wtorek, 09 kwiecień 2019 06:44

Geniusz pianina z przypadku

Pewien mężczyzna z Denver w stanie Kolorado z dnia na dzień stał się geniuszem pianina po tym jak uderzył głową w dno basenu.

W 2006 roku wówczas 40-letni Derek Amato zanurkował w płytkiej części basenu i uderzył głową o jego dno - wynika z informacji podanych przez "Today Show". Doznał on przy tym poważnego wstrząsu mózgu i chwilowo stracił słuch oraz pamięć.

Kilka dni później usiadł przed pianinem po raz pierwszy w życiu i do drugiej w nocy tworzył swoją autorską kompozycję.

- Kiedy zamknąłem oczy, ujrzałem w myślach te białe i czarne struktury poruszające się od lewej do prawej strony, co w rzeczywistości odzwierciedlało w umyśle nieprzerwany strumień nut - skomentował Amato na łamach blogu "Wisconsin Medical Society".

We wspomnianym wpisie na blogu mężczyzna opisuje również granie dla swojej matki:

"Znaleźliśmy pierwsze lepsze pianino i poprosiłem ją, aby usiadła obok mnie. Pamiętam, że zapytałem ją czy jest gotowa. Zamknąłem oczy w nadziei, że ponownie ujrzę te biało-czarne struktury poruszające się od lewej do prawej. Zacząłem grać tak, jakbym próbował odnaleźć jakiś nieodkryty skarb, który do tej pory był ukryty w mojej głowie. Mama siedziała i płakała, po czym zapytała mnie: "Co ty robisz?". Odpowiedziałem prosto: "Najwyraźniej Bóg zdecydował się podarować mi prezent na urodziny nieco wcześniej w tym roku, mamo"."

Amato jest jednym z zaledwie 30 znanych przypadków nabytego zespołu sawanta. Mężczyzna nie przestaje komponować kolejnych dzieł.

Źródło: Business Insider

poniedziałek, 08 kwiecień 2019 09:26

Punisher z Brazylii

Motyw seryjnego mordercy, który na swoje ofiary wybiera wyłącznie kryminalistów, pojawia się w sztuce bardzo często. Szczególnie intrygujące są jednak przypadki tego rodzaju z prawdziwego życia - a nadzwyczaj zatrważający przykład stanowi pewien żądny krwi Brazylijczyk.

Pedro Rodrigues Filho, bo o nim mowa, przyszedł na świat 17 lipca 1954 roku w Santa Rita do Sapucaí. Mężczyzna dorobił się przydomku "Pedrinho Matador" (Piotruś-Zabójca) i wsławił się pościgami i mordowaniem innych kryminalistów, wyładowując swoje mordercze instynkty na złoczyńcach. Po raz pierwszy zabił w wieku 14 lat, a dzisiaj ma na swoim koncie ok. 100 zabójstw - wliczając w to 47 osób, które zostały jego ofiarami w więzieniu w czasie jego odsiadki. Filho obiecał, że to nie koniec jego aktywności w tym zakresie i zapowiedział m.in. atak na innego seryjnego mordercę - Francisco de Assisa Pereirę, który został aresztowany w 1998 roku za gwałt i zabójstwo 11 kobiet. Pedrinho nie odpowiedział jeszcze za wszystkie swoje przestępstwa, ale został skazany na ponad 400 lat pozbawienia wolności, co stanowi rekordowo wysoki wyrok w Brazylii.

Życiorys

Filho urodził się na farmie w Santa Rita do Sapucaí, w południowej części stanu Minas Gerais. Niemowlę miało uszkodzoną czaszkę, co było spowodowane tym, że jego ojciec zwykł kopać matkę po brzuchu w trakcie kłótni. Jak twierdzi sam Pedrinho, po raz pierwszy zapragnął pozbawić kogoś życia mając 13 lat, a miało to miejsce podczas dysputy ze starszym kuzynem, którego niemal nie wepchnął do maszyny stosowanej w przemyśle cukru trzcinowego, co mogło doprowadzić do śmierci chłopca.

W wieku 14 lat zabił zastępcę burmistrza Santa Rita do Sapucaí, oddając do niego strzał z broni palnej przed ratuszem - co stanowiło zemstę za zwolnienie jego ojca ze stanowiska szkolnego ochroniarza, po tym jak oskarżono go o kradzież szkolnych obiadów. Następnie jego ofiarą padł inny wartownik, którego podejrzewano o bycie odpowiedzialnym za owe kradzieże. Filho zbiegł do Mogi das Cruzes, gdzie zaczął plądrować laboratoria narkotykowe i mordować przemytników. Następnie poznał wdowę po liderze handlarzy narkotykami, o przydomku Botinha, a po jakimś czasie para zamieszkała wspólnie. Mężczyzna przejął obowiązki swoich niedawnych ofiar, by następnie być "zmuszonym" do wyeliminowania konkurencji - tak więc pozbawił życia trzech "kumpli z branży". Jego pobyt w tej miejscowości zakończył się wraz z zamordowaniem Botinhy przez policję - po tym zdarzeniu Pedrinho musiał uciekać. Zmobilizował swoich żołnierzy i założył własny biznes.

Pragnąc zemsty na tych, którzy doprowadzili do śmierci jego towarzyszki, rozpoczął ciąg tortur i zabójstw kolejnych osób. Jeden z jego klientów (i były współpracownik) został odwiedzony przez Filho i jego czterech przyjaciół podczas własnego wesela. Wizyta ta zakończyła się siedmioma trupami i szesnastoma rannymi. W tamtym czasie Pedrinho był jeszcze niepełnoletni.

Przebywając jeszcze w Mogi, samozwańczy mściciel zabił swojego ojca w lokalnym areszcie, po tym jak ten zamordował jego matkę 21 ciosami maczetą. Zemsta syna była okrutna - poza zadaniem 22 ran ciętych, wyrwał on również serce swojego ojca, ugryzł kawałek i wypluł. Taki przebieg zdarzeń relacjonował sam Filho w rozmowie z dziennikarzem Marcelo Rezende.

Pedrinho został aresztowany po raz pierwszy 24 maja 1973 roku i przeżył za kratkami większość swojego dorosłego życia. Jak wynika z policyjnych akt, pewnego dnia mężczyzna był przewożony w specjalnym samochodzie wraz z innym więźniem i obaj panowie byli skuci kajdankami - kiedy funkcjonariusze otworzyli na miejscu tylne drzwi pojazdu, drugi więzień już nie żył. Pedrinho przyznał się do zamordowania go argumentując to tym, że nieboszczyk był gwałcicielem. W 2003 roku władze musiały wypuścić go na wolność, bez względu na fakt, że był on skazany na 126 lat pozbawienia wolności - prawo w Brazylii zabrania trzymania kogokolwiek za kratkami przez więcej niż 30 lat. Z uwagi na przestępstwa popełnione w więzieniu, jego kara została jednak wydłużona do prawie 400 lat, tak więc jego pobyt w zakładzie karnym przedłużono do 2017 roku. Pedrinho mógł kontynuować swój związek z dziewczyną - byłą skazaną, której imienia mężczyzna nie chciał wyjawić, a którą poznał dzięki wymianie listów podczas pobytu w więzieniu. Po odbyciu 12 lat odsiadki za kradzież, kobieta została wypuszczona na wolność i odwiedzała Pedrinho w więzieniu Taubaté.

