piątek, 04 październik 2019 09:36

Dimetylortęć - bezlitostna trucizna bez antidotum

Kiedy pipeta wylała jedną lub dwie krople na jej lewą rękawiczkę, profesor chemii Karen Wetterhahn nie była szczególnie zaniepokojona. W końcu przestrzegała przepisów bezpieczeństwa dotyczących dimetylortęci. Miała na sobie fartuch laboratoryjny, gogle i jednorazowe rękawiczki lateksowe. A ponieważ substancja stwarza ryzyko poprzez wdychanie, pracowała ona w ramach bezpieczeństwa w dygestorium.

Drobny wyciek tej klarownej cieczy nie sprawił jej bólu ani żadnego dyskomfortu, a więc nie miała powodu sądzić, że incydent ten był poważny. Poza tym jej praca była zbyt ważna, aby tracić czas na obawy: Wetterhahn, pierwsza profesor chemii w Dartmouth College w USA, uzyskała największy grant badawczy w historii swojej szkoły, aby zbadać i wyjaśnić, w jaki sposób metale ciężkie wpływają na ludzkie zdrowie. Niestety, wkrótce miały one wpłynąć na zdrowie samej pani doktor.

Wypadek

14 sierpnia 1996 roku Wetterhahn przygotowywała próbki rtęci do spektroskopii NMR. - Dimetylortęć była standardem w przypadku rtęci NMR, ponieważ jest "czystą" cieczą, więc nie trzeba było się martwić efektami stężenia lub pH, które mogą powodować fałszywe przesunięcia chemiczne - mówi Kent Sugden. Obecnie profesor chemii i biochemii na University of Montana w USA, natomiast w 1996 roku Sugden był pracownikiem naukowym w Dartmouth. Stworzył standardy NMR dla nietoksycznych soli rtęci dla Wetterhahn, ale kiedy nie uzyskała ona oczekiwanych rezultatów, wróciła do stosowania dimetylortęci w celu potwierdzenia swoich ustaleń. Sugden opisuje ją jako „bardzo skrupulatną chemiczkę”.

W styczniu 1997 roku Wetterhahn zaczęła odczuwać mrowienie w kończynach dolnych. Co było jeszcze bardziej niepokojące, zaczęła się potykać podczas chodzenia, jej mowa zaczęła być niewyraźna, a wzrok i słuch zostały naruszone. Po wizycie w szpitalu zdiagnozowano ciężką toksyczność rtęci. Dopiero wtedy przypomniała sobie rozlane kropelki - nie zdawała sobie sprawy, że substancja przeniknęła jej rękawicę i dostała się do skóry. Próg toksyczności dla zawartości rtęci u człowieka wynosi 50 µg/L. Ekspozycja Wetterhahn była około 80 razy większa, przy 4 mg/L.

Niewiele osób na świecie rozumiało toksyczne metale tak samo jak Wetterhahn. Wiedziała, że ​​po przeniknięciu przez skórę dimetylortęć ma jeden cel: jej mózg. Rozpoczęła leczenie zwane terapią chelatacyjną, która miała na celu przekształcenie rtęci w jej ciele w substancję, którą mogła wydalić. Jednak organizmowi łatwiej jest wydalać sole rtęci niż dimetylortęć, a pięć miesięcy po ekspozycji szansa na jakąkolwiek terapię była niewielka. Gdy jej zmysły nadal słabły, zachęciła swojego przewodniczącego wydziału, aby ostrzegł osoby tam pracujące o ekstremalnych zagrożeniach ze strony dimetylortęci.

Na początku lutego 1997 roku, zaledwie trzy tygodnie po pojawieniu się objawów, Wetterhahn zapadła w śpiączkę. Pozostała w stanie wegetatywnym do śmierci 8 czerwca 1997 roku - odeszła w wieku 48 lat, pozostawiając męża i dwoje dzieci.

Zmiana przepisów

Jeszcze przed wypadkiem Wetterhahn niektórzy chemicy odmawiali pracy z dimetylortęcią z troski o swoje bezpieczeństwo. Chociaż społeczność chemiczna wiedziała, że ​​substancja jest toksyczna, nie doceniła, jak wielką ma w sobie moc - w końcu znano wówczas jedyny znany śmiertelny wypadek dimetylortęci w XX wieku z udziałem czeskiego chemika w 1972 roku. Mimo że tylko dwie udokumentowane ofiary śmiertelne w ciągu stulecia mogą wydawać się zaskakujące dla tak niebezpiecznej substancji, Sugden twierdzi, że dimetylortęć „nigdy nie była powszechnie stosowana w laboratoriach, nawet wśród chemików metaloorganicznych”.

W ciągu kilku tygodni po śmierci Wetterhahn, Chemical & Engineering News opublikowało list na temat jej śmiertelnego wypadku i alarmujących wyników testu dimetylortęci na rodzaju rękawiczek, które miała na sobie. Niezależne laboratorium potwierdziło, że dimetylortęć szybko przenika lateks. Rok później, w marcu 1998 roku, Amerykański Departament Pracy i Bezpieczeństwa Zdrowia Pracy (OSHA) wydał biuletyn informacji o zagrożeniach, w którym zalecono unikanie dimetylortęci, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Biuletyn zalecił również, aby oprócz noszenia osłony twarzy, każdy, kto pracuje z dimetylortęcią, powinien nosić rękawice laminowane Silver Shield pod odpornymi na ścieranie rękawicami zewnętrznymi. Ponadto pracownicy laboratorium mieli zgłaszać wszelkie wycieki i otrzymywać natychmiastową pomoc lekarską, a każdy, kto konsekwentnie pracował z dimetylortęcią, powinien poddać się okresowym badaniom krwi i moczu.

OSHA nałożył na Dartmouth karę pieniężną w wysokości 9000 dolarów za to, że instytucja nie zapewniła odpowiedniej ostrożności, szczególnie w odniesieniu do wad jednorazowych rękawiczek lateksowych. Sugden zwraca uwagę, że w przypadku substancji toksycznych laboratoria zmieniły rękawiczki lateksowe na rękawiczki nitrylowe, które są mniej porowate, i przypomina sobie historie o innych kampusach, które powoli wyrzucają wszelkie zapasy dimetylortęci w następstwie tragedii Wetterhahn. Uważa, że ​​substancji nie można już nabyć przez zakup, „nawet jeśli chcesz z nią pracować”.

