Kiedy usłyszymy coś o Nowej Zelandii, na myśl przychodzi nam piękna przyroda - fiordy, góry i wspaniałe krajobrazy. Rozległe, puste i bezkresne. Jednak już od lat kraj ten zmaga się z inną formą izolacji - depresją i samobójstwami.

Raport Unicef z 2017 roku zawiera szokującą statystykę - Nowa Zelandia ma zdecydowanie najwyższy współczynnik samobójstw wśród młodzieży w rozwiniętym świecie. Szok, ale nie niespodzianka - kraj ten nie po raz pierwszy znajduje się na szczycie tabeli.

Raport Unicef wykazał, że współczynnik samobójstw wśród młodzieży nowozelandzkiej - nastolatków w wieku od 15 do 19 lat - jest najwyższy z długiej listy 41 krajów OECD i UE. Wskaźnik 15,6 samobójstw na 100 tys. osób jest dwa razy wyższy niż w USA i prawie pięć razy wyższy niż w Wielkiej Brytanii.

Dlaczego Nowa Zelandia?

- Istnieje wiele powodów i ważne jest, aby nie skupiać się tylko na jednej statystyce - ostrzega dr Prudence Stone z Unicef New Zealand. Wysoki współczynnik samobójstw łączy się z innymi danymi, pokazującymi na przyklad ubóstwo wśród dzieci, wysoki wskaźnik nastoletnich ciąż lub rodzin, w których żadne z rodziców nie ma pracy.

Nowa Zelandia ma również „jeden z najgorszych na świecie rekordów w zakresie zastraszania w szkołach“, cytując Shauna Robinsona z Mental Health Foundations New Zealand. Wyjaśnia on, że istnieje „toksyczna mieszanka“ bardzo wysokich wskaźników przemocy w rodzinie, wykorzystywania i ubóstwa wśród dzieci, które należy rozwiązać, aby uporać się z tym problemem.

Statystyki pochodzące ze stron rządowych Nowej Zelandii ujawniają, że wskaźniki samobójstw są najwyższe wśród młodych Maorysów i mężczyzn z wysp Pacyfiku. - To pokazuje nam, że istnieją również kwestie dotyczące tożsamości kulturowej i wpływu kolonizacji - dodaje Robinson.

Według danych z 2014 roku, wskaźnik samobójstw wśród mężczyzn maoryskich we wszystkich grupach wiekowych jest około 1,4 razy wyższy niż wśród pozostałych grup etnicznych.

- To alarmujące i warte uwagi. Być może jest to efekt poziomu instytucjonalnego i kulturowego rasizmu w naszym społeczeństwie - twierdzi dr Stone. - Nie ma badań, które pozwoliłyby nam stwierdzić to jednoznacznie, ale z pewnością sugeruje to wiele sygnałów - dodaje.

Poza tymi ponurymi liczbami istnieje jeszcze jedna hipoteza, którą niektórzy podają jako możliwą przyczynę tej niepokojącej sytuacji. Służby zdrowia i wsparcia we wszystkich krajach zachodnich od lat walczą ze stygmatem związanym z depresją postrzeganą jako słabość.

To właśnie może być w istocie większy problem w Nowej Zelandii niż w innych krajach.

- W Nowej Zelandii istnieje tradycja zahartowanej kultury koleżeńskiej - wyjawia dr Stone. - To wywiera presję na mężczyzn, aby być w określonej formie, presję na chłopców, aby utwardzić się, aby stać się tymi twardymi pijącymi piwo mężczyznami.

Mówi, że w ostatnich latach nastąpiła niewielka zmiana, z muzykami i filmowcami pojawiającymi się jako wzorce do naśladowania dla innego rodzaju nowozelandzkiego mężczyzny - ludzi, którzy „nie są typowymi wielkimi, twardymi gośćmi“, ale pokazują, że może istnieć zabawne podejście do męskości.

- Duża część zachodniego świata przyjmuje postawę: „Po prostu będę się uśmiechał i to przeboleję“ - dodaje Briana Hill, rzeczniczka Youthline, telefonicznej infolinii skierowanej do młodych ludzi. - Ale myślę, że w nowozelandzkiej psychice zdecydowanie istnieje dodatkowy stoicyzm wokół postawy „Po prostu przejdę przez to sam“, którego możemy nie doświadczyć tak bardzo w innych krajach.

