poniedziałek, 01 luty 2021 09:54

10 ciekawostek o rzymskich gladiatorach

W tym artykule prezentujemy fakty na temat enigmatycznych ludzi broni, którzy stali za najbardziej osławioną formą rozrywki w starożytnym Rzymie.

1. Nie zawsze byli niewolnikami

Nie wszyscy gladiatorzy byli przyprowadzani na arenę w łańcuchach. Choć większość pierwszych uczestników walk stanowili ludzie z podbitych terenów i niewolnicy, którzy popełnili przestępstwa, inskrypcje nagrobne pokazują, że w I wieku n.e. sytuacja demograficzna zaczęła się zmieniać. Zwabieni dreszczem walki i rykiem tłumu, mężczyźni zaczęli dobrowolnie podpisywać kontrakty ze szkołami gladiatorów w nadziei na zdobycie chwały i nagród pieniężnych. Ci wolni wojownicy byli często zdesperowanymi ludźmi lub byłymi żołnierzami umiejącymi walczyć, ale niektórzy z nich należeli do wyższej klasy patrycjuszy, rycerzy, a nawet senatorów pragnących zademonstrować swój wojenny rodowód.

2. Walki gladiatorów były pierwotnie częścią ceremonii pogrzebowych

Wielu starożytnych kronikarzy opisywało rzymskie igrzyska jako import z Etrusków, ale większość historyków twierdzi obecnie, że walki gladiatorów rozpoczęły się jako krwawy obrzęd wystawiany na pogrzebach bogatych szlachciców. Kiedy wybitni arystokraci umierali, ich rodziny urządzały przy grobach walki pomiędzy niewolnikami lub skazańcami jako rodzaj makabrycznej pochwały cnót, jakimi dana osoba wykazała się za życia. Według rzymskich pisarzy Tertuliana i Festusa, ponieważ Rzymianie wierzyli, że ludzka krew pomaga oczyścić duszę zmarłego, zawody te mogły być również prymitywnym substytutem ofiary z ludzi. Igrzyska pogrzebowe zyskały na znaczeniu za panowania Juliusza Cezara, który na cześć zmarłego ojca i córki zorganizował walki setek gladiatorów. Widowiska cieszyły się ogromną popularnością, a pod koniec I wieku p.n.e. urzędnicy państwowi zaczęli organizować igrzyska finansowane przez państwo, aby w ten sposób zaskarbić sobie przychylność mas.

3. Nie zawsze walczyli na śmierć i życie

Hollywoodzkie filmy i programy telewizyjne często przedstawiają walki gladiatorów jako krwawą jatkę, ale większość walk odbywała się według dość ścisłych zasad i przepisów. Zawody były zazwyczaj pojedynczymi walkami pomiędzy dwoma mężczyznami o podobnym wzroście i doświadczeniu. Sędziowie nadzorowali przebieg walki i prawdopodobnie przerywali ją, gdy tylko jeden z uczestników został poważnie ranny. Pojedynek mógł nawet zakończyć się remisem, jeśli tłum znudził się długą i przeciągającą się walką, a w rzadkich przypadkach, jeśli obaj wojownicy urządzili ekscytujące widowisko dla publiczności, pozwalano im opuścić arenę z honorami.

Ponieważ utrzymanie, wyżywienie i szkolenie gladiatorów było kosztowne, ich promotorzy niechętnie patrzyli na ich niepotrzebną śmierć. Trenerzy mogli uczyć swoich wojowników, by ranili, a nie zabijali, a walczący mogli brać na siebie odpowiedzialność za unikanie poważnego ranienia swoich rywali. Mimo to, życie gladiatora było zazwyczaj brutalne i krótkie. Większość z nich dożywała zaledwie połowy dwudziestego roku życia, a historycy szacują, że w jednej na pięć lub jednej na dziesięć walk jeden z uczestników ginął.

4. Słynny gest "kciuka w dół" prawdopodobnie nie oznaczał śmierci

Jeśli gladiator został ciężko ranny lub odrzucił broń w geście poddania się, jego los pozostawał w rękach widzów. W zawodach rozgrywanych w Koloseum cesarz miał ostateczny głos w sprawie tego, czy pokonany wojownik przeżyje czy umrze, ale władcy i organizatorzy walk często pozwalali podejmować decyzje widowni. Obrazy i filmy często pokazują tłumy, które gestem "kciuka w dół" pokazywały, że zhańbiony gladiator powinien zostać wykończony, ale może to nie być zgodne z prawdą. Niektórzy historycy uważają, że znakiem oznaczającym śmierć mógł być kciuk w górę, podczas gdy zamknięta pięść z dwoma wyciągniętymi palcami, kciuk w dół, a nawet machnięcie chusteczką mogło sygnalizować litość. Jakikolwiek gest był używany, zazwyczaj towarzyszyły mu przeszywające uszy okrzyki "Puśćcie go!" lub "Zabijcie go!". Jeśli tłum tego chciał, zwycięski gladiator dokonywał okrutnego dokończenia sprawy, wbijając przeciwnikowi nóż między łopatki lub przez szyję do serca.

5. Byli oni zorganizowani w różne klasy i typy

Do czasu otwarcia Koloseum w 80 r. n.e. igrzyska gladiatorów przekształciły się z żywiołowych walk na śmierć i życie w dobrze zorganizowany krwawy sport. Walczący zostali podzieleni na klasy w oparciu o ich osiągnięcia, poziom umiejętności i doświadczenie, a większość z nich specjalizowała się w określonym stylu walki i zestawie broni. Najbardziej popularni byli "thraeces" i "murmillones", którzy walczyli mieczem i tarczą, ale byli też "equites", którzy wjeżdżali na arenę konno, "essedarii", którzy walczyli z rydwanów; i "dimachaerus", który mógł władać dwoma mieczami naraz. Spośród wszystkich popularnych typów gladiatorów najbardziej niezwykły był chyba "retiarius", który był uzbrojony tylko w sieć i trójząb. Wojownicy ci starali się uwięzić przeciwnika siecią przed atakiem, ale jeśli im się to nie udawało, pozostawali niemal całkowicie bezbronni.

6. Rzadko walczyli przeciwko zwierzętom

Koloseum i inne rzymskie areny często kojarzone są z makabrycznymi polowaniami na zwierzęta, ale gladiatorzy rzadko brali w nich udział. Starcia z dzikimi bestiami były zarezerwowane dla "venatores" i "bestiarii", specjalnych klas wojowników, którzy walczyli ze wszystkim, od jeleni i strusi po lwy, krokodyle, niedźwiedzie, a nawet słonie. Polowania na zwierzęta były zazwyczaj wydarzeniem otwierającym igrzyska i nie było niczym niezwykłym, że podczas jednego widowiska zabijano wiele nieszczęsnych stworzeń. Dziewięć tysięcy zwierząt zostało zabitych podczas 100-dniowej ceremonii z okazji otwarcia Koloseum, a kolejne 11 tysięcy zabito w ramach 123-dniowego festiwalu zorganizowanego przez cesarza Trajana w II wieku n.e. Podczas gdy większość zwierząt zabijano dla sportu, inne tresowano do wykonywania sztuczek, a nawet stawiano przeciwko sobie w walkach. Dzikie zwierzęta służyły również jako popularna forma egzekucji. Skazani przestępcy i chrześcijanie byli często rzucani na pożarcie wygłodniałym psom, lwom i niedźwiedziom w ramach atrakcji dnia.