Zdaniem innych współwięźniów, Pedrinho posiadał niesamowity zmysł do przetrwania za kratkami. Zabijał i ranił dziesiątki innych kryminalistów, aby przetrwać za kratkami. Pewnego razu został zaatakowany przez pięciu skazańców - zabił trzech z nich, po czym wściekle gonił pozostałą dwójkę. Pedrinho zabił także kolegę z celi, ponieważ ten "chrapał za często" i kolejnego, gdyż "nie podobała mu się jego twarz". Żeby potwierdzić swój zapał do zabijania, wytatuował sobie na lewym ramieniu napis "Zabijam dla przyjemności", który zakrył później innymi tatuażami.

Według psychiatrów, Filho należy opisywać mianem psychopaty - kogoś, kto nie okazuje skruchy i litości dla innych. Jednakże psychopaci nie okazują przywiązania, a Pedrinho najprawdopodobniej jawił coś na podobnych zasadach względem swojej matki i byłej dziewczyny. Taki stan rzeczy klasyfikuje go bardziej jako socjopatę, który był żądny zemsty za ich śmierć. Psychiatrzy badający jego przypadek w 1982 roku wykazali w raporcie, że jego największą motywacją do działania była "brutalna afirmacja samego siebie". Zdiagnozowali go przy tym jako osobę "paranoiczną i antyspołeczną".

Po odbyciu 34 lat odsiadki, mężczyznę wypuszczono na wolność 24 kwietnia 2007 roku. Służby specjalne informowały, że przeprowadził się on do północno-wschodniej części kraju - do Fortalezy w stanie Ceará. 15 września 2011 roku lokalne media doniosły, że Pedrinho został aresztowany w swoim domu na wsi, gdzie pracował jako dozorca w Balneário Camboriú na wybrzeżu Santa Catarina. Zdaniem RBS News, wstępnie groziło mu osiem lat prac społecznych za m.in. rozboje, których dokonał w Sao Paulo. Dzisiaj Pedrinho przebywa na wolności po spędzeniu wielu lat w więzieniu. Utrzymuje, że żałuje swoich złych czynów i nawrócił się na chrześcijaństwo. Mężczyzna miał pracować nad swoją autobiografią i prowadził też własny kanał YouTube z poradami dla młodych ludzi. Rzekomo prowadzi zupełnie inne życie, starając się zniechęcić młodzież do przestępczości.

Od Północy do Południa

Pedrinho został ponownie zatrzymany 14 września 2011 roku w turystycznym miasteczku Balneário Camboriú na północnym wybrzeżu Santa Catariny. Aresztowano go około godziny 11 w jego domu. Funkcjonariusz, który zlokalizował go "po cywilu", oznajmił później: - Otrzymałem anonimowy donos o tym, że Pedrinho Matador przebywał w ukryciu w Camboriú. Informacja ta dotarła do lokalnej policji, gdzie zweryfikowano te pogłoski. Udało nam się je potwierdzić i zatrzymaliśmy go.

Mężczyzna odsiedział swój wyrok za dokonane zabójstwa (z czego ponad połowa to morderstwa dokonane w więzieniu), ale został ponownie skazany w sierpniu 2018 roku za udział w sześciu rozbojach.

Z uwagi na swoje czyny został on jednym z bohaterów książki pt. "Serial Killers - Made in Brazil" autorstwa Ilany Casoy. Publikacja ta zawiera opowieści o mordercach takich jak Marcelo Costa de Andrade czy Francisco da Costa Rocha.

Ostatecznie został on wypuszczony na wolność pod koniec 2018 roku i prowadzi swój własny kanał YouTube z autorskimi vlogami.

Źródło: Wikipedia

Pewien człowiek postanowił zarobić pieniądze na irytujących telefonach od firm marketingowych, używając do tego własnego płatnego numeru.

W listopadzie 2011 roku Lee Beaumont zapłacił 10 funtów plus VAT w celu założenia osobistej linii 0871 - tak aby każde przychodzące połączenie kosztowało jego rozmówcę 10 funtów, z czego do jego rąk trafiałoby 70% tej kwoty.

Mieszkaniec Leeds oświadczył w rozmowie z dziennikarzami BBC Radio 4, że w dwa lata udało mu się zarobić 300 funtów na takim zabiegu.

Firma Phone Pay Plus, która zajmuje się takimi „numerami premium”, zdecydowanie odradza ludziom takie przedsięwzięcia.

Beaumont wpadł na taki plan poprzez rosnącą frustrację spowodowaną kolejnymi telefonami z ofertami reklamującymi ubezpieczenia czy instalacje paneli słonecznych.

Mężczyzna oznajmił: - Nie korzystam z mojego prywatnego numeru, chyba że mówimy o moich przyjaciołach czy rodzinie.

Od kiedy założył swoją linię 0871, za każdym razem podawał tenże numer, kiedy bankierzy czy dostawcy gazu lub prądu pytali go przez Internet o dane kontaktowe.

Beaumont utrzymuje, że był „naprawdę uczciwy”, a firmy rzecz jasna pytały go dlaczego zdecydował się na założenie takiego numeru.

Jego odpowiedź była w takich przypadkach rozbrajająco szczera: - Ponieważ jestem zdenerwowany, kiedy otrzymuję kolejny telefon reklamowy podczas oglądania „Coronation Street” - więc czemu miałbym na tym nie zarobić.

Zdaniem mężczyzny wszystkie firmy, z którymi miał do czynienia, z radością korzystały z tego numeru, a jeśli odmawiały - prosił je o kontakt drogą mailową.

Ostrzeżenie

Liczba połączeń marketingowych wykonywanych do Beaumonta sukcesywnie malała - od 20-30 miesięcznie do 13 w lipcu 2013 roku.

Z uwagi na swój domowy charakter pracy, Beaumont był w stanie powiększać swoje zarobki poprzez przeciąganie rozmów z telemarketerami, wypytując ich o wszelkie szczegóły ich oferty.

Mężczyzna wyjawił, że taki schemat działania zmienił jego podejście: „Od teraz wręcz wyczekiwałem na takie połączenia”. Dodał, że zaczął nawet namawiać firmy do kontaktowania się z nim.

Po pewnych przejściach związanych z zakupami online, Beaumont odmówił wykonania telefonu do linii 0845, ale zamiast tego opublikował swój numer na Twitterze, licząc na to, że trafi na niego jeszcze więcej firm marketingowych.

Tym niemniej firma zajmująca się numerami premium Phone Pay Plus zaznacza, że ludzie powinni dwa razy zastanowić się przed dokonaniem takiego fortelu.

