W 2013 roku Hiszpanie zaprezentowali światu ich nowe dziecko - okręt podwodny, który niestety posiadał pewien problem z wagą. Właściwie chodzi tutaj o niemałą nadwagę, bo aż 70 ton "za dużo" - władze natychmiast wyraziły zaniepokojenie, że łodzie wypuszczone w tym stanie na wody nie będą w stanie wypłynąć z powrotem na powierzchnię.

Były hiszpański urzędnik oznajmił, że problem ten wyniknął z błędu w obliczeniach. Ktoś najprawdopodobniej... pomylił miejsca po przecinku.

- Był to katastrofalny błąd - oświadczył Rafael Bardaji, który w przeszłości był dyrektorem Biura Oceny Strategicznej w hiszpańskim Ministerstwie Obrony.

Isaac Peral, pierwszy przedstawiciel nowej klasy okrętów podwodnych z silnikiem Diesla, był już niemal ukończony, gdy inżynierowie odkryli pewien problem. Pomoc w jego rozwiązaniu miała nadejść z Zachodu - podwykonawca z amerykańskiej marynarki wojennej w Connecticut, Electric Boat, podpisał umowę, która miała pomóc hiszpańskiemu Ministerstwu Obrony w znalezieniu sposobów na odchudzenie okrętu ważącego 2200 ton.

Wspomniany kontrakt z Electric Boat wzywał Hiszpanię do zapłaty 14 milionów dolarów w ciągu trzech lat za ocenę problemu z programem okrętów podwodnych S-80 i zakres prac, które byłyby konieczne do jego rozwiązania - co potwierdził hiszpański minister obrony w oświadczeniu dla The Associated Press.

Bardaji, który później został starszym pracownikiem zespołu analitycznego Strategic Studies Group w Madrycie, powiedział, że urzędnicy mieli dokonać przeglądu opcji oferowanych przez Electric Boat. Dodał przy tym, że preferowaną opcją było wydłużenie kadłuba okrętu podwodnego, być może o 5 lub 6 metrów, aby zwiększyć wyporność.

W przeciwnym razie waga okrętu musiałaby zostać zmniejszona, a hiszpańska marynarka wojenna nie chciała narażać na szwank takich aspektów jak system walki lub niezależny od powietrza układ napędowy.

Isaac Peral, nazwany na cześć XIX-wiecznego hiszpańskiego projektanta okrętów podwodnych, był wówczas jednym z czterech okrętów tej klasy będących na etapie konstruowania. Kraj zainwestował około 2,7 miliarda dolarów w ten program. Pierwszą dostawę zaplanowano na rok 2015, jednak pracownicy hiszpańskiej stoczni Navantia stwierdzili, że problemy z wagą mogą spowodować opóźnienia sięgające nawet dwóch lat.

Okręt o długości 233 stóp (ok. 71 metrów) miał za zadanie przewozić 32-osobową załogę wraz z ośmioma żołnierzami sił specjalnych i systemami uzbrojenia do działań wojennych na powierzchni i przeciw okrętom podwodnym.

Ministerstwo Obrony stwierdziło, że problemy techniczne są normalne w przypadku projektów na taką skalę.

- Wyzwania technologiczne, przed którymi stoją te programy podczas ich opracowywania, to znacznie więcej niż proste obliczenia - oznajmił minister. - Wszystkie główne programy wojskowe, zwłaszcza te związane z okrętami podwodnymi, doświadczały pewnych opóźnień i często wymagały wsparcia partnera technologicznego.

Bardaji wyjawił, że problem został odkryty w drugiej połowie 2012 roku, a Navantia przekazała pracownikom ministerstwa, że najwyraźniej ktoś umieścił przecinek dziesiętny w niewłaściwym miejscu.

- Najwyraźniej ktoś w obliczeniach na samym początku popełnił błąd i nikt nie zwracał uwagi na ich dokładne sprawdzenie - powiedział.

Electric Boat, główny wykonawca floty atomowych okrętów podwodnych amerykańskiej marynarki wojennej, parafował kontrakt w drodze zagranicznej umowy sprzedaży wojskowej między amerykańską marynarką wojenną a hiszpańskim Ministerstwem Obrony - ogłosiło w 2013 roku Naval Sea Systems Command.

Firma ta, będąca oddziałem General Dynamic Corp., pomogła również innym krajom w ich programach okrętów podwodnych. Warto wymienić choćby pomoc w rozwoju okrętów podwodnych ataku nuklearnego klasy Astute dla Brytyjskiej Marynarki Wojennej w 2003 roku i prace na podstawie innej umowy sprzedaży wojskowej nad australijskim okrętem Collins.

Źródło: o.Canada.com (za The Associated Press)

W 1939 roku Niemcy napadają na Polskę i rozpoczyna się II wojna światowa. Niedługo później do konfliktu dołącza ZSRR, które dzieli się okupowanymi terenami Polski z Hitlerem. Bezbronni obywatele naszego kraju ginęli każdego dnia. Podczas gdy całe grupy Polaków wyemigrowały do innych części Europy, wielu z nich nie czuło się bezpiecznie w obawie przed rosnącą siłą nazistów. Kiedy coraz to więcej dorosłych ginęło w walce, tysiące polskich sierot transportowano do sierocińców na terenie Związku Radzieckiego.

Cywile, którzy trafili do obozów pracy, żyli w nieludzkich warunkach w charakterze jeńców wojennych. Żydzi byli transportowani do nazistowskich obozów śmierci, takich jak Auschwitz, ale obywatele nieżydowscy uznawani byli często za uchodźców. Nocowali w namiotach, ponieważ brakowało domostw mogących ich pomieścić. Brakowało jedzenia, a wielu z nich chorowało i notowało drastyczny spadek wagi. W czasie, gdy cały Zachód pogrążony był w wojennej walce, setki osieroconych dzieciaków nie miało się dokąd udać.

Na ratunek maharadża

W tamtym czasie niejaki Digvijaysinhji był maharadżą północno-zachodniego indyjskiego księstwa Nawanagaru. Kiedy usłyszał o wspomnianych sierotach i ujrzał wygłodzone dzieci na fotografiach, jego serce pękło. Indie zostały pierwszym krajem, który przyjmował polskich uchodźców, aby ci mogli żyć w pokoju. Czerwony Krzyż i brytyjskie konsulaty w Polsce zainicjowały długi proces organizowania transportu dla dzieci. 640 dziewczynek i chłopców, wraz z setkami dorosłych, pokonało wiele mil drogą morską. Każdy nastolatek w wieku powyżej 15 lat otrzymywał azyl w kraju, a dorośli mężczyźni mogli żyć i pracować tam jako uchodźcy.