7. Kobiety również walczyły na arenie

Niewolnice były regularnie skazywane na arenę razem ze swoimi męskimi odpowiednikami, ale kilka obywatelek z własnej woli sięgało po miecz. Historycy nie są pewni, kiedy kobiety po raz pierwszy stanęły do walki jako gladiatorzy, ale już w I wieku n.e. stały się one częstym elementem igrzysk. W patriarchalnej kulturze rzymskiej te wojowniczki mogły nie być traktowane poważnie - cesarz Domicjan lubił przeciwstawiać kobiety karłom - ale wydaje się, że kilka z nich sprawdziło się w pojedynczych walkach. Marmurowa płaskorzeźba z około II wieku n.e. przedstawia walkę pomiędzy dwiema kobietami zwanymi "Amazonką" i "Achillą", które, jak głosi napis, walczyły aż do ogłoszenia honorowego remisu. Kobiety brały również udział w polowaniach na zwierzęta, ale ich pobyt na arenie mógł dobiec końca około roku 200 n.e., kiedy to cesarz Septymiusz Sewerus zakazał im udziału w igrzyskach.

8. Niektórzy gladiatorzy organizowali się w związki zawodowe

Mimo że regularnie byli zmuszani do walki na śmierć i życie, gladiatorzy postrzegali siebie jako rodzaj bractwa, a niektórzy nawet organizowali się w związki, lub "collegia", z wybranymi przez siebie przywódcami i bóstwami opiekuńczymi. Kiedy wojownik ginął w walce, grupy te zapewniały swojemu towarzyszowi odpowiedni pogrzeb i napis na grobie, honorujący jego osiągnięcia na arenie. Jeśli zmarły miał żonę i dzieci, dbano również o to, by rodzina otrzymała pieniężną rekompensatę za poniesioną stratę.

9. Kilku cesarzy rzymskich brało udział w inscenizowanych walkach gladiatorów

Organizowanie igrzysk gladiatorów było dla rzymskich cesarzy łatwym sposobem na zdobycie miłości ludu, ale kilku z nich poszło o krok dalej i rzeczywiście wzięło udział w walkach. Kilku władców wystąpiło na arenie, w tym Kaligula, Tytus i Hadrian - choć najprawdopodobniej w ściśle kontrolowanych warunkach lub z tępymi ostrzami. Obłąkany cesarz Kommodus, doskonale władający włócznią, często próbował zadziwić tłumy, zabijając niedźwiedzie i pantery z bezpiecznej, podniesionej platformy. Brał też udział w kilku walkach gladiatorów, ale zazwyczaj z niedoświadczonymi zawodnikami lub przerażonymi i słabo uzbrojonymi widzami. Kiedy nieuchronnie wygrywał te zawody, Commodus nagradzał się ogromną sumą miliona rzymskich monet rozmiennych - sestercjuszy.

10. Gladiatorzy często stawali się celebrytami i symbolami seksu

Choć rzymscy historycy często opisywali ich jako niecywilizowanych brutali, gladiatorzy zdobyli ogromną sławę wśród niższych klas społecznych. Ich portrety zdobiły ściany wielu miejsc publicznych, dzieci bawiły się ulepionymi z gliny figurkami gladiatorów, a najbardziej utytułowani zawodnicy reklamowali nawet swoje produkty, podobnie jak dzisiejsi czołowi sportowcy. Słynęli oni również z tego, że potrafili rozkochać w sobie kobiety. Graffiti z Pompejów opisuje jednego wojownika, który "łapie dziewczęta nocą w swoją sieć" i kolejnego, który jest "rozkoszą wszystkich dziewcząt". Wiele kobiet nosiło spinki do włosów i inną biżuterię zanurzoną w krwi gladiatorów, a niektóre nawet mieszały pot gladiatorów - uważany wówczas za afrodyzjak - z kremami do twarzy i innymi kosmetykami.

Źródło: History.com

Sukcesja wdowia była praktyką polityczną stosowaną w niektórych krajach na początku XX wieku, polegającą na tym, że zmarły polityk był bezpośrednio zastępowany przez wdowę lub wdowca po nim, w drodze wyborów lub bezpośredniego powołania na stanowisko. Wiele z pierwszych kobiet, które sprawowały urząd polityczny w epoce nowożytnej, uzyskało swoje stanowiska dzięki tej właśnie praktyce. Zdarzało się również, że politycy rezygnowali z danego urzędu, a ich rolę przejmowali małżonkowie (bez "konieczności" zgonu).

We wcześniejszych latach kobiety, które obejmowały urząd w drodze sukcesji wdowiej, rzadko stawały się znaczącymi politykami, lecz były uważane jedynie za osoby zajmujące miejsce, których główną rolą było utrzymanie mandatu i głosów dla partii, a tym samym uniknięcie ryzyka przedłużającej się walki o nominację między wyborami. Praktyka ta była również czasami postrzegana jako sposób na zapewnienie kobiecie wsparcia finansowego w związku z utratą głównego dochodu jej rodziny.

Oczekiwano wówczas, że wdowa będzie pełniła swoją funkcję tylko do następnych wyborów, po których ustąpi i pozwoli swojej partii wybrać nowego kandydata. Po przejściu Effiegene Locke Wingo na emeryturę z Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych w 1932 roku, New York Sun napisał:

Niektóre z kobiet, które odziedziczyły miejsce w Kongresie, wykazały się indywidualnymi zdolnościami, ale o większości z nich można powiedzieć, że z godnością i w dobrym guście podporządkowały się fałszywemu kodeksowi rycerskiemu, służyły bez rozgłosu i opuszczały Kapitol po cichu, zastanawiając się, co mieli na myśli mężczyźni, którzy wymyślili termin "przejęcia władzy przez dziedziczenie".

W jednym niezwykłym kanadyjskim przypadku Martha Black zastąpiła swojego męża George'a w Izbie Gmin Kanady, gdy ten nie umarł, a jedynie tymczasowo ustąpił ze stanowiska z powodów zdrowotnych. W następnych wyborach Martha ustąpiła, a George powrócił na urząd. Inna nietypowa sytuacja miała miejsce w Stanach Zjednoczonych, kiedy Katherine G. Langley została wybrana na miejsce swojego żyjącego męża Johna W. Langleya, po tym jak został on skazany za sprzedaż alkoholu w czasach prohibicji.

Wraz z ewolucją roli kobiet w polityce, wiele z tych, które po raz pierwszy objęły urząd w ramach sukcesji wdowiej, rozpoczęło długą i wyróżniającą się karierę. Margaret Chase Smith została najdłużej urzędującą kobietą w historii Senatu Stanów Zjednoczonych i pierwszą kobietą, której nazwisko zostało umieszczone w nominacji na kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych na konwencji jednej z głównych partii. Edith Nourse Rogers została najdłużej urzędującą kobietą w historii Izby Reprezentantów Stanów Zjednoczonych, a Mary Ellen Smith zdobyła zaszczyt bycia pierwszą kobietą mianowaną na stanowisko w gabinecie, a także pierwszą kobietą, która została przewodniczącą zgromadzenia ustawodawczego, zarówno w Kanadzie, jak i w całym Imperium Brytyjskim.

W Sri Lance Sirimavo Bandaranaike, która zastąpiła swojego zamordowanego męża, była długoletnim premierem i przywódcą partii.