Ich zdaniem firmy opiekujące się takimi numerami muszą działać zgodnie z prawami konsumenta, do których wliczają się: przejrzystość, uczciwość i rozpatrywanie skarg. Oznacza to, że należy jasno przedstawić koszt każdego połączenia firmie, która prosi nas o dane kontaktowe.

W rozmowie z dziennikarzami BBC przedstawiciele firmy oznajmili: „Numery premium nie powstały po to, aby być używane w takim celu. Zdecydowanie odradzamy słuchaczom takie pomysły, ponieważ będą karani za takie praktyki zgodnie z naszym regulaminem”.

Ankieta zorganizowana przez organizację Citizens Advice wykazała, że 2/3 ankietowanych Brytyjczyków otrzymało niepożądane telefony , sms-y, maile lub listy od osób, które reklamowały usługi ubezpieczeniowe.

Ponad połowa zapytanych osób wyznała, że w 2012 roku kontaktowano się z nimi w ten sposób więcej niż 10 razy.

Źródło: BBC

Pewna kobieta przez lata odczuwała dziwny dyskomfort w prawym oku, ale tłumaczyła to sobie tym, że jej organizm przechodzi po prostu pewne zmiany i nie warto się nad tym głowić.

Szczęśliwą, w przypadku 67-latki, okazała się rutynowa operacja zaćmy, kiedy to lekarze odkryli źródło jej niedogodności i usunęli ją w listopadzie 2017 roku. Okazało się, że oko kobiety stało się domem dla twardej, niebieskawej masy złożonej z prawie 30 soczewek kontaktowych sklejonych ze sobą śluzem.

Zlepek, który odkrył zespół medyczny, opisano początkowo jako składający się z 17 soczewek. Dalsze badania wykazały, że w rzeczywistości liczba ta była o 10 większa.

- Wszyscy byliśmy zszokowani, że pacjentka tego nie zauważyła - oznajmiła doktor Rupal Morjaria, oftalmolog z Wielkiej Brytanii i jeden z trzech autorów raportu dotyczącego tego przypadku.

Nie wiadomo jak długo soczewki znajdowały się w oku kobiety, ale udało się ustalić, że przez 35 lat nosiła ona miesięczne soczewki - twierdzą lekarze. Operacja zaćmy została odroczona z powodu zwiększonego ryzyka infekcji, ale nieco później została ostatecznie przeprowadzona bez długotrwałych powikłań.

Dr Morjaria i jej koledzy po fachu spekulowali, że zły wzrok pacjentki i głęboko osadzone oczy mogły przyczynić się do tego, że nie zauważyła ona gromadzącej się masy.

- Stwierdziła, że ​​czuła pewien dyskomfort w oku, "jakby coś tam było w środku”, ale nie uważała, że ​​ma się czym martwić - opisuje okulistka.

- W Wielkiej Brytanii soczewki można uzyskać tylko po konsultacji ze specjalistą, ale można je też łatwo kupić online - dodaje dr Morjaria. - W przypadku tej pacjentki soczewki zostały umieszczone tak wysoko pod powieką, że nie były od razu dostrzegalne.

Zespół postanowił opublikować sprawę, aby szerzyć świadomość na temat bezpiecznego stosowania soczewek kontaktowych. Oczywiście soczewki mogą być skutecznym sposobem korygowania wzroku, ale eksperci podkreślają, że należy ich używać ze szczególną ostrożnością.

- Pacjentka koniec końców miał szczęście, jednak "nadmierne" zakładanie soczewek kontaktowych może powodować komplikacje wzrokowe - oświadczyła dr Morjaria.

W lecie 2016 roku Centrum Kontroli i Prewencji Chorób poinformowało, że około 41 milionów ludzi w Stanach Zjednoczonych nosi soczewki kontaktowe. Tylko niewielki procent cierpi na poważne infekcje oczu związane z tymi urządzeniami optycznymi.

Aby zmniejszyć ryzyko infekcji, eksperci zalecają unikać spania w soczewkach kontaktowych bez omawiania tego z okulistą, nie mieszać starego i nowego roztworu soczewek kontaktowych oraz wymieniać soczewki zgodnie z zaleceniami.

Zlepek 27 soczewek został odkryty przez anestezjologa Richarda Crombie i została usunięta przez doktora Amita Patela, okulistę. Obaj byli autorami raportu wraz z dr Morjarią.

Źródło: The New York Times

Był 6 września 2006 roku - w godzinach popołudniowych 14-letnia Elizabeth Shoaf z Leaning Tree Road w Lugoff w Południowej Karolinie szła do domu po wyjściu ze szkolnego autobusu. Zegarki wskazywały wówczas godzinę 16:30. Podczas przechadzki podszedł do niej mężczyzna w mundurze bojowym. Był to Vinson Filyaw, bezrobotny przestępca seksualny, którego policja usiłowała odnaleźć przez kilka miesięcy po tym, jak zmolestował on pewnego 12-latka. Filyaw zyskał zaufanie Elizabeth, twierdząc, że jest policjantem.

Po założeniu kajdanek na nastolatkę, Filyaw zaprowadził Elizabeth w głąb lasu na około godzinę, tak aby ją zdezorientować. W końcu przyprowadził ją do podziemnego bunkra, który wykopał w ziemi obok swojej przyczepy. Schronienie to miało nieco ponad metr szerokości i 6 metrów długości.

W środku znajdował się ręcznie wykopany wychodek, prowizoryczne łóżko i półki wykonane z gałęzi. Były tam też dwa granaty domowej roboty i pistolet flarowy. Bunkier znajdował się około 1,5 kilometra od domu Elizabeth.

Będąc już pod ziemią, Filyaw rozebrał przerażoną dziewczynę, związał ją łańcuchami, a następnie zgwałcił. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez 10 dni. Mężczyzna gwałcił Elizabeth od dwóch do pięciu razy dziennie. Co więcej, Filyaw umieścił ładunki wybuchowe wokół szyi dziewczyny i ostrzegł ją, że całość wybuchnie, jeśli ta spróbuje uciec. Jak twierdził sam porywacz, w pobliżu znajdował się zbiornik wodny w postaci stawu. Może to oznaczać, że zamierzał on przetrzymywać swoją ofiarę w bunkrze przez kolejne miesiące, jeśli nie lata.

Kiedy Elizabeth nie wróciła do domu ze szkoły, jej rodzice zgłosili jej zaginięcie. Pomimo ich niebezpodstawnych obaw, że stało się coś złego, policja założyła, iż była to tylko młodzieńcza ucieczka z domu. Rodzice utrzymywali, że tego typu rozwiązanie nie byłoby w jej stylu. Mimo to policja odmówiła uruchomienia tzw. "Amber Alert" (system alarmowy, który służy do udostępniania fotografii zaginionych dzieci poprzez rozpowszechnianie komunikatów środkami masowego przekazu) i sklasyfikowała ją jako uciekinierkę.

