sobota, 24 kwiecień 2021 09:32

Niepodziewana kariera muzyczna agenta CIA

Przyjęcie zespołu w prowincjonalnym miasteczku Soroti było umiarkowane, co stanowiło odejście od ich głośnych, cotygodniowych występów w stolicy.

- Graliśmy to, co zwykle i ludzie byli w to wciągnięci - powiedział Jim Logan, gitarzysta zespołu. - Ale to po prostu nie było trafione.

To było w 2003 roku. Logan, gitarzysta wyszkolony w Berklee College of Music, i jego zespół, Kampala Jazz All-Stars, przemierzyli prawie sześć godzin przez wschodnioafrykańskie krajobrazy, by zagrać koncert. Gdy na widowni zasiadło ponad 1000 osób, wokalista grupy, Darrell M. Blocker, wpadł na pewien pomysł.

- Stary, musimy zacząć coś śpiewać - krzyczał między piosenkami. - Musimy zacząć odgrywać rzeczy, które oni słyszą i rozpoznają.

Blocker nakazał zespołowi zagrać "Stir It Up", przebój reggae Boba Marleya.

- Wszyscy wstali i tańczyli - wspominał Logan. - Odwrócił całą sytuację.

Blocker wiedział, jak nawiązać kontakt z publicznością w Soroti, ponieważ w taki właśnie sposób CIA szkoli wszystkich swoich oficerów operacyjnych - tajnych agentów, którzy pracują pod przykrywką, aby zbierać informacje wywiadowcze. Różnica polega oczywiście na tym, że większość z tych wykwalifikowanych agentów pracuje w cichych barach lub przydrożnych motelach - nie śpiewając na żywo przed rzeszami wielbicieli.

- Moje tajne działania były wzmocnione przez bycie postrzeganym jako piosenkarz, ponieważ kto kiedykolwiek pomyślałby, że można być jednym i drugim? - powiedział Blocker. - To dla większości zbyt daleko posunięty manewr i szczerze mówiąc czuję, że dzięki temu byłem bezpieczniejszy będąc na widoku.

Blocker zawsze czuł się komfortowo przed publicznością jako wokalista. Od lokalnego chóru kościelnego w Hepzibah (Georgia) po chór muzyczny na Uniwersytecie Georgii - śpiew był jego pierwszą miłością. Jednak tajna profesja Blockera pomogła mu udoskonalić tę pasję, jak mówi, poprzez czerpanie wskazówek ze swojej codziennej pracy, tak aby tchnąć życie w swoje nocne występy.

- Oba zajęcia są bardzo intymne - oznajmił niedawno Blocker, odnosząc się do występów na scenie i "sztuki szpiegostwa", jak sam ją nazywa. - Intymne w tym sensie, że jeśli naprawdę poświęcasz uwagę i słuchasz tego, kto siedzi naprzeciwko ciebie, odczuje to i będzie wiedział, że jesteś szczery.

Blocker, który niedawno został współpracownikiem ABC News, spędził 32 lata w społeczności wywiadowczej, najpierw jako analityk w Siłach Powietrznych, a następnie w tajnych służbach CIA jako oficer operacyjny, szef stacji i szef Wydziału Afrykańskiego, przemierzając zarówno europejskie stolice, jak i afrykańskie placówki. Jego zadaniem, jak sam twierdzi, "było wykrywanie, ocenianie, rozwijanie i rekrutowanie szpiegów, aby pomóc w utrzymaniu bezpieczeństwa narodu". W 1996 roku, podczas pracy za granicą w Dakarze, Blocker zaczął grać covery z pianistą ze Szkocji, gitarzystą z Kanady i lekarzem z amerykańskiego Korpusu Pokoju, również grającym na gitarze.

- Kiedy grali muzykę, byli w porządku, ale śpiewanie nie było ich mocną stroną - wyjawił Blocker. Zaoferował więc swoje usługi. Grupa miała stałe występy w czwartkowe wieczory w brytyjskim klubie dla dyplomatów, grając wszystko od Hootie & the Blowfish do Otisa Reddinga. Wkrótce zaczęli grać na imprezach domowych.