Chociaż wdowy są nadal sporadycznie mianowane lub wybierane na stanowiska polityczne po śmierci męża, praktyka ta nie jest tak powszechna w czasach współczesnych, w których kobiety są w stanie objąć coraz bardziej znaczące role w polityce w oparciu o własne talenty i doświadczenie, a nie jako "placeholders". Ponadto niektórym osobom, takim jak Sonia Gandhi w Indiach czy Grace MacInnis w Kanadzie, zdarzyło się piastować urząd polityczny i być wdową po wcześniejszym urzędniku, ale nie są to prawdziwe "sukcesje wdowie", ponieważ nie były one bezpośrednimi następcami zmarłych mężów.

Przykłady godne uwagi

Argentyna - María Estela Martínez de Perón, pierwsza kobieta-prezydent Argentyny

Australia - Millie Peacock, pierwsza kobieta wybrana do parlamentu stanu Wiktoria - po przejściu na emeryturę powiedziała: "Parlament to nie miejsce dla kobiety"

Kanada - Cora Taylor Casselman, Jennifer Cossitt, Eloise Jones, Margaret Mary Macdonald, Sarah Ramsland, Margaret Rideout

Japonia - Keiko Nagaoka, Nobuko Okashita

Nowa Zelandia - Mary Grigg (pierwsza posłanka z ramienia Partii Narodowej), Elizabeth McCombs (pierwsza deputowana, zastąpiona przez syna), Iriaka Rātana (pierwsza posłanka z plemienia Māori)

Zjednoczone Królestwo - Agnes Hardie z okręgu Glasgow Springburn w Szkocji, Irene Adams z okręgu Paisley North w Szkocji, Lena Jeger z okręgu Holborn i St Pancras South w Londynie, Beatrice Wright z okręgu Bodmin w Kornwalii, Gill Furniss z Sheffield Brightside i Hillsborough w Yorkshire.

Posłanki, które zrezygnowały z mandatów: Nancy Astor została pierwszą w historii brytyjską posłanką do parlamentu, która objęła mandat po tym, jak jej mąż Waldorf został powołany do Izby Lordów. Astor była posłanką do Plymouth Sutton w Devon. W wyborach powszechnych w 2019 roku dwóch konserwatywnych posłów ustąpiło wśród kontrowersji i zostało zastąpionych przez swoje żony: Natalie Elphicke, żona Charliego Elphicke w Dover w Kent oraz Kate Griffiths, żona Andrew Griffithsa w Burton w Staffordshire.

Stany Zjednoczone - Nellie Tayloe Ross, która była pierwszą kobietą gubernatorem stanu USA, zastąpiła swojego męża na stanowisku gubernatora Wyoming.

Andrea Seastrand zastąpiła swojego męża Erica Seastranda na stanowisku członka Zgromadzenia Stanowego Kalifornii w 29. okręgu.

Florence Shoemaker Thompson, która jako pierwsza kobieta szeryf przeprowadziła egzekucję.

Źródło: Wikipedia

sobota, 30 styczeń 2021 08:27

"Prawo Głupiego Kierowcy" z Arizony

Niemal każdy obywatel Stanów Zjednoczonych jest zaznajomiony z pojęciem "Prawa Głupiego Kierowcy" funkcjonującego na terenie Arizony. Nazwa ta z pewnością budzi zaciekawienie - więc o co w tym wszystkim chodzi?

Przydomek "Stupid Motorist Law" został nadany sekcji 28-910 z Arizona Revised Statutes. W telegraficznym skrócie prawo to mówi, że jeśli kierowca omija barykadę zamykającą drogę z powodu wysokiej wody, to osobnik ten będzie płacić za ratunek, jeśli utkną w wodzie i personel ratowniczy będzie zmuszony wydobyć ich na bezpieczny grunt.

Redaktorzy KOLD News rozmawiali z personelem ratowniczym o prawie i usłyszeli, że nadal zdarzają się nieroztropni kierowcy w południowej Arizonie, do których najwyraźniej nie dociera powaga sytuacji. Jednym z problemów jest to, że o ile powszechnie wiadomo, nikt nie został o coś takiego oskarżony na mocy prawa.

Pełne brzmienie prawa można znaleźć poniżej:

28-910. Odpowiedzialność za działania ratownicze na obszarach powodziowych; definicje

A. Kierujący pojazdem na ulicy publicznej lub autostradzie, która jest tymczasowo objęta wzrostem poziomu wody, w tym wód gruntowych lub przelewem wody, i która jest zabarykadowana z powodu powodzi, jest odpowiedzialny za koszty wszelkich działań ratunkowych, które są wymagane do usunięcia z ulicy publicznej lub autostrady kierowcy lub pasażera pojazdu, który staje się niezdolny do działania na ulicy publicznej lub autostradzie lub pojazdu, który staje się niezdolny do działania na ulicy publicznej lub autostradzie, lub obu.

B. Osoba skazana za naruszenie sekcji 28-693 za wjechanie pojazdem na obszar, który jest tymczasowo pokryty przez wzrost poziomu wody, w tym wód gruntowych lub przelewu wody, może być odpowiedzialna za wydatki na wszelkie działania ratunkowe, które są wymagane do usunięcia z tego obszaru kierowcy lub jakiegokolwiek pasażera pojazdu, który staje się niezdatny do użytku na tym obszarze lub pojazdu, który staje się niezdatny do użytku na tym obszarze, lub obu.

C. Wydatki związane z działaniami ratowniczymi obciążają osobę odpowiedzialną za te wydatki zgodnie z podsekcją A lub B niniejszej sekcji. Opłata stanowi dług tej osoby i może być pobierana proporcjonalnie przez agencje publiczne, podmioty nastawione na zysk lub podmioty nienastawione na zysk, które poniosły wydatki. Odpowiedzialność osoby za wydatki związane z reakcją w nagłych wypadkach nie może przekroczyć dwóch tysięcy dolarów za pojedynczy przypadek. Odpowiedzialność nałożona na mocy niniejszej sekcji jest uzupełnieniem, a nie ograniczeniem wszelkiej innej odpowiedzialności, która może być nałożona.

D. Polisa ubezpieczeniowa może wyłączyć pokrycie odpowiedzialności osoby za wydatki związane z reakcją w nagłych wypadkach na mocy niniejszej sekcji.

E. Dla celów niniejszej sekcji:

1. "Wydatki na reakcję w sytuacji kryzysowej" oznaczają uzasadnione koszty poniesione bezpośrednio przez agencje publiczne, podmioty nastawione na zysk lub podmioty nienastawione na zysk, które podejmują odpowiednią reakcję w sytuacji kryzysowej w związku z danym zdarzeniem.

2. "Agencja publiczna" oznacza ten stan oraz każde miasto, hrabstwo, korporację miejską, dystrykt lub inną władzę publiczną, która znajduje się w całości lub w części w tym stanie i która zapewnia usługi policyjne, przeciwpożarowe, medyczne lub inne usługi ratownicze.

3. "Rozsądne koszty" obejmują koszty świadczenia usług policyjnych, przeciwpożarowych, ratowniczych i ratownictwa medycznego na miejscu zdarzenia oraz wynagrodzenia osób, które reagują na zdarzenie, ale nie obejmują opłat naliczanych przez pogotowie ratunkowe, które jest regulowane zgodnie z tytułem 36, rozdział 21.1, artykuł 2.

Źródło: KOLD News 13

Fale ultradźwiękowe aplikowane do poszczególnych części mózgu okazały się zdolne do zmiany nastroju pacjenta. Badania przeprowadzone przez zespół z University of Arizona mogą pewnego dnia doprowadzić do opracowania nielekowych metod leczenia takich schorzeń jak depresja.