W tym momencie użytecznym może okazać się również fragment opisu dimetylortęci z polskiej Wikipedii: "Toksyczne działanie dimetylortęci wynika z jego działania na układ nerwowy człowieka. Związek tworzy kompleks z cysteiną, który bez trudu pokonuje barierę krew-mózg i silnie wpływa na jego funkcjonowanie, przez zaburzanie procesów przekazywania sygnałów przez synapsy. Związek ten powoduje ataksję (utratę koordynacji ruchów), efekty halucynacyjne oraz utratę pamięci. Proces tworzenia kompleksu z cysteiną jest bardzo powolny i jednocześnie związek ten nie wchodzi w żadne inne reakcje w organizmie człowieka, nie jest więc z niego wydalany. Stąd efekt zatrucia jest bardzo odsunięty w czasie od momentu wniknięcia trucizny do organizmu i zaczyna się powoli ujawniać dopiero w kilka miesięcy po wchłonięciu dawki śmiertelnej. Nie jest znane żadne antidotum na tę truciznę."

Źródła: ChemistryWorld.com, Wikipedia

czwartek, 03 październik 2019 11:29

Pierwsza rzecz zakupiona przez Internet? Marihuana!

Raport podsumowujący ankietę Global Drugs Survey z 2013 roku przyniósł niepokojące wieści o rosnącej skali handlu narkotykami w Internecie, co zaintrygowało wielu komentatorów. Co ciekawe - okazuje się, że pierwszą rzeczą kupioną oraz sprzedaną online była saszetka marihuany, a transakcja miała miejsce ponad 40 lat temu.

W książce Johna Markoffa z 2005 roku pt. "What the Dormouse Said: How the Sixties Counterculture Shaped the Personal Computer Industry" wyjawił, że pierwszą na świecie transakcją online była transakcja narkotykowa:

"W 1971 lub 1972 roku studenci Stanford korzystający z kont Arpanet w Laboratorium Sztucznej Inteligencji Uniwersytetu Stanford przeprowadzili transakcję handlową ze studentami z Massachussetts Institute of Technology. Przed erą Amazona, przed eBayem, przełomowym aktem handlu elektronicznego została transakcja narkotykowa. Młodzi ludzie skorzystali z sieci, aby po cichu zorganizować sprzedaż nieokreślonej ilości marihuany".

Od tamtej chwili rozpoczęła się długa i dziwna podróż (jak ujęliby to muzycy grupy Grateful Dead), a narkomani, dzięki chemii, neurofarmakologii i telekomunikacji byli o kilka kroków przed stróżami prawa.

W latach 70., 80. i 90. wszelkiego rodzaju narkotyki, zarówno legalne, jak i nielegalne, były sprzedawane online. W 2013 roku niektórzy zadawali sobie pytanie: po co łamać prawo, skoro można po prostu zlecić chińskiemu laboratorium stworzenie syntetycznej substancji marihuany (fachowo: agonisty receptora kannabinoidowego), która w warunkach laboratoryjnych wykazuje takie same efekty jak marihuana? Prawo nadal stara się nadążyć za tym problemem.

Pytanie to zadają także pozbawieni skrupułów dealerzy, którzy chętnie importują i sprzedają te niesprawdzone, rzadkie związki o nieznanej czystości, rozpuszczają je w acetonie i rozpylają na obojętny ziołowy materiał nośnikowy, który sprzedają online każdemu, kto ma kartę kredytową. Mają niewielki szacunek dla konsumentów tych nieprzetestowanych leków, które przecież nie zostały zaprojektowane by odgrywać rolę narkotyków. Mogą prowadzić do chorób, nadciśnienia, a nawet uszkodzenia nerek.

Poprzez zwyczajny przegląd praw narkotykowych dziecinnie prostym jest, aby obejść te ograniczenia i stworzyć legalny narkotyk: taki, który jest chemicznie podobny do zakazanej substancji, ale sam w sobie zakazany nie jest. Jeszcze łatwiejsze jest zbadanie opublikowanych prac medycznych pod kątem wszystkiego, co wykazuje zwiększoną aktywność ruchową lub aktywność receptorów serotoninowych lub dopaminowych, ponieważ będą one prawdopodobnie działać w taki czy inny sposób jak narkotyki.

A jeśli testowano je tylko na szczurach to kogo to obchodzi? Młodzi ludzie ustawiają się w kolejce, by zostać królikami doświadczalnymi.

Spośród 73 nowych chemikaliów odkrytych w 2012 roku 50 to agoniści receptorów kannabinoidowych, często opracowane do stosowania w legalnych badaniach farmaceutycznych znanych jako testy „zależności struktura-aktywność”. Endogenny system kannabinoidowy ma ogromny wpływ na nastrój, apetyt, ciśnienie krwi i wiele innych istotnych funkcji życiowych. Firmy takie jak Stirling Winthrop i laboratoria Johna Williama Huffmana z Clemson University w USA wyprodukowały setki takich "leków" w swoich uzasadnionych poszukiwaniach niesteroidowych środków przeciwzapalnych. Ale uciekli oni na szary rynek w 2008 roku i rozpoczęła się moralna panika - gwarantująca zwiększony popyt.

Pierwsza partia przepisów zakazujących nowych agonistów receptora kannabinoidowego pojawiła się w 2010 roku, kiedy szaleństwo dotyczące mefedronu (znane również jako M-cat lub meow meow) działało w najlepsze. Około 170 receptorów zostało zakazanych w skomplikowanym ustawodawstwie. Nawet najnowsze przepisy z lutego 2013 roku nie zapobiegły innowacjom, a nawet sprzyjały im rozwojowi. Gdy tylko jedna partia została zakazana, dziesiątki kolejnych były w sprzedaży - jeszcze tego samego dnia.

Obecnie liczba dostępnych nowych leków rośnie w takim tempie, że policja i toksykolodzy nie są w stanie nawet zidentyfikować ich zawartości, ponieważ nie mają dostępnych próbek referencyjnych do porównania. W całej sieci odbywają się miliony transakcji narkotykowych.

Cytując Williama Gibsona: „Przyszłość już jest - po prostu nie jest równomiernie rozłożona”.

Źródło: The Guardian

Opublikowano w Nowości w Standardzie
sobota, 31 sierpień 2019 08:08

Osły obronne - czemu nie?

Choć często opisuje się je jako humorzaste i uparte, osły potrafią być lojalnym i efektywnym dodatkiem do gospodarstwa rolnego, potrafiącym nie tylko zaganiać stado, ale też chronić owce przed drapieżnikami takimi jak kojoty czy bezdomne psy - jeśli odpowiednio się je wyszkoli.

Jan Dohner, autorka publikacji "Livestock Guardians: Using Dogs, Donkeys and Llamas to Protect Your Herd" oraz kilku innych ekspertów twierdzi, że ci przedstawiciele rodziny koniowatych mogą być świetnymi obrońcami żywego inwentarza, jednak znacznie różnią się od tradycyjnych psów obronnych.