Następnie, w 2003 roku, Blocker przybył do Ugandy na kolejną zagraniczną trasę koncertową. W niedzielne wieczory w Kampali, stolicy kraju, Blocker odwiedzał Bubbles O'Leary's, klub opisany przez jednego z użytkowników TripAdvisor jako "genialny na nocne wyjście" i "jedno z najlepszych miejsc do imprezowania w Kampali".

W ciągu kilku tygodni Blocker powiedział, że nawiązał przyjaźń z Loganem, Amerykaninem i współmałżonkiem pracowniczki ambasady USA, który był założycielem i głównym gitarzystą Kampala Jazz All-Stars. Logan założył zespół przez przypadek, kiedy spotkał Brytyjczyka grającego na basie podczas lotu z Heathrow do Ugandy w 2001 roku. Gdy tylko się osiedlili, zaczęli jammować i znajdowali lokalnych muzyków, którzy dołączali do nich na koncertach.

Kiedy Blocker przybył do Ugandy wkrótce potem, Logan zauważył go na widowni w Bubbles O'Leary's, kiedy to nucił pod nosem do niektórych ich utworów i zaprosił go do wspólnego grania.

Blocker odmówił, ale przez kilka następnych miesięcy Logan nalegał. W końcu Logan podszedł do Blockera i powiedział mu, że ówczesna żona Blockera przekazała zespołowi listę 15 jego ulubionych piosenek, w tym jego "popisowy numer", "What a Wonderful World" Louisa Armstronga - a zespół się ich nauczył.

Blocker wyjawił, że tego samego dnia odbył z nimi próbę.

Logan opisał głos Blockera jako tenor, "ale był to trochę przydymiony głos, który dobrze pasował do zespołu, który wykonywał wiele jazzowych instrumentali". Według Logana i Blockera grupa zdobyła sobie zwolenników, grając tydzień w tydzień dla wypełnionej po brzegi sali miejscowych, dyplomatów i byłych emigrantów w Bubbles O'Leary's.

- Wówczas było kilka gwiazd popu [w Ugandzie], które zdecydowanie miały lepsze notowania niż my - powiedział Logan. - Ale jako cover band grający jazz nie mieliśmy sobie równych.

- Po prostu eksplodowaliśmy - dodał Blocker. - Do tego stopnia, że zaczęło to przeszkadzać w tym, dlaczego byłem w Ugandzie - po prostu nie było wystarczająco dużo godzin w ciągu dnia, aby zarówno wykonywać rozkazy, jak i dotrzymać kroku zapotrzebowaniom zespołu.

Tymczasem zespół - składający się z Logana, dwóch Ugandyjczyków i dwóch Kongijczyków - nie miał pojęcia, że ich frontman żyje i pracuje pod przykrywką jako weteran wywiadu. Jego oficjalną przykrywką był pracownik Departamentu Stanu przydzielony do Ambasady USA w Kampali. Logan twierdzi, że miał "przeczucie", że Blocker ma tajną misję w Ugandzie, ale prawie dwie dekady później był zaskoczony, gdy dowiedział się, że jego główny wokalista jest wysoko wyszkolonym pracownikiem amerykańskiego wywiadu.

- Pamiętam, że zapytałem go, co robi w pracy, a on miał gotową odpowiedź według szablonu. Coś tam w ambasadzie - powiedział Logan. - Był nadzwyczaj kumaty, można stwierdzić, że był bardzo inteligentny.

Co jakiś czas jego dwa światy zderzały się ze sobą. Blocker pamięta, że zauważył swoich współpracowników na widowni podczas występów.

- Po prostu uczysz się, aby nie okazywać im większego zainteresowania, jak i reszcie - powiedział Blocker. - Oni wiedzą i ty wiesz, że unikacie siebie nawzajem tak bardzo, jak tylko można.

Innym razem, relacjonuje Blocker, jego status lokalnej gwiazdy służył interesom bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Mężczyzna powiedział, że występowanie na scenie "wystawiło go na spotkanie z o wiele większą liczbą ludzi, niż spotykałby tylko na przyjęciach dyplomatycznych.

- W tym sensie - kontynuował Blocker - moje śpiewanie poszerzyło krąg potencjalnych kontaktów, które mogłem nawiązać.

