szybkie, intuicyjne przeczucie jest pod wieloma względami cudowne, ale ma też pewne wady - mówi Paul Slovic, psycholog z University of Oregon, który od dziesięcioleci bada psychiczne odrętwienie. - Jedną z nich jest to, że nie radzi sobie zbyt dobrze z liczbami w kategoriach wielkości. Jeśli mówimy o życiu, to jedno życie jest niezwykle ważne i cenne i zrobimy wszystko, aby je chronić, uratować, ocalić tę osobę. Ale gdy liczby rosną, nasze uczucia nie wzrastają proporcjonalnie.

W rzeczywistości badania Slovica sugerują, że w miarę jak liczby statystyczne związane z tragedią stają się coraz większe, stajemy się znieczuleni i mniej emocjonalnie na nie reagujemy. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia przez nas działań niezbędnych do powstrzymania ludobójstwa, wysyłania pomocy po klęskach żywiołowych czy uchwalania przepisów zwalczających globalne ocieplenie. W przypadku pandemii, może to prowadzić do pewnego rodzaju apatii, która sprawia, że ludzie stają się obojętni na mycie rąk lub noszenie maseczek - oba te czynniki okazały się ograniczać przenoszenie wirusa.

Częścią problemu może być to, że w miarę jak liczby stają się coraz większe, coraz mniej znaczą dla nas osobiście.

- Z ewolucyjnego punktu widzenia skupialiśmy się na rzeczach, które groziły nam natychmiastową śmiercią, lub na interakcjach w małych grupach - mówi Melissa Finucane, starszy behawioralista i socjolog w zarządzie Rand Corporation, która badała proces podejmowania decyzji i ocenę ryzyka. - Teraz próbujemy zrozumieć bardzo złożone scenariusze ryzyka, w których dostępnych jest wiele danych statystycznych. Ale przeciętny człowiek, który nie jest analitykiem statystycznym lub epidemiologiem, nie ma narzędzi, których potrzebujemy na wyciągnięcie ręki, aby dokonać osądu czegoś tak rozległego i złożonego jak globalna pandemia.

Może to mieć jednak poważne konsekwencje odnośnie tego, jak radzimy sobie w obliczu tragedii na dużą skalę.

W serii badań przeprowadzonych w Szwecji w 2014 roku, Slovic i jego koledzy wykazali, że nie tylko stajemy się odrętwiali na znaczenie rosnących liczb, ale nasze współczucie może faktycznie zanikać lub załamywać się ogólnie wraz ze wzrostem liczby.

Uczestnikom pokazano zdjęcie biednego dziecka lub zdjęcie dwojga biednych dzieci i zapytano ich o gotowość do przekazania datku. Zamiast czuć się dwa razy bardziej smutni i dwa razy bardziej chętni do pomocy, ludzie przekazywali mniej datków, gdy widzieli dwoje dzieci zamiast jednego. Slovic twierdzi, że dzieje się tak dlatego, że jednostka jest dla ludzi najłatwiejszym modułem do zrozumienia i wykazania empatii.

- Jeśli widzisz jedno dziecko, możesz skupić się na nim - mówi Slovic. - Możesz myśleć o tym, kim jest i jak jest podobne do twojego własnego dziecka. Możesz skoncentrować się głębiej na jednej osobie niż na dwóch. Przy dwójce twoja uwaga zaczyna słabnąć, podobnie jak uczucia. A uczucia są tym, co kieruje naszym zachowaniem.

Badania Slovica wykazały również, że pozytywne uczucia związane z darowizną dla jednego dziecka, czyli "ciepły blask", zmniejszały się, gdy ludziom przypominano o dzieciach, którym nie byli w stanie pomóc, a zjawisko to on i jego koledzy nazywają "pseudo-nieefektywnością".

Uczestnikom biorącym udział w badaniu pokazano zdjęcia pojedynczego dziecka, ale połowa z nich otrzymała również statystyki dotyczące liczby innych osób głodujących w regionie, z którego pochodziło dziecko. Jest to dokładnie takie podejście, jakie wielu z nas widziało w filmach charytatywnych po katastrofach naturalnych.

- Myśleliśmy, że jeśli pokażemy, jak poważny jest to problem, ludzie będą bardziej zmotywowani do pomocy - mówi Slovic. Zamiast tego, darowizny spadły o połowę, gdy zdjęcie zawierało statystyki. Częściowo przyczyną takiego zachowania jest to, że w gruncie rzeczy jesteśmy raczej egoistycznymi istotami.

- Przekazujemy darowizny, ponieważ chcemy pomóc, ale to również sprawia, że czujemy się dobrze - mówi Slovic. - Nie jest tak dobrze pomóc dziecku, gdy zdajesz sobie sprawę, że jest ono jednym na milion. Czujesz się źle, że nie możesz pomóc wszystkim i te złe uczucia pojawiają się, mieszają się z dobrymi uczuciami i dewaluują je.

Ma to również związek z tym, jak duży wpływ przewidują ludzie dla swoich czynów. Gdy liczba cierpiących lub umierających w tragedii rośnie, nasze datki i wysiłki coraz bardziej wydają się być kroplą w morzu.

W badaniach przeprowadzonych przez Slovica i jego kolegów po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, kiedy to w ciągu 100 dni zginęło 800 tys. ludzi, a miliony zostały przesiedlone, poproszono grupę ochotników, aby wyobrazili sobie, że są przedstawicielem sąsiedniego kraju odpowiedzialnym za obóz dla uchodźców. Mieli zdecydować, czy pomóc 4500 uchodźcom w zapewnieniu dostępu do czystej wody, czy też nie. Połowie powiedziano, że obóz daje schronienie dla 250 tys. osób, a pozostałym, że ma 11 tys. uchodźców.