W przeciągu następnych 10 dni, Elizabeth pracowała nad zdobyciem zaufania jej porywacza. Próbowała dotrzeć do niego mówiąc o rzeczach, które go interesowały i ujawniając, że interesują ją one w tym samym stopniu. Próbowała sprawić, by mężczyzna uwierzył, że nastolatka cieszy się z takiej sytuacji i jego towarzystwa. W końcu zaczął pozwalać Elizabeth wychodzić na świeże powietrze. Dziewczyna sprytnie zostawiała kosmyki włosów na ziemi, mając nadzieję, że ktoś je znajdzie i "połączy kropki".

Dziesiątego dnia Elizabeth zapytała Filyawa, czy może użyć jego telefonu do grania w gry. Kiedy mężczyzna zasnął, Elżbieta wysłała do swojej rodziny liczne wiadomości. Jej matka otrzymała wiadomość tekstową od córki, w której ta poinformowała ją, że przebywa w dziurze w ziemi i że słyszy ciężarówki jadące obok. Policja była w stanie wyśledzić numer telefonu do wieży telefonicznej w pobliżu podziemnego bunkra.

Gdy policja była już na jego tropie, Filyaw dowiedział się o całej sprawie po obejrzeniu wiadomości na telewizorze z zasilaniem bateryjnym. Początkowo był wściekły na Elizabeth: „Bałam się, że umrę. Był wściekły" - wyjawiła. Gniew szybko przerodził się w strach. Co jeśli policja go znajdzie? Zapytana o radę, Elizabeth zasugerowała, żeby uciekł i był oddalony od funkcjonariuszy, którzy szybko zbliżali się do celu. Porywacz posłuchał tej rady i porzucił Elizabeth w bunkrze.

Wkrótce po jego odejściu Elizabeth nieustannie krzyczała o pomoc z bunkra, mając nadzieję, że ktoś ją usłyszy. Grupa poszukiwawcza, która przeszukiwała okolicę, usłyszała jej krzyki i ostatecznie odkopała legowisko okrutnego pedofila.

Od tamtej pory trwało polowanie na Filyawa. Helikopter policyjny krążył wokół bunkra i otaczającego go obszaru leśnego. Podczas przeszukiwania odkryto trzy inne bunkry, wszystkie wykopane przez Filyawa. Był on zwolennikiem survivalu, który znał każdy zakamarek okolicznego lasu.

Później okazało się, że Filyaw posiadał system tuneli pod swoim domem, prowadzący do kilku podziemnych bunkrów.

W końcu wytropiono go po tym, jak pewna kobieta zadzwoniła na policję, by powiedzieć, że Filyaw próbował ją porwać przed pizzerią 17 września około 2 w nocy. Policja zatrzymała go podążającego drogą międzystanową 20 około 8 kilometrów od jego domu - był uzbrojony w pistolet na śrut, paralizator i długi nóż myśliwski.

Determinacja Elizabeth by przeżyć była nadzwyczaj imponująca. „Patrzę na nią cały czas i zastanawiam się, przez co przeszła i jak tego dokonała” - powiedział później jej ojciec w rozmowie z  "Today". Elizabeth ukończyła szkołę średnią i politechnikę. Po zostawieniu za sobą traumatycznej przeszłości, pragnie jednej rzeczy - aby jej historia była lekcją dla innych.

Źródło: Morbidology

"Żołądek deserowy". Wszyscy doświadczyliśmy tego doznania smakowego. Zdarza się to tylko w tym przeklętym momencie, kiedy akurat jemy posiłek. To w zasadzie część ludzkiego funkcjonowania.

Jesz pyszny i sycący obiad, czujesz się pełny po brzegi, ale kiedy pada piękne pytanie „Może jeszcze deser?” , to zawsze kończy się odpowiedzią twierdzącą - ku rozpaczy naszego żołądka.

To prawda - zawsze znajdziemy miejsce na deser, bez względu na to, czy pobudzamy to uczucie samym deserem, czy nie (słowa uznania, jeśli masz wystarczająco silną wolę). Ale dlaczego tak się dzieje?

Według Russella Keasta - profesora nauk sensorycznych i żywnościowych oraz dyrektora Centrum Zaawansowanej Nauki Sensorycznej na Uniwersytecie Deakin - istnieje naukowe potwierdzenie zjawiska zwanego sensorycznym uczuciem sytości lub tzw. „żołądkiem deserowym”.

- Główną przyczyną jest w tym przypadku zjawisko zwane sensorycznym uczuciem sytości. Zasadniczo jest to to czego doświadczamy, kiedy spożywamy jeden posiłek aż do totalnej sytości. Nasze zmysły podpowiadają nam, że nie chcemy już dłużej jeść tego konkretnego pokarmu, innymi słowy - jesteśmy pełni - powiedział Keast w rozmowie z "Huffington Post Australia".

Częściową odpowiedzią jest tak naprawdę nuda zmysłowa - jedzenie, które nas ekscytuje obiecując pyszne przysmaki, staje się teraz nudne. Jesteśmy zaspokojeni, ale w połączeniu tego z faktem, że nasz system wykrywania smaku jest przeładowany smakiem żywności, co pomaga nam w zaprzestaniu dalszego jedzenia.

- Następnie prezentujesz zmysłom deser, nowe doznania smakowe, inny profil w odniesieniu do tego, czym się już znudziliśmy. Może wyglądać i pachnieć dobrze, a (z doświadczenia) wiemy, że słodkie równa się atrakcyjne. Zażegnanie nudy pokarmowej i oczekiwanie ponownie wyzwalają apetyt - stąd mamy do czynienia z deserowym żołądkiem.

Na chłopski rozum kolacja jest nudna w porównaniu z potrawą, którą są: rozmaite lody, ciasta, ciastka, czekolada czy lizaki. A nasze mózgi natychmiastowo to rozpoznają i nawet nadpisują sygnały przyjemności (tj. deseru) kosztem sygnałów sytości (uczucia "pełności").

- Sygnały sytości są przesłonięte przyjemnym oczekiwaniem na nowe jedzenie - oznajmił Keast. - Jeśli prezentujemy zmysłom to samo jedzenie, pragnienie konsumowania więcej tego samego nie ma prawa mieć miejsca.

Keast rzeczywiście zbadał i przetestował to zjawisko, a wyniki są naprawdę fascynujące.

- Aby ocenić sensoryczną sytość, zapewniamy uczestnikom naszych testów 300 ml truskawkowego koktajlu mlecznego (lub inny smak czy inny rodzaj jedzenia) - wyjaśnił Keast.

- Ogłaszamy im, że muszą zjeść całą porcję w dwie minuty. Po wymuszonym spożyciu dostarczamy te same pożywienie do znudzenia (czyli 700 ml truskawkowego koktajlu mlecznego) i prosimy uczestników, aby skonsumowali go tyle ile chcą. Mierzymy skonsumowaną ilość i czas potrzebny do jej spożycia.