Zespół stał się sensacją. Tak bardzo, że Blocker zaczął być rozpoznawany. Podczas rzadkiej chwili wytchnienia od intensywnego życia w mieście, Blocker zabrał swoją rodzinę do Jinja, miejscowości turystycznej położonej nad jeziorem, niecałe 100 kilometrów na zachód od granicy z Kenią. Podczas przejażdżki quadem mężczyzna i jego rodzina zatrzymali się na szczycie góry.

Zauważył, że przygląda mu się pewna młoda para.

- W pobliżu nie było nikogo innego, więc spojrzałem na nich i zapytałem: "Jak się macie?". Oni powiedzieli: "Grasz w zespole? W Kampali?", a ja odparłem twierdząco - ona poklepała go w stylu: "Mówiłam ci, że to on!".

Osiągnięcie lokalnej popularności w Ugandzie podczas dwóch lat spędzonych z zespołem nigdy nie było częścią planu Blockera. Do końca swojej kariery w CIA, która zakończyła się w 2018 roku, Blocker liczy, że wykonał "The Star-Spangled Banner" w nie mniej niż ośmiu ambasadach USA na całym świecie - to odpowiedzialność, której nie nosi się lekko.

- To piosenka, którą kocham i jest to trudny utwór - powiedział. - Zawsze jestem naprawdę, naprawdę ostrożny z tą piosenką. Nie chcę być tym facetem profanującym naszą narodową piosenkę.

W sierpniu 2019 roku CIA uhonorowała Blockera medalem Distinguished Career Intelligence Medal, jednym z najwyższych wyróżnień przyznawanych oficerom zawodowym. Podczas swojej mowy akceptacyjnej Blocker wspomniał Millicent Mazyck, prowadzącą jego chór w szkole średniej, jako jedną z najbardziej wpływowych osób w jego życiu.

Będąc już na emeryturze Blocker przyznaje jedno: "szpiegowanie jest łatwe, śpiewanie jest trudne".

Źródło: ABC News

Debbie Nelson Mathers Briggs, matka Eminema, wspierała swojego syna na równi w sukcesie i nieszczęściu - a po pewnym czasie stwierdziła, że jest on oszustem.

"Zawsze, gdy dzieje się coś dobrego, po chwili następuje zło" - powiedział kiedyś Eminem o swoim wychowaniu. "To jest historia mojego życia od dnia, w którym się urodziłem".

To nie są słowa z piosenki Eminema, ale cytat wypowiedzi, której udzielił dla Detroit Free Press w 2000 roku o tym, że był wychowywany przez Debbie Mathers - samotną matkę - w przyczepie kempingowej w Detroit w pobliżu bulwaru 8 Mile, głównej arterii komunikacyjnej w zniszczonej dzielnicy biednych czarnych dzieci. Tam pielęgnował talent do rymowania z takim powodzeniem, że stał się nie tylko najsłynniejszym białym raperem na świecie, ale także najlepiej sprzedającym się artystą całej dekady, sprzedając ponad 32 miliony egzemplarzy The Marshall Mathers LP i The Eminem Show oraz otrzymując nieskończoną ilość odtworzeń cyfrowych i radiowych.

Jeśli wierzyć Eminemowi na słowo, Debbie nie była zbyt dobrą matką. Według jego relacji, podarowała mu życie pełne problemów, które określił jako prawdziwe "gówno" u Jerry'ego Springera - pełne przyczep kempingowych, ciągów pijackich, agresywnych chłopaków i ojczymów, opieki społecznej, jej uzależnienia od alkoholu i, na domiar złego, skutków jej trwającej całe życie walki z zespołem Münchhausena, gdy wymyślała niezliczone choroby dla niego i jego przyrodniego brata, Nathana, aby mogła jawić się jako współczująca opiekunka.

Można to usłyszeć w utworach takich jak "My Name Is", gdzie Eminem rapuje: "Przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent życia byłem okłamywany / Właśnie się dowiedziałem, że moja mama bierze więcej prochów niż ja (Cholera!) / Powiedziałem jej, że dorosnę i będę sławnym raperem / Nagram płytę o ćpaniu i nazwę ją jej imieniem (Och, dziękuję!)". A także później, w "Marshall Mathers", gdzie rapuje: "Moja pieprzona sukowata mama pozwała mnie o 10 milionów / Musi chcieć dolara za każdą tabletkę, którą ukradłem / Kurwa, jak myślisz, skąd wziąłem ten nałóg / Wszystko, co musiałem zrobić, to wejść do jej pokoju i podnieść materac".