- Osioł nie radzi sobie tak dobrze z drapieżnikami jak pies i nie obroni gospodarstwa przed małymi szkodnikami, takimi jak szopy pracze czy ptactwo, ale też nie będą nikogo budzić w nocy szczekaniem - oznajmiła Dohner.

Jak większość zwierząt obronnych, najlepiej jest wychowywać osła wraz ze stadem, które ma ochraniać. Mimo, że oślica i wykastrowany samiec mogą dołączyć do stada w wieku dorosłym, źrebaki które dorastają wraz z trzodą staną się naturalnymi przywódcami i obrońcami.

Osły są zwierzętami terytorialnymi i z definicji nie bronią stada tak bardzo, jak swojego otoczenia i siebie samych. Nie chodzą na patrole wokół pastwiska, raczej koncentrują się na karmieniu i nawiązywaniu stosunków towarzyskich ze stadem, dopóki nie pojawia się zagrożenie. Dzięki swoim pokaźnym uszom i szerokiemu polu widzenia, osły są w stanie dostrzec niebezpieczeństwo podczas jedzenia i są jednocześnie mniej płochliwe i bojaźliwe niż konie - co sprawia, że prędzej będą w stanie stawić czoła zagrożeniu.

Dohner twierdzi, że osły są instynktownie agresywne w stosunku do psów i są w stanie odeprzeć miażdżące ciosy zarówno przednimi, jak i tylnymi nogami, a także używać swoich dużych zębów do atakowania intruzów. Nie są jednak w stanie poradzić sobie z wieloma psimi napastnikami lub większymi drapieżnikami, takimi jak pumy, dziki lub niedźwiedzie, i rzadko powiadamiają gospodarza o jakichkolwiek problemach na pastwisku - chociaż ich głośne ryczenie może wskazywać na potencjalną inwazję.

Chociaż osioł nie jest zbyt popularny wśród większych gospodarstw komercyjnych, Dohner utrzymuje, że zwierzęta te stanowią dobrą alternatywę dla gospodarstw hobbystycznych lub osób, które prowadzą drobne rolnictwo poza farmami.

- Dla osób, które nie czują się dobrze z dużymi i agresywnymi psami obronnymi u boku, dobrym rozwiązaniem są osły - zapewniają lepszą ochronę przed drapieżnikami niż lamy i są lepsze od psów w przypadku wizyty gości lub klientów.

Jednak nie każdy osioł będzie odpowiednim opiekunem dla farmy. Ogiery lub niewykastrowane osły są na ogół zbyt szorstkie w stosunku do owiec i mogą im zaszkodzić lub nawet je zabić. Co więcej, osły bez wcześniejszego kontaktu z żywym inwentarzem mogą działać agresywnie po umieszczeniu na tym samym pastwisku.

Kim Barnes, kierownik operacyjny w The Donkey Sanctuary of Canada, codziennie pracuje z osiołkami i ostrzega, że rolnicy, którzy decydują się na wykorzystanie osłów jako opiekunów zwierząt gospodarskich, muszą wiedzieć, jak się z nimi obchodzić i odpowiednio się nimi opiekować.

- Osły są lojalne, troskliwe i świetne w tym, co robią, ale nie są tylko sprzętem - mówi. - Bez problemu mogą być świetnymi strażnikami, ale ludzie myślący o zakupie osła z takich pobudek muszą zasięgnąć pewnej wiedzy.

Tak więc następnym razem, gdy zobaczysz osiołka pasącego się na słońcu, pamiętaj, że to nie Kłapouchy wałęsający się wokół pastwiska - równie dobrze może to być obrońca farmy, w takim przypadku lepiej uważać, ponieważ kopnięcie osła nie należy do najprzyjemniejszych uczuć.

Źródło: ModernFarmer.com

Latem 2018 roku 13-letni Jaequan Faulkner otworzył własny biznes oparty na sprzedaży hot dogów za dwa dolary oraz napojów gazowanych i chipsów (w tym przypadku wymagał zapłaty jednego dolara za sztukę). Odpowiednie stanowisko Jaequan wystawił przed swoim domem w Minnesocie.

Jednak jego przedsięwzięcie nie spodobało się wszystkim - ktoś wysłał anonimowego maila ze skargą do Departamentu Zdrowia w Minneapolis. Wszak młodzieniec działał jako nielicencjonowany sprzedawca przekąsek.

- Powiedziano mi, że ktoś wysłał skargę - oznajmił młody przedsiębiorca w wywiadzie dla CNBC.

Faulkner nieświadomie stał się najnowszym przypadkiem w napływie dzieci próbujących zarabiać pieniądze na boku, których działania często spotykają się z protestami wściekłych dorosłych. W przypadku, który stał się viralowy, pewna kobieta, która zyskała pejoratywny przydomek "Permit Patty" (w wolnym tłumaczeniu: "Patty od zezwoleń"), wezwała władze do sprawdzenia młodej dziewczyny sprzedającej wodę.

Dan Huff, dyrektor ds. zdrowia środowiska w Departamencie Zdrowia w Minneapolis, powiedział w rozmowie z dziennikarzem CNBC: - Zanim odpowiedzieliśmy na skargę, wstrzymaliśmy się z odpowiedzią, dając sobie czas na wymyślenie sposobu, w który można by mu pomóc".

- Zamiast mnie zamknąć, członkowie rady miasta zebrali się, aby przedyskutować sprawę i powiedzieli: "OK, w jaki sposób możemy pomóc temu dziecku, aby go poinstruować? - stwierdził Faulkner.

Będąc pod wrażeniem przedsiębiorczości młodego człowieka inspektorzy zdrowia postanowili nauczyć go prawidłowego obchodzenia się z żywnością, aby pomóc mu w uporaniu się z legalnymi kwestiami związanymi z biznesem hotdogowym.

Stragan nastolatka przeszedł inspekcję, a inspektorzy sami zapłacili 87 dolarów za "krótkoterminowe pozwolenie na sprzedaż jedzenia", które chłopiec otrzymał 16 lipca.

- Zwyczajnie ruszył z kopyta. Nigdy się nie poddawał i wciąż brnął do przodu. I przy okazji pchał do przodu i mnie - powiedział wujek Jaequana, Jerome Faulkner.

Stoisko z hot dogami serwował lunch w dni powszednie od 11:00 do 15:00, a Jerome okazał się również pragmatyczny. - Nie jest to łatwa praca dla 13-latka - żartował wujek. - Jaequan wykrzykuje tylko: "Potrzebuję tego, potrzebuję tamtego" i zwyczajnie mu to dostarczam, podczas gdy on kontroluje kasę. Całkiem dobrze zna się na obsłudze kasy fiskalnej.