Badania opierały się na fakcie, że ultradźwięki wibrują w megahercach z prędkością około 10 milionów drgań na sekundę - mniej więcej w tym samym tempie, w jakim rezonują mikrotubule (struktury białkowe w mózgu związane z nastrojem).

Ultradźwięki są szerzej stosowane do obrazowania struktur anatomicznych za pomocą echa impulsowego, w tym płodów w łonie matki, serca, nerek i innych narządów.

Zespół naukowców kierowany przez dr Stuarta Hameroffa, profesora uniwersyteckich wydziałów anestezjologii i psychologii oraz dyrektora Centrum Badań nad Świadomością, zainteresował się zastosowaniami ultradźwięków po przeczytaniu badań na zwierzętach przeprowadzonych przez jego znajomego z Virginia Polytechnic Institute.

Po zapoznaniu się z wynikami Hameroff postanowił wypróbować tę technikę na ochotnikach cierpiących na przewlekły ból, ale nie wcześniej niż na samym sobie. Umieścił przetwornik ultradźwiękowy przy swojej głowie na 15 sekund, jednak początkowo nie odczuł żadnego efektu. - Po około minucie zacząłem się czuć jak po wypiciu martini - powiedział.

Podniosły nastrój Hameroffa utrzymywał się przez godzinę lub dwie, ale był on świadomy, że mógł to być efekt placebo. Aby dokładniej przetestować tę hipotezę, rozpoczął podwójnie ślepe badanie kliniczne - ostatecznie opublikowane w czasopiśmie Brain Stimulation - z udziałem pacjentów cierpiących na przewlekły ból, w którym ani lekarz, ani pacjent nie wiedzieli, czy urządzenie ultradźwiękowe zostało włączone.

Pacjenci, którzy zostali poddani działaniu ultradźwięków, zgłaszali poprawę nastroju przez okres do 40 minut po zabiegu. Ci zaś, którzy nie byli poddani działaniu ultradźwięków przezczaszkowych, nie zgłaszali żadnej różnicy w nastroju.

Technika ta może być stosowana jako alternatywa dla przezczaszkowej stymulacji magnetycznej w leczeniu depresji klinicznej. Wibracje ultradźwiękowe są niewyczuwalne podczas przechodzenia przez ciało, w przeciwieństwie do fal magnetycznych, które pacjenci mogą odczuwać jako poruszające się w głowie.

Hameroff zatrudnił dwóch kolegów z wydziału psychologii - Jaya Sanguinettego i Johna Allena - aby udoskonalić technikę do stosowania u pacjentów z depresją, początkowo z wykorzystaniem studentów-ochotników.

Doszli oni do wniosku, że najbardziej prawdopodobnym sposobem na wywołanie pozytywnych zmian nastroju u pacjentów jest 30-sekundowy wybuch o częstotliwości 2 megaherców. Osoby leczone w ten sposób zgłaszały "uczucie lekkości lub szczęścia, trochę większe skupienie i koncentrację" - relacjonuje Sanguinetti. Od tego czasu przeprowadzili oni podwójnie ślepą próbę kliniczną, aby wykluczyć efekt placebo, której wyniki są obecnie analizowane.

Sanguinetti twierdzi, że poprawa nastroju następuje, ponieważ ultradźwięki "zwiększają prawdopodobieństwo, że neurony w częściach mózgu związanych z nastrojem będą się uruchamiać".

Ultradźwięki działają na błony neuronów i wspomniane wcześniej mikrotubule. - Ponieważ mikrotubule są ściśle związane z plastycznością synaptyczną i teoretycznie biorą udział w uczeniu się, zapamiętywaniu i świadomym przeżywaniu, ultradźwięki przezczaszkowe mogą być stosowane w różnych zaburzeniach psychicznych i neurologicznych, w tym w depresji, urazowym i niedotlenieniowym uszkodzeniu mózgu, udarze mózgu, uczeniu się, chorobie Alzheimera, zaburzeniach psychicznych i zmianach stanów świadomości - podsumowują autorzy badania.

Naukowcy współpracują z firmą Neurotrek, aby opracować urządzenie, które mogłoby celować w konkretne części mózgu za pomocą ultradźwięków.

Źródło: Wired

czwartek, 28 styczeń 2021 10:32

67-letnia Lady Ninja z Kalifornii

Choć jej umiejętności w sztukach walki może nie są już takie jak kiedyś, i tak nie warto z nią zadzierać. Poznajcie Lorenzę Marrujo, 67-latkę z Kalifornii okrzykniętą przez amerykańską prasę mianem Lady Ninja.

Lokalne władze twierdzą, że mężczyzna z Kalifornii boleśnie przekonał się o umiejętnościach Marrujo po tym, jak zaczął szarpać się z pewną 82-letnią kobietą w budynku mieszkalnym w Fontanie.

67-letnia przyjaciółka kobiety, Lorenza Marrujo, dołączyła do szarpaniny i po szybkim kopnięciu, manewrze zgięcia palców i kilku solidnych uderzeniach łokciem w mostek było po wszystkim. Policja przybyła na miejsce i znalazła napastnika dociśniętego przez Marrujo do podłogi - jednym kolanem uciskała go na szyi, a drugim na klatce piersiowej.

Marrujo, która lubi być określana mianem "Lady Ninja" i ma czarny pas w jiujitsu, powiedziała, że przebywała w swoim mieszkaniu na trzecim piętrze w poniedziałek, kiedy usłyszała krzyki dochodzące z lokum sąsiada i zdecydowałą się niezwłocznie zbadać sprawę.

Na miejscu, jak sama relacjonuje, znalazła mężczyznę atakującego jej 82-letnią przyjaciółkę, Elizabeth McCray. Marrujo, która mierzy zaledwie ok. 150 cm i waży około 45 kg, nie zawahała się zmierzyć z młodszym, mierzącym 175 cm i ważącym 77 kg napastnikiem.

- Musiałam wygiąć jego palce do tyłu (...) aby go od niej oderwać - powiedziała w rozmowie The Press-Enterprise z Riverside. - Krzyczał z bólu, bo to jedna z moich flagowych technik, zginanie palców. Następnie uderzyłam łokciem dwa razy w jego mostek.

Rejestry więzienne San Bernardino County ukazują, że 59-letni Donald Robert Prestwood został przesłuchany w związku z dochodzeniem dotyczącym znęcania się nad osobami starszymi. Funkcjonariusz Jennie Venzor wyjawiła, że władze kontynuują dochodzenie i możliwe jest, że może on mierzyć się z dodatkowymi zarzutami.

Nie wyznaczono daty rozprawy i nie było wiadomo, czy Prestwood ma adwokata.

Marrujo powiedziała, że krótko przed atakiem Prestwood, który kiedyś mieszkał w tym samym budynku mieszkalnym, pojawił się u niej, wyglądając na odurzonego i mówił, że szuka swojej partnerki. Lady Ninja przegoniła go kijem baseballowym.

Marrujo, która kiedyś pracowała jako ochroniarz, powiedziała, że zaczęła trenować sztuki walki prawie 40 lat temu w celach samoobrony. Mimo to, skarżyła się po ataku, że nie była tak ostra w walce, jak za dawnych lat.

- Moje ciało miejscami szwankuje - powiedziała, dodając, że "zrobiłaby więcej szkód", gdyby była nieco lepiej przygotowana.

McCray była jednak pod wrażeniem. - Nie pomyślałabym, że mała dama będzie miała siłę, aby zrobić coś takiego - powiedziała.

Policja też nie kryła zachwytu, chociaż ostrzegła, że w wielu przypadkach bezpieczniej jest zadzwonić do nich i pozwolić profesjonalistom zająć się daną sprawą.

