Jeden z trzech żołnierzy uhonorowanych Medalem za wyjątkowe zasługi (DCM) dwukrotnie za dwa różne konflikty zbrojne. Pierwsze z tych odznaczeń uzyskał za odbicie holenderskiego miasta Zwolle spod okupacji niemieckiej armii - co ważne, dokonał tego w pojedynkę. Drugi CDM otrzymał natomiast za odbicie strategicznego wzgórza w czasie wojny koreańskiej w 1951 roku. O kim mowa?

Léo Major przyszedł na świat 23 stycznia 1921 roku w amerykańskim New Bedford jako syn pary pochodzącej z francuskojęzycznej części Kanady. Wraz z rodziną przeprowadził się do Montrealu jeszcze przed swoimi pierwszymi urodzinami. Z uwagi na kiepskie relacje z ojcem, Major zamieszkał wraz z ciotką w wieku 14 lat. Taki obrót spraw połączony z bezrobociem sprawił, że mężczyzna zdecydował się na dołączenie do armii w 1940 roku, a jego nadrzędną motywacją była ponoć chęć udowodnienia swojemu ojcu, że "jest kimś, z kogo można być dumnym".

II Wojna Światowa

Major wraz z kanadyjskimi siłami brał udział w słynnej inwazji w Normandii 6 czerwca 1944 roku. Podczas jednej z misji rozpoznawczych D-Day, Major przechwycił niemiecki wóz opancerzony (Hanomag) w pojedynkę. W pojeździe znajdowały się sekretne kody i sprzęt komunikacyjny Niemców. Kilka dni później, w trakcie swojej pierwszej konfrontacji z patrolem SS, Kanadyjczyk zabił czterech żołnierzy - jednak jeden z nich zdołał odbezpieczyć granat fosforowy. W rezultacie Major stracił oko, ale nie przestawał walczyć. Kontynuował służbę w roli zwiadowcy lub snajpera usilnie utrzymując, że potrzebuje tylko jednego oka do celowania z broni. Jak sam twierdził - "wyglądałem jak pirat".

Kolejnym osiągnięciem Majora było pojmanie 93 niemieckich żołnierzy podczas Bitwy nad Skaldą w południowej części Holandii - także w pojedynkę. W czasie samotnego rekonesansu zauważył dwóch niemieckich żołnierzy spacerujących wzdłuż rowu. Jako, że warunki atmosferyczne nie były wówczas sprzyjające - było zimno i padał deszcz - Major pomyślał sobie: "Jestem zmarznięty i przemoknięty przez was i zapłacicie mi za to". Pojmał jednego z nich i planował wykorzystać go jako przynętę na drugiego. Ten próbował dosięgnąć pistoletu, ale został szybko pozbawiony życia przez Majora. Następnie udał się do ich oficera prowadzącego i zmusił go do kapitulacji. Niemiecki garnizon poddał się po tym, jak Kanadyjczyk zastrzelił trzech kolejnych zbrojnych. W pobliskiej wiosce żołnierze SS, którzy dostrzegli Niemców będących eskortowanych przez Kanadyjczyka, zaczęli do nich strzelać i doprowadzili do śmierci siedmiu z nich, raniąc też kilku innych. Major zignorował ogień nieprzyjaciela i kontynuował eskortowanie jeńców za linię frontu. Następnie rozkazał najbliższej załodze kanadyjskiego czołgu ostrzelać SS, po czym przemaszerował z powrotem do obozu z niemal setką jeńców. Z tego powodu został wybrany do otrzymania wspomnianego DCM - odrzucił jednak tę propozycję, ponieważ uważał generała Montgomery'ego (który miał mu wręczyć odznaczenie) za "niekompetentnego" i niezdolnego do rozdawania medali innym.

