poniedziałek, 11 maj 2020 13:18

Dzień Poczęcia w Uljanowsku

Nie zdziwcie się, jeśli zauważycie puste ulice i spuszczone zasłony w środkowym regionie Rosji 12 września, gdy mieszkańcy korzystają z oferty gubernatora regionalnego, aby pomóc w powstrzymaniu kryzysu demograficznego w Rosji.

Gubernator Uljanowska Siergiej Morozow dekretował 12 września jako Dzień Poczęcia i daje parom czas wolny od pracy by promować prokreację. Pary, którym urodzi się dziecko dziewięć miesięcy później w rosyjskim dniu narodowym - 12 czerwca - otrzymają pieniądze, samochody, lodówki i inne nagrody.

W 2020 roku obchodzona będzie 15. rocznica zainicjowania święta - to w 2005 roku w regionie nadwołżańskim, około 885 kilometrów na wschód od Moskwy, odbyła się jego inauguracja. Od tamtego czasu liczba uczestników - i liczba urodzonych dzieci - rośnie.

- Jeśli w rodzinie będzie dobra, zdrowa atmosfera w domu, jeśli mąż i żona będą kochać siebie i swoje dziecko, będą w dobrym nastroju, a to obejmie również miejsce pracy. Tak więc w całym kraju będzie zdrowa atmosfera - powiedział Morozow w rozmowie z AP Television News. - Przywódcy (w kraju) są zainteresowani kwestią rodzin.

W 2007 roku ostrzegano, że populacja Rosji zmniejszyła się od czasu upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku, co było spowodowane spadkiem liczby urodzeń, niską średnią długością życia, gwałtownym wzrostem emigracji, kulejącym systemem opieki zdrowotnej i innymi czynnikami. Kraj - największy na świecie - miał wówczas zaledwie 141,4 miliona obywateli, co czyniło go jednym z najrzadziej osiedlonych narodów. W 2018 roku sytuacja nie uległa znacznej poprawie, gdyż według oficjalnych danych w Rosji mieszkało 144,5 miliona obywateli - a eksperci szacują, że do 2050 roku liczba ludności może spaść poniżej 100 milionów.

Kryzys demograficzny

- Tylko 311 kobiet zgłosiło się do udziału w pierwszym konkursie, w 2005 roku, i zakwalifikowało się do półdniowego zwolnienia z pracy. W czerwcu następnego roku w 25 szpitalach w Uljanowsku urodziło się 46 dzieci więcej niż w czerwcu poprzedniego roku, a 28 spośród nich urodziło się 12 czerwca - relacjonowali urzędnicy.

W 2006 roku do konkursu zgłosiło się ponad 500 kobiet, co sprawiło, że dziewięć miesięcy później urodziło się 78 dzieci, czyli ponad trzykrotnie więcej niż wynosi średnia dzienna w regionie. Wskaźnik urodzeń w regionie wzrósł o 4,5 proc. w porównaniu z tym samym okresem w roku ubiegłym.

- Nie sądzę, aby kobiety zachodziły w ciążę tylko po to, aby otrzymać nagrodę 12 czerwca, ale jeśli daty się pokrywają i dają ci za to... samochód, nie ma w tym nic złego - powiedział Yuri, wówczas 28-letni ojciec, który odmówił podania nazwiska.

W 2005 roku prezydent Władimir Putin nazwał kryzys demograficzny najpoważniejszym problemem kraju i zapowiedział szeroko zakrojone działania na rzecz zwiększenia przyrostu naturalnego, w tym pieniężne dotacje dla par przynoszących na świat więcej niż jedno dziecko. Kobiety, które rodzą drugie lub trzecie dziecko, otrzymywały równowartość 10 tys. dolarów z bonów na naukę lub naprawę domu.

W Uljanowsku każda kobieta, która 12 czerwca urodzi dziecko w miejscowym szpitalu, otrzymuje jakąś nagrodę. Zwycięzcy nagrody głównej - lokalnie produkowany SUV zwany UAZ-Patriot - są parami ocenianymi przez komisję według takich kryteriów jak "szacunek" i "godne pochwały rodzicielstwo".