Nie chodzi o to, że nie ma systemu wsparcia, aby rozwiązać problem, ale sęk w tym, że jest on całkowicie przeciążony. - Zapotrzebowanie na tego typu usługi wzrosło o 70% w ciągu ostatniej dekady - wyjaśnia Robinson. - Podczas gdy liczba wezwań policji związanych z samobójstwami wzrosła o 30% tylko w ciągu ostatnich czterech lat.

Problem ten Briana Hill z Youthline zna aż za dobrze. Notuje się zbyt wiele wezwań, których funkcjonariusze nie są w stanie podjąć, ponieważ nie mają takiej możliwości.

Jednogłośne odczucie wśród społeczności ekspertów jest takie, że należy przeznaczyć więcej funduszy na pomoc służbom, które zajmują się tym problemem. Równie ważne jest bardziej ogólne skupienie się na tworzeniu świadomości istnienia problemu i nadanie mu odpowiedniego priorytetu.

- Rząd nie wykonuje dobrej roboty w zakresie wspierania młodych ludzi, aby byli w stanie poradzić sobie z presją, stresem, emocjonalnymi i psychicznymi wyzwaniami, przed którymi stoją - dodaje Robinson.

Utrzymywanie się problemu na przestrzeni lat sprawiło, że stał się on jednym z priorytetów decydentów politycznych. Był on na przykład tematem debat politycznych przed wyborami powszechnymi w kraju we wrześniu 2017 roku.

Cztery lata temu rząd opublikował projekt krajowej strategii zapobiegania samobójstwom, który został poddany konsultacjom społecznym. Chociaż wokół projektu toczy się wiele dyskusji, nawet ci, którzy twierdzą, że jest on niewystarczający, zgadzają się, iż jest to ważny krok w kierunku przesunięcia niebotycznie wysokich wskaźników samobójstw w kraju ku centrum uwagi opinii publicznej.

Źródło: BBC

Śmierć jednostki może mieć silny wpływ na nasze emocje, ale wraz z rosnącą liczbą zmarłych rośnie nasza obojętność. Dlaczego?

"Jeśli spojrzę na tłum, nigdy nie będę działać. Jeśli spojrzę na jednostkę, będę działać". Są to słowa kobiety, której czyny miłosierdzia i dobroci przyniosły jej świętość - Matki Teresy.

Stanowią one przykład jednego z najbardziej zadziwiających aspektów ludzkiej reakcji na trudną sytuację innych. Podczas gdy większość z nas postrzega pojedynczą śmierć jako tragedię, możemy mieć trudności z taką samą reakcją na utratę życia na dużą skalę. Najczęściej śmierć wielu osób staje się po prostu statystyką.

Przykładowo miliony istnień ludzkich utraconych w wyniku klęsk żywiołowych, wojen lub głodu stają się zbyt wielkie, by je pojąć.

Nawet teraz możemy zaobserwować ten sam dziwny proces, gdy wzrasta światowa liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. Liczba ofiar śmiertelnych wirusa przekroczyła już 2 miliony, a na całym globie odnotowano ponad 112 milionów przypadków. Każda śmierć jest tragedią, która rozgrywa się na poziomie indywidualnym, a rodziny są wstrząśnięte i pogrążone w żałobie. Ale jak my to widzimy - czy ktoś jest w stanie ogarnąć tak wielkie liczby?

W Stanach Zjednoczonych, które niedawno osiągnęły ponury kamień milowy 500 tys. ofiar, dziennikarze szukają sposobów, aby pomóc ludziom zrozumieć zakres problemu. Liczba ta jest "dziesięć razy większa niż liczba Amerykanów straconych podczas całej wojny w Wietnamie" i "przekracza liczbę ofiar śmiertelnych amerykańskich wojsk w każdym konflikcie od czasów wojny koreańskiej".

Jednak nasza niezdolność do zrozumienia cierpienia, jakie niosą ze sobą takie liczby, może zaszkodzić sposobowi, w jaki reagujemy na takie tragedie. Nawet teraz istnieją dowody na to, że ludzie cierpią na zmęczenie wiadomościami o koronawirusie i mniej czytają o pandemii.