W lutym 1945 roku Major pomagał kapelanom w wyciąganiu zwłok ze zniszczonego Tygrysa. Po skończonej pracy, kapelan i kierowca zajęli miejsca z przodu pojazdu, a Major wskoczył na jego tył. Chwilę później trójka najechała na minę. Major oznajmił, że pamięta głośny wybuch, po którym został wyrzucony w powietrze i wylądował boleśnie na plecach. Mężczyzna stracił przytomność i kiedy się ocknął, był badany przez dwóch medyków. Pierwsze, o co zapytał, to czy nic się nie stało kapelanowi. Ci nie odpowiedzieli, a po chwili przenieśli go do ciężarówki, która miała go przetransportować do szpitala oddalonego o 48 kilometrów - zatrzymując się co 15 minut na podawanie morfiny, która miała uśmierzyć ból pleców. W szpitalu lekarz poinformował go o trzech złamaniach, czterech połamanych żebrach i dwóch złamanych kostkach. Dodali, że jego udział w wojnie właśnie się skończył.

Tydzień później Major... zbiegł. Udało mu się załapać do jadącego nieopodal jeepa, który następnie przetransportował go do Nijmegen, gdzie nieco wcześniej mężczyzna poznał pewną rodzinę. Zatrzymał się u nich na blisko miesiąc, po czym powrócił do swojej jednostki w marcu 1945 roku. W normalnych okolicznościach byłby uznany za dezertera - nie wiadomo jednak, jak udało mu się uniknąć kary.

Pierwszy medal za wyjątkowe zasługi (DMC)

Na początku kwietnia tzw. "Régiment de la Chaudière" zbliżał się do miasta Zwolle, w którym nadal panowali Niemcy. Jeden z oficerów poprosił o dwóch ochotników do misji zwiadowczej. Zgłosiło się dwóch żołnierzy - szeregowy Major oraz jego przyjaciel, kapral Willie Arseneault. Aby pozostawić miasto w stanie nienaruszonym, dwójka postanowiła spróbować odbić Zwolle na własną rękę, choć ich zadaniem było jedynie oszacowanie liczby znajdujących się tam niemieckiego żołnierzy i próba skontaktowania się z holenderskim oporem.

Około północy Arseneault został zastrzelony po tym, jak dwójka przypadkowo zdradziła ich położenie. Major zabił w odwecie dwóch żołnierzy, jednak reszta uciekła w pojeździe. Mężczyzna postanowił kontynuować swoją misję samemu. Dotarł do Zwolle i natknął się na samochód - zaatakował go i pojmał kierowcę, po czym przyprowadził go do baru, gdzie uzbrojony oficer raczył się drinkiem. Po rozbrojeniu go Major zorientował się, że zarówno oficer jak i kierowca potrafią mówić po francusku - poinformował ich zatem, że o godzinie 6:00 kanadyjska artyleria rozpocznie ostrzał na miasto, co doprowadzi do śmierci wielu żołnierzy i cywilów. Oficer zdawał się rozumieć sytuację, więc Major postanowił zaryzykować i puścić go wolno, licząc na to, że ten przekaże informację swoim kolegom. Na znak dobrych intencji oddał nawet pistolet z powrotem do rąk oficera. Chwilę później Major rozpoczął szaleńczy bieg przez ulice miasta, strzelając na ślepo serie z karabinu i rzucając granatami - w ten sposób chciał zmylić przeciwnika, aby ten pomyślał, że faktycznie zaczęła się zapowiadana próba odbicia miasta. W międzyczasie Major nie przestawał atakować i porywać kolejnych Niemców. W trakcie nocy udało mu się pojmać około 10 razy grupy 8-10 Niemców, eskortując ich poza miasto, gdzie przechwytywali ich siły kanadyjskie. Po przetransportowaniu jeńców powrócił on do swojej misji w mieście. Czterokrotnie wchodził do domów cywilów w celu odpoczynku. Ostatecznie odnalazł on siedzibę Gestapo i podpalił ją. Następnie wparował do siedziby SS i odbył morderczą walkę z ośmioma oficerami - czterech zabił, reszta uciekła. Major odkrył, że dwóch spośród dopiero co zabitych oficerów było przebranych jako członkowie ruchu oporu, co wskazywało, że Niemcy infiltrowali go od jakiegoś czasu.