Nie inaczej było w piosenkach takich jak "Cleanin' Out My Closet", gdzie słyszymy: "Obserwowanie, jak twoja mama pochłania pigułki na receptę w kuchni / Ględzenie, że ktoś zawsze przegląda jej torebkę i czegoś brakuje / Przechodzenie przez systemy mieszkalnictwa publicznego z ofiarą zespołu Münchhausena / Przez całe życie kazano mi wierzyć, że byłem chory, gdy nie byłem / Dopóki nie dojrzałem, teraz wybiłem się ponad orbitę, to przyprawiało mnie o mdłości".

To nie wszystko: "Najbardziej boli mnie to, że nie chcesz przyznać, że się myliłaś / Suko śpiewaj swoją piosenkę, wmawiaj sobie, że byłaś mamą! / Ale jak śmiesz próbować zabrać mi to, czego nie pomogłaś mi zdobyćb / Ty samolubna suko, mam nadzieję, że spłoniesz za to w piekle / Pamiętasz, jak Ronnie umarł i powiedziałaś, że chciałabyś, żebym to był ja? / Zgadnij co, jestem martwy, martwy dla ciebie jak tylko się da!".

Albo piosenka "My Mom", w której ujawnia, że kiedy był dzieckiem, posypywała jego jedzenie valium - "wodę, którą piłem, pieprzony groszek na moim talerzu" - aby utrzymać go pod kontrolą.

Trzeba jednak podkreślić, że poza "My Name Is" wszystkie te piosenki pojawiły się po tym, jak Debbie pozwała go o 10 milionów dolarów za zniesławienie w gazetach i mediach, opowiadając historię strasznego dzieciństwa jako powód jego rzewnych opowieści o białej biedzie, które doprowadziły go do sukcesu. Następnie wydała "rapową" piosenkę odpowiadającą na te zarzuty, dając mu do zrozumienia, że nadal go kocha, mimo że rodziła go przez 72 godziny i prawie umarła. Przeprasza - za to, że dała mu wszystko i go rozpieszczała. Następnie, wygłasza ona słynny tekst przypisywany kiepskim rodzicomo: "Zrobiłam wszystko, co mogłam."

No tak, na to wygląda.

Następnie kobieta napisała pamiętnik pt. "Mój syn Marshall, mój syn Eminem", żeby wyprostować sprawę. Jej strona medalu? Był chorowitym, małym mięczakiem, który wymyślił to wszystko, żeby zdobyć sławę. Twierdzi, że przyznał się do tego, mówiąc jej: "Im bardziej jestem upierdliwy, tym bardziej mnie kochają". Mimo to, nadal była jego największym zwolennikiem. Jej jedyną zbrodnią - jeśli można tak nazwać tak głęboką troskę - była zbyt wielka miłość do niego.

No tak, na to wygląda.

Ale nawet jeśli Eminem zmyśla (a który raper trochę nie przesadza?), to żeby zrozumieć jego stronę, trzeba zrozumieć i Debbie. Jest między nimi wystarczająco dużo kwestii wymagających wyjaśnienia (lub czegoś więcej): gniew, mizoginiczne teksty, kłopotliwe relacje z żoną Kim - rana w kształcie matki, którą wielu mężczyzn nosi przez całe życie, gdy są maltretowani przez kobietę, która powinna ich najbardziej pielęgnować.

Kobieta urodziła Marshalla Mathersa 17 października 1972 roku, po ciężkim 72-godzinnym porodzie. Niemal umarła z powodu zatrucia krwi i drgawek, które doprowadziły ją do tymczasowej śpiączki. Jej ówczesny partner Bruce, jak relacjonuje Debbie, był poza domem i uprawiał seks z jedną z jej przyjaciółek.

Marshall był trochę za mały, urodził się ważąc 2,2 kg, i był na tyle chorowity, że złapał zapalenie płuc i wymagał hospitalizacji jako niemowlę. Debbie była zachwycona Marshallem, ale mogła już dostrzec jego skłonność do udawania. Od chwili, gdy go zobaczyła, "dokładnie wiedział, jak na mnie spojrzeć spod długich ciemnych rzęs i urządzić przedstawienie".