Wspomniane 640 dzieciaków poniżej 15. roku życia zostało od razu przetransportowane do królewskiego pałacu w Bombaju, gdzie przywitał ich książę, który od tamtej pory stał się ich przybranym ojcem. - Nie jesteście już sierotami. Od tej chwili jesteście Nawanagaryjczykami, a ja jestem Bapu, ojcem wszystkich Nawanagaryjczyków, a więc i waszym - miał do nich rzec maharadża przy pierwszym spotkaniu. Jego jedynym celem było sprawienie, żeby dzieci te poczuły się kochane i bezpieczne.

Podczas pierwszego dnia po przybyciu do Indii, książę zorganizował olbrzymią ucztę dla dzieciaków, ale podano na niej same pikantne dania charakterystyczne dla kuchni indyjskiej. Żaden z małolatów nie widział nigdy takich potraw na oczy i nie byli w stanie przełknąć tak ostrych dań. Tak więc bali się jeść, mimo że odczuwali wielki głód. Zamiast zmuszać dzieci do przyjęcia nowej kultury, maharadża zatrudnił siedmiu polskich kucharzy by ci pracowali w pałacu, tak aby nieletni mogli cieszyć się ich ulubionymi potrawami.

Mimo całej tej dobroci, dzieciaki mogli stawiać żądania. Pewnego dnia jeden ze starszych chłopców postanowił zorganizować strajk przeciwko szpinakowi. Dzieci chciały wyeliminować go z diety, jako że przypominał im on o Sowietach, którzy żywili ich samym szpinakiem w puszce przez dwa tygodnie bez przerwy. Zbuntowana grupa dzieci odłożyła szpinak na wielką kupę w jednym miejscu na stole. Kiedy maharadża usłyszał o ich podejściu do szpinaku, nakazał kucharzom pomijanie go w przyszłości.

Jeszcze przed przybyciem gości, Digvijaysinhji wybudował salę sypialną, gdzie każdy dzieciak otrzymał swoje własne łóżko. Tuż za pałacem znajdował się olbrzymi dom gościnny, który przekształcono na szkołę z odpowiednimi salami lekcyjnymi. Niektóre dorosłe kobiety, którym także udało się uciec z kraju, mianowano nauczycielkami, tak aby dzieci mogły się uczyć w języku ojczystym. Zanim odpowiedni podręczniki trafiły do Indii, starsi koledzy pomagali młodszym w nauce poprzez spisywanie lekcji, których udzielono im w przeszłości. Stworzyli nawet odręcznie pisane elementarze wraz z ilustracjami - wszystko powstało czysto z pamięci.

Najlepsze dzieciństwo na świecie

Było tam dla nich wiele miejsc do zabawy, a otaczał ich dosłowny raj. Plaża znajdowała się rzut beretem od ich miejsca zamieszkania, podobnie jak dżungla, w której dzieci mogły zbierać owoce z drzew. Ponieważ formalne wykształcenie zajęło trochę czasu, dzieciom udzielano lekcji pływania i uczyły się one pracy zespołowej przez specjalnie stworzone drużyny sportowe, grając w siatkówkę i piłkę nożną. Często udawali się na kemping pod gwiazdami. Mimo że mieli dużo swobody w zabawach, straż królewska czuwała nad nimi, aby upewnić się, że nigdy nie zostaną skrzywdzeni.

Maharadża zadbał o to, aby zapewnić im piękne doznania podczas każdego święta, do którego przywykli w Polsce, np. Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pierwszego świątecznego poranka stado wielbłądów niosących tysiące prezentów na garbach ruszyło w kierunku pałacu, a mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja jechał na jednym ze zwierzaków z przodu stada.

W wywiadzie z polskim czasopismem maharadża wyjaśnił, że dzieci te przeżyły wystarczająco dużo tragedii w swoim życiu i chciał przywrócić im tyle dzieciństwa, ile tylko mógł. - Może tam, na pięknych wzgórzach nad brzegiem morza, dzieci będą mogły odzyskać zdrowie i zapomnieć o ciężkiej męce... Współczuję narodowi polskiemu i jego nieustającej walce z opresją.

Ponieważ większość Indii była terytorium brytyjskim, przeważająca część mieszkających tam Europejczyków mówiła po angielsku. Jednak książę nie chciał, aby dzieci zapomniały mówić po polsku w procesie dorastania. Lekcje w szkole były prowadzone po polsku, a książę zamówił tysiące polskich książek i zbudował bibliotekę, aby je tam umieścić. Maharadża sprowadził materiały z Polski i szył na zamówienie tradycyjne ubrania dla swoich dzieci, aby mogły one poznawać historię i kulturę swojego kraju rodzinnego w jak największym stopniu, mimo że były tysiące kilometrów od jego terytorium. Czasami nazywali taki stan rzeczy „małą Polską”.

Ojciec Pluta odprawiał nabożeństwa w języku polskim w każdą niedzielę, a indyjscy lekarze i pielęgniarki jeździli do pałacu, aby regularnie badać dzieci i opiekować się nimi, gdy ktoś zachorował.

Z powrotem do Polski

Digvijaysinhji wiedział, że któregoś dnia wojna się skończy, a dzieci wrócą do ojczyzny. Książę upewnił się, że wszystkie tożsamości dzieci zostały dobrze udokumentowane, aby polski rząd i Czerwony Krzyż mogły pomóc im w powrocie do domu i znalezieniu ocalałych krewnych. Niektórzy mieli szczęście, gdyż odkryli, że ich rodzice wcale nie umarli, a zostali oni rozdzieleni z powodu panującego wtedy chaosu. Kiedy II wojna światowa została oficjalnie zakończona, dzieci mogły bezpiecznie wrócić do domu. Zostali przetransportowani z powrotem do kraju macierzystego.

Polski rząd podziękował maharadży za opiekę nad sierotami. Kiedy przyszedł czas na powrót do domu, dzieci płakały, ponieważ pokochały swojego "Bapu". Digvijaysinhji zaskarbił sobie prawdziwe uwielbienie u wszystkich tych dzieci i był smutny, widząc, jak odchodzą. Książę powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy za opiekę od rządu. Chciał tylko ulicy nazwanej jego imieniem, aby zawsze o nim pamiętano. Niestety, Związek Radziecki wciąż miał znaczącą kontrolę nad Polską. Dopiero w 2012 roku rząd mógł nazwać plac na warszawskiej Ochocie „Skwerem Dobrego Maharadży”. Na jego cześć postawiono tam stosowny pomnik. Co więcej, ZSSO „Bednarska” nosi imię Jam Saheba. Szkoła uczyniła swoją misją zajmowanie się dziećmi uchodźców z całego świata, tak jak czynił to jej patron.

Opisywane dzieci nazywają siebie „Ocalałymi z Balachadi”. Wielu z nich będąc wówczas nastolatkami zakochało się w sobie i wzięło ślub, żyjąc razem w Polsce. Jeden z ocalałych, Jan Bielecki, powiedział, że kiedy wrócił do Polski, często tęsknił za życiem w Indiach i pragnął wrócić, i nadal uważa to miejsce za drugi dom.