W okolicach godziny 4:30 wycieńczony Major zorientował się, że Niemcy zbiegli. Zwolle zostało oswobodzone i odezwał się ruch oporu. Spacerując ulicami miasta, mężczyzna spotkał czterech członków ruchu i poinformował ich o sytuacji. Chwilę później Major dowiedział się, że pozostałe siły nieprzyjaciela uciekły na zachód od rzeki Issel co oznaczało, że Régiment de la Chaudière mógł wejść do miasta bez żadnych przeszkód. Mężczyzna postanowił wrócić po zwłoki swojego przyjaciela i przeniósł je na farmę Van Gerner, skąd wezwane posiłki mogły go przetransportować z pola bitwy. O godzinie 9:00 Major był już z powrotem w obozie. Za swoje czyny został uhonorowany swoim pierwszym medalem za wyjątkowe zasługi.

Drugi medal

Kiedy wybuchła wojna koreańska, kanadyjski rząd zdecydował się uformować siły zbrojne, które dołączą do armii Stanów Zjednoczonych przeciwko inwazji komunistów. Major został wdrożony do plutonu zwiadowców i snajperów z 25. Kanadyjskiej Brygady Piechoty (1. Dywizja Brytyjskiej Wspólnoty Narodów). Major brał udział w Bitwie o Maryang San, za co otrzymał dodatkową blaszkę do swojego medalu DMC za odbicie i obronę kluczowego wzgórza w listopadzie 1951 roku.

Wzgórze 355, nazywane "Małym Gibraltarem", było punktem strategicznym z uwagi na swoje położenie, tak więc Komuniści chcieli za wszelką cenę go przejąć zanim zakończą się rozmowy pokojowe. Wzgórze znajdowało się pod kontrolą 3. Amerykańskiej Dywizji Piechoty, która łączyła się z 22. Kanadyjskim Królewskim Pułkiem w zachodniej flance Amerykanów. 22 października 64. Armia Chin (ok. 40 tys. żołnierzy) rozpoczęła atak - po dwóch dniach walk Amerykanie byli zmuszeni do wycofania się ze wzgórza przez 190. i 191. Chińską Dywizję. 3. Amerykańska Dywizja Piechoty próbowała odbić ten punkt, jednak bezskutecznie, a Chińczycy przeszli też do pobliskiego Wzgórza 227, praktycznie otaczając przy tym kanadyjskie siły.

W odpowiedzi powołano elitarną drużynę zwiadowców i snajperów pod wodzą Léo Majora. 18 uzbrojonych w karabiny Sten żołnierzy po cichu przedostało się pod Wzgórze 355. Na znak Majora mężczyźni otworzyli ogień, a Chińczycy wpadli w panikę - nie mogąc zrozumieć, dlaczego strzały dochodzą ze środka, zamiast z zewnątrz. 45 minut po północy ekipa Majora ponownie odzyskała wzgórze. Jednakże godzinę później Chińczycy (ok. 14 tys. żołnierzy) zaatakowali ponownie. Major otrzymał rozkaz wycofania się, ale odmówił i znalazł niewielką osłonę dla swoich ludzi. Przez całą noc bronił się przed nieprzyjacielem, choć jego siły znajdowały się w pewnym momencie tak blisko, że pociski moździerzowe ludzi Majora spadały niemalże na nich samych. Osoba odpowiedzialna wówczas za pluton moździerzowy, kapitan Charly Forbes, określił Majora mianem "śmiałego człowieka, który nie był zadowolony z zakresu ognia i kazał go przybliżyć - w efekcie ogień spadł tak blisko, że słyszałem wybuchy, kiedy rozmawiałem z nim przez radio".

Śmierć i spuścizna

Major zmarł w Longueuil 12 października 2008 roku i został pochowany na kanadyjskich Narodowych Polach Honoru (cmentarz dla kanadyjskich weteranów wojennych i ich rodzin) w Quebec. Zostawił tym samym żonę (z którą trwał w małżeństwie przez 57 lat), czwórkę dzieci i pięć wnucząt. W Montrealu wyprodukowano film dokumentalny pt. "Léo Major, le fantôme borgne" opisujący jego życie i dokonania.

Źródło: Wikipedia

poniedziałek, 14 styczeń 2019 08:27

Brawurowa ucieczka przed Niemcami na rowerach

Kilka pokoleń dzieci na całym świecie dorastało wraz z Ciekawskim Georgem (w Polsce znany głównie z filmu i serialu animowanego), ale tylko nieliczni znają niesamowitą historię, która przyczyniła się do powstania jego pierwszej przygody - brawurową ucieczkę przed nazistami z Niemiec.