Obiekt żartów

Nic dziwnego, że takie przedsięwzięcie wywołało lawinę żartów. Według jednego z krążących w Internecie dowcipów, regionalni nauczyciele uniwersyteccy - po otrzymaniu polecenia opracowania specjalnych zajęć na 12 września - zaproponowali pokrycie podłóg szkolnych sal gimnastycznych materacami i zgaszenie świateł.

Andriej Kartuzow, który wraz z żoną Iriną wygrał w 2006 roku nagrodę główną w konkursie "zróbmy sobie dziecko", powiedział, że i tak wraz z partnerką zamierzali mieć kolejne dziecko.

Kampania "jest skuteczną pomocą dla ludzi, szczególnie dla tych, którzy mieszkają na wsi" - dodał Kartuzow. - Jeśli będą organizować takie akcje co roku, to może będziemy mieli więcej (dzieci), a Rosja będzie rosła w siłę - skwitował.

Źródło: NBC News

Wszystko zaczęło się niewinnie - pszczoła miodna wleciała pod spodenki Michaela Smitha i użądliła* go w jądra.

Smith jest absolwentem Cornell University i na co dzień bada zachowanie i ewolucję pszczół miodnych. W pracy tej użądlenia są częstym i nieuniknionym zagrożeniem. - Jeśli masz na sobie spodenki i pracujesz, pszczoła może łatwo się tam dostać - mówi. - Ale byłem naprawdę zaskoczony, że nie bolało tak bardzo, jak myślałem.

To zmusiło go do myślenia: Gdzie znajduje się najgorsze miejsce na ciele pod względem skali bólu, które można użądlić?

Każdy, kto pracuje z żądlącymi owadami, z pewnością ma na to pytanie swoje własne odpowiedzi, ale Smith nie mógł znaleźć żadnych obiektywnych danych. Nawet Justin Schmidt nie był pomocny: jest on słynnym twórcą Schmidt Sting Pain Index - skali, która mierzy bolesność użądleń owadów za pomocą cudownych synestetycznych opisów, które czyta się niemalże jak nutki smakowe wina.

Zgodnie z indeksem Schmidta, użądlenie pszczoły potnej (1 w skali od 0 do 4) sprawia wrażenie, jakby "maleńka iskierka dotknęła pojedynczy włos na ramieniu". Użądlenie większości ós (2) jest "niczym poparzenie, niemalże nieodparte; wyobraź sobie W. C. Fieldsa gaszącego cygaro na twoim języku". A lider wśród tego typu owadów - paraponera clavata (4+) - wywołuje "czysty, intensywny, genialny ból, jak chodzenie po płonącym węglu drzewnym z 3-calowym, zardzewiałym gwoździem wbijającym się w piętę".

Schmidt przyznał, że "poziom bólu związany z poszczególnymi ukłuciami jest oczywiście różny i zależy od takich cech, jak miejsce ukłucia (...)", ale nie doprecyzował, jak te poziomy różnią się w zależności od części ciała.

Tak więc Smith postanowił się tego dowiedzieć. Jego królikiem doświadczalnym został on we własnej osobie.

Jak pisze w swojej pracy (która, nawiasem mówiąc, to czyste złoto): "Tutejszy Human Research Protection Program nie ma polityki dotyczącej auto-eksperymentowania badaczy, więc te badania nie były przedmiotem recenzji z ich biur. Metody te nie są sprzeczne z Deklaracją Helsińską z 1975 r., zrewidowaną w 1983 r. Autor był jedyną osobą użądloną, był świadomy wszystkich związanych z tym zagrożeń, wyraził zgodę i ma świadomość, że wyniki te zostaną podane do publicznej wiadomości".

Smith był metodyczny. Chwytał "przypadkowo kleszczami" pszczoły za skrzydła i przyciskał je do wybranej części ciała. Zostawił tam żądło na całą minutę przed jego usunięciem, a następnie ocenił ból w skali od 1 do 10.  Ból jest bardzo trudny do zmierzenia, ale badania psychologiczne wykazały, że skale numeryczne wykonują przyzwoitą pracę polegającą na umieszczaniu liczb na z natury subiektywnym doświadczeniu.