Debbie przypisuje sobie jego dar do rymowania, twierdząc, że kiedyś czytała mu rymowanki z przedszkola, ale zastępowała pewne frazy "głupimi alternatywami". Przeprowadzili się do Północnej Dakoty, gdzie Bruce podjął pracę w hotelu. Rzekomo zaczął pić whiskey i rum, wbijać jej głowę w ścianę, nazywać ją suką i rozkazywać jej. Czasami, dla odmiany, przykuwał ją do sofy i zadawał jej ciosy - wynika z jej relacji. Było coraz gorzej: zdradzał ją coraz częściej i bezczelniej, a nawet jej własny ojciec błagał ją, by zostawiła Bruce'a i zabrała dziecko. W końcu uderzył ją tak mocno, że roztrzaskał jej nos i pozostawił nieprzytomną. Wzięła Marshalla i odeszła, w końcu zebrała wystarczająco dużo na bilet kolejowy. I z tego powodu, jak pisze, przyrzekła sobie, że nigdy nie będzie miała przy sobie narkotyków ani alkoholu.

Przeprowadziła się z powrotem do rodziny, zaznaczając przy tym, że Marshall już jako dwulatek potrafił "rozchorować się" na bóle brzucha podczas tej męki. Bruce dzwonił kilka razy, by spróbować do nich wrócić, ale ostatecznie wyjechał do Kalifornii, co sprawiło, że w wieku 17 lat została samotną matką.

Od pierwszych stron pamiętnika, sens książki jest jasny: jest to korekta tekstów Eminema, które w sposób nie budzący wątpliwości charakteryzują ją jako obelżywą "kupę gówna". Ale umiejętnie gra ona w obie strony: Kocha go bez względu na wszystko i dała mu wspaniałe dzieciństwo, mimo że jest swego rodzaju potworem.

Em był łatwym dzieckiem, chociaż miał już temperament i skłonność do napadów złości niczym jego ojciec. Matka nie chciała dawać mu klapsów. Miał niewidzialnego przyjaciela - ducha Kacpra - i miał obsesję na punkcie superbohaterów. Jej zbrodnią (jeśli można to tak nazwać) była nadmierna rekompensata za brak ojca. Dwa zestawy Happy Meal, kiedy tylko zechce, figurki superbohaterów, komiksy, a wszystko to, na co ona pracuje na wielu etatach.

Miała też dar muzyczny - dołączyła do zespołu Daddy Warbucks, który grał w zajazdach Ramada. Umawiała się tylko z porządnymi mężczyznami, lekarzami i prawnikami, nie z szumowinami, ale jej brak pewności siebie był problemem i czuła, że nie jest dla nich wystarczająco ładna, zawsze była raniona. Zawsze oskarżano ją o rzeczy, których nie zrobiła: podpalenie taksówki byłego chłopaka Dona, ukrywanie siostry, która uciekła z domu. W końcu wyszła ponownie za mąż za motocyklistę o imieniu Curt, który postawił się przez nią Donowi, ale po miesiącu miodowym zaczął pić i znęcać się nad nią. Potem ją zostawił.

Każda historia jest zapierająca dech w piersiach, jeśli chodzi o jej uparte przekonanie o własnej ofiarności. Na każde twierdzenie jest odpowiedź: tak często się przeprowadzali - on uczęszczał do 20 różnych placówek, zanim rzucił szkołę w wieku 17 lat - ponieważ po tym, jak zmieniała wystrój każdego wynajmowanego mieszkania, nagle właścicielowi podobało się, jak wspaniale je urządziła i chciał je sprzedać. Nigdy też nie mieszkali w przyczepie. Domy, które wynajmowała, były zawsze ładne, w uroczych dzielnicach i nieskazitelnie czyste, a Marshall dorastał, mając wszystko, czego tylko zapragnął. Mieli tak wiele, że często oddawali jego stare zabawki katolickim organizacjom charytatywnym. Zaadoptowała nawet czwórkę dzieci, bo Marshall zawsze chciał mieć rodzeństwo. Ale pewnego dnia Marshall zamknął je w domu, a tajemniczy pożar domu sprawił, że zostały jej odebrane.