- Ale w tym przypadku to zadziałało, a ona uratowała życie swojej przyjaciółki - powiedziała Venzor agencji The Associated Press.

- Ona jest filigranowa, ma ok. 150cm wzrostu i może 45 kg wagi - dodaje funkcjonariuszka. - Ale jest przy tym niezwykle silna.

Źródło: USA Today

Miliony arkuszy kalkulacyjnych MS Excel są wykorzystywane w świecie medycyny, nauki, ekonomii i biznesu. Jednak aż 90 procent z nich zawiera poważne błędy - nawet zagrażające życiu.

Badania wykazały, że nawet 90 procent wszystkich arkuszy kalkulacyjnych na świecie zawiera błędy, które wpływają na ich wyniki. Wystarczy wspomnieć o profesorach Harvardu, których podstawowe błędy w Excelu doprowadziły do niewyobrażalnego nieszczęścia milionów ludzi.

Jeśli poszukamy informacji o błędach w arkuszach kalkulacyjnych w Internecie, dotrzemy do wielu innych historii podobnych do tej z Harvardu.

- ukrywanie komórek - zamiast ich usuwania - kosztowało bank Barclay's miliony podczas kryzysu w 2008 roku,
- błąd na zasadzie "wytnij i wklej" kosztował firmę TransAlta 24 miliony dolarów,
- inny błąd "wytnij i wklej" kosztował JP Morgan 6 miliardów dolarów, gdyż nieprawidłowo obliczono model wartości zagrożonej,

Jest ich o wiele więcej, ale to dość reprezentatywna grupa. Błędy są tak powszechne, że już od ponad 19 lat istnieje specjalna grupa wsparcia zajmująca się ryzykiem związanym z arkuszami kalkulacyjnymi.

Zagrożenia

Niedawno opublikowana praca naukowa pt. "A Pilot Study Exploring Spreadsheet Risk in Scientific Research" koncentruje się na zagrożeniach w neurobiologii:

"(...) badania wykazują, że prawie wszyscy twórcy arkuszy kalkulacyjnych nie mają formalnego wykształcenia (...) Większość błędów nie wynika z błędów w programowaniu arkusza kalkulacyjnego, lecz z niewłaściwego zastosowania logiki programowania. (...) błędy logiczne są trudne do wykrycia i skorygowania."

Badanie pilotażowe nie obejmuje szerokiego zakresu materiału - w końcu jest to badanie pilotażowe - i dotyczy badań neurobiologicznych na pewnym uniwersytecie, ale obserwacje, które w nim stwierdzono, są powszechne.

Barierki ochronne, nie kaftany bezpieczeństwa

Nawet oprogramowanie tworzone przez profesjonalistów jest podatne na błędy. Nic więc dziwnego, że logika arkuszy kalkulacyjnych tworzonych przez nieprzeszkolonych amatorów jest jeszcze gorsza. Pytanie brzmi: co można zrobić, żeby zwykli użytkownicy - i profesorowie Harvardu - popełniali mniej błędów?

Problem ten przypomina sprawdzanie gramatyki. Język ma niewiele sztywnych reguł, a jego użycie jest bardzo zróżnicowane, więc programy sprawdzające gramatykę są nieprecyzyjne, oferują sugestie, a nie odpowiedzi. Sprawdzanie pisowni jest o wiele bardziej precyzyjne, ponieważ jest ona dobrze zdefiniowana.

Milczenie Microsoftu

Redakcja skontaktowała się z Microsoftem, aby poznać ich zdanie na temat zwiększenia bezpieczeństwa Excela. Po wstępnym potwierdzeniu odbioru i kilku e-mailach tam i z powrotem - nie otrzymano jasnej odpowiedzi.

Z pewnością menedżer produktu Excela wie o tych problemach. Na jej miejscu udałbym się do działu Microsoft Research i spróbował podrzucić kilka pomysłów. A tych nie brakuje.

Oznaczanie danych ułatwiłoby sprawdzanie logiki arkusza kalkulacyjnego. Tak jak określamy różne typy danych - dolary, daty, procenty - arkusz kalkulacyjny mógłby opcjonalnie poprosić nas o oznaczenie zestawów danych, niezależnie od ich typu, dzięki czemu sprawdzanie zakresu danych mogłoby być bardziej inteligentne. Jeśli dane są wystarczająco ważne, aby je wpisać, są już oznaczone i wystarczająco ważne, aby przypomnieć użytkownikom o włączeniu ich do formuł.

Sprawdzanie zakresu zbioru danych wydaje się być "do zrobienia". Pomocna byłaby flaga podobna do grammar-check --"Wygląda na to, że niektóre punkty danych zostały pominięte w tym obliczeniu".

Sprawdzanie granic jest techniką wykrywania błędów używaną w programowaniu, aby upewnić się, na przykład, że element jest obecny w wierszu. W kontekście Excela używano by go w sensie programistycznym i odwrotnym, jako sprawdzenie, czy wszystkie oznaczone/wpisane dane są zawarte, a jeśli nie, wydawane jest przyjazne ostrzeżenie.

Diagramy logiczne to kolejne narzędzie programistyczne, które Excel mógłby przynajmniej częściowo zautomatyzować. Użytkownicy widzieliby graficzną reprezentację logiki swojego arkusza kalkulacyjnego.

Języki modelowania zazwyczaj wymuszają rozdział między logiką a danymi. Użytkownicy tworzą logikę, a następnie wyznaczają zbiory danych, na których ona operuje. Upraszcza to sprawdzanie modelu. Excel mógłby zaimplementować pewną formę tego rozwiązania, sugerując oddzielenie logiki od danych po przekroczeniu przez arkusz progu złożoności.

Bity pamięci masowej

Excel dominuje na rynku arkuszy kalkulacyjnych, więc postawa Microsoftu jest zrozumiała: po co wydawać pieniądze na uczynienie go bezpieczniejszym dla użytkowników i reszty społeczeństwa? To nie poszerzy rynku.

Skoro stworzyłeś produkt, którego nawet profesorowie Harvardu mogą łatwo nadużywać - z katastrofalnymi skutkami dla milionów ludzi - czy maksymalizacja zysku jest twoim jedynym obowiązkiem?

Oczywiście Microsoft może odpowiedzieć, że jeśli błędy w arkuszach kalkulacyjnych są tak wielkim problemem, to dlaczego nie słyszymy o nich więcej? Jednym z powodów jest to, że skoro niewiele osób ich szuka, to niewiele z nich zostaje znalezionych. Potrzeba naprawdę poważnego błędu, takiego jak fiasko na Harvardzie - który znalazł inteligentny absolwent szkoły państwowej, a nie ktoś z Harvardu - aby uzyskać rozgłos.

Poważne błędy są zakopane głęboko w pracach badawczych, wynikach badań laboratoryjnych i modelach ekonomicznych. Tworzą one podstawę naszej numerycznej wiedzy o rzeczywistym świecie. Kiedy ta wiedza daje nam nieoczekiwane wyniki, kto wraca do arkuszy kalkulacyjnych, żeby sprawdzić dane?

Tak, użytkownicy powinni być przeszkoleni w zakresie obsługi każdego arkusza kalkulacyjnego, którego używają. Ale z uwagi na dominację Excela na rynku, Microsoft ponosi szczególną odpowiedzialność za poprawę użyteczności i bezpieczeństwa Excela dla codziennych użytkowników.