- Ludzie byli znacznie bardziej skłonni do ochrony 4500 osób z 11000 niż z 250000, ponieważ reagują na proporcję, a nie na rzeczywistą liczbę - mówi Slovic. - W pierwszym scenariuszu wydaje się, że nie warto. Ale jeśli możesz zmniejszyć ilość osób, które cierpią prawie o połowę, to wydaje się, że to wielka sprawa, nawet jeśli wciąż jest to ta sama liczba osób.

Oczywiście, istnieją powody, dla których niektórzy ludzie decydują się całkowicie unikać smutnych wiadomości lub głębokiego myślenia o tragediach. Wielokrotne oglądanie wiadomości o brutalnych wydarzeniach jest związane z wyższym poziomem ostrego stresu, który może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.

Jedno z badań przeprowadzonych po zamachu bombowym na maratonie w Bostonie w 2013 r. wykazało, że uczestnicy, którzy śledzili relacje z ataku przez sześć lub więcej godzin dziennie w tygodniu następującym po tym wydarzeniu, byli dziewięciokrotnie bardziej narażeni na zgłoszenie wysokiego poziomu ostrego stresu nawet kilka tygodni później.

- Jest to również schemat cykliczny - mówi Roxane Silver, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine i jedna z autorek badania. - Im bardziej jesteś zestresowany, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziesz zaangażowany w obserwowanie mediów. I może być trudno wyłamać się z tego schematu, zwłaszcza gdy wiadomości są złe. Im więcej wiadomości, tym więcej stresu, im więcej stresu tym więcej wiadomości.

Podczas gdy oglądanie wiadomości dla aktualizacji o najnowszych zasadach obostrzeń i rozprzestrzeniania się wirusa było ważne podczas koronawirusa, jest to źródło rosnącego poziomu niepokoju dla wielu ludzi podczas pandemii.

- To nie jest psychologicznie korzystne i prawdopodobnie będzie związane z niepokojem, obawami, zmartwieniem i strachem, a potencjalnie i smutkiem - mówi Silver. Zamiast pogrążać się w wiadomościach, sugeruje ona wybranie garstki stron i sprawdzanie ich nie więcej niż dwa razy dziennie.

Źródło: BBC

Zdolność do wykonywania prostych codziennych czynności może mieć duże znaczenie w życiu człowieka, zwłaszcza w przypadku osób z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Zespół naukowców pod kierownictwem UCLA donosi, że sześć osób z poważnymi urazami rdzenia kręgowego - w tym trzy całkowicie sparaliżowane - po raz pierwszy od lat odzyskało władzę w rękach i palcach po poddaniu się niechirurgicznej, nieinwazyjnej procedurze stymulacji rdzenia kręgowego opracowanej przez badaczy.

Na początku badania, trzech uczestników nie mogło w ogóle poruszać palcami, żaden nie mógł przekręcić klamki jedną ręką lub odkręcić nakrętki od plastikowej butelki z wodą. Każdy z nich miał również duże trudności z używaniem telefonu komórkowego. Po zaledwie ośmiu prowadzonych przez naukowców sesjach treningowych z wykorzystaniem stymulacji rdzeniowej, u wszystkich sześciu osób nastąpiła znaczna poprawa. Uczestnicy badania mieli przewlekły i ciężki paraliż od ponad roku, a niektórzy od ponad 10 lat.

Od czasu przed pierwszą sesją do końca ostatniej, uczestnicy poprawili swoją siłę chwytu.

- Mniej więcej w połowie sesji mogłam otworzyć drzwi do sypialni lewą ręką po raz pierwszy od czasu mojego urazu i mogłam otworzyć nowe butelki z wodą, podczas gdy wcześniej ktoś inny musiał to robić za mnie - powiedziała Cecilia Villarruel, jedna z uczestniczek, której uraz był wynikiem wypadku samochodowego, do którego doszło 13 lat wcześniej. - Większość osób po urazie rdzenia kręgowego mówi, że chce po prostu znów chodzić do łazienki jak normalny człowiek - dodała. - Małe osiągnięcia, takie jak otwieranie słoików, butelek i drzwi, umożliwiają osiągnięcie poziomu niezależności i samodzielności, który jest dość satysfakcjonujący i ma głęboki wpływ na życie ludzi.

Oprócz odzyskania możliwości posługiwania się palcami, uczestnicy badania odnieśli również inne korzyści zdrowotne, w tym poprawili ciśnienie krwi, funkcjonowanie pęcherza moczowego, układu krążenia oraz zdolność do siedzenia w pozycji wyprostowanej bez podparcia.

- W ciągu dwóch lub trzech sesji wszyscy zaczęli wykazywać znaczącą poprawę i od tego momentu nadal się rozwijali - powiedział główny autor badania, naukowiec z UCLA Parag Gad.

- Po zaledwie ośmiu sesjach mogli robić rzeczy, których nie byli w stanie robić od lat - powiedział V. Reggie Edgerton, starszy autor badań i profesor biologii integracyjnej i fizjologii, neurobiologii i neurochirurgii z UCLA.

- Jest to największe odnotowane odzyskanie możliwości używania rąk, jakie odnotowano u pacjentów z tak poważnymi urazami rdzenia kręgowego - powiedział Edgerton.

Naukowcy umieścili elektrody na skórze, aby stymulować obwody rdzenia kręgowego. Swoją metodę nazwali "przezskórnym umożliwieniem kontroli motorycznej" lub w angielskim skrócie "tEmc". W stymulacji prąd elektryczny jest aplikowany z różną częstotliwością i intensywnością do określonych miejsc na rdzeniu kręgowym.

Podczas sesji treningowych uczestnicy ściskali mały przyrząd do chwytania 36 razy (18 razy każdą ręką) i utrzymywali swój chwyt przez trzy sekundy - badacze mierzyli ilość użytej przez nich siły. Trening składał się z dwóch sesji tygodniowo przez cztery tygodnie - każda z ośmiu sesji trwała około 90 minut.