Skrupulatnie naśladując późniejszy cytat samego Eminema dla Detroit Free Press, mówi, że mieli swoje wspólne powiedzenie: "Za każdym razem, gdy przydarza nam się coś dobrego, zaraz nadciągnie coś złego".

Książka jest również, pod każdym względem, atakiem na Eminema. Marshall kochał zwierzęta, ale pewnego dnia, gdy wróciła do domu, okazało się, że uśmiercił swoją świnkę morską w mikrofalówce, bo myślał, że jest zimna. Zabił też swoje rybki, ale tylko dlatego, że nie rozumiał, jakie są delikatne. Inni ludzie nazywali jej chłopca potworem, ale ona zawsze go broniła. W szkole często się nad nim znęcano, ale on też zawsze kłamał, udawał, że jest chory albo ma złamaną nogę.

Debbie potwierdza, że w podstawówce jej syn był zastraszany i dokuczano mu, a oprawcą był zazwyczaj czarnoskóry kolega z klasy, DeAngelo Bailey, który rzekomo powalił go śnieżną kulą na tyle ciężką, że doznał urazu mózgu. Po kilkudniowej śpiączce lekarze powiedzieli jej, że będzie musiał zostać umieszczony w zakładzie, ale jej niezłomna miłość i troska uzdrowiły go, a kobieta uczyła go w domu, a nawet przeszła na zasiłek, by opiekować się nim przez całą dobę. W końcu znów był zdrowy i nawet lekarze mówili, że to cud, że wyzdrowiał.

Kobieta pozwała szkołę w 1982 roku, ale pozew został odrzucony (Eminem publicznie wyzwał swojego dręczyciela w utworze "Brain Damage", a Bailey pozwał go o milion dolarów). To uszkodzenie mózgu może być źródłem Münchhausena, o którym Eminem wspomina w "Cleanin' Out My Closet", narzędzia, które często wykorzystywała, by traktować go jak inwalidę i tłumaczyć jego twierdzenia o swoim zachowaniu.

Debbie postrzega siebie jako wiecznie poświęcającą się matkę. Wspierała Marshalla przy pierwszym, nieudanym albumie i dopingowała go przez cały czas, nawet jeśli on przedstawiał ją jako samolubną sukę. Nawet wtedy, gdy wracał do Kim, która karmiła go tabletkami w trasie i przez cały czas ich związku mówiła mu, jakim jest zerem, by nagle uznać go za niezwykle atrakcyjnego, gdy stał się sławny.

A co z pozwem? Pozwanie Marshalla o 10 milionów dolarów było kolejnym nieporozumieniem, kolejną wiktymizacją. Debbie wynajęła prawnika, żeby wyprostować sprawę - ten powiedział jej, że wszystko idzie gładko i żeby pozwoliła mu wykonywać jego pracę. Płyta, którą wydała? Zwrócono się do niej, by to zrobiła i "dano jej dosłownie pięć minut na napisanie listu otwartego do Marshalla".

Jednak w 2013 roku Eminem przeprosił swoją matkę w piosence "Headlights", w której przyznaje się do swojego gniewu w przeszłości i dziękuje jej za wychowanie go. Przynajmniej tak to było szeroko relacjonowane. Rapuje nawet, że w zasadzie są na tej samej łodzi - jak matka, tak syn - i można by pomyśleć, że to zbliży ich do siebie, ale nadal są sobie obcy.

Z fotelu obserwatora nie możemy wiedzieć, co jest prawdą, ale Eminem, ze swojej strony, pozostaje nieugięty w swojej historii, którą zawsze opowiadał. "Wszystkie leki, którymi nas karmiłaś / I jak chciałem, żebyś posmakowała swoich własnych, ale / Teraz leki przejęły ster i twój stan psychiczny powoli się pogarsza" - rapuje. "Jestem za stary, żeby płakać, ale to wszystko jest bolesne / Ale mamo, wybaczam ci, Nathan też".

Źródło: MEL Magazine

Mistrz, gigant, niezwykły talent, mesjasz muzyki, geniusz, najlepszy, najbardziej wpływowy. To tylko niektóre etykiety, które są często używane do opisywania Ludwiga van Beethovena. Czym tak naprawdę był? Jak ważny był on w gronie wybitnych muzyków? Ten artykuł dotyczy wpływu, jaki Beethoven miał na muzykę i zajmujących się nią artystów.