Mimo że w Małej Polsce mieszkało prawie tysiąc osób, wszyscy stali się jedną wielką kochającą rodziną. Wiele z tych dzieci wróciło do Indii, aby odwiedzić swoich opiekunów, którzy byli równie nostalgiczni, wspominając wspólne chwile i ubrania, które zostały stworzone dla dzieci. Każdego roku sieroty organizowały „Zjazd Rodzinny”, na którym wszyscy mogli się spotkać. Z biegiem czasu dorastali, mieli własne dzieci i zestarzeli się. Coraz mniej ocalałych z Balachadi pozostało przy życiu, aby móc opowiedzieć swoje historie, ale z pewnością żaden z nich nigdy nie miał nic złego do powiedzenia na temat maharadży Digvijaysinhjego.

Źródło: History Collection

W 2018 roku jeden z użytkowników popularnego portalu reddit.com zadał internautom pytanie: "Do ludzi uczących się języka angielskiego - co najbardziej was w nim wkurza?". Odpowiedzi zwróciły uwagę na kilka interesujących aspektów, wszak Reddit zrzesza internautów z całego świata.

Postanowiłem zebrać najciekawsze (i najbardziej plusowane) wypowiedzi i przedstawić je w tym materiale. Zaczynajmy!

"Whoever invented the word 'rural' is a horrible person. Whenever I try to pronounce this word I sound like scooby-doo."

"Rural", czyli słówko, które przetłumaczymy jako "wiejski", spędza sen z powiek wielu miłośników języka Szekspira. Szczególny problem z wymówieniem tego wyrazu posiadają nacje, których języki są wyraźnie "twarde", pełne spółgłosek i "szeleszczenia". W tej grupie z pewnością znajdą się i Polacy, choć szczególnie zabawne (jak i nieudolne) próby wymówienia tego słowa podejmował mój znajomy Niemiec.

Pewien internauta pospieszył nawet z pomocą zakłopotanemu użytkownikowi: Don't worry, just say "rrrl".

"Why am I on the bus when I’m actually inside the bus, and why am I in the car and not on the car then? I walked through a door and sat down inside in both cases, so why is one on and one in? It makes no fucking sense."

Jestem w autobusie, jestem w samolocie, jestem w aucie - kwestia tak oczywista dla Polaków okazuje się nieco komplikować w języku angielskim. W tym wypadku znajdujemy się bowiem "on the bus", "on the plane", ale już "in the car" - skąd ta nieoczekiwana i nieintuicyjna zmiana?

Jedną z teorii tłumaczących taki obrót wydarzeń jest kwestia "mobilności w pojeździe". W przypadku autobusu, samolotu czy łodzi możemy przemieszczać się na ich pokładzie, możemy zrobić coś więcej niż tylko siedzieć - w przeciwieństwie do samochodu, do którego tylko wchodzimy i natychmiast siadamy, bez możliwości większego przemieszczania się w jego wnętrzu.

Stąd też "on the boat" to tak naprawdę skrót od "on-board the boat". Nie możemy być "on-board a car", gdyż nie przemieszczamy się przecież na jego "pokładzie".

"Same combinations of vowels being pronounced differently."

Nic dodać, nic ująć. Kwestia wymowy w języku angielskim jest często dość... umowna, a ma to głównie związek z pochodzeniem danych słów (inaczej wymawiamy słowa zapożyczone z łaciny, inaczej z francuskiego itd.). Najlepiej obrazuje to zdanie: "It can be understood through tough thorough thought, though."

"Phrasal verbs. All of the permutations and combinations of using a verb with prepositions afterwards can be mind-bending."

Słynne "frejzale" to zmora uczących się języka angielskiego i na dobrą sprawę jest to ostatni przystanek na drodze do opanowania go w stopniu perfekcyjnym. Internauci słusznie zauważyli, że konstrukcje te należy traktować jak idiomy - podobnie jak one, phrasal verbs NIE MAJĄ sensu w tłumaczeniu dosłownym i trzeba to zaakceptować.

"It blows my mind that english has no plural for you."

A to ciekawe - część internautów uważa fakt nieposiadania osobnego słowa określającego zaimek "wy" jako zaskakujący. Faktycznie - rodzimy użytkownik języka angielskiego często skorzysta z konstrukcji "you people" lub "you guys", jednak jest to język nieformalny.

"It's a problem with all Slavic languages. We don't have any equivalent to the or a/an (except Bulgarian and Macedonian). That's why stereotypical Russian accent omits all articles."

Przedimki... Rzecz to wspaniała. Tym piękniejsza dla wszystkich użytkowników języka słowiańskiego, w którym próżno szukać ich odpowiedników. Kiedy powinniśmy użyć "a/an", kiedy "the", a kiedy w ogóle pominąć przedimek? O zgrozo!

"Native speakers writing 'your' instead of 'you're' and 'then' instead of 'than'".

Rzecz nagminna, którą spotkać można często grając w gry zawierające tryb multiplayer. Okazuje się, że bardzo często błędne używanie "your" czy "then" to sprawka... rodzimych użytkowników języka angielskiego. Jest zatem promyk nadziei - oni też mylą się w tym języku!

"English is my only language and I'm still pissed over read and read."

Ta sama pisownia, ale już różna wymowa. Zorientowanie się w tekście czy ktoś coś przeczytał czy czytuje nie jest tak oczywiste, jakby mogło się wydawać - nawet dla native speakerów.

Jednakże: "Read and lead rhyme with each other. Read and lead rhyme with each other. However, read and lead do not rhyme with each other." - w czym problem? :)

A co dołożylibyście od siebie do tej listy? Zachęcamy do dyskusji!

P.S. Takie tam porównanie na koniec:

Spanish: rules are confusing, always followed

English: rules are easy, but are broken all the time

Opublikowano w Nowości w Standardzie
czwartek, 01 sierpień 2019 08:22

Donkey czy... ass?

Większość osób uczących się języka angielskiego prędzej czy później natrafia na angielski odpowiednik polskiego "osła" - "donkey". Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że to urocze zwierzę można również po angielsku określić mianem... "ass" - i nie ma w tym nic uszczypliwego czy obraźliwego. O co chodzi?

Najprościej mówiąc - "donkey" to udomowiona wersja "ass".

"Ass" jest członkiem rodziny koniowatych złożonej z dwóch gatunków - osła nubijskiego oraz kułana azjatyckiego. Ciekawe są tutaj angielskie słówka określające te zwierzaki - odpowiednio "African wild ass" oraz "Asiatic wild ass". W rodzinie mamy też podgatunek znany jako kułan mongolski - po angielsku "Mongolian wild ass".

Osioł nubijski został udomowiony około 5000 lat temu. Jego potomkowie są opisywani jako podgatunki (Equus africanus asinus), a niektórzy eksperci traktują je jako osobny gatunek (Equus asinus). Udomowione zwierzę tego rodzaju jest po angielsku określane mianem "donkey".