- Połączenie stymulacji rdzenia kręgowego i treningu z rękami pozwala im odzyskać utraconą funkcję - powiedział Gad. - Byli mniej zależni od swoich opiekunów, mogli sami się karmić i ubierać - dodał.

Dwie z sześciu osób wróciły do laboratorium Edgertona 60 dni po zakończeniu treningu i zachowały siłę chwytu - mogły przekręcić klamkę jedną ręką, odkręcić kapsel od butelki i użyć widelca jedną ręką (cztery pozostałe osoby nie powróciły do laboratorium. Badani mieszkają w Nowym Jorku, Minnesocie i innych miejscach).

Badania zostały opublikowane online w 2018 roku w Journal of Neurotrauma.

Według Fundacji Christophera i Dany Reeve'ów ponad 1,2 miliona Amerykanów żyje z paraliżem spowodowanym urazami rdzenia kręgowego. Setki tysięcy ludzi w Stanach Zjednoczonych straciło kontrolę nad ważnymi funkcjami ciała w wyniku takich urazów, w tym nad rękami i palcami.

- Poprawa funkcji ręki może oznaczać różnicę między koniecznością całodobowej opieki a bardziej niezależnym życiem - powiedział Peter Wilderotter, prezes i dyrektor generalny Fundacji Reeve'ów. - Te odkrycia przynoszą wielką nadzieję tym, którym powiedziano, że powrót do zdrowia po paraliżu będzie niemożliwy. W miarę odkrywania nowych i przełomowych rozwiązań, staje się jasne, że słowo 'niemożliwe' nie dotyczy już urazów rdzenia kręgowego.

Zespół badawczy Edgertona pracował z ponad dwoma tuzinami osób z ciężkimi urazami rdzenia kręgowego, z których zdecydowana większość wykazała znaczną poprawę.

Prawie wszyscy uważali, że jedynymi osobami, które mogą odnieść korzyści z leczenia, są osoby, które doznały urazu w okresie krótszym niż rok - do niedawna panował taki właśnie dogmat. Teraz wiemy, że jest on nieaktualny - powiedział Edgerton, który jest również związany z Centrum Neuronauki i Medycyny Regeneracyjnej Uniwersytetu Technologicznego w Sydney w Australii. - Wszyscy nasi badani byli sparaliżowani przez ponad rok. Wiemy, że u dużego odsetka uczestników, którzy doznali poważnych obrażeń, możemy poprawić jakość ich życia.

Edgerton stara się o zatwierdzenie przez FDA urządzenia do kontroli motorycznej, aby mogło być ono używane przez kliniki rehabilitacyjne i inne. Jest on w stanie przyjąć do swojego programu badawczego tylko niewielką liczbę osób.

Metoda stymulacji kręgosłupa jest niedroga, nie wymaga operacji i może być stosowana w biednych społecznościach i krajach bez zaawansowanego zaplecza medycznego - "a efekty są pod pewnymi względami, jak sądzimy, lepsze niż operacja" - skomentował Edgerton.

- Odbieram wiele krytyki za dawanie 'fałszywej nadziei', ale podążamy tam, gdzie nauka każe nam iść i po prostu podajemy wyniki badań - kontynuuje. - Wszystko mówi nam, że układ nerwowy jest o wiele bardziej adaptacyjny niż to, za jakiego go uznaliśmy i może się uczyć na nowo i odzyskać sprawność po ciężkim urazie.

Współautorami projektu są: Sujin Lee (lekarz z Veterans Affair Healthcare System Spinal Cord Injury and Disorders Center w Long Beach), Nicholas Terrafranca (dyrektor generalny NeuroRecovery Technologies - firmy technologii medycznej, której Edgerton jest współzałożycielem, a która pomaga przywrócić ruch u pacjentów z paraliżem), Hui Zhong (naukowiec w laboratorium Edgertona), Amanda Turner (była asystentka administracyjna Edgertona, która pomagała w rekrutacji i selekcji uczestników badań) oraz Jurij Gerasimenko (dyrektor laboratorium fizjologii ruchu w rosyjskim Instytucie Pawłowa i pracownik naukowy wydziału biologii integracyjnej i fizjologii UCLA).

Badania zostały sfinansowane przez Fundację Christophera i Dany Reeve'ów, Narodowy Instytut Obrazowania Biomedycznego i Bioinżynierii przy Narodowym Instytucie Zdrowia, Fundację Dany i Alberta R. Broccoli oraz Fundację Walkabout.

Źródło: UCLA

niedziela, 21 luty 2021 09:23

Pokojowa wojna 335-letnia

Wojna 335-letnia to nazwa nadana pokojowej wojnie między Holandią a wyspami Scilly, która trwała przez 335 lat bez odnotowanego ani jednego wystrzału.

Początków konfliktu należy szukać w drugiej angielskiej wojnie domowej (1642-1648), toczonej między rojalistami a parlamentarzystami w latach 1642-1652. Oliver Cromwell zwalczał rojalistów na krańcach królestwa, a na południu Anglii oznaczało to, że Kornwalia była ostatnią twierdzą rojalistów. W 1648 r. Cromwell parł naprzód, aż w końcu Kornwalia znalazła się w rękach parlamentarzystów.

Głównym atutem rojalistów była marynarka wojenna, która opowiedziała się za księciem Walii. Na południu marynarka rojalistów została zmuszona do wycofania się na wyspy Scilly, będące w posiadaniu rojalisty Sir Johna Grenville'a.

Sojusz marynarki holenderskiej

Marynarka Zjednoczonych Prowincji Niderlandów była sprzymierzona z parlamentarzystami. Niderlandy były wspierane przez Brytyjczyków pod wodzą królowej Elżbiety I w wojnie osiemdziesięcioletniej, która doprowadziła do uniezależnienia się Holandii od Hiszpanii w styczniu 1648 roku.