Ludwig van Beethoven był rzeczywiście kamieniem węgielnym w historii muzyki. Po nim w muzyce nic już nie było takie samo. Żył w czasach, gdy muzyka była uważana za gorszą formę sztuki w porównaniu do śpiewu, literatury czy malarstwa. Muzyk był tylko zawodem, osobą, która tworzy muzykę - ładne i zrównoważone miłe melodie. Niczym szewc, którego zadaniem było wytwarzanie butów. Nie więcej nie mniej!

Dla Beethovena muzyka była najwyższą formą sztuki. Uważał, że muzyka pochodzi z nieba, a jej zadaniem jest zmienić publiczność i uczynić ludzkość lepszą. Był człowiekiem na misji od Boga. Nawet w testamencie z Heiligenstadt pisze o tym powołaniu, które jest jedynym powodem jego egzystencji. Gdy tylko przybył do Wiednia i zaczął występować publicznie, działał jako przedstawiciel tego najwyższego powołania. Zażądał pełnej uwagi do swojej muzyki, co było wtedy czymś, czego nigdy wcześniej nie spotkano. Nawet w przypadku występowania dla wysokiej arystokracji w Wiedniu - jeśli publiczność nie zachowywałaby się właściwie, był w stanie przerwać zabawę, nazwać arystokratów świniami i opuścić salę. Był to zatem człowiek, który traktował ich jak równych na własnych warunkach. Muzyka nie była już tylko melodią w tle, dzięki której rozmowa stawała się przyjemniejsza. Muzyka i słuchanie jej stało się sztuką, niemal religią, w której publiczność słusznie spodziewała się, że zostanie poruszona, że pojawią się emocje i uniesienie do wymiarów duchowych.

Jednym bardzo ważnym dziedzictwem Beethovena jest nadanie początkom statusu muzyka, artysty. Gwiazdy rocka - jak powiedzieliby współcześni ludzie. Jest postacią podobną do proroków ze Starego Testamentu, całkowitym oddaniem powołaniu, walką z nieświadomą publicznością i krytykami, dotykaniem dusz przekazem w formie muzyki. W ten sposób narodziła się heroiczna, romantyczna muzyka.

Głuchota to kolejny czynnik, który przyczynił się do romantycznego wizerunku kompozytora. Jest jak postać biblijna, otrzymująca tak wielki talent, tak wielkie objawienie, że Bóg dotknął jego uszu na wzór ciernia w ciele św. Pawła, aby uchronić umysł i krew przed pychą.

Zadziwiające jest, jak wielki wpływ wywarł on na muzyków. Rossini odwiedził go w Wiedniu, co opisał następująco: "Stałem przed nim, jak motyl przed lwem". Franz Schubert wyznał na łożu śmierci, słuchając kwartetu Beethovena: "Kto kiedykolwiek może stworzyć coś po Beethovenie?". Johannes Brahms odmówił wykonywania symfonii przez 21 lat(!), mówiąc do swoich przyjaciół i sympatyków: "Nigdy nie napiszę symfonii, nie macie pojęcia, jak czują się twórcy jak my, kiedy słyszymy takiego giganta [Beethovena]". Od śmierci Beethovena muzycy są zarówno inspirowani, jak i onieśmielani przez geniusz tego muzycznego bohatera i jego wpływ - nawet dzisiaj!

Podsumowując, należy podkreślić, że po Beethovenie żaden muzyk nie podszedł do swojego rzemiosła jak wcześniej. Jego duch jest wyczuwalny przy wszystkich kompozytorach, którzy pragną służyć najwyższemu wezwaniu do tworzenia muzyki. Niedopuszczalna jest praca połowiczna - niemal ukończona lub o PRAWIE idealnej jakości! Sama muzyka ma inną rolę, powinna wpływać na odbiorców, w razie potrzeby przełamując zasady kompozycyjne, wyzwalając twórczą energię na swój własny sposób. Zmieniło się także postrzeganie bycia słuchaczem. Publiczność ma się skupić na muzyce, poczuć ją sercem, dać się ponieść emocjom.

Źródło: PopularBeethoven.com

Free Joomla! template by L.THEME