Źródło: ZDNet.com

czwartek, 21 styczeń 2021 09:37

Opór duńskiej policji przed hitlerowcami

Podczas II wojny światowej rząd duński zdecydował się na współpracę z hitlerowskimi siłami okupacyjnymi. Mimo że dotyczyło to również duńskiej policji, wielu z jej członków nie chciało uczestniczyć w kolaboracji. W rezultacie duża liczba funkcjonariuszy została deportowana do nazistowskich obozów koncentracyjnych w Niemczech. Na ich miejsce Gestapo powołało kolaborancki Korpus HIPO.

Kwiecień 1940 - Wrzesień 1944

Nazistowskie Niemcy okupowały Danię 9 kwietnia 1940 roku, a duński rząd zdecydował o polityce współpracy. Dotyczyło to wszystkich urzędników służby cywilnej, w tym całej duńskiej policji, która rozpoczęła współpracę z niemieckimi odpowiednikami.

12 maja 1944 roku dr Werner Best zażądał od duńskiej policji ochrony 57 konkretnych przedsiębiorstw przed sabotażem ze strony rosnącego w siłę duńskiego ruchu oporu. Gdyby duńska służba cywilna tego nie zaakceptowała, policja zostałaby zredukowana z 10 tys. do 3 tys. pracowników. Szef duńskiej administracji, Nils Svenningsen, był skłonny zaakceptować to żądanie, ale organizacje duńskiej policji były przeciwne temu pomysłowi. Niemiecki wniosek został ostatecznie odrzucony, o czym 6 czerwca 1944 roku poinformował dr Best. To jeszcze bardziej podniszczyło i tak już ograniczone zaufanie Gestapo do duńskiej policji.

Aresztowania i deportacje

W dniu 19 września 1944 roku wojska niemieckie rozpoczęły aresztowania członków policji w głównych miastach Danii. W tym samym roku liczebność policji wynosiła ok. 10 tys. funkcjonariuszy. Aresztowano 1960 osób, które następnie deportowano do obozu koncentracyjnego Neuengamme. Policjantów deportowano do Buchenwaldu w dwóch grupach, pierwsza grupa została wysłana 29 września, druga - 5 października 1944 roku. 16 grudnia, pod naciskiem administracji duńskiej, 1604 mężczyzn zostało przeniesionych z Buchenwaldu do obozu jeńców wojennych Mühlberg (Stammlager lub Stalag IV-B). Oznaczało to dla duńskich policjantów poprawę sytuacji, gdyż jeńcy wojenni mieli pewną ochronę wynikającą z konwencji międzynarodowych, a więźniowie obozów koncentracyjnych nie.

Następnie policjanci zostali nieco rozproszeni po różnych grupach pracowniczych.

Negocjacje

Duńskie ministerstwo spraw zagranicznych kierowane przez Nilsa Svenningsena prowadziło negocjacje z władzami niemieckimi w Danii w sprawie uwolnienia duńskich więźniów obozów koncentracyjnych. Od końca września 1944 roku organizowano transporty z paczkami Czerwonego Krzyża. 8 grudnia zawarto porozumienie o zwolnieniu (i przewiezieniu z powrotem do Danii) 200 chorych policjantów.

Równocześnie szwedzki hrabia Folke Bernadotte zamierzał sprowadzić do Szwecji wszystkich więźniów skandynawskich obozów koncentracyjnych. Starania o wydostanie więźniów ze Skandynawii z niemieckich obozów trwały przez kolejne miesiące. W marcu i kwietniu 1945 roku białymi autobusami przywieziono z Niemiec 10 tys. duńskich i norweskich jeńców. Pojazdami tymi podróżowała większość deportowanych policjantów. Niektórzy z powracających jeńców dotarli do obozu więziennego Frøslev, położonego na północ od granicy między Niemcami a Danią.

Liczba zgonów

Liczba duńskich policjantów, którzy zmarli podczas pobytu w niemieckich obozach waha się w zależności od źródła od 81 do 90. Kilku zmarło później z powodu tzw. chorób obozowych. Ta grupa jest nieco trudniejsza do wyodrębnienia. Według obliczeń z 1968 roku na wspomniane choroby zmarło 131 policjantów.

Śmiertelność wśród duńskich policjantów zmniejszyła się po opuszczeniu Buchenwaldu i przeniesieniu ich w grudniu 1944 roku do Mühlbergu. W Buchenwaldzie zginęło 62 mężczyzn.

Źródło: Wikipedia (ENG)

Tak zwane "silent letters" w języku angielskim przysparzają sporo problemów osobom uczącym się tegoż języka, zwłaszcza tym, które stawiają na pierwszym miejscu poprawną wymowę. Okazuje się, że nierówną walkę z tym zjawiskiem podjęto już ponad sto lat temu w USA, a odpowiednim narzędziem miała się stać organizacja znana jako Simplified Spelling Board.

Jak czytamy na Wikipedii: Simplified Spelling Board była amerykańską organizacją utworzoną w 1906 roku w celu zreformowania pisowni języka angielskiego, uproszczenia i ułatwienia nauki oraz wyeliminowania wielu niespójności. Projekt funkcjonował do 1920 roku - czyli rok po śmierci założyciela, który po pewnym czasie zaczął krytykować postępy i podejście organizacji.

Powstanie organizacji

Simplified Spelling Board została założona 11 marca 1906 roku, a fundatorem okazał się być Andrew Carnegie - siedzibą stowarzyszenia miał być Nowy Jork. New York Times podkreślał, że Carnegie był przekonany, iż "język angielski mógł stać się światowym językiem przyszłości" i mieć wpływ prowadzący do globalnego pokoju, ale rola ta była utrudniona przez jego "sprzeczną i trudną pisownię". Carnegie przeznaczał 15 tys. dolarów rocznie przez okres pięciu lat na zrodzenie odpowiedniej inicjatywy.

Początkowo wśród 30 członków Rady znaleźli się pisarze, profesorowie i twórcy słowników, wśród nich: sędzia Sądu Najwyższego David Josiah Brewer, Nicholas Murray Butler z Columbia University, Dr Melvil Dewey (wynalazca Dewey Decimal Classification), Dr. Isaac K. Funk (redaktor The Standard Dictionary), były Sekretarz Skarbu USA Lyman J. Gage, amerykański komisarz ds. edukacji William Torrey Harris (i redaktor naczelny "New International Dictionary" Webstera z 1909 r.), profesor Calvin Thomas i Mark Twain. Biura zorganizowano w Metropolitan Life Building przy 1 Madison Avenue, a na przewodniczącego zarządu wybrano Brandera Matthewsa.

Charles E. Sprague z Union Dime Savings Institution, pierwszy skarbnik zarządu, wyjawił, że grupa unikała używania słowa "reforma" w biuletynach i podawała "believe" ("wierzyć") jako przykład słowa, które skorzystałoby na wyeliminowaniu niepotrzebnego "i", stwierdzając, że "gdyby believe było zapisywane jako 'beleve', uważamy, że byłaby to dobra zmiana".