Może się jednak zdarzyć, że niektórzy ludzie będą używali słówka "ass" do opisania udomowionego zwierzaka. Jest to w pełni akceptowalne, gdyż każdy "donkey" to "ass". Nie działa to jednak w drugą stronę - dziki osioł nie może być obdarowany tytułem "donkey".

Nieco bardziej wyczerpujący opis prezentuje nam angielska Wikipedia:

Przyjęło się, że tradycyjna nazwa naukowa osła to Equus asinus asinus, co jest oparte na zasadzie pierwszeństwa stosowanej w naukowych nazwach zwierząt. Jednak Międzynarodowa Komisja ds. Nomenklatury Zoologicznej orzekła w 2003 roku, że jeśli gatunki domowe i gatunki dzikie są uważane za swoje podgatunki, nazwa naukowa dzikiego gatunku ma pierwszeństwo, nawet jeśli podgatunek ten został opisany po podgatunku domowym. Oznacza to, że prawidłowa nazwa naukowa osła to Equus africanus asinus, gdy jest uważany za podgatunek, i Equus asinus, gdy jest uważany za gatunek.

Kiedyś "ass" było bardziej powszechnym określeniem osła. Pierwsze udokumentowane użycie "donkey" miało miejsce w roku 1784 lub 1785. Podczas gdy słowo "ass" ma pewne korzenie w większości innych języków indoeuropejskich, "donkey" jest niejasnym etymologicznie słowem, dla którego nie zostało zidentyfikowane jednoznaczne pochodzenie. Istnieje kilka hipotez na temat jego pochodzenia:

- być może pochodzi on z języka hiszpańskiego, mając na uwadze jego "powagę dona (don to tytuł grzecznościowy używany w Hiszpanii oraz Włoszech)". Osioł był kiedyś również określany jako "Król hiszpańskiego trębacza",

- może to być zdrobnienie od słowa "dun" (matowy szaro-brązowy), typowego koloru osła,

- możliwe, że pochodzi od imienia Duncan,

- być może nazwa ta wzięła się z naśladownictwa (onomatopeja).

Od XVIII wieku "donkey" stopniowo wypierał "ass", a "jenny" wyparł "she-ass", który jest obecnie uważany za archaiczny. Zmiana mogła nastąpić poprzez tendencję do unikania w mowie pejoratywnych terminów i może być porównywalna do zastąpienia "cock" słówkiem "rooster" w północnoamerykańskim angielskim lub używaniem "rabbit" zamiast "coney", który wcześniej był homofoniczny z "cunny". Pod koniec XVII wieku zmiany w wymowie zarówno "ass", jak i "arse" sprawiły, że stały się homofonami. Inne słowa używane w języku angielskim w tamtych czasach do opisania osła to: "cuddy" w Szkocji, "neddy" w południowo-zachodniej Anglii i "dicky" na południowym wschodzie. Z kolei "moke" zostało udokumentowane w XIX wieku i może być pochodzenia walijskiego lub cygańskiego.

Jak widzicie - każdy "donkey" to "ass", ale nie każdy "ass" to "donkey". :)

Źródło: Quora, Wikipedia

Opublikowano w Nowości w Standardzie
poniedziałek, 22 lipiec 2019 11:08

Gotowa lekcja: Becoming Sherlock (poziom B2)

Dzisiaj prezentujemy Wam coś wyjątkowego - zabawę w Sherlocka Holmesa, opartą na materiałach autentycznych. Z pewnością wielu z Was marzyło o zostaniu tym znanym detektywem, a dzięki naszej grze będzie to możliwe! Co więcej - poćwiczycie przy okazji swój język angielski.

O co chodzi? Otóż - mamy do czynienia z morderstwem. Przybywamy na miejsce i ustalamy pierwsze fakty, mamy również pewnych podejrzanych. Wszystko opisane jest we wstępie opisanym jako case-study (analiza przypadku).

Następnie docieramy do 20 wskazówek, ułożonych w ustalonej wcześniej kolejności. Naszym głównym zadaniem jest wskazanie osoby, która rzeczywiście była mordercą. Z kolei celem drugorzędnym jest ustalenie mordercy przy użyciu jak najmniejszej ilości wskazówek. Swój typ można nawet podać po zapoznaniu się z samym case-study, bez korzystania ze wskazówek. Pamiętajcie jednak - chodzi nam głównie o wskazanie osoby odpowiedzialnej za ten okropny czyn!

Poniżej znajdziecie również tę grę w formie wideo - nagrałem go osobiście :) "Becoming Sherlock" była wielokrotnie używana przeze mnie zarówno na lekcjach indywidualnych, jak i grupowych (w tym w publicznej szkole podstawowej). Zabawa jest bardzo wciągająca, zmusza do przełączenia się w tryb myślenia "po angielsku", a także wywołuje żywą dyskusję przy ustalaniu faktów i odtwarzaniu potencjalnego przebiegu wydarzeń. Bez wątpienia lekcja ta zaangażuje zarówno nauczyciela/lektora, jak i uczniów.

Udostępniam również wersję .pdf do pobrania - są to trzy osobne pliki: case-study (wprowadzenie do gry), clues (wskazówki) oraz solution (rozwiązanie sprawy). Powodzenia, adepci sztuki detektywistycznej! :)

case-study

clues

solution

Oczywiście jeżeli zdecydujecie się na wykorzystanie tych materiałów na zajęciach, to będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się swoimi wrażeniami w komentarzach!

Opublikowano w Nowości w Standardzie

W 2014 roku trzyletnia dziewczynka została uratowana po przetrwaniu 11 dni i nocy po tym, jak zgubiła się w syberyjskim lesie pełnym niedźwiedzi i wilków.

Ratownicy twierdzą, że Karina Czikitowa została uratowana przez swojego szczeniaka, który ogrzewał ją swoim ciepłem przez ponad tydzień, zanim opuścił ją, by wrócić do domu i wezwać pomoc.

"Dziewczynka w wieku trzech lat i siedmiu miesięcy przeżyła, jedząc dzikie jagody i pijąc wodę rzeczną na terytorium zamieszkiwanym przez dzikie niedźwiedzie i wilki" - donosi "The Siberian Times".

Ratownicy, którzy jej szukali, mieli natknąć się na niedźwiedzia, co tylko podkreśla olbrzymie niebezpieczeństwo, z jakim się mierzyła. Mimo to obrażenia małej dziewczynki ograniczały się do ukąszeń komarów i lekkich zadrapań.

Karina wyszła z domu w odległej wiosce, w towarzystwie szczeniaka, którego imienia, pomimo nadzwyczajnego heroizmu, nie ujawniono. Dziewczynka była w stanie przygotowywać sobie miejsca do spania w długich trawach, co zresztą jest dość powszechnym zabiegiem w południowo-zachodniej części Jakucji - największym regionie Rosji, który jest zresztą największą pod względem powierzchni jednostką podziału terytorialnego na świecie.