Historie podejmowanych prób ucieczki z niemieckich obozów zagłady do dzisiaj poruszają serca miłośników historii. Trzeba jednak przyznać, że ta dokonana przez polskiego poetę Stanisława Jerzego Leca może być opisywana jako jedna z najbardziej spektakularnych.

To koncept wręcz uwielbiany przez scenarzystów: zbrodnia doskonała. Ale w hollywoodzkich filmach nawet najsprytniejszy spisek jest zwykle wykolejeniony przez nieprzewidziany atak. Tymczasem rzeczywista napaść w Niemczech wydaje się łamać tę zasadę wraz z jej moralnym podtekstem, że zbrodnia nie popłaca. W styczniu 2009 roku biżuterię o wartości 6,8 miliona dolarów skradziono ze skrzynek Kaufhaus des Westens, luksusowego siedmiopiętrowego domu towarowego, powszechnie znanego jako KaDeWe i będącego berlińskim symbolem Kolumny Zwycięstwa i Bramy Brandenburskiej. Trzech zamaskowanych złodziei w rękawicach złapanych na kamerach obserwacyjnych ześlizgujących się ze sznurów ze świetlików sklepu, przechytrzyło tamtejszy wyrafinowany system bezpieczeństwa.

piątek, 21 grudzień 2018 11:49

WHN: Dzieci uprowadzone przez hitlerowców

Latem 1943 roku Małgorzata Twardecka, samotna matka żyjąca w okupowanej przez nazistów Polsce, otrzymała złowieszczy rozkaz, by następnego ranka przywieźć swojego pięcioletniego syna do lokalnego biura rady miejskiej. Został wysłany na wakacje, aby poprawić swoje "zdrowie".

Syn Małgorzaty, Alojzy, miał blond włosy i niebieskie oczy. Kiedy Twardecka odmówiła wykonania rozkazu, przyjechała policja wojskowa i zabrała chłopca do biura dystryktu, gdzie wraz z innymi dziećmi wiejskimi o podobnych cechach zostali poprowadzeni przez oficerów SS na lokalny dworzec kolejowy. Nie wiedząc, gdzie jest wysyłane jej dziecko, Małgorzata patrzyła, jak pociąg z jej ukochanym synkiem odjeżdża w dal.

- Nie da się wyobrazić, jak to jest doświadczyć kradzieży dziecka. Nie daliśmy im naszych dzieci. Ukradli je - powiedziała wiele lat później Małgorzata. - Nikt nigdy nie zrobił nic tak strasznego jak to. Germanizowanie "aryjskich" Polaków - dodała.

Alojzy był jednym z około 200 tysięcy polskich dzieci, które zostały uprowadzone przez nazistów w latach 1939-1944 i wysłane do Niemiec w celu "zgermanizowania". Gdy niemiecka armia najechała Polskę we wrześniu 1939 roku, agresorzy byli zdumieni obfitością włosów i niebieskimi oczami dzieci. Heinrich Himmler, Reichsführer (przywódca krajowy) SS, powiedział w przemówieniu do oficerów w Poznaniu w październiku 1943 roku: "Naszym obowiązkiem jest zabranie dzieci z nami, usunięcie ich z ich otoczenia, w razie potrzeby przez uprowadzenie lub kradzież i wysyłkę do Niemiec".

Ponieważ naziści uważali, że Polacy są narodem "podrzędnym wobec Niemiec", pojęcie aryjskich Polaków kolidowało z ich ideologią. Jak Polacy mogą być gorszą rasą, jeśli niektórzy z nich wyglądają jak idealny Niemiec? Aby zażegnać ten dylemat, naziści propagowali ideę, że te dzieci faktycznie wywodziły się z krwi niemieckiej. Dlatego naziści przekonali samych siebie, że nie kradną dzieci, a jedynie odzyskują utraconą krew należącą do ojczyzny. Polska nie była sama w cierpieniu z powodu takiej tragedii - dzieci z: Czechosłowacji, Słowenii, Białorusi i Ukrainy, które wyglądały aryjsko, również zostały uprowadzone i wysłane do kraju pod wodzą Adolfa Hitlera.