Dawkował sobie pięć ukłuć dziennie, zawsze między 9 a 10 rano, zaczynając i kończąc na "próbnych ukłuciach" na przedramieniu, aby skalibrować oceny. Trzymał się tego przez 38 dni, serwując sobie użądlenia trzy razy na 25 różnych częściach ciała. - Niektóre miejsca wymagały użycia lustra i prawidłowej postawy podczas użądlenia (np. jeśli mówimy o pośladkach) - pisał. Jeśli obraz mężczyzny, który kręci się przed lustrem, by przyłożyć do tyłka wzburzoną pszczołę wydaje się intrygujący, zapewniamy - mamy podobnie.

Mapa bólu autorstwa Smitha



- Wszystkie te użądlenia wywołały u autora ból - pisze Smith. Najmniej bolesne miejsca to czaszka, ramię i czubek środkowego palca u nogi (wszystkie uzyskały średnią notę 2,3). - Użądlenie na czubku czaszki było jak rozbicie jajka na głowie. Ból się tam pojawia, ale szybko odchodzi.

Najbardziej bolesnymi miejscami okazały się: trzonek penisa (7,3), warga górna (8,7) i nozdrza (9,0). - Ból jest tam elektryczny i pulsujący - wyjaśnia Smith. - Zwłaszcza na nozdrzach. Ciało naprawdę reaguje. Kichałem, sapałem, a smarki wręcz się wylewały. Użądlenie w nos to doświadczenie dla całego ciała.

- No tak, a penis? - podjąłem się zaryzykowania zadania tego pytania.

- To bolesne, a na pewno nie ma tam krzyżowania się uczuć przyjemności i bólu - odrzekł. - Ale jeśli jesteś użądlony w nos i penisa, będziesz chciał więcej użądleń na tym drugim, jeśli musiałbyś wybierać.

Czy był jakiś moment w tym eksperymencie, kiedy pomyślał: "Hej, może nie powinienem pozwalać użądlić się w nos i/lub penisa"?

- Zanim doszedłem do trzeciej rundy tej nierównej walki eksperymentalnej, pomyślałem: "Naprawdę nie chcę znowu kłuć się w nos" - relacjonuje. - Początkowo miałem oko na liście do użądlenia, ale kiedy porozmawiałem z moim doradcą Tomem Seeleyem to wyraził on obawę, że mogę oślepnąć. Chciałem zachować wzrok.

Znajdziemy tu kilka ciekawych perełek. Wydawać by się mogło, że najbardziej bolesnymi miejscami, w które możemy zostać użądleni, są miejsca o najcieńszej skórze lub te, w których znajdują się najbardziej czułe neurony. Ale żaden z tych czynników nie wyjaśnia dokładnie wyników. Na przykład, dłoń o grubej skórze boli znacznie bardziej niż cienkie ramię lub czaszka. A górna warga boli znacznie bardziej niż środkowy palec, mimo że oba są "obsługiwane" przez podobną liczbę neuronów. Mapa ciała pod względem bólu prawdopodobnie wyglądałaby zupełnie inaczej niż ta czysto czuciowa.

Należy oczywiście pamiętać, że te dane są bardzo subiektywne i wszystkie pochodzą od jednej osoby. Smith jest przekonany, że jego anatomia bólu nie może być uogólniona na wszystkich innych. - Gdyby ktoś inny to zrobił, prawdopodobnie wskazywałby różne miejsca, które uważał za najgorsze - mówi, chociaż z rozmów z kolegami czuje, że kształt mapy byłby podobny.

Jacyś chętni?

Źródło: National Geographic

*(w języku polskim istnieje problem z przekładem słowa "sting" - kwestia żądlenia/gryzienia wśród pszczół jest ogólnie dość zawiła; warto sprawdzić tutaj. Na potrzeby tekstu przyjmiemy wersję "żądlić" - przyp. tłum.)

Czy sześć 20-minutowych drzemek dziennie uczyni cię bardziej produktywnym?

Jeśli jesteś kimś takim jak my, uważasz sen za święty, nieodzowny, wyczekiwany święty nocny rytuał. Jeśli zaś jesteś jak Leonardo da Vinci lub Nikola Tesla, uważasz go za stratę czasu. Bluźnierstwo - wiem. Podobno ci dwaj stosowali plan snu, który jest tak agresywny, że niektórzy zmęczą się tylko na samą myśl. Dzięki, ale spasujemy.