Wysokie trawy uniemożliwiły jednak helikopterom poszukiwawczym i dronom odnalezienie Kariny, która miała na sobie tylko czerwony podkoszulek i fioletowe rajstopy, kiedy ją znaleziono. Jakucja jest także najzimniejszym regionem Syberii w zimie, ale o tej porze roku temperatury w nocy sięgały nieco powyżej zera, około 6 °C.

Matka Kariny żyła w przekonaniu, że jej latorośl towarzyszyła ojcu Rodionowi, kiedy ten udał się 27 lipca w podróż do odległej wioski. W rzeczywistości mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego córka poszła za nim ze swoim szczeniakiem i zgubiła się w lesie.

Eksperci twierdzą, że jej szanse na przeżycie przez tak długi okres były minimalne. Dopiero cztery dni po jej zniknięciu matka mogła skontaktować się z Rodionem przez telefon, uświadamiając sobie, że ich córka zaginęła, a chwilę po tym rozpoczęto intensywne poszukiwania.

Początkowo rodzina Kariny i ekipy ratunkowe były naprawdę zrozpaczone, kiedy pies wrócił do wioski Olom w ułusie olokmińskim, jakieś dziewięć dni po zaginięciu Kariny. Okazało się, że instynkt zwierzęcia, aby szukać pomocy, był kluczowym aspektem w akcji ratunkowej.

- Dwa dni przed znalezieniem Kariny jej szczeniak wrócił do domu - powiedział Afanasij Nikołajew, rzecznik Służby Ratowniczej Jakucji. - To był moment, w którym nasze serca zamarły, ponieważ myśleliśmy, że z psem u boku Karina miała jakieś szanse na przeżycie - noc w Jakucji jest naprawdę zimna, a niektóre obszary już przeszły w ujemne temperatury.

- Gdyby mogła przytulić swojego szczeniaka, dałoby jej to szansę na utrzymanie ciepła w nocy i przetrwanie. Więc kiedy jej pies wrócił, pomyśleliśmy: "To koniec”. Nawet gdyby żyła - a szanse na to były niewielkie - teraz na pewno straciłaby wszelkie nadzieje. Nasze serca naprawdę zamarły.

Jednak pies poprowadził później ratowników do zagubionej dziewczynki.

To szczeniak Kariny pomógł dorosłym znaleźć dziewczynę - wynika z wiadomości podanych przez NTV. - Kiedy wrócił do domu dwa dni temu, jej rodzina straciła nadzieję, myśląc, że to oznaczało, iż Karina nie ma już żadnych szans. Jednak szczeniak pokazał ratownikom drogę do Kariny, a rano została znaleziona.

Materiał telewizji wskazywał, że Karina była świadoma i miała się zaskakująco dobrze.

- Dostała jedzenie i napoje, a następnie wraz z matką została wysłana do szpitala okręgowego, a później do Jakucka, stolicy regionu. Dziewczynka nie chce mówić o czasie, który spędziła w tajdze, a przynajmniej JESZCZE nie. Jedyną rzeczą, którą wyjawiła, jest to że ​​jadła jagody i piła wodę z rzek.

Nikołajew oznajmił, że ratownicy prowadzeni przez psa zauważyli ślady jej bosych stóp - zgubiła buty - a to ostatecznie pomogło im ją odnaleźć.

- Zaczęliśmy przeszukiwać teren, wychodząc z założenia, że jeśli straciła buty, próbowałaby trzymać się z dala od głębokiego lasu, ponieważ znajduje się tam wiele ostrych patyków - powiedział. Nagle z pomocą psa ujrzeliśmy Karinę siedzącą na trawie - wyjawił. 

- Podbiegliśmy do niej, nalaliśmy jej herbatę i zaprowadziliśmy ją do samochodu i lekarzy. Zaniosłem Karinę do samochodu, a była ona lekka jak piórko. Ważyła zaledwie dziesięć kilogramów - ale o dziwo była w pełni świadoma.

Ekaterina Andrejewa, psycholog z zespołu ratunkowego, oświadczyła: - Można powiedzieć, że umysł dziewczynki nie był w żaden sposób uszkodzony. Mówiła i reagowała na wszystko wokół niej w sposób normalny, naturalny. Pamięta również co się z nią stało.

Źródło: Huffington Post

Rodzice z Korei Południowej wynajmują umięśnionych mężczyzn pokrytych tatuażami, aby odgrywali rolę "fałszywych wujków" i chronili ich dzieci przed szkolnymi prześladowcami.

Lokalne media informują, że kilka firm oferuje zróżnicowane pakiety, za które trzeba zapłacić od 450 do 1790 dolarów dziennie. Oferta jest skierowana do zdesperowanych rodziców, którzy chcą zapewnić swoim pociechom ochronę przed agresywnymi rówieśnikami.

W ramach klasycznego "pakietu wujkowego", 30- lub 40-letni mężczyzna będzie odprowadzał dziecko do szkoły i przychodził je odebrać po zakończonych lekcjach, odstraszając przy tym potencjalnych prześladowców.

Z kolei tzw. "pakiet dowodowy" oferuje pewne udoskonalenie - "wujek" uwieczni kamerą działania prześladowców i przedstawi nagranie pracownikom placówki. W ramach tego pakietu będzie on również groził, że opublikuje film w Internecie jeśli nie dojdzie do zdecydowanych kroków w kierunku zaprzestania takich zjawisk.

Natomiast "pakiet-przyzwoitka" wprowadza nieco bardziej wyrafinowaną taktykę odwiedzania rodziców prześladowców w ich miejscach pracy i narażenie ich na publiczne upokorzenie.

Ta nietypowa usługa, która pod względem prawnym funkcjonuje w szarej strefie i może być powiązana z siecią podziemnych gangów, zdaje się mieć swoje korzenie w nasilających się obawach, że prześladowanie w szkołach niepohamowanie rośnie i prowadzi niektóre dzieciaki do skłonności samobójczych.

Samobójstwo jest najczęstszą przyczyną śmierci młodych Koreańczyków (w wieku 15-24 lat). Zdaniem Chicago Policy Review, naukowcy doszli do wniosku, że ma to związek z bardzo konkurencyjnym środowiskiem akademickim i zachowaniami mobbingowymi w szkole.

Noh Yoon-ho, prawniczka z Seulu specjalizująca się w sprawach związanych ze szkolną przemocą, oznajmiła, że od czasu, gdy zaczęła praktykować w tej dziedzinie w 2012 roku, nastąpił gwałtowny wzrost postępowań prawnych wobec przypadków prześladowań.

- Tak naprawdę nie mogę porównywać się bezpośrednio z innymi krajami (...) ale problem polega na tym, że dorośli mają tendencję do ignorowania tego, po prostu traktują to jak nieporozumienia pomiędzy dzieciakami, a większe problemy pojawiają się później (...) gdy dzieci popełniają samobójstwo”, oświadczyła Noh w rozmowie z "The Telegraph".