Holenderska marynarka ponosiła ciężkie straty w wyniku działań floty rojalistycznej stacjonującej w Scilly. Admirał Maarten Harpertszoon Tromp (1597-1653) zażądał od floty rojalistycznej zadośćuczynienia za holenderskie statki i towary przez nią przejęte. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, Tromp wypowiedział wojnę. W 1651 r. wojna została wypowiedziana konkretnie wyspom Scilly.

Poddanie się rojalistów

Wkrótce po wypowiedzeniu wojny Wyspom Kornwalijskim, siły parlamentarzystów pod dowództwem admirała Roberta Blake'a (1599-1657) zmusiły flotę rojalistów do kapitulacji w czerwcu 1651 roku. Oznaczało to, że flota holenderska nie była już zagrożona, więc odpłynęła bez wystrzału. Ze względu na wojenną niejasność deklaracji narodu wobec małej części kraju, Holendrzy zapomnieli oficjalnie ogłosić pokój.

Deklaracja

Według Whitelocke's Memorials, list z 17 kwietnia 1651 roku wyjaśnia: "Tromp przybył do Pendennis i poinformował, że był na Scilly, aby zażądać reparacji za holenderskie statki i dobra przez nie zabrane. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, wypowiedział im wojnę".

Ponieważ większość Anglii była teraz w rękach parlamentarzystów, wojnę wypowiedziano właśnie wyspom Scilly.

Traktat pokojowy

W 1985 roku lokalny radny i historyk, Roy Duncan, napisał do Ambasady Holenderskiej w Londynie w związku z mitem o niepodpisaniu traktatu pokojowego. Ambasada holenderska uznała te mity za prawdziwe i została zaproszona na wyspy w celu podpisania traktatu pokojowego. Traktat ten został podpisany między przewodniczącym Rady Wysp Scilly, Royem Duncanem, a ambasadorem holenderskim w Londynie, Jonkheerem Huydecoperem, 17 kwietnia 1986 roku - 335 lat po wypowiedzeniu wojny.

Autentyczność

Bowley twierdzi , że list w Whitelock's Memorials jest prawdopodobnym źródłem legendy o "wypowiedzeniu wojny": "Tromp nie miał zgody od swojego rządu, by wypowiedzieć wojnę rebeliantom na Scilly (...) ale przybył, by spróbować - poprzez pokaz siły, groźby, a nawet być może przemoc, choć nigdy do tego nie doszło - starać się o zadośćuczynienie za piractwo rojalistów, ale bez uciekania się do jakichkolwiek działań, które mogłyby urazić Królestwo. (...) nawet jeśli (wypowiedzenie wojny) nastąpiłoby w 1651 r., wszystkie sprawy z tym związane zostałyby rozwiązane w 1654 r. w ramach traktatu między Anglią a Zjednoczonymi Prowincjami, zawartego na zakończenie I wojny holenderskiej."

Źródło: Scilly News

Około osiem lat temu zakład przetwórstwa owoców morza w Osace dokonał znacznej redukcji zatrudnienia w celu poprawy wydajności. Nie zwolniono jednak żadnych osób, a raczej odrzucono całą koncepcję harmonogramu pracy.

Teraz wszyscy pracownicy mogą przychodzić i wychodzić, kiedy tylko chcą i mogą wziąć dzień wolny bez konieczności zgłaszania się do pracy. Jedyne, co muszą zrobić, to poinformować kierownictwo o tym, jak długo pracowali, zapisując to na tablicy przed wyjściem.

Żelazna logika odradzałaby taki ruch bo przecież nie zmuszanie pracowników do przychodzenia do pracy spowoduje, że nikt nie będzie przychodził do pracy. Ale jeśli się nad tym zastanowić, dlaczego ludzie nie chcieliby wspierać firmy, która daje im taką wolność? Gdyby brali każdy dzień wolny, firma po prostu zbankrutowałaby, a oni musieliby wrócić do znoju obowiązkowej pracy gdzie indziej.

Mimo wszystko to nadal wielkie ryzyko, ale firma o trafnej nazwie "Papua Nowa Gwinea" postanowiła je podjąć i zaufała pracownikom, że sami będą zarządzać swoimi godzinami pracy. W rezultacie wydajność pracy podobno wzrosła, a koszty zarządzania spadły o 30 procent.

Inne niebezpieczeństwo polega na tym, że bez koordynacji czasu pracy zdarzałyby się przypadki poważnych braków kadrowych. Jednak "Papua Nowa Gwinea" działa w ten sposób od ośmiu lat i odnotowała tylko dwa dni, w których wszyscy pracownicy mieli wolne w tym samym czasie. Stwierdzili, że nadrabiają takie dni w momencie, gdy wielu pracowników pojawia się w tym samym czasie.

Zanim pomyślicie, że Papua Nowa Gwinea to jakaś beztroska organizacja, trzeba podkreślić, że mają jedną zasadę, którą traktują bardzo poważnie - pracownicy nie powinni podejmować się obowiązków, których nie chcą wykonywać.

Powód jest bardzo prosty: ludzie mają tendencję do wolniejszej pracy, kiedy robią rzeczy, które nie sprawiają im przyjemności. Tak więc, jeśli każdy wykonuje swoje ulubione zadania, ogólna produktywność osiąga najwyższy poziom.

Jeśli nie lubisz żadnych prac związanych z krewetkami, prawdopodobnie nie powinieneś ubiegać się o pracę w Papui Nowej Gwinei, gdzie do zadań należą: rozmrażanie, ważenie, sortowanie, usuwanie skorupek, gotowanie, pakowanie w worki i pakowanie próżniowe tych smacznych, małych skorupiaków.