Może to być spowodowane, po części, psychologicznym zjawiskiem znanym jako psychiczne odrętwienie, ideą, że "im więcej ludzi umiera, tym mniej nas to obchodzi".

- Szybkie, intuicyjne przeczucie jest pod wieloma względami cudowne, ale ma też pewne wady - mówi Paul Slovic, psycholog z University of Oregon, który od dziesięcioleci bada psychiczne odrętwienie. - Jedną z nich jest to, że nie radzi sobie zbyt dobrze z liczbami w kategoriach wielkości. Jeśli mówimy o życiu, to jedno życie jest niezwykle ważne i cenne i zrobimy wszystko, aby je chronić, uratować, ocalić tę osobę. Ale gdy liczby rosną, nasze uczucia nie wzrastają proporcjonalnie.

W rzeczywistości badania Slovica sugerują, że w miarę jak liczby statystyczne związane z tragedią stają się coraz większe, stajemy się znieczuleni i mniej emocjonalnie na nie reagujemy. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia przez nas działań niezbędnych do powstrzymania ludobójstwa, wysyłania pomocy po klęskach żywiołowych czy uchwalania przepisów zwalczających globalne ocieplenie. W przypadku pandemii, może to prowadzić do pewnego rodzaju apatii, która sprawia, że ludzie stają się obojętni na mycie rąk lub noszenie maseczek - oba te czynniki okazały się ograniczać przenoszenie wirusa.

Częścią problemu może być to, że w miarę jak liczby stają się coraz większe, coraz mniej znaczą dla nas osobiście.

- Z ewolucyjnego punktu widzenia skupialiśmy się na rzeczach, które groziły nam natychmiastową śmiercią, lub na interakcjach w małych grupach - mówi Melissa Finucane, starszy behawioralista i socjolog w zarządzie Rand Corporation, która badała proces podejmowania decyzji i ocenę ryzyka. - Teraz próbujemy zrozumieć bardzo złożone scenariusze ryzyka, w których dostępnych jest wiele danych statystycznych. Ale przeciętny człowiek, który nie jest analitykiem statystycznym lub epidemiologiem, nie ma narzędzi, których potrzebujemy na wyciągnięcie ręki, aby dokonać osądu czegoś tak rozległego i złożonego jak globalna pandemia.

Może to mieć jednak poważne konsekwencje odnośnie tego, jak radzimy sobie w obliczu tragedii na dużą skalę.

W serii badań przeprowadzonych w Szwecji w 2014 roku, Slovic i jego koledzy wykazali, że nie tylko stajemy się odrętwiali na znaczenie rosnących liczb, ale nasze współczucie może faktycznie zanikać lub załamywać się ogólnie wraz ze wzrostem liczby.

Uczestnikom pokazano zdjęcie biednego dziecka lub zdjęcie dwojga biednych dzieci i zapytano ich o gotowość do przekazania datku. Zamiast czuć się dwa razy bardziej smutni i dwa razy bardziej chętni do pomocy, ludzie przekazywali mniej datków, gdy widzieli dwoje dzieci zamiast jednego. Slovic twierdzi, że dzieje się tak dlatego, że jednostka jest dla ludzi najłatwiejszym modułem do zrozumienia i wykazania empatii.

- Jeśli widzisz jedno dziecko, możesz skupić się na nim - mówi Slovic. - Możesz myśleć o tym, kim jest i jak jest podobne do twojego własnego dziecka. Możesz skoncentrować się głębiej na jednej osobie niż na dwóch. Przy dwójce twoja uwaga zaczyna słabnąć, podobnie jak uczucia. A uczucia są tym, co kieruje naszym zachowaniem.

Badania Slovica wykazały również, że pozytywne uczucia związane z darowizną dla jednego dziecka, czyli "ciepły blask", zmniejszały się, gdy ludziom przypominano o dzieciach, którym nie byli w stanie pomóc, a zjawisko to on i jego koledzy nazywają "pseudo-nieefektywnością".