- Podczas następnej wizyty uczestników zapewniamy te same 300 ml mlecznego koktajlu o smaku truskawkowym, który zostanie spożyty w ciągu dwóch minut. Jednak potem podajemy im 700 ml shake'a czekoladowego (a więc inny smak) i ponownie prosimy o spożycie takiej ilości, na jaką uczestnicy mają ochotę.

- Różnica między ilością mlecznego koktajlu czekoladowego a spożywanym mlecznym koktajlem truskawkowym jest miarą SSS (z ang. "sensorycznej sytości" - przyp. red.). Nowy smak jest zawsze konsumowany znacznie bardziej niż jeden i ten sam.

- Ważne jest również, aby pamiętać, że jedzenie musi być atrakcyjne dla konsumenta, aby efekt się pojawił. Jeśli najemy się do uczucia sensorycznej sytości i nowe jedzenie nie jest dla nas atrakcyjne, możemy ostatecznie zdecydować się nie spożywać kolejnego posiłku.

Co więcej, nasze żołądki mogą w rzeczywistości przywyknąć do dalszego spożywania po początkowym uczuciu "pełności", co oznacza, że ​​będziemy potrzebować więcej jedzenia, aby czuć się usatysfakcjonowanymi - co nie jest najlepsze dla naszych figur.

- Tak, nasz żołądek i fizjologia mają zdolność adsorbowania składników odżywczych i energii w nadmiarze. Prawdopodobnie był to świetny mechanizm przetrwania - w czasach, gdy posiłki były nad wyraz obfite, można było jeść, a twoje ciało przechowywało to, co mogło” - dodał Keast.

- Pomagało to w czasach głodu. Mechanizm ten nie jest już tak dobry, jeśli żyjemy w czasach, gdy jedzenie jest łatwo dostępne i często przystępne. Żołądek ma również elastyczność w przyjmowaniu pokarmu - słodkie związki pomagają żołądkowi zrelaksować się i przyjąć w nas więcej jedzenia.

Wszyscy wiemy, że jedzenie po osiągnięciu tego początkowego uczucia "pełności" (ekhem, np. jedzenie ogromnego pączka) nie sprawia, że ​​czujemy się dobrze. Stajemy się rozdęci, mamy uczucie dyskomfortu, a czasem nawet mdłości. Dlaczego więc nigdy się nie nauczymy na tych błędach?

- Wydaje się, że powinniśmy! Czujemy się nieswojo, bo za dużo jedliśmy i nasz system na to pozwala - oznajmił Keast.

- Jako, że słodki deser rozluźnia żołądek i doprowadza do nieco większej jego pojemności, to kiedy ten decyduje się na zwężenie, może powodować to nieprzyjemne odczucia. Organizm pracuje na pełnych obrotach, aby rozpocząć proces trawienia i pobierania składników odżywczych, ale wysyła jednocześnie sygnały do mózgu, aby przestać już jeść.

- Ale jak wiemy, połykanie pokarmu i niekomfortowa "pełność" są nieco opóźnione. Dlaczego się nie nauczymy na bazie tych "błędów"? Prawdopodobnie dlatego, że nie jest to choroba zagrażająca życiu, a zaledwie funkcja w tych obfitych czasach. Biologia, na bazie milionów lat ewolucji, zapewnia, że ​​możemy wchłonąć pokarmy, gdy są obfite.

Niech was szlag trafi, smaczne pączki, za bycie tak obfitymi.

Źródło: Huffington Post Australia

40 lat temu nastolatek o imieniu Jadav „Molai” Payeng zaczął sadzić nasiona wzdłuż jałowego odcinka gleby w pobliżu swego miejsca urodzenia w regionie Assam w północnych Indiach, aby stworzyć bezpieczną przystań dla dzikiej przyrody. Niedługo potem postanowił poświęcić swoje życie temu przedsięwzięciu, a więc przeprowadził się na miejsce, aby móc pracować w pełnym wymiarze czasu, tworząc nowy ekosystem leśny. I choć trudno w to uwierzyć, dzisiaj w miejscu tym znajduje się rozległa dżungla o powierzchni 1360 akrów (ok. 550 hektarów), którą Payeng zasadził w pojedynkę.

Reporterzy The Times of India odnaleźli Payenga w jego leśnym zaciszu domowym, aby dowiedzieć się więcej o tym, jak stworzył tak niezatarty ślad na krajobrazie.

Wszystko zaczęło się w 1979 roku, kiedy powodzie wyrzuciły olbrzymią liczbę węży na suchy ląd. Pewnego dnia, po tym, jak wody ustąpiły, Payeng, wówczas mający zaledwie 16 lat, znalazł miejsce "usiane" tymi martwymi gadami. To był punkt zwrotny w jego życiu.

- Węże ginęły w upale, bez jakiejkolwiek osłony drzew. Usiadłem i płakałem nad ich zwłokami. To była rzeź. Zaalarmowałem wydział leśny i zapytałem, czy mogą tam uprawiać drzewa. Usłyszałem, że nic tam nie urośnie Polecili mi bym spróbował posadzić tam bambus. To było bolesne, ale tak uczyniłem. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nikt nie był zainteresowany - mówi Payeng, który w 2019 roku obchodzi 56 urodziny.

Podczas gdy niezwykłe zaangażowanie Payenga w sadzenie pochłonęło wiele lat, aby uzyskać zasłużone uznanie na arenie międzynarodowej, nie trzeba było długo czekać na dzikie zwierzęta w regionie, które chciałyby skorzystać z tak wyprodukowanego lasu. Demonstrując głębokie zrozumienie równowagi ekologicznej, Payeng wprowadził nawet mrówki do swojego rozwijającego się ekosystemu, aby wzmocnić jego naturalną harmonię. Wkrótce bezcieniowy i wysuszony teren został przekształcony w samo-funkcjonujące środowisko, w którym mogła zamieszkać menażeria stworzeń. Las, zwany Molai, służy obecnie jako bezpieczna przystań dla wielu ptaków, jeleni, nosorożców, tygrysów i słoni - gatunków coraz bardziej narażonych na utratę siedlisk.

Pomimo popularności projektu Payenga, urzędnicy leśni w regionie po raz pierwszy dowiedzieli się o tym nowym lesie w 2008 roku - i od tego czasu zaczęli uznawać jego wysiłki za naprawdę niezwykłe, ale być może nie wystarczające.

- Jesteśmy zaskoczeni Payengiem i jego postawą - mówi Gunin Saikia, asystent konserwatora lasów. - Siedzi w tym od 40 lat. Gdyby robił to w jakimkolwiek innym kraju, zostałby okrzyknięty bohaterem.

Źródło: MNN.com

sobota, 23 marzec 2019 09:49

Ile zmysłów posiada człowiek?

Standardowa lista pięciu zmysłów tak naprawdę nie oddaje naszym ciałom uznania za wszystkie niesamowite rzeczy, które potrafią zrobić. Istnieje co najmniej tuzin innych rzeczy, które potrafimy wyczuwać.