Siła robocza w Papui Nowej Gwinei składa się w dużej mierze z matek, które mogą uwolnić się od ciężaru martwienia się o to, co stanie się w pracy, gdy ich dzieci zachorują lub ulegną wypadkowi. Innym pracownikiem jest mężczyzna w średnim wieku, który nigdy wcześniej nie pracował, ale w końcu mógł się na to zdobyć dzięki elastycznemu harmonogramowi.

Gdyby tego wszystkiego było mało, w tej sytuacji wygrywa nie tylko firma i pracownicy, ale także społeczeństwo. Firma ta przygotowuje jedzenie, które spożywają obywatele, a dzięki zadowolonym i skoncentrowanym na pracy pracownikom można czuć się trochę bezpieczniej, gdyż jedzenie jest przygotowywane w sposób prawidłowy.

Źródło: SoraNews 24

Holenderska flota utknęła w lodzie. Wysłano grupę francuskich żołnierzy, by ją zdobyli. Co mogło pójść nie tak? Wojny rewolucyjnej Francji trwały dekadę, ale ich najdziwniejszy moment trwał zaledwie kilka dni.

Bitwa o Texel pozostaje jedynym przypadkiem w historii, w którym oddział kawalerii - żołnierzy na koniach - zdobył flotę statków. Miało to miejsce w 1795 roku, choć trzeba dodać, że... nie była to do końca bitwa.

Zima 1794-1795 była w Holandii wyjątkowo mroźna, a kiedy nadeszła burza, holenderska flota zakotwiczona w cieśninie Marsdiep próbowała schronić się przy wyspie Texel do czasu, aż sztorm minie - ale wtedy  flota została otoczona lodem, jak pisze autor David Blackmore. W tym czasie Francuzi walczyli z Republiką Holenderską oraz z rewolucjonistami w Holandii, którzy popierali idee Rewolucji Francuskiej.

Wieść o zakleszczonych statkach dotarła do francuskiego generała Jean-Charlesa Pichegru, który kazał Johanowi Williem de Winterowi, holenderskiemu admirałowi pracującemu dla Francuzów, zająć się tą sprawą. De Winter wysłał piechotę, kalwarię i artylerię konną - oddziały przybyły 22 stycznia i rozbiły obóz na noc.

- Widząc ich ogniska, kapitan Reyntjes, najstarszy i najwyższy rangą oficer w holenderskiej flocie tymczasowo nią dowodzący, przygotował się do wytoczenia wszystkich dział i zatopienia statków - pisze Blackmore. Jednak około północy nadeszła wiadomość, że rewolucjoniści przejęli władzę i chcą wstrzymać walki.

- Gdyby nie to zawieszenie broni w porę, mogłoby dojść do epokowej walki między armią lądową a flotą - pisze Blackmore.

Istnieją też inne mające sens powody, dla których do bitwy nie doszło. Francuzi potrzebowaliby ciężkich dział i drabin, by wspiąć się na statki - Holendrzy nie byli tak bezbronni, jak się wydawało. Zamarznięte w lodzie, blisko siebie, i dobrze uzbrojone, holenderskie siły z jednego statku mogły osłaniać drugi. W sumie było tam 14 holenderskich okrętów, a więc spora siła ognia.

Francuski dowódca wysłał huzarów, słynnych francuskich kawalerzystów, aby sprawdzili, czy uda im się zastraszyć Holendrów i zmusić ich do poddania się i w tamtym momencie ci nie zamierzali robić nic więcej.

- Lata później francuscy propagandyści wojskowi przedstawiali nieprawdopodobną historię o 'obdartusach' pędzących na koniach przez lód, by gołym mieczem zdobyć flotę Holandii - opisuje Blackmore. - W rzeczywistości było to o wiele bardziej prozaiczne.

Zdaniem Blackmore'a nie jest całkowicie jasne, co się stało, ale nie było wielkiej bitwy i prawdopodobnie scena ta była całkiem spokojna - wojskowi podjechali do statku Reyntjesa i obie strony zgodziły się czekać na rozkazy.

- Pięć dni później holenderskie załogi złożyły przysięgę, że będą stosować się do francuskich rozkazów i utrzymywać dyscyplinę marynarki, ale pozwolono im pozostać pod holenderską banderą - skwitował autor.

Źródło: Smithsonian Magazine

Kiedy człowiek szuka bezsłownych sposobów na skrytykowanie czyichś umiejętności prowadzenia samochodu, nic nie działa lepiej niż chwycenie za klamkę nad drzwiami i trzymanie się jej jak najdroższego życia. Przez wielu nazywane klamkami typu "O cholera!", te powszechne elementy wyposażenia samochodu przekazują słowa "Jesteś lekkomyślny!" mniej więcej tak dobrze, jak ich wykrzyczenie.

Biorąc pod uwagę inne elementy wyposażenia, takie jak podłokietniki i automatycznie blokowane pasy bezpieczeństwa, które pomagają pasażerom utrzymać pozycję podczas jazdy po wybojach, mogłoby się wydawać, że takie uchwyty powinny należeć do przeszłości. A jednak wiele nowoczesnych samochodów nadal ma je nad każdymi drzwiami, z wyjątkiem tych po stronie kierowcy. Do czego więc one właściwie służą?

Według Technology.org uchwyty są głównie po to, aby ludzie mogli z łatwością wsiadać i wysiadać z samochodów. Jeśli na przykład wsiadasz do dużego pojazdu, możesz użyć uchwytu, aby podnieść się do samochodu, a następnie ponownie opuścić się na stopień lub chodnik bez konieczności skakania. W przypadku małego pojazdu sytuacja jest zupełnie odwrotna. Uchwyty są szczególnie przydatne dla osób niepełnosprawnych, starszych i w ciąży.