Jednak niektórzy rodzice korzystali z nowej usługi przeciw tyranizowaniu, bez proszenia prawników o ich opinię.

- Media donoszą o przemocy w szkole, coraz więcej rodziców popada w zaniepokojenie - oznajmiła Noh. - Dawniej, jeśli ktoś poszukiwał takich usług w Internecie, nigdy by ich nie znalazł, ale teraz można się na nie natknąć, co oznacza, że musi rosnąć zapotrzebowanie.

Statystyki zatrudniania "fałszywych wujków” są niemożliwe do ustalenia z powodu piętnowania zatrudniania zbirów i strachu przed ewentualnymi pozwami.

Pani Noh wyjawiła, że obecnie reprezentuje klientów, których nastoletnich synów atakowano przy pomocy mężczyzn, uważanych za "wujków", po tym jak ci pobili kolegę z klasy za doniesienie nauczycielowi, że posiadają papierosy.

Jeden z domniemanych prześladowców, w wieku 15 lat, uczył się na wieczornej lekcji matematyki, kiedy pobity chłopiec zadzwonił i powiedział mu, żeby natychmiast przyszedł do parku.

- Kiedy przyjechał, napotkał groźnie wyglądających ludzi, o masywnej budowie i z tatuażami na całym ciele. Ci zmusili go, by przeprosił nękanego dzieciaka (...) Powiedzieli mu: "powiedz swoim przyjaciołom, że jutro ich zobaczymy" - stwierdziła Noh.

- Kazali im uklęknąć przed dzieciakiem, który został zastraszony i go przeprosić, a potem odwozili wszystkich prześladowców do ich domów.

Rodzice rzekomo próbują pozwać opiekunów prawnych domniemanych prześladowców na sumę 330 tys. dolarów.

Ekstremalny środek w postaci zatrudniania umięśnionych mężczyzn, by zastraszali nastolatków, narodził się po latach publicznego zaniepokojenia znęcaniem się nad słabszymi w placówkach oświaty.

Według sondażu przeprowadzonego w 2013 roku przez Ministerstwo Edukacji, Nauki i Technologii, prawie co dziesiąty uczeń koreańskich szkół podstawowych i średnich cierpiał z powodu różnych form przemocy ze strony rówieśników.

Kwestia ta wywołała pierwszą publiczną burzę w 2011 roku, kiedy Kwon Seung-min, 13-letni uczeń, wyskoczył z bloku mieszkalnego po tym, jak pozostawił za sobą notatkę opisującą, w jaki sposób został poddany brutalnemu zastraszaniu.

Tragedia ta zwiększyła świadomość problemu, ale ostatnie dane sugerują, że nadal nie został on odpowiednio rozwiązany.

Liczba uczniów w Seulu, którzy zgłosili jakąś formę znęcania się, wzrosła o 25,4% - wynika z corocznego badania przeprowadzonego przez Seoul Metropolitan Office of Education (SMOE), opublikowanego w listopadzie 2018 roku.

W badaniu wzięło udział ponad 646 tys. uczniów, począwszy od szkół podstawowych po uczniów ostatnich klas szkół średnich - wykazano, że 11 425 osób doświadczyło znęcania się. W poprzednim badaniu taką deklarację wyraziło 9105 nastolatków, poinformowała gazeta "Korea Times".

Intensywna konkurencja między kolegami z klasy i presja o wyniki edukacyjne są często opisywane jako winowajcy takiego niewłaściwego zachowania.

Jednak pewna matka, której 15-letni syn został ostatnio terroryzowany przez kolegów z klasy, powiedziała dziennikarzom "The Telegraph", że obwinia głównie szkoły za brak działania z ich strony, gdyż nie chcą one psuć swojego publicznego wizerunku.

Park Ji-woo oznajmiła, że była wstrząśnięta bierną postawą ze strony szkoły jej syna, kiedy ten był kilkakrotnie atakowany.

- Szkoła tak naprawdę nawet nie starała się zbadać sprawy, chociaż mogli posiadać nazwiska dzieci, które tam wówczas były - powiedziała.

- Żaden nauczyciel nie chce się angażować, ponieważ nie chce stracić pracy lub być uwikłany w procesy sądowe- dodała pani Park.

- Nie rozważałabym korzystania z usług wujków, ponieważ jestem religijna i mam bardzo wysokie standardy moralne, ale całkowicie rozumiem, dlaczego inni rodzice z nich korzystają. Wszak czują się przyparci do muru i są zdesperowani.

Źródło: The Telegraph

Pewnego chłodnego popołudnia w styczniu 2006 roku wówczas 21-letni Alex Tew siedział w swoim pokoju w Wilshire (Anglia), obserwując jak ostatnie piksele wypełniają się przed jego oczami na monitorze.

Za chwilę miał zostać milionerem.

W przeciągu zaledwie czterech miesięcy, ze spłukanego i niedostrzegającego celu w życiu nastolatka Tew stał się prawdziwą sensacją Internetu. Wystarczyło wydanie 50 dolarów, dwa dni poświęconego czasu oraz pomysł tak banalny, że w zasadzie każdy mógł na niego wpaść. Jak sam twierdzi: "To był plan szybkiego wzbogacenia się, który naprawdę zadziałał".

Jednak nagły przypływ pieniędzy przy pierwszej próbie sprowadził na niego niespodziewaną szkodę, co doprowadziło mężczyznę do odbycia introspekcyjnej podróży, która ostatecznie przyniosła mu znacznie większy zysk.

Brytyjczyk-Beatboxer

Tew zwykł być dość nieudolnym przedsiębiorcą w swoim uroczym miasteczku. W wieku 8 lat sprzedawał tworzone przez siebie komiksy na szkolnym boisku, inkasując pięć dolarów oraz czekoladowy batonik za sztukę.

Kiedy ukończył szkołę średnią w 2002 roku, porzucił naukę w college'u i postanowił realizować swoją nietypową pasję - beatbox.

Pod pseudonimem "A-Plus", podróżował po Wielkiej Brytanii i założył pierwsze na świecie forum łączące beatboxerów - HumanBeatbox.com.

We wczesnej erze Internetu forum jednoczyło beatboxerów z całego świata. Udało im się nawet zorganizować zlot, na którym dyskutowano o wszystkich aspektach tej formy tworzenia dźwięków - zaczynając od tego, jak odtworzyć werbel, kończąc na technikach nucenia nosem. Zjazd ten przyciągnął około 200 osób. - Nigdy w życiu nie widziałem tyle śliny - wspomina Tew.

Ale po kilku latach stagnacji sprzedał on stronę swojemu przyjacielowi i zaczął nastawiać się na większe rzeczy.

- Cały czas mieszkałem u rodziców i miałem już dość bycia spłukanym - oznajmił Tew. - Więc zadałem sobie pytanie: "Jak mogę zarobić milion dolarów?".