Abyśmy mieli zmysł, konieczny jest sensor. Każdy sensor jest dostrojony do jednego konkretnego wrażenia. Na przykład w naszych oczach są sensory, które potrafią wykryć światło. Aby wyśledzić wszystkie zmysły danej osoby, najłatwiej jest skatalogować wszystkie sensory. Oto najbardziej rozsądna lista:

  • W naszych oczach posiadamy dwa różne typy sensorów światła. Jeden zestaw, określany czasami jako pręciki, wyczuwa natężenie światła i działa dobrze w przypadkach słabego oświetlenia. Drugi typ, zwany stożkami, może wyczuwać kolory (a właściwie trzy różne typy stożków dla trzech kolorów podstawowych) i do aktywacji wymagają dość intensywnego światła.
  • W naszych uszach wewnętrznych znajdują się sensory dźwięku.
  • Również w uszach znajdują się sensory, które pozwalają wykrywać orientację w polu grawitacyjnym - dają poczucie równowagi.
  • W skórze jest co najmniej pięć różnych typów zakończeń nerwowych: wrażliwych na: ciepło, zimno, ból, swędzenie i nacisk. Komórki te dają nam poczucie: dotyku, bólu, ciepła/zimna i swędzenia.
  • W nosie znajdują się sensory chemiczne, które dają nam zmysł węchu.
  • Na języku są receptory chemiczne, które dają nam poczucie smaku.
  • W twoich mięśniach i stawach są sensory, które mówią nam, gdzie znajdują się różne części ciała, a także informują nas o ruchu i napięciu mięśni. Zmysły te pozwalają nam na przykład dotknąć naszych dwóch palców wskazujących z zamkniętymi oczami.
  • W pęcherzu znajdują się sensory, które wskazują, kiedy należy oddać mocz. Tak samo jelito grube ma sensory, które wskazują, kiedy jest pełne.
  • Istnieją też zmysły głodu i pragnienia.

W zależności od tego, jak chcielibyśmy to policzyć, na liście znajduje się od 14 do 20 różnych zmysłów.

Zdarzają się ludzie, którzy wydają się posiadać jeszcze inne zmysły. Na przykład jest wiele osób, które wyczuwają zbliżające się zmiany pogody. Moja mama zawsze potrafiła wyczuć, kiedy miałem zrobić bałagan (zmysł znany również jako „oczy z tyłu głowy”). No i wielu ludzi wierzy, że mogą wyczuć, kiedy ktoś inny na nich patrzy, ale nie ma naukowego dowodu na którykolwiek z tych zmysłów - na tę chwilę.

Źródło: How Stuff Works

Efekt Benjamina Franklina jest zjawiskiem psychologicznym, który powoduje, że ludzie lubią kogoś bardziej, gdy robią tej osobie przysługę. Przykładowo efekt ten może spowodować, że ktoś zacznie lubić osobę, którą wcześniej nienawidził, jeśli zrobi jej pomniejszą przysługę - taką jak pożyczenie książki.

Stanowi to użyteczną koncepcję, z której należy zdawać sobie sprawę, ponieważ można jej używać podczas interakcji z innymi - rzecz jasna inni mogą ją również wykorzystać przeciwko nam. Zanim przyjrzymy się temu efektowi bliżej, warto poznać kilka przykładów jego użycia i zrozumieć dlaczego ludzie go doświadczają. Z tekstu można się także dowiedzieć jak wykorzystywać go samemu, tak aby zbudować zdrową relację z innymi ludźmi.

Czym jest efekt Benjamina Franklina?

Efekt Benjamina Franklina jest zjawiskiem, w którym czynność wyświadczania komuś przysługi (szczególnie osobie, której nie lubimy lub czujemy wobec niej neutralność) sprawia, że ​​lubimy ich bardziej.

Nazwa tego zjawiska pochodzi z opowieści w autobiografii Benjamina Franklina, znanego naukowca i polityka, który opisuje, jak radził sobie z wrogością rywalizującego prawodawcy.

Po otrzymaniu informacji, że jego rywal posiada rzadką książkę w swojej bibliotece, Franklin napisał do niego wiadomość, w której zapytał go czy może pożyczyć tę książkę na kilka dni. Rywal wyraził na to zgodę, a tydzień później Franklin zwrócił książkę wraz z listem wyrażającym jego podziękowania. Następnym razem, gdy obaj się spotkali, wspomniany rywal Franklina rozmawiał z nim z wielką uprzejmością i wykazał chęć pomocy w różnych sprawach, co ostatecznie doprowadziło obu mężczyzn do zostania dobrymi przyjaciółmi.

Franklin następnie odniósł się do tego efektu jako starego aksjomatu, stwierdzając, że: „ten, który okazuje wam uprzejmość, prędzej będzie gotów zrobić dla was kolejną dobrą rzecz - w przeciwieństwie do człowieka, któremu to wy okazaliście uprzejmość”.

Przykłady

Przykład efektu Benjamina Franklina pojawia się w badaniu, w którym uczestnicy wzięli udział w zadaniu poznawczym, które pozwoliło im zarobić trochę pieniędzy. Po wykonaniu zadania osoba prowadząca eksperyment, która prezentowała raczej mało wiarygodną postawę, zapytała kilku uczestników, czy mogliby zrobić jej osobistą przysługę i zwrócić zarobione pieniądze. Uczestnicy, którzy zostali poproszeni o tę przysługę, uosobiali efekt Bena Franklina, gdy ocenili eksperymentatora bardziej pozytywnie niż osoby, które nie zostały poproszone o ową przysługę.

Inny przykład pojawia się w badaniu, w którym uczestnicy zostali poproszeni o rozwiązanie serii zagadek razem z kimś innym, który ich zdaniem był również uczestnikiem eksperymentu, a który w rzeczywistości pracował dla naukowców. Kiedy uczestnicy zostali poproszeni przez partnera o pomoc w rozwiązaniu zagadki, później mieli więcej pozytywnych uczuć po zakończeniu zadania.

Dlaczego ludzie doświadczają efektu Benjamina Franklina?

Efekt Benjamina Franklina został ogólnie wyjaśniony za pomocą teorii dysonansu poznawczego, która sugeruje, że zachowywanie dwóch lub więcej sprzecznych przekonań jednocześnie powoduje, iż ludzie doświadczają dyskomfortu psychicznego, który objawia się jako stres psychologiczny. Zgodnie z tą teorią ludzie starają się zminimalizować swój dysonans poznawczy, co w kontekście efektu Benjamina Franklina może mieć miejsce kiedy zrobią coś pozytywnego dla kogoś, kogo nie lubią lub czują się wobec tej osoby neutralnie.