62 aryjskie cechy fizyczne

W październiku 1939 roku Hitler stworzył urząd komisarza Rzeszy ds. Wzmocnienia niemieckiej ludowości z Himmlerem na czele. Jego celem było ułatwienie przesiedlenia okupowanych terytoriów ludności niemieckiej. W lutym 1942 roku SS Gruppenführer (generał major) Ulrich Greifelt z biura Himmlera wydał dyrektywę 67/1. Polskie dzieci o odpowiedniej aryjskiej charakterystyce zostałyby zidentyfikowane i zabrane rodzicom pod pretekstem, że ich zdrowie jest zagrożone. Dzieci zostaną wysłane do Łodzi lub Kalisza, gdzie zostaną sfotografowane i przeanalizowane zgodnie z 62 cechami fizycznymi, w tym kolorem włosów i oczu, długością nosa, grubością warg i postawą. Nawet rozmiar miednicy dziewczynki mierzono wówczas ze względu na rozrodczość.

Gdyby uznano, że dzieci są odpowiednio aryjskie, osoby w wieku od dwóch do sześciu lat powinny zostać wysłane do domów w Niemczech, gdzie będą oczekiwać na adopcję przez odpowiednią rodzinę SS. Fałszywe certyfikaty urodzenia z nowymi niemieckimi nazwiskami i miejscami urodzenia zostaną wydane w celu ukrycia prawdziwych tożsamości dzieci. W wielu przypadkach naziści nadawali dziecku podobnie brzmiące nazwisko, tak aby łatwiej było je zapamiętać.

Barbara Mikołajczyk stała się Baber Mickler, nowe dane Heleny Fornalczyk to Helena Former, Alodia Witaszek była od tamtej pory Alice Wittke, a Helena Fice została zmieniona na Helene Fischer. Dzieci, które nie zdały testu lekarskiego i nie uznano ich za wystarczająco aryjskie, wysłano do obozów koncentracyjnych (Auschwitz i Treblinka), gdzie wielu zostało zamordowanych.

Heimschulen

Dzieci w wieku od sześciu do dwunastu lat, które zdały wspomniane testy, zostały wysłane do specjalnej niemieckiej szkoły ojczyzny (Heimschulen), czyli do placówek, w których nauczano ich tak, aby stali się dobrymi Aryjczykami. Celem było usunięcie wszelkich śladów ich ojczystego dziedzictwa i przekształcenie ich w lojalnych nazistów. Nauczono ich mówić po niemiecku; jeśli którekolwiek dziecko mówiło swoim językiem ojczystym, było pozbawiane jedzenia lub uderzane pasem. Dzieci były zmuszane do noszenia mundurów ze swastykami, śpiewania wojskowych pieśni i uczono ich nazistowskich idei. Byli również zmuszeni znosić niezliczone godziny ćwiczeń i marszów, aby zniszczyć wszelkie poczucie indywidualności.

Gdy dzieci zostały odpowiednio "zgermanizowane", były gotowe do adopcji przez niemieckie rodziny. Historyk Richard Lukas pisze, że niektóre polskie dziewczyny o cechach aryjskich były nawet wysyłane do domów położniczych SS w Niemczech, gdzie stały się "materiałem hodowlanym" dla oficerów SS.

Porywani ze szkół i domów dziecka

Naziści używali kilku metod, aby uprowadzać dzieci. Początkowo hitlerowcy celowali w sierocińce i domy zastępcze, szukając małolatów o blond włosach i niebieskich oczach. Jeden z chłopców tak opowiada o swoim doświadczeniu: "W 1940 roku czterech chłopców, wszyscy o jasnej karnacji, zostało zabranych z sierocińca z Sienkiewiczówki do Wydziału Zdrowia na badania (...) Nasza krew została przebadana, zbadane zostały także wszystkie części ciała, głowa, nasze włosy, skóra itd. Ostatecznie zabrano mnie do Bruczkowa (...) Uczyliśmy się niemieckiego i nie wolno było mówić po polsku (...) Spędziłem półtora roku w szkole SS (...) Chodzenie do kościoła i mówienie po polsku było karane chłostą i pozbawieniem jedzenia (...) Powiedziano nam, że od tego czasu będziemy Niemcami i otrzymaliśmy nowe nazwiska (...) Później zostaliśmy przydzieleni do rolników (...) Powiedziano mi, aby zwrócić się do rolnika i jego żony jak do "ojca" i "matki", aby szybciej zapomnieć, że przybyłem z innego kraju. Nazywam się Johann Suhling zamiast Jan Sulisz".