Jerome oszacował, że wspólnie sprzedawali "od 100 do 150 hot dogów dziennie". Jego siostrzeniec planował wykorzystać pieniądze na ubrania do szkoły, ale wyraził nadzieję, że pozostanie w branży spożywczej - pracując po lekcjach.

- Kolejnym krokiem będzie dla mnie odnaleźć małe miejsce, restaurację lub coś w tym rodzaju - powiedział Faulkner dla CNBC. - Zaraz po wyjściu ze szkoły mogę tam iść i zacząć pracować. Gdzieś na stałe, ale ważne, żeby było to małe przedsięwzięcie, niewielkie.

Zapytany o to jakie lekcje wyciągnie ze swojego sukcesu tamtego lata, wspomniał o mądrości rodzinnej.

- Ciocia zawsze mi mówiła: "Nikt nie może cię zatrzymać oprócz ciebie. Jeśli powiesz sobie: "Nie potrafię tego zrobić", to po prostu przygotujesz się na porażkę.

Źródło: CNBC

W 2013 roku Hiszpanie zaprezentowali światu ich nowe dziecko - okręt podwodny, który niestety posiadał pewien problem z wagą. Właściwie chodzi tutaj o niemałą nadwagę, bo aż 70 ton "za dużo" - władze natychmiast wyraziły zaniepokojenie, że łodzie wypuszczone w tym stanie na wody nie będą w stanie wypłynąć z powrotem na powierzchnię.

Były hiszpański urzędnik oznajmił, że problem ten wyniknął z błędu w obliczeniach. Ktoś najprawdopodobniej... pomylił miejsca po przecinku.

- Był to katastrofalny błąd - oświadczył Rafael Bardaji, który w przeszłości był dyrektorem Biura Oceny Strategicznej w hiszpańskim Ministerstwie Obrony.

Isaac Peral, pierwszy przedstawiciel nowej klasy okrętów podwodnych z silnikiem Diesla, był już niemal ukończony, gdy inżynierowie odkryli pewien problem. Pomoc w jego rozwiązaniu miała nadejść z Zachodu - podwykonawca z amerykańskiej marynarki wojennej w Connecticut, Electric Boat, podpisał umowę, która miała pomóc hiszpańskiemu Ministerstwu Obrony w znalezieniu sposobów na odchudzenie okrętu ważącego 2200 ton.

Wspomniany kontrakt z Electric Boat wzywał Hiszpanię do zapłaty 14 milionów dolarów w ciągu trzech lat za ocenę problemu z programem okrętów podwodnych S-80 i zakres prac, które byłyby konieczne do jego rozwiązania - co potwierdził hiszpański minister obrony w oświadczeniu dla The Associated Press.

Bardaji, który później został starszym pracownikiem zespołu analitycznego Strategic Studies Group w Madrycie, powiedział, że urzędnicy mieli dokonać przeglądu opcji oferowanych przez Electric Boat. Dodał przy tym, że preferowaną opcją było wydłużenie kadłuba okrętu podwodnego, być może o 5 lub 6 metrów, aby zwiększyć wyporność.

W przeciwnym razie waga okrętu musiałaby zostać zmniejszona, a hiszpańska marynarka wojenna nie chciała narażać na szwank takich aspektów jak system walki lub niezależny od powietrza układ napędowy.

Isaac Peral, nazwany na cześć XIX-wiecznego hiszpańskiego projektanta okrętów podwodnych, był wówczas jednym z czterech okrętów tej klasy będących na etapie konstruowania. Kraj zainwestował około 2,7 miliarda dolarów w ten program. Pierwszą dostawę zaplanowano na rok 2015, jednak pracownicy hiszpańskiej stoczni Navantia stwierdzili, że problemy z wagą mogą spowodować opóźnienia sięgające nawet dwóch lat.

Okręt o długości 233 stóp (ok. 71 metrów) miał za zadanie przewozić 32-osobową załogę wraz z ośmioma żołnierzami sił specjalnych i systemami uzbrojenia do działań wojennych na powierzchni i przeciw okrętom podwodnym.

Ministerstwo Obrony stwierdziło, że problemy techniczne są normalne w przypadku projektów na taką skalę.

- Wyzwania technologiczne, przed którymi stoją te programy podczas ich opracowywania, to znacznie więcej niż proste obliczenia - oznajmił minister. - Wszystkie główne programy wojskowe, zwłaszcza te związane z okrętami podwodnymi, doświadczały pewnych opóźnień i często wymagały wsparcia partnera technologicznego.

Bardaji wyjawił, że problem został odkryty w drugiej połowie 2012 roku, a Navantia przekazała pracownikom ministerstwa, że najwyraźniej ktoś umieścił przecinek dziesiętny w niewłaściwym miejscu.

- Najwyraźniej ktoś w obliczeniach na samym początku popełnił błąd i nikt nie zwracał uwagi na ich dokładne sprawdzenie - powiedział.

Electric Boat, główny wykonawca floty atomowych okrętów podwodnych amerykańskiej marynarki wojennej, parafował kontrakt w drodze zagranicznej umowy sprzedaży wojskowej między amerykańską marynarką wojenną a hiszpańskim Ministerstwem Obrony - ogłosiło w 2013 roku Naval Sea Systems Command.

Firma ta, będąca oddziałem General Dynamic Corp., pomogła również innym krajom w ich programach okrętów podwodnych. Warto wymienić choćby pomoc w rozwoju okrętów podwodnych ataku nuklearnego klasy Astute dla Brytyjskiej Marynarki Wojennej w 2003 roku i prace na podstawie innej umowy sprzedaży wojskowej nad australijskim okrętem Collins.

Źródło: o.Canada.com (za The Associated Press)

W 1939 roku Niemcy napadają na Polskę i rozpoczyna się II wojna światowa. Niedługo później do konfliktu dołącza ZSRR, które dzieli się okupowanymi terenami Polski z Hitlerem. Bezbronni obywatele naszego kraju ginęli każdego dnia. Podczas gdy całe grupy Polaków wyemigrowały do innych części Europy, wielu z nich nie czuło się bezpiecznie w obawie przed rosnącą siłą nazistów. Kiedy coraz to więcej dorosłych ginęło w walce, tysiące polskich sierot transportowano do sierocińców na terenie Związku Radzieckiego.