Podczas projektowania minivana Mercury Monterey na początku XXI wieku, inżynier Ford Motor Company Jared Glaspell stworzył symulator ciąży, aby sprawdzić, co mogłoby uczynić pojazd bardziej komfortowym dla przyszłych rodziców. - Były momenty typu: "Eureka!" - powiedział Glaspell gazecie The Detroit News w maju 2003 roku. - Stałem się bardziej świadomy tego, gdzie umieszczone są elementy sterujące na desce rozdzielczej. Chciałem mieć więcej uchwytów do wsiadania i wysiadania z pojazdu.

Dlaczego zatem drzwi kierowcy często nie mają takiego uchwytu? Istnieje kilka możliwych powodów. Po pierwsze, jak zauważa Nodum.org, kierownica może pełnić rolę prowizorycznego uchwytu, a ponadto taki dodatkowy element blokowałby drogę, gdyby ktoś chciał się podnieść lub opuścić do (lub z) samochodu za pomocą uchwytu nad oknem. Ponadto, kierowcy skłonni do chwytania uchwytu podczas jazdy kierowaliby tylko jedną ręką, co mogłoby stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Krótko mówiąc, uchwyty mają sprawić, że wsiadanie i wysiadanie z samochodu będzie bardziej komfortowym procesem. Ale jeśli Twoi pasażerowie nigdy nie chcą ich puścić, może powinieneś ponownie ocenić swoje umiejętności prowadzenia samochodu.

Źródło: MentalFloss

wtorek, 16 luty 2021 16:55

Albert Einstein i jego "Rok Cudów"

Przeszło sto lat temu Albert Einstein ukończył pracę naukową, która miała zmienić świat. Jego radykalne spojrzenie na naturę światła pomogło Einsteinowi przeistoczyć się z nieznanego urzędnika patentowego w geniusza stojącego w centrum dwudziestowiecznej fizyki.

Naukowcy nazywają rok 1905 Rokiem Cudów Alberta Einsteina - annus mirabilis. W ciągu kilku miesięcy Einstein napisał serię prac, które zmieniły sposób, w jaki postrzegamy wszechświat. Zawierały one, przykładowo, jego teorię szczególnej względności i słynne równanie E=mc².

Pierwsza praca opisywała jego cząsteczkową teorię światła, która stała się jednym z fundamentów współczesnej fizyki. Jak głosi legenda, Einstein był urzędnikiem w urzędzie patentowym, gdy wymyślił swoje radykalne teorie - ale był także doktorantem, który spędzał wolny czas, debatując z przyjaciółmi nad najnowszymi odkryciami fizyki.

W marcowym artykule z 1905 roku Einstein bezpośrednio zakwestionował ortodoksję fizyki - ortodoksję, która rosła i umacniała się przez ponad wiek, ortodoksję, która opierała się na eksperymentach i daleko idącej teorii.

Wszyscy fizycy w 1905 roku wiedzieli, czym jest światło. Niezależnie od tego, czy pochodziło ze Słońca, czy z żarówki, wiadomo było, że światło jest falą, to znaczy ciągiem jednakowo rozłożonych grzbietów oddzielonych jednakowo rozłożonymi rynnami, gdzie odległość między grzbietami (lub rynnami) określa kolor światła. Wszyscy uczeni wiedzieli bez wątpienia, że światło ma swój początek w źródle, rozchodzi się równomiernie i w sposób ciągły po całej dostępnej mu przestrzeni i rozchodzi się z miejsca na miejsce w postaci elektromagnetycznych grzbietów i koryt. Światło nazwano falą elektromagnetyczną lub, ogólniej, promieniowaniem elektromagnetycznym. W 1905 roku falowa natura światła była faktem stwierdzonym, niepodważalnym.

W obliczu tej powszechnie obowiązującej wiedzy Einstein zaproponował, że światło nie jest falą ciągłą, lecz składa się ze zlokalizowanych cząstek. Jak napisał Einstein we wstępie do swojej marcowej pracy: "Zgodnie z założeniem, które należy tu rozważyć, kiedy promień światła rozchodzi się z jakiegoś punktu, energia nie jest rozprowadzana w sposób ciągły po coraz większych przestrzeniach, ale składa się ze skończonej liczby kwantów energii, które są zlokalizowane w punktach przestrzeni, poruszają się bez podziału i mogą być absorbowane lub generowane tylko jako całość".

Zdanie to zostało nazwane "najbardziej 'rewolucyjnym' zdaniem napisanym przez fizyka XX wieku".

Einstein przewidział wpływ swojej pracy. W maju 1905 roku, zanim praca ukazała się drukiem, poinformował swojego przyjaciela Conrada Habichta, że nadchodząca praca na temat własności światła będzie "niezwykle rewolucyjna". Ze współczesnej perspektywy co najmniej trzy prace Einsteina z 1905 roku były podobnie nowatorskie, ale wówczas dla Einsteina tylko "założenie rozważane tutaj [w pracy marcowej]" stanowiło ostre zerwanie z ustaloną tradycją. Było ono rewolucyjne w tamtym czasie i takie pozostaje nadal. W czerwcu 1906 roku przyszły fizyk Max von Laue, laureat Nagrody Nobla, napisał do Einsteina jednoznacznie zaprzeczając jego założeniu:

"Kiedy na początku swojej ostatniej pracy formułuje Pan swoje heurystyczne stanowisko, że energia promieniowania może być pochłaniana i emitowana tylko w określonych skończonych kwantach, nie mam żadnych zastrzeżeń. Wszystkie Pańskie zastosowania również zgadzają się z tym sformułowaniem. Teraz nie jest to cecha procesów elektromagnetycznych w próżni, ale raczej emitującej lub absorbującej materii, a zatem promieniowanie nie składa się z kwantów światła, jak to jest napisanena stronie 6. Pańskiej pierwszej pracy - raczej tylko wtedy, gdy wymienia energię z materią, zachowuje się tak, jakby się z nich składało."