Naziści "skonfiskowali" także dzieci Polaków, których wysłano do obozów koncentracyjnych. Jeden z więźniów obozu, Józef Olszacki, powiedział: "W 1944 roku, po moim aresztowaniu i deportacji do obozu koncentracyjnego, moje córki Regina, lat 14, i Anna Maria, lat 10, zostały wezwane do Arbeitsamt (urzędu pracy), a później do biura rasowego. Nie widziałem moich córek po powrocie z obozu - już ich tam nie było. To, co wiem o nich, pochodzi tylko od mojej przybranej córki, która je wychowała. Podczas egzaminu w Biurze Zawodów obie córki zostały uznane za "rasowo wartościowe". Wiem od mniszki, która była obecna podczas ewakuacji dzieci z Kalisza 18 stycznia 1945 roku, że dzieci wsiadły do ​​pociągu i ruszyły w kierunku Poznania. Ale ich stacja docelowa pozostaje tajemnicą".

W niektórych przypadkach naziści zabierali dzieci prosto ze szkoły bez żadnego ostrzeżenia. Janek Hammerling miał zaledwie sześć lat, kiedy naziści weszli do jego szkoły w Radomiu i mierzyli jego wzrost, wagę, a nawet zęby. Wkrótce potem wysłano go pociągiem do obozu w Niemczech, gdzie nauczano go niemieckich piosenek.

Kacper Poldek miał siedem lat, kiedy hitlerowcy zabrali go, jego siostrę i dwóch innych uczniów ze szkoły w Nowym Sączu. Zostali wysłani bezpośrednio do obozu w Niemczech, gdzie uczyli się języka niemieckiego.

Mieczysław Domański miał sześć lat, kiedy został uprowadzony przez nazistów wraz z 80 innymi uczniami ze swojej szkoły w Adamowie. Został wysłany do obozu w południowej Polsce, gdzie musiał nosić niemiecki mundur i zostawał dotkliwie pobity, jeśli mówił po polsku.

Zabrani rodzicom

Co więcej, hitlerowcy zabierali "aryjskie" dzieci bezpośrednio od ich polskich rodziców. Maria Komsyk zeznała później: "Miałam dwoje dzieci: chłopca w wieku sześciu lat i dziewczynę. W 1940 roku zostałam aresztowana przez żandarmerię niemiecką, ponieważ niemiecki sąsiad doniósł na mnie. Jeden z żandarmów zabrał mi dzieci, podczas gdy drugi przetransportował mnie do Arbeitsamtu. Zostałam deportowana do Lubeki na przymusową pracę, pozostałam tam do 1942 roku (...) Do dziś nie wiem, co się stało z moimi dziećmi".

W innych przypadkach rodzice otrzymali zawiadomienie od SS, w którym informowali ich, aby przyprowadzili swoje dzieci na lokalny dworzec kolejowy w określonym czasie, aby wyjechać na wakacje. Tak stało się z młodym Alojzym. Został wysłany do Niemiec, gdzie został przyjęty przez członka partii nazistowskiej. Nauczono go mówić po niemiecku, a jego nazwisko zmieniło się nawet na bardziej niemiecko brzmiące: Alfred Binderberger. Młody i podatny na wpływy Alojzy wkrótce stał się takim wyznawcą Adolfa Hitlera, że ​​kiedy jego przybrany ojciec zdjął z łóżka obraz Hitlera, kiedy wojna się skończyła, Alojzy nazwał go "zdrajcą".

Brązowe siostry

Czasami naziści zatrudniali słynne "Brązowe Siostry", aby odnajdowały dla nich odpowiednie dzieci. Siostry te były pielęgniarkami, które były oddane sprawom nazistowskim. Pracowały one dla nazistowskiej organizacji opieki społecznej i przeszukiwały wsie i miasteczka w celu odszukania dzieci "aryjskich". Według Lukasa, używały one "cukierków, a nawet kromek chleba jako przynęt przyciągających chłopców i dziewczęta".