13 marca 1906 roku New York Times poparł wysiłki SSB, zauważając, że 90% angielskich słów jest "dość dobrze prezentowana graficznie", ale "znaczna poprawa mogłaby zostać osiągnięta poprzez zmniejszenie do pewnego stopnia regularności często używanej dziesiątej części, która sprawia najwięcej trudności". W artykule redakcyjnym z następnego dnia zauważono, że przeciwnicy wysiłków grupy sugerowali, iż język powinien być utrzymywany w obecnej formie, tylko lepiej nauczany, ale że członkowie projektu będą szanować historię języka w jego wysiłkach na rzecz poprawy, nie ukrywając go ani nie zniekształcając. Prezes zarządu, Brander Matthews, podkreślił, że podstawową misją grupy w uproszczeniu języka jest eliminacja zbędnych liter, zauważając, że "uproszczenie przez zaniechanie - to jest jego platforma, to jest jego motto". Isaac Funk napisał do The Times 20 marca 1906 roku, podkreślając, że pierwszym celem stowarzyszenia była "konserwatywnie postępująca ewolucja, zmierzająca głównie do porzucenia niemych liter", przyspieszająca trwający od wieków proces. Następnie zastosowano alfabet fonetyczny opracowany przez Amerykańskie Towarzystwo Filologiczne i zawierający 40 podstawowych dźwięków używanych w języku angielskim. Fonetyka miała być nauczana już w przedszkolu.

Pierwsze 300 słów

Wstępna lista rady licząca 300 słów została opublikowana 1 kwietnia 1906 roku. Znaczna część listy zawierała słowa kończące się na -ed zmienione na końcówkę -t ("addressed", "caressed", "missed", "possessed" i "wished" miały zostać przekształcone na: "addresst", "carest", "mist", "possest" i "wisht"). Kolejne zmiany obejmowały usunięcie niemych liter ("catalogue" na "catalog"), zmianę końcówek -re na -er ("calibre" i "sabre" na "caliber" i "saber"), zmianę "ough" na "o" w celu przedstawienia długiego brzmienia samogłoski w nowych słowach jako:  altho, tho i thoro, oraz zmiany w celu przedstawienia brzmienia "z" przy zapisie "s" ("brasen" i "surprise" miały się przekształcić na "brazen" i "surprize"). Zlikwidowane zostałyby również tzw. dwuznaki, tworząc takie wyrażenia jak: "anemia", "anesthesia", "archeology", "encyclopedia" czy "orthopedic".

Rada zauważyła, że większość słów z ich listy była już preferowana przez trzy słowniki: Webster's (ponad połowa), Century (60%) i Standard (2/3). W czerwcu 1906 roku zarząd przygotował listę 300 słów przeznaczonych dla nauczycieli, wykładowców i pisarzy, która została wysłana na specjalne życzenie.

W czerwcu 1906 roku Nowojorska Rada Edukacji otrzymała raport od Rady Kuratorów zalecający przyjęcie listy 300 słów i przekazanie go do zatwierdzenia Komisji ds. Studiów i Podręczników.

W sierpniu prezydent Stanów Zjednoczonych Theodore Roosevelt poparł ten plan, podpisując w swoim domu w Oyster Bay w Nowym Jorku dekret wykonawczy nakazujący stosowanie zreformowanej pisowni w jego oficjalnych komunikatach i wiadomościach dla Kongresu. Prof. Matthews oświadczył, że nie otrzymał uprzedniego zawiadomienia o dekrecie prezydenta i został zaskoczony jego wydaniem.

Roosevelt próbował zmusić rząd federalny do przyjęcia systemu, wysyłając do Public Printer polecenie wykorzystania systemu we wszystkich publicznych dokumentach federalnych. Rozkaz ten został wykonany - wśród wielu dokumentów wydrukowanych według nowego systemu znalazło się specjalne przesłanie prezydenta dotyczące Kanału Panamskiego.

New York Times zauważył, że stanowy komisarz ds. edukacji w Nowym Jorku był zdania, że państwo nie poprze propozycji zarządu, ponieważ "nie uważał, że państwowy wydział ds. edukacji powinien mówić ludziom, jak mają literować". Przed końcem sierpnia 1906 roku zarząd poinformował, że ponad 5 tys. osób zobowiązało się do używania słów z pierwotnej listy, a kolejne 500 do 600 osób zgodziło się na używanie tylko niektórych z nich.

Prasa po obu stronach Atlantyku podłapała temat, opisując całą sytuację jako "krucjatę pod kątem ortografii reformatorskiej". The Louisville Courier-Journal opublikował artykuł, w którym napisano przewrotnie: "Nuthing escapes Mr. Rucevelt. No subject is tu hi fr him to takl, nor tu lo for him to notis. He makes tretis without the consent of the Senit." Baltimore Sun żartował: "Jak będzie literował własne nazwisko? "Rusevelt", czy też przybliży się do faktów i zastosuje "Butt-in-sky"?" Jedna z redakcji podsumowała to w ten sposób: "This is 2 mutch". Za oceanem, podczas gdy prasa londyńska złośliwie kpiła z rozporządzenia wykonawczego, rada odnotowała znaczący wzrost zainteresowania listą słów po słynnym edykcie Roosevelta.

W odpowiedzi na rosnącą krytykę ze strony brytyjskich gazet, rada ogłosiła zaangażowanie do projektu Jamesa Murraya, szkockiego leksykografa i głównego redaktora Oxford English Dictionary, wraz z Josephem Wrightem, profesorem filologii kontrastywnej na Uniwersytecie Oxfordzkim i redaktorem English Dialect Dictionary. W połączeniu z wcześniejszym nazwiskiem Waltera Williama Skeata, redaktora Etymological English Dictionary, rada mogła twierdzić, że ma po swojej stronie trzy najlepsze słowniki języka angielskiego zarówno ze Stanów Zjednoczonych, jak i z Wielkiej Brytanii.

Sąd Najwyższy wkroczył na pole bitwy i nakazał, aby jego opinie były drukowane w starym stylu.

Ostatecznie to Kongres miał ostatnie słowo, gdy jego przedstawiciel Charles B. Landis z Indiany, przewodniczący Komisji Izby ds. Drukarstwa, przedstawił 13 grudnia 1906 roku rezolucję: "Stwierdził, że w rozumieniu Izby, w druku dokumentów Izby lub innych publikacji używanych przez prawo lub zarządzanych przez Kongres, albo przez jedną z jego gałęzi, albo pochodzących z jakiegokolwiek departamentu wykonawczego lub biura rządu, drukarnia Izby powinna przestrzegać i stosować się do standardów ortografii określonych w ogólnie przyjętych słownikach języka angielskiego". Wniosek ten został przyjęty jednogłośnie. Prezydent poinformował Drukarnię Publiczną i Naród, że przywrócono stary styl.

Roosevelt ostatecznie zdecydował o uchyleniu reformy. Brander Matthews, przyjaciel Roosevelta i jeden z głównych zwolenników reformy jako przewodniczący SSB, również złożył broń. Roosevelt opowiedział 16 grudnia 1906 roku: "Nie mogłem, walcząc, utrzymać nowej pisowni, a było to ewidentnie gorsze niż bezużyteczne pójście na nierówną walkę, przegraną z góry. Czy wiecie, że jedno słowo, co do którego myślałem, że nowa pisownia jest błędna - thru - było bardziej odpowiedzialne niż cokolwiek innego za naszą dezaprobatę?" Następnego lata Roosevelt oglądał recenzję marynarki wojennej, a jedna z łodzi redaktorów była celowo podpisana jako "Pres Bot". O dziwo prezydent machał i śmiał się z zachwytu.

Niezadowolenie założyciela

Carnegie, założyciel i główny darczyńca rady, nie zgodził się z wybranym przez nią podejściem polegającym na zalecaniu zmian. Uważał raczej, że rada będzie bardziej produktywna, zachęcając do oddolnych zmian. Jego przekonania zawarte są w oświadczeniu przekazanym redaktorowi "The Times": "Poprawki ortograficzne można składać tylko do ogólnej akceptacji. To ludzie decydują o tym, co ma być przyjęte lub odrzucone". Ze swojej strony niektórzy członkowie zarządu uważali, że Carnegie zbytnio się wtrącał w ich działalność.