Cywile, którzy trafili do obozów pracy, żyli w nieludzkich warunkach w charakterze jeńców wojennych. Żydzi byli transportowani do nazistowskich obozów śmierci, takich jak Auschwitz, ale obywatele nieżydowscy uznawani byli często za uchodźców. Nocowali w namiotach, ponieważ brakowało domostw mogących ich pomieścić. Brakowało jedzenia, a wielu z nich chorowało i notowało drastyczny spadek wagi. W czasie, gdy cały Zachód pogrążony był w wojennej walce, setki osieroconych dzieciaków nie miało się dokąd udać.

Na ratunek maharadża

W tamtym czasie niejaki Digvijaysinhji był maharadżą północno-zachodniego indyjskiego księstwa Nawanagaru. Kiedy usłyszał o wspomnianych sierotach i ujrzał wygłodzone dzieci na fotografiach, jego serce pękło. Indie zostały pierwszym krajem, który przyjmował polskich uchodźców, aby ci mogli żyć w pokoju. Czerwony Krzyż i brytyjskie konsulaty w Polsce zainicjowały długi proces organizowania transportu dla dzieci. 640 dziewczynek i chłopców, wraz z setkami dorosłych, pokonało wiele mil drogą morską. Każdy nastolatek w wieku powyżej 15 lat otrzymywał azyl w kraju, a dorośli mężczyźni mogli żyć i pracować tam jako uchodźcy.

Wspomniane 640 dzieciaków poniżej 15. roku życia zostało od razu przetransportowane do królewskiego pałacu w Bombaju, gdzie przywitał ich książę, który od tamtej pory stał się ich przybranym ojcem. - Nie jesteście już sierotami. Od tej chwili jesteście Nawanagaryjczykami, a ja jestem Bapu, ojcem wszystkich Nawanagaryjczyków, a więc i waszym - miał do nich rzec maharadża przy pierwszym spotkaniu. Jego jedynym celem było sprawienie, żeby dzieci te poczuły się kochane i bezpieczne.

Podczas pierwszego dnia po przybyciu do Indii, książę zorganizował olbrzymią ucztę dla dzieciaków, ale podano na niej same pikantne dania charakterystyczne dla kuchni indyjskiej. Żaden z małolatów nie widział nigdy takich potraw na oczy i nie byli w stanie przełknąć tak ostrych dań. Tak więc bali się jeść, mimo że odczuwali wielki głód. Zamiast zmuszać dzieci do przyjęcia nowej kultury, maharadża zatrudnił siedmiu polskich kucharzy by ci pracowali w pałacu, tak aby nieletni mogli cieszyć się ich ulubionymi potrawami.

Mimo całej tej dobroci, dzieciaki mogli stawiać żądania. Pewnego dnia jeden ze starszych chłopców postanowił zorganizować strajk przeciwko szpinakowi. Dzieci chciały wyeliminować go z diety, jako że przypominał im on o Sowietach, którzy żywili ich samym szpinakiem w puszce przez dwa tygodnie bez przerwy. Zbuntowana grupa dzieci odłożyła szpinak na wielką kupę w jednym miejscu na stole. Kiedy maharadża usłyszał o ich podejściu do szpinaku, nakazał kucharzom pomijanie go w przyszłości.

Jeszcze przed przybyciem gości, Digvijaysinhji wybudował salę sypialną, gdzie każdy dzieciak otrzymał swoje własne łóżko. Tuż za pałacem znajdował się olbrzymi dom gościnny, który przekształcono na szkołę z odpowiednimi salami lekcyjnymi. Niektóre dorosłe kobiety, którym także udało się uciec z kraju, mianowano nauczycielkami, tak aby dzieci mogły się uczyć w języku ojczystym. Zanim odpowiedni podręczniki trafiły do Indii, starsi koledzy pomagali młodszym w nauce poprzez spisywanie lekcji, których udzielono im w przeszłości. Stworzyli nawet odręcznie pisane elementarze wraz z ilustracjami - wszystko powstało czysto z pamięci.

Najlepsze dzieciństwo na świecie

Było tam dla nich wiele miejsc do zabawy, a otaczał ich dosłowny raj. Plaża znajdowała się rzut beretem od ich miejsca zamieszkania, podobnie jak dżungla, w której dzieci mogły zbierać owoce z drzew. Ponieważ formalne wykształcenie zajęło trochę czasu, dzieciom udzielano lekcji pływania i uczyły się one pracy zespołowej przez specjalnie stworzone drużyny sportowe, grając w siatkówkę i piłkę nożną. Często udawali się na kemping pod gwiazdami. Mimo że mieli dużo swobody w zabawach, straż królewska czuwała nad nimi, aby upewnić się, że nigdy nie zostaną skrzywdzeni.

Maharadża zadbał o to, aby zapewnić im piękne doznania podczas każdego święta, do którego przywykli w Polsce, np. Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pierwszego świątecznego poranka stado wielbłądów niosących tysiące prezentów na garbach ruszyło w kierunku pałacu, a mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja jechał na jednym ze zwierzaków z przodu stada.

W wywiadzie z polskim czasopismem maharadża wyjaśnił, że dzieci te przeżyły wystarczająco dużo tragedii w swoim życiu i chciał przywrócić im tyle dzieciństwa, ile tylko mógł. - Może tam, na pięknych wzgórzach nad brzegiem morza, dzieci będą mogły odzyskać zdrowie i zapomnieć o ciężkiej męce... Współczuję narodowi polskiemu i jego nieustającej walce z opresją.

Ponieważ większość Indii była terytorium brytyjskim, przeważająca część mieszkających tam Europejczyków mówiła po angielsku. Jednak książę nie chciał, aby dzieci zapomniały mówić po polsku w procesie dorastania. Lekcje w szkole były prowadzone po polsku, a książę zamówił tysiące polskich książek i zbudował bibliotekę, aby je tam umieścić. Maharadża sprowadził materiały z Polski i szył na zamówienie tradycyjne ubrania dla swoich dzieci, aby mogły one poznawać historię i kulturę swojego kraju rodzinnego w jak największym stopniu, mimo że były tysiące kilometrów od jego terytorium. Czasami nazywali taki stan rzeczy „małą Polską”.

Ojciec Pluta odprawiał nabożeństwa w języku polskim w każdą niedzielę, a indyjscy lekarze i pielęgniarki jeździli do pałacu, aby regularnie badać dzieci i opiekować się nimi, gdy ktoś zachorował.

Z powrotem do Polski

Digvijaysinhji wiedział, że któregoś dnia wojna się skończy, a dzieci wrócą do ojczyzny. Książę upewnił się, że wszystkie tożsamości dzieci zostały dobrze udokumentowane, aby polski rząd i Czerwony Krzyż mogły pomóc im w powrocie do domu i znalezieniu ocalałych krewnych. Niektórzy mieli szczęście, gdyż odkryli, że ich rodzice wcale nie umarli, a zostali oni rozdzieleni z powodu panującego wtedy chaosu. Kiedy II wojna światowa została oficjalnie zakończona, dzieci mogły bezpiecznie wrócić do domu. Zostali przetransportowani z powrotem do kraju macierzystego.