The Million Dollar Homepage

Trzeba zaznaczyć, że w tamtym czasie Tew właśnie zapisał się do szkoły biznesu na Uniwersytecie w Nottingham i martwił się, że zostanie obarczony olbrzymimi pożyczkami studenckimi.

Pewnej nocy w sierpniu 2005 roku, położył się na łóżku z notesem w ręce i spisywał wszelkie pomysły na zdobycie miliona. Zanotował dziesiątki potencjalnych projektów, w tym ohydny produkt, który określił jako "Gum Slinger" - miała to być mała saszetka na zużyte gumy do żucia.

Nagle wpadł na idealny plan: założy stronę internetową z milionem pikseli, które można wykupić płacąc jednego dolara za sztukę.

Dwa dni i 50 dolarów wydanych na domenę później, Million Dollar Homepage przyszła na świat.

Koncept był nadzwyczaj prosty: wydając minimum 100 dolarów, reklamodawca mógł wykupić 100-pikselowy blok (10x10) i wyświetlić obrazek lub logo według własnego uznania z umieszczeniem odnośnika. Jedynym ograniczeniem była zasada, że nie mogły to być strony zawierające treści pornograficzne.

W przeciągu dwóch tygodni Tew przekonał swoich znajomych i członków rodziny do wykupienia 4700 pikseli - zarobione w ten sposób pieniądze wydał on na agencję PR, by ta przygotowała stosowny komunikat prasowy. Jakież było jego zdziwienie, kiedy później temat podchwyciły "BBC" oraz "The Guardian".

- Tamtego dnia strona zarobiła trzy tysiące dolarów - wyjawił Tew. - Pomyślałem sobie: "Cholera, manna z nieba". Miałem wrażenie, że to tylko waluta z Monopoly.

Miesiąc później, Tew zainkasował 250 tysięcy dolarów, a jego strona notowała 65 tysięcy wejść dziennie. Przed końcem października zarobił już 500 tysięcy od ponad 1400 reklamodawców - od Tenacious D po producentów sprzętu umożliwiającego powiększanie penisów.

W ostatnim dniu roku 999 tysięcy pikseli widniało jako sprzedane. Ostatni tysiąc pikseli Tew umieścił na licytacji za pośrednictwem portalu eBay - MillionDollarWeightLoss.com wykupił je za 38 tysięcy dolarów, powiększając jego ostateczny zysk do 1,04 miliona.

- W przeciągu czterech miesięcy, z faceta mieszkającego z rodzicami przekształciłem się w milionera - oznajmił Tew. - To był plan szybkiego wzbogacenia się, który naprawdę wypalił.

Pustka po sukcesie

Po zainkasowaniu potężnej dawki pieniędzy (ok. 700 tys. dolarów po opodatkowaniu) i zdobyciu sławy w Internecie, Tew porzucił studia w połowie semestru i przeniósł się do Londynu. Jego natychmiastowy sukces znacznie zwiększył jego pewność siebie, ale przyniósł też niespodziewane konsekwencje.

- Sukces może ostatecznie okazać się czymś złym i może nas uczyć złych rzeczy - oświadczył. - Zacząłem myśleć o pomysłach, które przyciągałyby uwagę zamiast przynosić zysk.

W latach 2006-2010, mężczyzna stworzył szereg przedsięwzięć: Pixelotto, OneMillionPeople, PopJam - które próbowały odcinać kupony po sukcesie Million Dollar Homepage. Nie będąc w stanie przebić tego pomysłu, Tew przeniósł się do San Francisco i dołączył do interesu swojego przyjaciela.

W tym czasie Tew nie sypiał zbyt dobrze i nie jadł wiele, nie trzymał się również swojego codziennego nawyku medytowania. Odbijało się to na jego zdrowiu psychicznym, ale „nikt nie chciał słyszeć o dzieciaku, który zarobił milion dolarów i wpadł w depresję”.

Medytując przez całe swoje życie, mężczyzna zaczął zdawać sobie sprawę, że musi się wycofać od rozproszenia i stresorów technologii... więc stworzył kolejną stronę internetową.

Efektem jego pracy była strona donothingfor2minutes.com, której idea była banalnie prosta: znajdował się tam 2-minutowy timer, który resetował się, jeśli poruszyliśmy kursorem. Było to idealne wyczucie czasu - dynamiczny rozwój Internetu wywołał obawy o "psychiczny bałagan", a publika nastawiona na konsumpcję nowinek technologicznych coraz częściej poszukiwała chwili wytchnienia.

W 2012 roku Tew zdecydował się na uruchomienie solidniejszej aplikacji do medytacji, która zaspokoi potrzeby tego typu.

Niestety potencjalni inwestorzy nie byli zainteresowani jego pomysłem opisywanym wówczas jako "Nike dla umysłu".

- Na niektórych spotkaniach mnie wyśmiewano. Kiedy opowiadasz o medytacji ludziom, którzy tego nie praktykują i pracują nad technologiami, znacznie wystaje to poza ich centrum zainteresowania.

Ostatecznie udało mu się zebrać 1,5 miliona dolarów i w 2012 roku opracował aplikację "Calm".

Od samego początku postanowił uczynić flagową funkcję aplikacji - 10-minutową medytację z przewodnikiem - darmową, z opcją zakupu dostępu premium do funkcji takich jak "Sleep Stories" (opowiadania na dobranoc dla dorosłych) oraz kursy na tematy związane z dobrym samopoczuciem za 60 dolarów rocznie.

Rozwój Calm.com

Od momentu uruchomienia Calm odnotował gwałtowny wzrost zarówno w liczbie użytkowników, jak i przychodów.

W pierwszym roku (2013) aplikacja zarobiła około 100 tys. dolarów. Do 2015 roku przychody wzrosły do ​​dwóch milionów dolarów, głównie dzięki zatrudnieniu Tamary Levitt, doświadczonej nauczycielki medytacji, która od tamtej pory udziela głosu opisując codzienne ćwiczenia.

Wybory w 2016 roku, zawirowania polityczne i niepokoje podniosły tę liczbę do siedmiu milionów, a także przyniosły nieoczekiwane ukoronowanie tytułem Aplikacji Roku 2017 Apple'a - od tego czasu przychody szacuje się na około 37 milionów dolarów.

Dzisiaj Calm ma ponad 600 tysięcy użytkowników premium, a cały projekt wyceniany jest na 250 milionów dolarów. To stawia ich wysoko w gronie konkurentów takich jak: Headspace, Breethe i Buddhify.

Tew, dzisiaj 35-latek, przypisuje ten rozwój „niepokojowi i stresorom współczesnego życia”.

- Mieszkanie w ruchliwych miastach, pokonywanie milionów mil na godzinę, zawsze będąc podłączonym i przytłoczonym informacjami - to nie życie, które miało być efektem naszej ewolucji”.

Źródło: The Hustle

W ciągu czterech lat panowania Czerwonych Khmerów w Kambodży byli oni odpowiedzialni za jedno z największych ludobójstw w historii XX wieku.