Uczestnikom biorącym udział w badaniu pokazano zdjęcia pojedynczego dziecka, ale połowa z nich otrzymała również statystyki dotyczące liczby innych osób głodujących w regionie, z którego pochodziło dziecko. Jest to dokładnie takie podejście, jakie wielu z nas widziało w filmach charytatywnych po katastrofach naturalnych.

- Myśleliśmy, że jeśli pokażemy, jak poważny jest to problem, ludzie będą bardziej zmotywowani do pomocy - mówi Slovic. Zamiast tego, darowizny spadły o połowę, gdy zdjęcie zawierało statystyki. Częściowo przyczyną takiego zachowania jest to, że w gruncie rzeczy jesteśmy raczej egoistycznymi istotami.

- Przekazujemy darowizny, ponieważ chcemy pomóc, ale to również sprawia, że czujemy się dobrze - mówi Slovic. - Nie jest tak dobrze pomóc dziecku, gdy zdajesz sobie sprawę, że jest ono jednym na milion. Czujesz się źle, że nie możesz pomóc wszystkim i te złe uczucia pojawiają się, mieszają się z dobrymi uczuciami i dewaluują je.

Ma to również związek z tym, jak duży wpływ przewidują ludzie dla swoich czynów. Gdy liczba cierpiących lub umierających w tragedii rośnie, nasze datki i wysiłki coraz bardziej wydają się być kroplą w morzu.

W badaniach przeprowadzonych przez Slovica i jego kolegów po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, kiedy to w ciągu 100 dni zginęło 800 tys. ludzi, a miliony zostały przesiedlone, poproszono grupę ochotników, aby wyobrazili sobie, że są przedstawicielem sąsiedniego kraju odpowiedzialnym za obóz dla uchodźców. Mieli zdecydować, czy pomóc 4500 uchodźcom w zapewnieniu dostępu do czystej wody, czy też nie. Połowie powiedziano, że obóz daje schronienie dla 250 tys. osób, a pozostałym, że ma 11 tys. uchodźców.

- Ludzie byli znacznie bardziej skłonni do ochrony 4500 osób z 11000 niż z 250000, ponieważ reagują na proporcję, a nie na rzeczywistą liczbę - mówi Slovic. - W pierwszym scenariuszu wydaje się, że nie warto. Ale jeśli możesz zmniejszyć ilość osób, które cierpią prawie o połowę, to wydaje się, że to wielka sprawa, nawet jeśli wciąż jest to ta sama liczba osób.

Oczywiście, istnieją powody, dla których niektórzy ludzie decydują się całkowicie unikać smutnych wiadomości lub głębokiego myślenia o tragediach. Wielokrotne oglądanie wiadomości o brutalnych wydarzeniach jest związane z wyższym poziomem ostrego stresu, który może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.

Jedno z badań przeprowadzonych po zamachu bombowym na maratonie w Bostonie w 2013 r. wykazało, że uczestnicy, którzy śledzili relacje z ataku przez sześć lub więcej godzin dziennie w tygodniu następującym po tym wydarzeniu, byli dziewięciokrotnie bardziej narażeni na zgłoszenie wysokiego poziomu ostrego stresu nawet kilka tygodni później.

- Jest to również schemat cykliczny - mówi Roxane Silver, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine i jedna z autorek badania. - Im bardziej jesteś zestresowany, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziesz zaangażowany w obserwowanie mediów. I może być trudno wyłamać się z tego schematu, zwłaszcza gdy wiadomości są złe. Im więcej wiadomości, tym więcej stresu, im więcej stresu tym więcej wiadomości.

Podczas gdy oglądanie wiadomości dla aktualizacji o najnowszych zasadach obostrzeń i rozprzestrzeniania się wirusa było ważne podczas koronawirusa, jest to źródło rosnącego poziomu niepokoju dla wielu ludzi podczas pandemii.

- To nie jest psychologicznie korzystne i prawdopodobnie będzie związane z niepokojem, obawami, zmartwieniem i strachem, a potencjalnie i smutkiem - mówi Silver. Zamiast pogrążać się w wiadomościach, sugeruje ona wybranie garstki stron i sprawdzanie ich nie więcej niż dwa razy dziennie.

Źródło: BBC

Free Joomla! template by L.THEME