Polski rząd podziękował maharadży za opiekę nad sierotami. Kiedy przyszedł czas na powrót do domu, dzieci płakały, ponieważ pokochały swojego "Bapu". Digvijaysinhji zaskarbił sobie prawdziwe uwielbienie u wszystkich tych dzieci i był smutny, widząc, jak odchodzą. Książę powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy za opiekę od rządu. Chciał tylko ulicy nazwanej jego imieniem, aby zawsze o nim pamiętano. Niestety, Związek Radziecki wciąż miał znaczącą kontrolę nad Polską. Dopiero w 2012 roku rząd mógł nazwać plac na warszawskiej Ochocie „Skwerem Dobrego Maharadży”. Na jego cześć postawiono tam stosowny pomnik. Co więcej, ZSSO „Bednarska” nosi imię Jam Saheba. Szkoła uczyniła swoją misją zajmowanie się dziećmi uchodźców z całego świata, tak jak czynił to jej patron.

Opisywane dzieci nazywają siebie „Ocalałymi z Balachadi”. Wielu z nich będąc wówczas nastolatkami zakochało się w sobie i wzięło ślub, żyjąc razem w Polsce. Jeden z ocalałych, Jan Bielecki, powiedział, że kiedy wrócił do Polski, często tęsknił za życiem w Indiach i pragnął wrócić, i nadal uważa to miejsce za drugi dom.

Mimo że w Małej Polsce mieszkało prawie tysiąc osób, wszyscy stali się jedną wielką kochającą rodziną. Wiele z tych dzieci wróciło do Indii, aby odwiedzić swoich opiekunów, którzy byli równie nostalgiczni, wspominając wspólne chwile i ubrania, które zostały stworzone dla dzieci. Każdego roku sieroty organizowały „Zjazd Rodzinny”, na którym wszyscy mogli się spotkać. Z biegiem czasu dorastali, mieli własne dzieci i zestarzeli się. Coraz mniej ocalałych z Balachadi pozostało przy życiu, aby móc opowiedzieć swoje historie, ale z pewnością żaden z nich nigdy nie miał nic złego do powiedzenia na temat maharadży Digvijaysinhjego.

Źródło: History Collection

W 2018 roku jeden z użytkowników popularnego portalu reddit.com zadał internautom pytanie: "Do ludzi uczących się języka angielskiego - co najbardziej was w nim wkurza?". Odpowiedzi zwróciły uwagę na kilka interesujących aspektów, wszak Reddit zrzesza internautów z całego świata.

Postanowiłem zebrać najciekawsze (i najbardziej plusowane) wypowiedzi i przedstawić je w tym materiale. Zaczynajmy!

"Whoever invented the word 'rural' is a horrible person. Whenever I try to pronounce this word I sound like scooby-doo."

"Rural", czyli słówko, które przetłumaczymy jako "wiejski", spędza sen z powiek wielu miłośników języka Szekspira. Szczególny problem z wymówieniem tego wyrazu posiadają nacje, których języki są wyraźnie "twarde", pełne spółgłosek i "szeleszczenia". W tej grupie z pewnością znajdą się i Polacy, choć szczególnie zabawne (jak i nieudolne) próby wymówienia tego słowa podejmował mój znajomy Niemiec.

Pewien internauta pospieszył nawet z pomocą zakłopotanemu użytkownikowi: Don't worry, just say "rrrl".

"Why am I on the bus when I’m actually inside the bus, and why am I in the car and not on the car then? I walked through a door and sat down inside in both cases, so why is one on and one in? It makes no fucking sense."

Jestem w autobusie, jestem w samolocie, jestem w aucie - kwestia tak oczywista dla Polaków okazuje się nieco komplikować w języku angielskim. W tym wypadku znajdujemy się bowiem "on the bus", "on the plane", ale już "in the car" - skąd ta nieoczekiwana i nieintuicyjna zmiana?

Jedną z teorii tłumaczących taki obrót wydarzeń jest kwestia "mobilności w pojeździe". W przypadku autobusu, samolotu czy łodzi możemy przemieszczać się na ich pokładzie, możemy zrobić coś więcej niż tylko siedzieć - w przeciwieństwie do samochodu, do którego tylko wchodzimy i natychmiast siadamy, bez możliwości większego przemieszczania się w jego wnętrzu.

Stąd też "on the boat" to tak naprawdę skrót od "on-board the boat". Nie możemy być "on-board a car", gdyż nie przemieszczamy się przecież na jego "pokładzie".

"Same combinations of vowels being pronounced differently."

Nic dodać, nic ująć. Kwestia wymowy w języku angielskim jest często dość... umowna, a ma to głównie związek z pochodzeniem danych słów (inaczej wymawiamy słowa zapożyczone z łaciny, inaczej z francuskiego itd.). Najlepiej obrazuje to zdanie: "It can be understood through tough thorough thought, though."

"Phrasal verbs. All of the permutations and combinations of using a verb with prepositions afterwards can be mind-bending."

Słynne "frejzale" to zmora uczących się języka angielskiego i na dobrą sprawę jest to ostatni przystanek na drodze do opanowania go w stopniu perfekcyjnym. Internauci słusznie zauważyli, że konstrukcje te należy traktować jak idiomy - podobnie jak one, phrasal verbs NIE MAJĄ sensu w tłumaczeniu dosłownym i trzeba to zaakceptować.

"It blows my mind that english has no plural for you."

A to ciekawe - część internautów uważa fakt nieposiadania osobnego słowa określającego zaimek "wy" jako zaskakujący. Faktycznie - rodzimy użytkownik języka angielskiego często skorzysta z konstrukcji "you people" lub "you guys", jednak jest to język nieformalny.

"It's a problem with all Slavic languages. We don't have any equivalent to the or a/an (except Bulgarian and Macedonian). That's why stereotypical Russian accent omits all articles."

Przedimki... Rzecz to wspaniała. Tym piękniejsza dla wszystkich użytkowników języka słowiańskiego, w którym próżno szukać ich odpowiedników. Kiedy powinniśmy użyć "a/an", kiedy "the", a kiedy w ogóle pominąć przedimek? O zgrozo!

"Native speakers writing 'your' instead of 'you're' and 'then' instead of 'than'".