Von Laue był najwyraźniej skłonny przyznać, że w procesie emisji i absorpcji światła były zaangażowane kwanty, ale poza tym był nieugięty: światło podróżowało przez próżnię przestrzeni jako fala, a nie jako kwanty. Laue nie był w swoim przekonaniu odosobniony. W 1905 r. rozmiar odejścia Einsteina od usankcjonowanych przekonań na temat światła był tak niepokojący, że jego cząsteczkowa teoria światła nie została zaakceptowana przez dwie kolejne dekady.

Źródło: NPR.org

W 1977 roku brytyjski telewizyjny biuletyn informacyjny został przerwany przez głos podający się za "Galaktyczne Dowództwo Asztar" i polecający ludzkości porzucenie broni, aby mogła uczestniczyć w "przyszłym przebudzeniu" i "osiągnąć wyższy stan ewolucji". Po sześciu minutach transmisja wróciła do normy.

Informacje na ten temat podaje niezawodna angielskojęzyczna Wikipedia:

Wydarzenie znane jako "Przerwa w nadawaniu Southern Television" było zakłóceniem sygnału nadawczego, które miało miejsce 26 listopada 1977 roku w części południowej Anglii. Dźwięk audycji Southern Television został zastąpiony przez głos podający się za przedstawiciela 'Ashtar Galactic Command'. Mówca przekazał wiadomość, w której instruował ludzkość, aby porzuciła broń, by mogła uczestniczyć w "przyszłym przebudzeniu" i "osiągnąć wyższy stan ewolucji". Po sześciu minutach audycja powróciła do zaplanowanego programu.

Późniejsze dochodzenie wykazało, że nadajnik Hannington należący do Independent Broadcasting Authority retransmitował sygnał z małego, ale pobliskiego, nieautoryzowanego nadajnika, zamiast z zamierzonego źródła. Sprawca nie został nigdy zidentyfikowany.

Wydarzenie to wywołało setki telefonów od zaniepokojonych członków społeczeństwa i było szeroko relacjonowane w brytyjskich i amerykańskich gazetach. Doniesienia te są czasami sprzeczne, m.in. różnią się co do nazwy użytej przez mówcę i brzmienia jego komunikatu.

Szerszy opis

W sobotę 26 listopada 1977 roku, Andrew Gardner z ITN prowadził podsumowanie wiadomości.  O 17:10 obraz telewizyjny lekko się zachwiał, po czym nastąpiło głębokie buczenie. Dźwięk został zastąpiony zniekształconym głosem, który przez prawie sześć minut wygłaszał swą wiadomość.

Haker podawał się za Vrillona, przedstawiciela Galaktycznego Dowództwa Asztar ("Ashtar" to nazwa związana z komunikacją pozaziemską od 1952 roku). Relacje o tym zdarzeniu różnią się, niektórzy nazywają mówcę "Vrillonem" lub "Gillonem", a inni - "Asteronem".

Przerwa ustała wkrótce po dostarczeniu oświadczenia, a transmisje wróciły do normy na krótko przed końcem kreskówki Looney Tunes. Późnym wieczorem Southern Television przeprosiła za to, co opisała jako "przełamanie dźwięku" u niektórych odbiorników. ITN również poinformowała o tym incydencie w swoim własnym sobotnim biuletynie późnym wieczorem.

Transkrypcja wiadomości

Pełna transkrypcja wiadomości brzmi następująco:

Mówi do was głos Vrillona, przedstawiciela Galaktycznego Dowództwa Ashtar. Przez wiele lat widzieliście nas jako światła na niebie. Przemawiamy do was teraz w pokoju i mądrości, tak jak czyniliśmy z waszymi braćmi i siostrami na całej tej waszej planecie Ziemi. Przychodzimy, aby ostrzec was o przeznaczeniu waszej rasy i waszego świata, abyście mogli przekazać waszym bliźnim drogę, którą powinniście obrać, aby uniknąć katastrofy, która zagraża waszemu światu i istotom na naszych światach wokół was. Wszystko po to, abyście mogli uczestniczyć w wielkim przebudzeniu, gdy planeta przechodzi w Nową Erę Wodnika. Nowa Era może być czasem wielkiego pokoju i ewolucji dla waszej rasy, lecz tylko wtedy, gdy wasi władcy zostaną uświadomieni o złych siłach, które mogą przyćmić ich wyroki. Bądźcie teraz spokojni i słuchajcie, gdyż wasza szansa może się już nie powtórzyć. Cała wasza broń zła musi zostać usunięta. Czas konfliktu już minął i rasa, której jesteście częścią, może przejść do wyższych etapów swojej ewolucji, jeśli okażecie się tego godni. Macie niewiele czasu, żeby nauczyć się żyć razem w pokoju i dobrej woli. Małe grupy na całej planecie uczą się tego i istnieją po to, żeby przekazać wam wszystkim światło nadchodzącego Nowego Wieku. Możecie swobodnie przyjąć lub odrzucić ich nauki, lecz tylko ci, którzy nauczą się żyć w pokoju, przejdą do wyższych sfer duchowej ewolucji. Usłyszcie teraz głos Vrillona, przedstawiciela Galaktycznego Dowództwa Asztar, który mówi do was. Bądźcie świadomi tego, że obecnie na waszym świecie działa wielu fałszywych proroków i przewodników. Będą oni wysysać z was energię, którą nazywacie pieniędzmi i będą ją wykorzystywać do złych celów, dając wam w zamian bezwartościowy szlam. Wasze wewnętrzne Boskie Ja ochroni was przed tym. Musicie nauczyć się być wrażliwi na głos wewnątrz, który może wam powiedzieć, co jest prawdą, a co zamieszaniem, chaosem i nieprawdą. Nauczcie się słuchać głosu prawdy, który jest w was, a poprowadzicie siebie na ścieżkę ewolucji. To jest nasze przesłanie do naszych drogich przyjaciół. Obserwowaliśmy wasz wzrost przez wiele lat, jak wy również obserwowaliście nasze światła na waszym niebie. Wiecie teraz, że jesteśmy tutaj i że na waszej Ziemi i wokół niej jest więcej istot, niż przyznają wasi naukowcy. Jesteśmy głęboko zatroskani o was i waszą drogę do światła i zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by wam pomóc. Nie obawiajcie się, starajcie się tylko poznać siebie i żyć w harmonii z drogami waszej planety Ziemi. My tutaj w Galaktycznym Dowództwie Asztar dziękujemy za waszą uwagę. Opuszczamy teraz płaszczyzny waszego istnienia. Niech będzie wam błogosławiona najwyższa miłość i prawda kosmosu.