Brutalny reżim, będący u władzy w latach 1975-1979, pochłonął życia około dwóch milionów ludzi.

Pod rządami marksistowskiego przywódcy Pol Pota, Czerwoni Khmerzy próbowali cofnąć Kambodżę do średniowiecza, zmuszając miliony obywateli miast do pracy w gospodarstwach komunalnych na wsiach.

Jednak za tak dramatyczną próbę zainicjowania inżynierii społecznej zapłacono straszną cenę. Całe rodziny umierały z powodu egzekucji, głodu, chorób czy przepracowania.

Filozofia komunistyczna

Początki Czerwonych Khmerów sięgają lat 60. XX wieku, kiedy to założono taką organizację jako zbrojne skrzydło Komunistycznej Partii Kambodży. Początkowo grupa działała w głębokiej dżungli i obszarach górskich w północno-wschodniej części kraju, nie notując żadnych wielkich sukcesów.

Ale po tym, jak w 1970 roku prawicowy zamach stanu obalił głowę państwa Księcia Norodoma Sihanouka, Czerwoni Khmerzy zawarli z nim polityczną koalicję i zaczęli notować coraz to większe poparcie.

Podczas trwającej niemal pięć lat wojny domowej grupa zwiększała stopniowo swoje wpływy na wsiach. Siły Czerwonych Khmerów ostatecznie zajęły stolicę Phnom Penh - a zatem przejęły kontrolę nad całym narodem - w 1975 roku.

Pobyt na dalekim północnym wschodzie i okoliczne plemiona, będące samowystarczalne w swoim życiu wspólnotowym, miały znaczący wpływ na rozwój poglądów Pol Pota. Tamtejsi ludzie nie mieli wielkiego pożytku z pieniędzy i były "nieskażone" buddyzmem.

Po dojściu do władzy Pot i jego poplecznicy szybko przystąpili do przekształcania Kambodży w to, co w ich marzeniach miało się stać agrarną utopią.

Pol Pot deklarował, że jego naród rozpocznie od zera - odizolował swoich ludzi od reszty świata i przystąpił do opróżniania miast, znoszenia waluty, własności prywatnej i religii oraz zaczął zakładać wiejskie społeczności.

Każdy, kogo uznano za intelektualistę, był mordowany. Często ludzie tracili życie tylko dlatego, że nosili okulary lub znali języki obce. Poszczególne grupy etniczne (Wietnamczycy, Czamowie) również znajdowały się na celowniku władz.

Setki tysięcy wykształconych przedstawicieli klasy średniej poddawano torturom i zabijano w specjalnych ośrodkach. Najbardziej znanym z nich było więzienie S-21 w Phnom Penh znane jako Tuol Sleng, gdzie niemal 17 tys. ludzi (w tym kobiety i dzieci) było więźniami podczas czteroletniego reżimu.

Kolejne setki tysięcy obywateli zginęło z powodu chorób, głodu oraz wycieńczenia, gdyż członkowie Czerwonych Khmerów (wśród nich dostrzec można było nawet nastolatków) zmuszali ich do katorżniczej pracy.

Ponowne otwarcie na świat

Rządy Czerwonych Khmerów zostały ostatecznie obalone w 1979 roku przez nacierające siły wietnamskie, które wtargnęły do kraju po brutalnych walkach na granicy.

Osoby będące postawione wyżej w partii wycofały się w głąb kraju, gdzie pozostawali aktywni przez pewien czas, jednak ich wpływy stawały się stopniowo coraz mniejsze.

W kolejnych latach Kambodża ponownie otwierała się na międzynarodową komunikację, a całkowity obraz horroru opisywanego reżimu powoli wychodził na jaw.

Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli swoje historie zszokowanym słuchaczom, a nakręcona w latach 80. hollywoodzka produkcja pt. "Pola śmierci" zobrazowała beznadziejną sytuację ofiar reżimu Czerwonych Khmerów dla widzów z całego świata.

Pol Pot został potępiony przez swoich byłych towarzyszy i podczas pokazowego procesu w lipcu 1997 roku skazano go na areszt domowy w jego posiadłości w dżungli.

Jednak niecały rok później zmarł - odbierając tym samym milionom ludzi, których dosięgnęły jego brutalne rządy, szansę na postawienie go przed obliczem sprawiedliwości.

ONZ pomogło założyć trybunał, aby ten stosownie ukarał przywódców Czerwonych Khmerów - proces ten rozpoczęto w 2009 roku. Do tej pory skazano tylko trzech liderów grupy.

Kaing Guek Eav - znany jako Duch - został skazany na dożywocie w 2012 roku za prowadzenie osławionego więzienia Tuol Sleng.

W sierpniu 2014 roku Nuon Chea, uważany za Towarzysza numer 2 po Pol Pocie, a także reżimowa głowa państwa Khieu Samphan zostali skazani na dożywocie za zbrodnie przeciwko ludzkości.

W listopadzie 2018 roku trybunał uznał ich również za winnych ludobójstwa w związku z usiłowaniem eksterminacji Czamów i Wietnamczyków.

Źródło: BBC

Osoby regularnie podróżujące samolotami, które narzekają na niepożądane atrakcje w czasie lotu, prawdopodobnie nigdy nie natknęły się na niezapowiedziane podniebne karaoke.

W 2013 roku pasażerowie lotu linii American Airlines zmuszeni byli do podjęcia nieplanowanego postoju na lotnisku w Kansas City po tym, jak niesforna pasażerka nie przestawała śpiewać utworu "I Will Always Love You". Planowany lot z Los Angeles do Nowego Jorku został zakłócony po około trzech godzinach od startu, kiedy to kobieta zaczęła uprzykrzać życie załodze.

- Kobieta ta była szczególnie uciążliwa i wyproszono ją z samolotu za przeszkadzanie załodze lotu - oświadczył Joe McBride, rzecznik prasowy lotniska w Kansas City. - Na pokładzie samolotu znajdował się Federalny Szeryf Powietrzny, który obezwładnił kobietę i skuł ją w kajdanki, po czym wyprowadził z samolotu - dodał.

I pomyśleć, że wielu z nas narzeka na niechciane atrakcje w czasie lotu...

Filmik autorstwa jednego z pasażerów przedstawia kobietę odprowadzaną przez dwóch policjantów po nieplanowanym lądowaniu. Wychodząc z samolotu, kobieta wykrzyczała słowa kończące znany cover Whitney Houston. Jak się później okazało, wypuszczono ją na wolność bez żadnych zarzutów po owocnej współpracy z policją, jednak American Airlines odmówili jej możliwości dokończenia podróży.

Nikt nie wie dlaczego kobieta nie chciała przestać śpiewać, jednak pasażerka o imieniu Jezebel twierdzi, że cierpi ona na cukrzycę.

Źródło: Huffington Post

Free Joomla! template by L.THEME