Podejmując rozmowy z dziećmi, siostry pytały, gdzie mieszkali i czy w domu są podobnie wyglądający bracia lub siostry. Pielęgniarki odsyłały następnie swoje informacje do lokalnych władz SS. Dzieci znikały wtedy zwykle w nocy i nigdy więcej o nich nie słyszano.

Kradzież od zagranicznych pracowników

Niekiedy dzieci były przeznaczone do germanizacji jeszcze przed urodzeniem. Podczas wojny tysiące kobiet z okupowanych krajów, a zwłaszcza Polski, zostało nawiedzonych przez nazistów i wysłane do Niemiec w celu wsparcia wysiłków wojennych. Te kobiety pracowały na farmach, były zatrudnione jako służące lub pracowały w fabrykach.

W lipcu 1943 roku Himmler wydał dekret dotyczący ciężarnych pracowników cudzoziemskich i ich potencjalnego potomstwa. Dekret orzekł, że jeśli rodzice są "rasowo wartościowi", dziecko powinno zostać zabrane matce i umieszczone w odpowiednich rodzinach zastępczych SS lub wychowane w domach Lebensborn. Dzieci cudzoziemskich robotników, które nie były "rasowo wartościowe", miały zostać wyeliminowane.

Dokument nazistowski z niemieckiego miasta Wurzburg odnosił się do tego procesu: "Polka NN (bez nazwy), urodzona w (...) spodziewa się dziecka (... miesiąc ciąży), którego ojciec jest Polakiem NN (...) Wniosek matki o aborcję został odrzucony, ponieważ istnieje prawdopodobieństwo posiadania potomstwa rasowo wartościowego. NSV jest uprzejmie proszona o przejęcie opieki nad dzieckiem po jego narodzinach".

Szacuje się, że domy Lebensborn zajmowały się ponad 90000 dzieci, z których większość była "rasowo wartościowa" i urodziła się w Niemczech w rodzinach zagranicznych pracowników.

Operacja na rzecz rewindykacji dzieci

Małgorzata Twardecka była jedną ze szczęśliwych matek. Ponownie zetknęła się ze skradzionym dzieckiem - 10 lat po tym, jak go zabrano. Wielu polskich rodziców nigdy więcej nie widziało swoich dzieci.

Po wojnie polski rząd stworzył operację "Rewindykacja dzieci" kierowaną przez dr Romana Hrabara. Jego misja polegała na ponownym łączeniu skradzionych dzieci z ich prawowitymi rodzicami, co było nie lada wyzwaniem. Naukowcy musieli najpierw ustalić, od czego nazwiska dzieci zostały zmienione, a następnie, gdzie mieszkali na Zachodzie. Kiedy już je znaleziono, wielu niemieckich rodziców odmówiło wiary w to, że ​​ich "dzieci" są Polakami i nie chcieli oddać ich władzom. Zadanie było podwójnie utrudnione, gdy dzieci nie mówiły już po polsku i nie pamiętały swojego pierwotnego życia ani rodziny.

Ostatecznie polska misja mogła oczekiwać niewielkiej pomocy ze strony władz brytyjskich i amerykańskich w wysyłaniu dzieci za Żelazną Kurtyną podczas Zimnej Wojny. Do końca 1950 roku polski rząd był w stanie jedynie repatriować 3404 dzieci z powrotem do Polski. Szacuje się, że tylko 40000, czyli 20 procent z szacowanych 200 000 dzieci, które zostały skradzione z Polski przez nazistów, ponownie połączyło się z rodzinami. Tysiące innych i ich potomków nadal mieszka w Niemczech, nieświadomi ich prawdziwej tożsamości i dziedzictwa.

Jak pisał dr Hrabar, kradzież polskich dzieci przez Adolfa Hitlera jest jedną z "najczarniejszych stron w kronikach ludzkości".

Źródło: Warfare History Network

Tekst, który właśnie Państwo czytają, jest jedynie tłumaczeniem oryginalnego artykułu z innego źródła, które jest podawane na końcu tegoż tekstu. Nie jestem autorem oryginału.

Free Joomla! template by L.THEME