Robisz się bardzo, bardzo śpiący

Nie ma nic kontrowersyjnego w stwierdzeniu, że sen jest ważny. Brak snu sprawia, że jesz więcej niż potrzebujesz - sprawia, że prowadzisz jak pijany głupiec, zabija twoją zdolność do nauki i dosłownie zjada twój mózg. Chociaż wiadomo, że sen jest kluczowy z niezliczonych powodów, nikt nigdy nie powiedział, że trzeba sprowadzić to wszystko do jednego dłuższego posiedzenia - o przepraszam: leżenia?

Podczas gdy pokoje do drzemek są uznawane za przełomową innowację w modnych, nowoczesnych miejscach pracy (drzemki robią robotę, ludzie!), sen w połowie dnia nie jest wcale nowym pojęciem. W rzeczywistości, ludzie w epoce przedindustrialnej często dzielili swój sen nocny na segmenty: "pierwszy sen" i "drugi sen". Ale, jak głosi legenda, niektórzy z największych myślicieli historii poszli o krok dalej.

Ma ktoś Red Bulla?

Podobno Leonardo da Vinci i Nikola Tesla utknęli w niemal wykańczającym cyklu snu. Podczas gdy przedindustrialni segmentowi drzemkowicze mieli dwufazową rutynę (uderzanie w kimono dwa razy w ciągu dnia), da Vinci i Tesla praktykowali najbardziej intensywny przykład spania wielofazowego (spanie ponad trzy razy w ciągu dnia). Cóż to za rutyna z wyboru (rzekomo)? To tzw. "cykl nadczłowieka" (Uberman Schedule).

Cykl ten składa się z sześciu 20-minutowych drzemek, równomiernie rozłożonych w ciągu dnia. Zaleca się utrzymywanie tego rytmu w nieskończoność. Według Towarzystwa Polifazowego, można dostosować system w sposób niekwalifikowalny, tak aby dopasować go do swoich potrzeb. Możliwe przyjęcie tej praktyki przez włoskiego odkrywcę zostało opisane przez Claudio Stampiego w książce z 1992 roku pt. "Why We Nap": "Jednym z jego sekretów, jak przynajmniej twierdzono, była unikalna formuła snu: spał 15 minut z każdych czterech godzin, co dawało w sumie dziennie tylko 1,5 godziny snu". Wygląda więc na to, że był on w stanie zyskać dodatkowe sześć produktywnych godzin dziennie. Podążając za tym unikalnym schematem, w ciągu 67 lat swojego życia "zyskał" dodatkowe 20 do celów produktywnych".

Tesla podobno nigdy nie spał dłużej niż dwie godziny w ciągu doby, choć może się to wydawać nieprawdopodobne. Ale, apelujemy, nie próbujcie tego naśladować. To mógł być ten czynnik, który doprowadził go do załamania psychicznego w wieku 25 lat. "Profesorowie na uniwersytecie ostrzegali ojca Tesli, że młodego uczonego zabijają nawyki pracy i snu" - opisuje czasopismo "Smithsonian".

Powodem, dla którego ludzie poddają się dziwnym godzinom snu i skracają zmiany w jego czasie jest oczywisty: więcej czasu oznacza - w idealnym założeniu - większą wydajność. Badanie opublikowane w 1989 roku w czasopiśmie "Work & Stress" wykazało, że wielofazowe strategie snu poprawiają długotrwałą wydajność. Tak więc, nie tylko masz więcej czasu na to, co musisz zrobić, ale może nawet osiągniesz lepsze wyniki, gdy to zrobisz. Po prostu zrób sobie przysługę i nie zapędź się z tym do skrajności jak Tesla.

Źródło: Discovery.com

- Miałem dengę, moja rodzina podobnie. To niezwykle przykre doświadczenie. Nie chciałbym nigdy tego przeżywać ponownie ani obserwować u bliskich.

Takimi słowami swoje doświadczenia z dengą (infekcyjną chorobą tropikalną) opisuje Cameron Simmons, kierujący zespołem ds. oceny wpływu w World Mosquito Program.

Niestety - w 2018 roku prawie 400 milionów ludzi doświadczyło tej choroby wirusowej, która jest tak bolesna, że często określa się ją mianem gorączki łamiącej kości. Nie ma na to żadnego konkretnego leku - te podaje się tylko na gorączkę i inne objawy. Ciężkie przypadki, choć rzadkie, mogą być śmiertelne. Jedyna licencjonowana szczepionka budziła obawy o jej bezpieczeństwo.