Rzecz nagminna, którą spotkać można często grając w gry zawierające tryb multiplayer. Okazuje się, że bardzo często błędne używanie "your" czy "then" to sprawka... rodzimych użytkowników języka angielskiego. Jest zatem promyk nadziei - oni też mylą się w tym języku!

"English is my only language and I'm still pissed over read and read."

Ta sama pisownia, ale już różna wymowa. Zorientowanie się w tekście czy ktoś coś przeczytał czy czytuje nie jest tak oczywiste, jakby mogło się wydawać - nawet dla native speakerów.

Jednakże: "Read and lead rhyme with each other. Read and lead rhyme with each other. However, read and lead do not rhyme with each other." - w czym problem? :)

A co dołożylibyście od siebie do tej listy? Zachęcamy do dyskusji!

P.S. Takie tam porównanie na koniec:

Spanish: rules are confusing, always followed

English: rules are easy, but are broken all the time

Opublikowano w Nowości w Standardzie
czwartek, 01 sierpień 2019 08:22

Donkey czy... ass?

Większość osób uczących się języka angielskiego prędzej czy później natrafia na angielski odpowiednik polskiego "osła" - "donkey". Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że to urocze zwierzę można również po angielsku określić mianem... "ass" - i nie ma w tym nic uszczypliwego czy obraźliwego. O co chodzi?

Najprościej mówiąc - "donkey" to udomowiona wersja "ass".

"Ass" jest członkiem rodziny koniowatych złożonej z dwóch gatunków - osła nubijskiego oraz kułana azjatyckiego. Ciekawe są tutaj angielskie słówka określające te zwierzaki - odpowiednio "African wild ass" oraz "Asiatic wild ass". W rodzinie mamy też podgatunek znany jako kułan mongolski - po angielsku "Mongolian wild ass".

Osioł nubijski został udomowiony około 5000 lat temu. Jego potomkowie są opisywani jako podgatunki (Equus africanus asinus), a niektórzy eksperci traktują je jako osobny gatunek (Equus asinus). Udomowione zwierzę tego rodzaju jest po angielsku określane mianem "donkey".

Może się jednak zdarzyć, że niektórzy ludzie będą używali słówka "ass" do opisania udomowionego zwierzaka. Jest to w pełni akceptowalne, gdyż każdy "donkey" to "ass". Nie działa to jednak w drugą stronę - dziki osioł nie może być obdarowany tytułem "donkey".

Nieco bardziej wyczerpujący opis prezentuje nam angielska Wikipedia:

Przyjęło się, że tradycyjna nazwa naukowa osła to Equus asinus asinus, co jest oparte na zasadzie pierwszeństwa stosowanej w naukowych nazwach zwierząt. Jednak Międzynarodowa Komisja ds. Nomenklatury Zoologicznej orzekła w 2003 roku, że jeśli gatunki domowe i gatunki dzikie są uważane za swoje podgatunki, nazwa naukowa dzikiego gatunku ma pierwszeństwo, nawet jeśli podgatunek ten został opisany po podgatunku domowym. Oznacza to, że prawidłowa nazwa naukowa osła to Equus africanus asinus, gdy jest uważany za podgatunek, i Equus asinus, gdy jest uważany za gatunek.

Kiedyś "ass" było bardziej powszechnym określeniem osła. Pierwsze udokumentowane użycie "donkey" miało miejsce w roku 1784 lub 1785. Podczas gdy słowo "ass" ma pewne korzenie w większości innych języków indoeuropejskich, "donkey" jest niejasnym etymologicznie słowem, dla którego nie zostało zidentyfikowane jednoznaczne pochodzenie. Istnieje kilka hipotez na temat jego pochodzenia:

- być może pochodzi on z języka hiszpańskiego, mając na uwadze jego "powagę dona (don to tytuł grzecznościowy używany w Hiszpanii oraz Włoszech)". Osioł był kiedyś również określany jako "Król hiszpańskiego trębacza",

- może to być zdrobnienie od słowa "dun" (matowy szaro-brązowy), typowego koloru osła,

- możliwe, że pochodzi od imienia Duncan,

- być może nazwa ta wzięła się z naśladownictwa (onomatopeja).

Od XVIII wieku "donkey" stopniowo wypierał "ass", a "jenny" wyparł "she-ass", który jest obecnie uważany za archaiczny. Zmiana mogła nastąpić poprzez tendencję do unikania w mowie pejoratywnych terminów i może być porównywalna do zastąpienia "cock" słówkiem "rooster" w północnoamerykańskim angielskim lub używaniem "rabbit" zamiast "coney", który wcześniej był homofoniczny z "cunny". Pod koniec XVII wieku zmiany w wymowie zarówno "ass", jak i "arse" sprawiły, że stały się homofonami. Inne słowa używane w języku angielskim w tamtych czasach do opisania osła to: "cuddy" w Szkocji, "neddy" w południowo-zachodniej Anglii i "dicky" na południowym wschodzie. Z kolei "moke" zostało udokumentowane w XIX wieku i może być pochodzenia walijskiego lub cygańskiego.

Jak widzicie - każdy "donkey" to "ass", ale nie każdy "ass" to "donkey". :)

Źródło: Quora, Wikipedia

Opublikowano w Nowości w Standardzie
poniedziałek, 22 lipiec 2019 11:08

Gotowa lekcja: Becoming Sherlock (poziom B2)

Dzisiaj prezentujemy Wam coś wyjątkowego - zabawę w Sherlocka Holmesa, opartą na materiałach autentycznych. Z pewnością wielu z Was marzyło o zostaniu tym znanym detektywem, a dzięki naszej grze będzie to możliwe! Co więcej - poćwiczycie przy okazji swój język angielski.

O co chodzi? Otóż - mamy do czynienia z morderstwem. Przybywamy na miejsce i ustalamy pierwsze fakty, mamy również pewnych podejrzanych. Wszystko opisane jest we wstępie opisanym jako case-study (analiza przypadku).

Następnie docieramy do 20 wskazówek, ułożonych w ustalonej wcześniej kolejności. Naszym głównym zadaniem jest wskazanie osoby, która rzeczywiście była mordercą. Z kolei celem drugorzędnym jest ustalenie mordercy przy użyciu jak najmniejszej ilości wskazówek. Swój typ można nawet podać po zapoznaniu się z samym case-study, bez korzystania ze wskazówek. Pamiętajcie jednak - chodzi nam głównie o wskazanie osoby odpowiedzialnej za ten okropny czyn!