Jak wynika z jednego badania na ten temat: "Tak długo, jak dana osoba lubi adresata uprzejmości, czuje, że zasługuje na to, lub że prawdopodobnie się odwdzięczy, osoba ta może zaoferować sobie wystarczające usprawiedliwienie dla spełnienia przysługi. Istnieją jednak przypadki, gdy dana osoba jest „testowana” i wykonuje przysługę dla kogoś, kogo nie ceni, kompletnego nieznajomego, a nawet kogoś, kogo otwarcie nie lubi. W takich przypadkach nie ma wystarczającego uzasadnienia dla wykonania przysługi, ponieważ nie lubi zbytnio tej osoby i nie ma powodu oczekiwać, że odwzajemni ona przysługę.

W związku z tym, jeśli człowiek wykonuje przysługę dla osoby, co do której początkowo ma neutralne lub negatywne odczucia, może polubić tę osobę, aby usprawiedliwić swoją przysługę. Przewidywanie to wywodzi się z teorii dysonansu poznawczego… Jeśli ktoś robi przysługę dla osoby nielubianej, wiedza o tym działaniu jest dysonansowa z poznaniem, że nie podoba się adresatowi przysługi. Oznacza to, że ponieważ zazwyczaj nie korzysta się z osób, które nie darzą nas sympatią, sytuacja wywołuje dysonans. Jednym ze sposobów, w jaki dana osoba może zmniejszyć ten dysonans, jest zwiększenie jego upodobania do adresata danej uprzejmości, tj. poczuć, że zasługuje on na przysługę" - czytamy w publikacji pt. “Liking a Person as a Function of Doing Him a Favour”.

Zasadniczo oznacza to, że gdy ktoś wyświadcza ci przysługę, musi być w stanie uzasadnić to samemu sobie, aby uniknąć dysonansu poznawczego, który może wystąpić w wyniku robienia czegoś miłego dla kogoś, kogo nie lubi. Jeśli już cię lubią, to nie ma problemu, ale jeśli cię nie lubią, muszą mieć powód, który pomoże im wyjaśnić, dlaczego ci pomagają.

Najprostszy powód, z którego ktoś może skorzystać, aby wytłumaczyć sobie, dlaczego komuś pomógł, jest taki, że musi polubić tę osobę z jakiegoś powodu, co stanowi usprawiedliwienie, które działa, nawet jeśli nie lubił tej osoby, zanim zrobił jej przysługę. Koncepcja ta jest wspierana przez inne badania na ten temat, które pokazują, że uprzejmość wobec kogoś zwiększa poziom sympatii wobec tej osoby.

Należy jednak pamiętać, że efekt Bena Franklina nie ogranicza się tylko do przypadków, w których ludzie mają negatywne lub neutralne odczucia wobec osoby, której pomagają. Efekt ten może pojawić się w przypadkach, gdy ludzie wyświadczają przysługę komuś, wobec kogo mają umiarkowanie pozytywne uczucia.

Dzieje się tak dlatego, że jeśli przedmiotowa korzyść wiąże się z wysokimi kosztami pod względem czynników, takich jak wysiłek, ryzyko lub pieniądze, a koszt ten przewyższa stopień, w jakim osoba wykonująca przysługę lubi osobę, której pomaga, to osoba wykonująca przysługę może doświadczyć dysonansu poznawczego, ponieważ nie ma wystarczającego uzasadnienia, aby wyjaśnić, dlaczego w ogóle to robi.

W takich przypadkach osoba wykonująca przysługę może doświadczyć efektu Bena Franklina i zwiększyć stopień, w jakim lubi osobę, której pomaga, aby uniknąć dysonansu poznawczego i uzasadnić swoją decyzję o pomocy.

Na koniec warto zauważyć, że w niektórych przypadkach inne czynniki poza dysonansem poznawczym mogą również odgrywać pewną rolę, jeśli chodzi o efekt Bena Franklina. Na przykład, w pewnych sytuacjach poproszenie o przysługę może sprawić, że ktoś poczuje się uznany i szanowany za swoją wiedzę, co może doprowadzić do tego, iż rozwiną bardziej pozytywne uczucia w stosunku do osoby, która poprosiła o ich pomoc.

Efekt Benjamina Franklina nie zawsze ma miejsce

Ważne jest, aby pamiętać, że efekt Benjamina Franklina niekoniecznie pojawia się w każdej sytuacji, w której ktoś robi przysługę dla kogoś, kogo nie lubi.

Istnieje wiele powodów, dla których ten efekt może być nieobecny - na przykład może się zdarzyć, że osoba, która robi przysługę, po prostu nie dba o to zbytnio lub jest w stanie usprawiedliwić ją w jakiś inny sposób, poza zwiększaniem sympatii do osoby, której pomaga, na przykład poprzez wmawianie sobie że mogą czerpać pewne korzyści z tej uprzejmości w przyszłości.

Negatywny efekt Benjamina Franklina

Jak widzieliśmy powyżej, efekt Benjamina Franklina występuje, ponieważ ludzie próbują zminimalizować dysonans poznawczy, którego doświadczają, kiedy usprawiedliwiają robienie czegoś pozytywnego dla kogoś innego, wmawiając sobie, że muszą lubić tę osobę.

Ma to ważne implikacje, ponieważ sugeruje, że może istnieć także negatywna wersja efektu Bena Franklina, w sytuacjach, w których ludzie, którzy robią coś negatywnego dla kogoś, zwiększą stopień, w jakim nie lubią tej osoby, w celu uzasadnienia swoich negatywnych działań przed samym sobą.

Zasadniczo oznacza to, że jeśli ludzie robią coś negatywnego dla kogoś, kogo lubią lub czują się wobec tej osoby neutralni, lub jeśli ludzie robią coś bardzo negatywnego dla kogoś, kogo nieznacznie nie lubią, często doświadczają dysonansu poznawczego, w wyniku wiedzy, że ich traktowanie tej osoby nie pasowało do ich opinii. Następnie, aby zminimalizować ten dysonans, ludzie zmieniają swoje postrzeganie osoby, którą źle traktowali, próbując usprawiedliwić to gorsze traktowanie.

Jak korzystać z efektu Benjamina Franklina

Na tym etapie już rozumiesz, czym jest efekt Benjamina Franklina i jak działa. Pora na poznanie kilku wskazówek opartych na innych badaniach na ten temat, które pomogą zmaksymalizować zdolność do wykorzystania tego efektu:

  • Pamiętaj, że zakres przysługi nie ma tak dużego znaczenia, jak sama korzyść. Oznacza to, że w większości przypadków polepszenie relacji wynika z faktu, że druga osoba robi ci przysługę, nawet jeśli jest stosunkowo niewielka. Jest to szczególnie prawdziwe, jeśli druga osoba cię nie lubi, zamiast czuć się neutralnie lub umiarkowanie pozytywnie wobec ciebie.
  • Nie bój się prosić o pomoc, ponieważ ludzie często nie doceniają, jak prawdopodobne jest, że inni mogą faktycznie im pomóc. Mamy tendencję do niedoceniania prawdopodobieństwa, że ​​inni nam pomogą, ponieważ kiedy szukamy pomocy, koncentrujemy się na spodziewanych kosztach, podczas gdy nasi potencjalni pomocnicy koncentrują się na postrzeganych kosztach społecznych odmowy bezpośredniego żądania pomocy, czego większość ludzi chce unikać.
  • Możesz skorzystać z efektów wzajemności, wykonując niewielką przysługę dla drugiej osoby, zanim poprosisz ją o wykonanie przysługi dla ciebie. Zasadniczo, wykonując przysługę dla drugiej osoby, zmniejszasz prawdopodobieństwo, że odmówi ci później pomocy, nawet jeśli osoba ta nie poprosiła cię o przysługę. Jeśli jednak to zrobisz, upewnij się, że wykonywałeś początkową przysługę tylko przez krótki czas, zanim sam poprosisz o przysługę, ponieważ efekty wzajemności maleją wraz z upływem czasu.
  • Po poproszeniu drugiej osoby o przysługę, możesz wykonać niewielką przysługę w zamian, aby zwiększyć prawdopodobieństwo, że ci pomoże, jeśli ponownie poprosisz o pomoc. Dlatego, jeśli musisz poprosić o dużą przysługę, czasami lepiej zacząć od prośby o niewielką, taką którą możesz odwzajemnić, zanim przejdziesz do "głównej" prośby.
  • Co najważniejsze, upewnij się, że używasz zdrowego rozsądku, korzystając z tego efektu. Oznacza to, że powinieneś być realistą w odniesieniu do tego, kogo prosisz o przysługę, oraz w odniesieniu do przysług, o które prosisz.
  • Wreszcie, nie zapominaj, że ważne jest również to, jak prosisz o przysługę i może to mieć znaczący wpływ na wskaźniki sukcesu, chociaż najlepszy sposób na prośbę o przysługę będzie różny w różnych sytuacjach. Ogólnie rzecz biorąc, prawie we wszystkich przypadkach bycie uprzejmym i miłym przyniesie najlepszy rezultat, zwłaszcza jeśli twoim celem jest użycie efektu Bena Franklina w celu zbudowania relacji.

Podsumowanie i wnioski

  • Efekt Benjamina Franklina jest zjawiskiem psychologicznym, które powoduje, że ludzie lubią kogoś bardziej, gdy robią mu przysługę.
  • Doświadczamy efektu Bena Franklina, ponieważ kiedy robimy komuś przysługę, nasz umysł próbuje to usprawiedliwić, wyjaśniając, że najwyraźniej musimy polubić tę osobę, aby uniknąć stanu dysonansu poznawczego.
  • W związku z tym efekt Bena Franklina występuje najczęściej w przypadkach, gdy osoba wykonująca przysługę albo nie lubi osoby, której pomaga, albo czuje się wobec niej neutralna.
  • Korzystając z tego efektu, należy pamiętać, że w ogólnym rozumieniu wykonanie przysługi jest ważniejsze niż jej zakres, więc nawet mała przysługa może prowadzić do znacznego polepszenia relacji.
  • Można zwiększyć prawdopodobieństwo, że ktoś zechce zrobić nam przysługę, wykorzystując efekt wzajemności, w myśl którego wykonanie przysługi dla drugiej osoby sprawi, że będzie jej łatwiej pomóc nam później.

Źródło: Effectiviology

czwartek, 21 marzec 2019 14:59

Zamiast psa... gęś obronna

Sześć lat temu chińska policja radziła, by mieszkańcy prowincji Xinjiang zaopatrywali się w gęsi obronne zamiast psów w celu walki z trwającą falą przestępczości. Włamywacze znaleźli sposób na oszukanie czworonogów, ale nikt jeszcze nie przechytrzył gęsi - tak brzmiał główny argument funkcjonariuszy.

Dlaczego gęś?

Gęś obronna to nic innego jak to gęś domowa wykorzystywana jako zwierzę obronne zarówno w gospodarstwach domowych, jak i w innych przypadkach.

Uważa się, że gęsi mają doskonały wzrok i są „czujne i dociekliwe”, a przy tym odznaczają się silnymi instynktami terytorialnymi. Coraz częściej zgłaszane są ataki gęsi na ludzi. Pewien przypadek z 2001 roku doprowadził do precedensu prawnego, co spowodowało wypłatę odszkodowania pracowniczego w wysokości ponad 17 tys. dolarów dla poszkodowanego kuriera - było to pierwsze roszczenie pracowników Illinois z powodu ataku dzikiej zwierzyny.

Kolejny ciekawy przypadek to atak gęsi chroniących swoje gniazdo na kobietę poruszającą się na rowerze w Anglii. Ptaszyska doprowadziły do tego, że kobieta upadła z jednośladu i musiała być wysłana do szpitala. Z kolei pewien mieszkaniec Buffalo w stanie Nowy Jork zażądał ponad 2 milionów dolarów odszkodowania za atak gęsi, kiedy ten przebywał na działce sąsiada.

Zdarza się, że strażnicy parków zabijali całe stada agresywnych gęsi. Kanadyjskie ptaszyska w parkach Cincinnati były odpowiedzialne za strącanie ludzi z rowerów i łamanie ich kości, a ponadto zwracano uwagę na ich „plucie, syczenie, podejmowanie prób agresywnego dziobania”.

Takie agresywne, terytorialne zachowanie można wykorzystać do stworzenia obiecujących strażników. Gęsi są wystarczająco inteligentne, aby rozpoznać podejrzanych ludzi lub dźwięki z typowych bodźców. Ich głośne pokrzykiwanie zaalarmuje ludzi, gdy tylko gęsi zostaną zaniepokojone.

Tło historyczne

Gęsi obronne były wykorzystywane w odległej przeszłości i w czasach współczesnych. W starożytnym Rzymie gęsi były opisywane przez Tytusa Liwiusza jako naturalny alarm, gdy nadciągali Galowie (słynna bitwa nad rzeką Alią).

W nowoczesnych gospodarstwach gęsi są uważane za skuteczne w odstraszaniu drapieżników polujących na inne ptactwo domowe, a także węży. Podręczniki dotyczące bezpieczeństwa przemysłowego zalecają je do ochrony magazynów i innych izolowanych budynków. Niektóre źródła podają, że gęsi bywały używane do ochrony instalacji Dowództwa Obrony Powietrznej Stanów Zjednoczonych w Niemczech czy też jako Straż Szkocka w Ballantine's Distillery w Dumbarton w Szkocji. Warto również wspomnieć o wykorzystaniu ich do ochrony posterunku policji w Xinjiang w Chinach, gdzie miejscowa policja namawiała mieszkańców do korzystania z gęsi w taki sposób.

Odpowiednie rasy

Część ekspertów wymienia gęś afrykańską, gęś rzymską, gęś pomorską i gęś chińską jako najlepsze rasy do wykonywania "służby strażniczej". Dodają przy tym, że rasy afrykańskie i chińskie są szczególnie głośne, jednak "afrykanki" są jeszcze przy tym stosunkowo wielkie, co dodatkowo działa na ich korzyść.

Źródło: Wikipedia

Free Joomla! template by L.THEME