Oznaki rozłamu w radzie były widoczne już w styczniu 1915 roku. Carnegie otrzymał list od Matthewsa, zawierający listę gazet codziennych, które przyjęły zreformowaną pisownię. Carnegie nie był pod wrażeniem. W odpowiedzi napisał: "Zauważ, że nie ma tam ani jednej gazety ze Wschodu. Nie widzę żadnych zmian w Nowym Jorku i jestem naprawdę bardzo rozgoryczony, że przepuszczam dwadzieścia pięć tysięcy dolarów rocznie na nic, na brak efektu na Wschodzie". Carnegie był jeszcze bardziej zirytowany, gdy dowiedział się, że jego własne raporty finansowe są postrzegane jako "krok wstecz w odniesieniu do pisowni".

Miesiąc później Carnegie napisał list do Holta, prezesa zarządu. W liście tym napisał, że "sądząc po efektach, nie powstała nigdy bardziej bezużyteczna organizacja (...) Zamiast wybrać dwanaście słów i nakłaniać do ich przyjęcia, rada podjęła się radykalnych zmian od samego początku, a tych nigdy nie można robić ot tak". Używając pisowni, która wykazała jego własne stałe przywiązanie do pewnych reform, Carnegie dodał: "I think I hav been patient long enuf... I hav much better use for twenty thousand dollars a year".

Rozwiązanie

Podstawowym warunkiem działania rady było zawsze, aby dolary Carnegie'ego odpowiadały wynikom, a po jego śmierci w sierpniu 1919 roku testament nie zawierał zapisu o uproszczonej pisowni. Bez tego źródła środków (w sumie 283 tys. dolarów w ciągu 14 lat), zarząd zaprzestał działalności w 1920 roku, w którym to wydał Podręcznik Uproszczonej Pisowni.

Źródło: Wikipedia

Opublikowano w Nowości w Standardzie

"Whipping Tom" (w wolnym tłumaczeniu "Biczujący Tom") był pseudonimem nadanym dwóm napastnikom seksualnym w Londynie i pobliskiej wiosce Hackney. Obaj atakowali kobiety spacerujące samotnie i uderzali je w pośladki.

Chociaż istnieją dowody, że pierwszy z napastników w okolicach 1672 roku nosił właśnie przydomek "Whipping Tom" i dokonywał podobnych ataków na kobiety, najwcześniejszy odnotowany napastnik tego rodzaju działał w centrum Londynu w 1681 roku. Podchodził on do spacerujących pojedynczo kobiet w alejkach i podwórkach i klepał je w pośladki, po czym uciekał. Niezdolność władz do ujęcia sprawcy powodowała skargi na nieskuteczność londyńskiego konstabulansu i skłaniała do zorganizowania patroli obserwacyjnych w dotkniętych obszarach. Miejscowy pasmanter i jego wspólnik zostali schwytani i sądzeni za zamachy.

Drugi napastnik o pseudonimie "Whipping Tom" działał pod koniec 1712 roku w Hackney, wówczas wiejskiej wiosce pod Londynem. Napastnik ten podchodził do samotnych kobiet na wsi i bił je brzozową laską po pośladkach. Odnotowano ok. 70 ataków zanim Thomas Wallis został schwytany i przyznał się do winy.

Biczujący Tom z 1681 roku

Whipping Tom z 1681 roku grasował na małych podwórkach między Fleet Street, Strand i Holborn. Czaił się w wąskich i słabo oświetlonych alejkach i podwórkach. Po zbliżeniu się do kobiety chwytał ją, podnosił sukienkę, wielokrotnie uderzał w pośladki, a następnie uciekał. Czasami, w trakcie ataku, wykrzykiwał słowo "Spanko!" ("Klepanko!").

Mężczyzna zaatakował sporą liczbę kobiet i choć często używał gołej ręki, od czasu do czasu posługiwał się też laską. Niektóre z jego ofiar były ciężko ranne w wyniku ataków. Pojawiał się, przeprowadzał ataki i znikał z taką prędkością, że niektórzy przypisywali mu nadprzyrodzone moce.

W następstwie ataków pojawiło się wielkie oburzenie społeczne, które wywołało skargi na nieskuteczność ówczesnych londyńskich służb porządkowych. Kobiety nosiły przy sobie "scyzoryki, ostre igły, nożyczki i tym podobne", a czuwający mężczyźni ubierali się w damskie ubrania i patrolowali znane im tereny.

Krawiec z Holborn i jego wspólnik zostali schwytani pod koniec 1681 roku i osądzeni za ataki, chociaż obecnie nie istnieje żaden zapis o procesie ani o ich tożsamości. W 1681 roku ukazała się anonimowo napisana książka o atakach pt. "Whipping Tom Brought to Light and Exposed to View".

Biczujący Tom z 1712 roku

Między 10 października a 1 grudnia 1712 roku miał miejsce szereg dalszych ataków na polach w pobliżu Hackney. Napastnik, także zwany "Biczującym Tomem", zbliżał się do samotnych kobiet i bił je "wielką brzeziną". Około 70 kobiet zostało napadniętych, zanim Thomas Wallis został schwytany i przyznał się do ataków. Jak deklarował sam winny: "zdecydowałem, że będę atakował wszystkie kobiety, do których mogłem podejść w ten sposób, przez wzgląd na jedną kobietę, która była dla mnie barbarzyńsko fałszywa". Twierdził, że jego plan zakładał zaatakowanie stu kobiet przed Bożym Narodzeniem, zaprzestanie ataków podczas okresu świątecznego, a następnie wznowienie ich po Nowym Roku.

Źródło: Wikipedia

czwartek, 13 sierpień 2020 08:13

Rozkwitająca fauna w Czarnobylu

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z faktu, iż istnieje dobrze prosperująca populacja zwierząt radioaktywnych, które przejęły opuszczoną czarnobylską strefę zamkniętą, mimo że obszar ten jest wysoce toksyczny dla ludzi.

26 kwietnia 1986 roku reaktor numer cztery w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, znajdującej się na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego, doznał skoku mocy, czego skutkiem była eksplozja, w wyniku której w niektórych częściach Europy powstała chmura materiałów radioaktywnych.

Był to najgorszy wypadek jądrowy na świecie. Po wybuchu ewakuowano około 350 tysięcy osób.

Obecnie tereny otaczające elektrownię jądrową w Czarnobylu są prawie całkowicie pozbawione ludzi, z wyjątkiem kilku mieszkańców, którzy mieszkają w czarnobylskiej strefie zamkniętej.

Jednak skażony obszar jest dzisiaj zamieszkiwany przez różnorodną społeczność dzikiej przyrody.

Naukowcy i badacze nadal badają, w jaki sposób dokładnie zwierzęta są narażone na promieniowanie radioaktywne, ale wiele dotychczasowych badań wskazuje na najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie, dlaczego zwierzęta te wybrały te tereny: a jest nim brak ludzi.

- Przyroda kwitnie, gdy człowiek zostaje usunięty z równania, nawet po najgorszym wypadku nuklearnym na świecie - powiedział Jim Smith, ekolog, który badał życie w pobliżu Czarnobyla, w rozmowie z National Geographic.

Zdjęcia ukazujące rozkwit fauny w Czarnobylu można znaleźć na stronie BusinessInsider.com.

Free Joomla! template by L.THEME