Poniżej znajdziecie również tę grę w formie wideo - nagrałem go osobiście :) "Becoming Sherlock" była wielokrotnie używana przeze mnie zarówno na lekcjach indywidualnych, jak i grupowych (w tym w publicznej szkole podstawowej). Zabawa jest bardzo wciągająca, zmusza do przełączenia się w tryb myślenia "po angielsku", a także wywołuje żywą dyskusję przy ustalaniu faktów i odtwarzaniu potencjalnego przebiegu wydarzeń. Bez wątpienia lekcja ta zaangażuje zarówno nauczyciela/lektora, jak i uczniów.

Udostępniam również wersję .pdf do pobrania - są to trzy osobne pliki: case-study (wprowadzenie do gry), clues (wskazówki) oraz solution (rozwiązanie sprawy). Powodzenia, adepci sztuki detektywistycznej! :)

case-study

clues

solution

Oczywiście jeżeli zdecydujecie się na wykorzystanie tych materiałów na zajęciach, to będzie mi bardzo miło, jeśli podzielicie się swoimi wrażeniami w komentarzach!

Opublikowano w Nowości w Standardzie

W 2014 roku trzyletnia dziewczynka została uratowana po przetrwaniu 11 dni i nocy po tym, jak zgubiła się w syberyjskim lesie pełnym niedźwiedzi i wilków.

Ratownicy twierdzą, że Karina Czikitowa została uratowana przez swojego szczeniaka, który ogrzewał ją swoim ciepłem przez ponad tydzień, zanim opuścił ją, by wrócić do domu i wezwać pomoc.

"Dziewczynka w wieku trzech lat i siedmiu miesięcy przeżyła, jedząc dzikie jagody i pijąc wodę rzeczną na terytorium zamieszkiwanym przez dzikie niedźwiedzie i wilki" - donosi "The Siberian Times".

Ratownicy, którzy jej szukali, mieli natknąć się na niedźwiedzia, co tylko podkreśla olbrzymie niebezpieczeństwo, z jakim się mierzyła. Mimo to obrażenia małej dziewczynki ograniczały się do ukąszeń komarów i lekkich zadrapań.

Karina wyszła z domu w odległej wiosce, w towarzystwie szczeniaka, którego imienia, pomimo nadzwyczajnego heroizmu, nie ujawniono. Dziewczynka była w stanie przygotowywać sobie miejsca do spania w długich trawach, co zresztą jest dość powszechnym zabiegiem w południowo-zachodniej części Jakucji - największym regionie Rosji, który jest zresztą największą pod względem powierzchni jednostką podziału terytorialnego na świecie.

Wysokie trawy uniemożliwiły jednak helikopterom poszukiwawczym i dronom odnalezienie Kariny, która miała na sobie tylko czerwony podkoszulek i fioletowe rajstopy, kiedy ją znaleziono. Jakucja jest także najzimniejszym regionem Syberii w zimie, ale o tej porze roku temperatury w nocy sięgały nieco powyżej zera, około 6 °C.

Matka Kariny żyła w przekonaniu, że jej latorośl towarzyszyła ojcu Rodionowi, kiedy ten udał się 27 lipca w podróż do odległej wioski. W rzeczywistości mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego córka poszła za nim ze swoim szczeniakiem i zgubiła się w lesie.

Eksperci twierdzą, że jej szanse na przeżycie przez tak długi okres były minimalne. Dopiero cztery dni po jej zniknięciu matka mogła skontaktować się z Rodionem przez telefon, uświadamiając sobie, że ich córka zaginęła, a chwilę po tym rozpoczęto intensywne poszukiwania.

Początkowo rodzina Kariny i ekipy ratunkowe były naprawdę zrozpaczone, kiedy pies wrócił do wioski Olom w ułusie olokmińskim, jakieś dziewięć dni po zaginięciu Kariny. Okazało się, że instynkt zwierzęcia, aby szukać pomocy, był kluczowym aspektem w akcji ratunkowej.

- Dwa dni przed znalezieniem Kariny jej szczeniak wrócił do domu - powiedział Afanasij Nikołajew, rzecznik Służby Ratowniczej Jakucji. - To był moment, w którym nasze serca zamarły, ponieważ myśleliśmy, że z psem u boku Karina miała jakieś szanse na przeżycie - noc w Jakucji jest naprawdę zimna, a niektóre obszary już przeszły w ujemne temperatury.

- Gdyby mogła przytulić swojego szczeniaka, dałoby jej to szansę na utrzymanie ciepła w nocy i przetrwanie. Więc kiedy jej pies wrócił, pomyśleliśmy: "To koniec”. Nawet gdyby żyła - a szanse na to były niewielkie - teraz na pewno straciłaby wszelkie nadzieje. Nasze serca naprawdę zamarły.

Jednak pies poprowadził później ratowników do zagubionej dziewczynki.

To szczeniak Kariny pomógł dorosłym znaleźć dziewczynę - wynika z wiadomości podanych przez NTV. - Kiedy wrócił do domu dwa dni temu, jej rodzina straciła nadzieję, myśląc, że to oznaczało, iż Karina nie ma już żadnych szans. Jednak szczeniak pokazał ratownikom drogę do Kariny, a rano została znaleziona.

Materiał telewizji wskazywał, że Karina była świadoma i miała się zaskakująco dobrze.

- Dostała jedzenie i napoje, a następnie wraz z matką została wysłana do szpitala okręgowego, a później do Jakucka, stolicy regionu. Dziewczynka nie chce mówić o czasie, który spędziła w tajdze, a przynajmniej JESZCZE nie. Jedyną rzeczą, którą wyjawiła, jest to że ​​jadła jagody i piła wodę z rzek.

Nikołajew oznajmił, że ratownicy prowadzeni przez psa zauważyli ślady jej bosych stóp - zgubiła buty - a to ostatecznie pomogło im ją odnaleźć.

- Zaczęliśmy przeszukiwać teren, wychodząc z założenia, że jeśli straciła buty, próbowałaby trzymać się z dala od głębokiego lasu, ponieważ znajduje się tam wiele ostrych patyków - powiedział. Nagle z pomocą psa ujrzeliśmy Karinę siedzącą na trawie - wyjawił. 

- Podbiegliśmy do niej, nalaliśmy jej herbatę i zaprowadziliśmy ją do samochodu i lekarzy. Zaniosłem Karinę do samochodu, a była ona lekka jak piórko. Ważyła zaledwie dziesięć kilogramów - ale o dziwo była w pełni świadoma.

Ekaterina Andrejewa, psycholog z zespołu ratunkowego, oświadczyła: - Można powiedzieć, że umysł dziewczynki nie był w żaden sposób uszkodzony. Mówiła i reagowała na wszystko wokół niej w sposób normalny, naturalny. Pamięta również co się z nią stało.

Źródło: Huffington Post

Free Joomla! template by L.THEME