Z kolei w wydaniu czasopisma Fortean Times z zimy 1977 roku zamieszczono transkrypcję tego, co opisano jako "krótką wiadomość", która została wtedy nadana i brzmiało to nieco inaczej:

To jest głos Asterona. Jestem upoważnionym przedstawicielem Misji Międzygalaktycznej i mam wiadomość dla planety Ziemi. Zaczynamy wchodzić w okres Wodnika i istnieje wiele korekt, które muszą zostać dokonane przez Ziemian. Cała wasza broń zła powinna zostać zniszczona. Macie tylko krótki czas by nauczyć się żyć razem w pokoju. Musicie żyć w pokoju... albo opuścicie galaktykę.

Dochodzenie

W tamtym czasie nadajnik telewizyjny UHF w Hannington był nietypowy, ponieważ był jednym z niewielu głównych nadajników, który retransmitował sygnał odbierany z innego nadajnika (nadajnik Rowridge na wyspie Wight należący do Independent Broadcasting Authority), a nie był zasilany bezpośrednio przez linię stacjonarną. W konsekwencji był on otwarty na tego rodzaju ingerencję w sygnał, ponieważ nawet transmisja o stosunkowo niskiej mocy bardzo blisko odbiornika retransmisji mogła zakłócić odbiór zamierzonego sygnału, co powodowało wzmocnienie nieautoryzowanej transmisji i jej retransmisję na znacznie większym obszarze. IBA stwierdziła, że przeprowadzenie takiego dowcipu powinno wymagać "znacznej ilości technicznego know-how", a rzecznik Southern Television dodał: "Hochsztapler zagłuszył nasz nadajnik w dzikich zakątkach North Hampshire, przykładając inny nadajnik bardzo blisko niego". Ów hochsztapler nigdy nie został zidentyfikowany.

Reakcja opinii publicznej i mediów

Incydent wywołał lokalny niepokój i zyskał rozgłos. W niedzielnych gazetach następnego dnia IBA ogłosiła, że transmisja była dowcipem żartownisia. IBA potwierdziła też, że był to pierwszy taki przypadek.

Setki zaniepokojonych widzów zalały Southern Television telefonami w sobotnią noc po tym, jak głos przerwał rutynowy program informacyjny na ponad sześć minut.

Doniesienia o tym wydarzeniu niosły się po całym świecie, a liczne amerykańskie gazety podchwyciły historię z agencji prasowej UPI.

Transmisja stała się przypisem w ufologii, ponieważ niektórzy zdecydowali się przyjąć rzekomą transmisję "obcych" za wartość nominalną, kwestionując wyjaśnienie przechwycenia nadajnika. W ciągu dwóch dni od opublikowania informacji o incydencie w "The Times", w liście do redakcji opublikowanym 30 listopada 1977 roku zapytano: "[Jak] IBA - lub ktokolwiek inny - mogą być pewni, że transmisja była jedynie żartem?". Redakcja jednej z amerykańskich gazet regionalnych - Eugene Register-Guard - skomentowała: "Nikt nie wydawał się brać pod uwagę, że 'Asteron' mógł być prawdziwy." Ponadto w 1985 r. historia ta weszła do miejskiego folkloru, z sugestiami, że nigdy nie było żadnego konkretnego wyjaśnienia tej transmisji.

W 1999 roku odcinek serialu telewizyjnego dla dzieci "It's a Mystery" opisał to wydarzenie, a wyprodukował go jeden z następców Southern - Meridian Television. W epizodzie odtworzono incydent z fałszywych raportów informacyjnych i widzowie mogli go przeżyć na nowo.

Wykorzystanie w kulturze popularnej

Nelson Algren zawarł wariację tego komunikatu w swojej książce pt. "The Devil's Stocking" (1983), będącej fikcyjną relacją z procesu Rubina Cartera, prawdziwego łowcy nagród, który został uznany za winnego podwójnego morderstwa. W książce, gdy rozpoczyna się okres buntów w więzieniu, postać 'Kenyatty' wygłasza przemówienie, które jest dokładnym odzwierciedleniem transkrypcji z przerwania programu Southern Television:

"Jestem upoważnionym przedstawicielem Misji Międzygalaktycznej" - Kenyatta w końcu ujawnił swoje referencje. "Mam wiadomość dla planety Ziemia. Zaczynamy wkraczać w okres Wodnika. Wiele korekt musi zostać dokonanych przez Ziemian. Cała wasza broń zła musi zostać zniszczona. Macie tylko krótki czas by nauczyć się żyć razem w pokoju. Musicie żyć w pokoju" - tu zrobił pauzę, aby przyciągnąć uwagę wszystkich - "musicie żyć w pokoju albo opuścicie galaktykę na zawsze!"

Na swoim albumie z 2020 roku o nazwie "Common Sense Dancing", muzyk Duncan Parsons zamieścił utwór A Breakthrough In Sound, który opisuje przerwanie transmisji z fikcyjnego punktu widzenia osoby będącej świadkiem tego wydarzenia, oglądającej telewizję w trakcie jego trwania. Podkład wykorzystuje w dużej mierze dźwięki Melotronu.

Źródło: Wikipedia

Free Joomla! template by L.THEME