W miejscach tropikalnych, gdzie szerzy się denga, coroczne epidemie stanowią ogromne obciążenie dla tamtejszych placówek medycznych.

Simmons jest dyrektorem zespołu ds. oceny wpływu w World Mosquito Program. On i jego partnerzy starają się nieść ukojenie w tej uporczywej chorobie.

- W całej Azji Południowo-Wschodniej denga jest pewniakiem przy każdej porze deszczowej - mówi. - Stąd też lokalne społeczności (w tym pracownicy służby zdrowia) wiedzą że to, co robią w tej chwili, nie działa.

Tak więc zamiast starej metody łapania w pułapki i zabijania wszystkich komarów przenoszących dengę, World Mosquito Project robi coś zupełnie innego. Naukowcy hodują i wypuszczają komary, z tym że są one wyjątkowe: zostały zainfekowane bakterią o nazwie Wolbachia.

Wolbachia występuje naturalnie u wielu owadów, ale zwykle nie u komarów Aedes aegypti, które rozprzestrzeniają dengę. Trzeba go "wprowadzić" do komarów w laboratorium. Następnie bakteria jest przekazywana przyszłym pokoleniom. Wydaje się ona blokować Aedes aegypti przed przenoszeniem arbowirusów, do których należą: denga, a także chikungunya, żółta gorączka i wirus Zika.

- Nie obserwujemy żadnych zmian w wielkości populacji komarów i wciąż nas kąsają. Niestety nie rozwiążemy tego problemu - śmieje się Simmons. - Możemy natomiast rozwiązać problem polegający na tym, że komary przenoszą te ważne z medycznego punktu widzenia choroby.

W 2019 roku na dorocznym spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Medycyny Tropikalnej i Higieny Simmons przedstawił wyniki kilku próbek, które jego grupa gromadziła na całym świecie.

- W Indonezji [wypuściliśmy komary zakażone Wolbachią] w społeczności liczącej 50 tys. osób i porównaliśmy ją ze społecznością, w której nie zastosowaliśmy takich insektów - komentuje Simmons. - Zaobserwowaliśmy redukcję [przypadków dengi] o 75% w ciągu ostatnich 30 miesięcy w społeczności "leczonej" Wolbachią.

Naukowiec dodaje, że w badaniach laboratoryjnych grupa była w stanie wykorzystać tę bakterię do całkowitego zatrzymania przenoszenia dengi.

Szkopuł w prawdziwym świecie polega na tym, że inni ludzie i komary migrują do leczonych obszarów, co psuje eksperymenty. Ale z teoretycznego punktu widzenia Simmons postrzega Wolbachię jako potencjalny sposób całkowitego zlikwidowania problemu dengi.

- Wyobraźmy sobie jakąś dużą wyspę, na której powstrzymujemy ludzi od imigracji i opuszczania jej i instalujemy Wolbachię we wszystkich komarach na tejże wyspie. Nauka sugeruje, że wyeliminujemy dengę w takim miejscu.

Niektóre kraje próbują to zaimplementować. Australia zaczęła używać komarów zainfekowanych Wolbachią prawie dziesięć lat temu, aby kontrolować wybuchy nadciągającej dengi w stanie Queensland.

W 2019 roku rząd Malezji rozpoczął kampanię pod nazwą „Wolbachia Malaysia”, aby rozpocząć nierówną walkę z dengą. Kampania ta nie jest powiązana z World Mosquito Program - grupą Simmonsa. Wykorzystuje inny szczep bakterii, ale próbuje zrobić to samo - uniemożliwić komarom rozprzestrzenianie tych chorób wirusowych.

Warto zaznaczyć, że Wolbachia nie działa na malarię, która jest napędzana przez pasożyty i przenoszona przez inny rodzaj komarów.

Według Pan American Health Organisation w ubiegłym roku odnotowano rekordową liczbę przypadków dengi w obu Amerykach.

- To wręcz nieprawdopodobne. Aedes aegypti jest bardzo dobrze przystosowany do brazylijskiego klimatu - mówi Luciano Moreira z Fiocruz Foundation w Brazylii. Moreira jest także wiodącym naukowcem w kraju w ramach World Mosquito Program.

- Aedes aegypti jest wszędzie - mówi. - Mogą żyć nawet w wysokich budynkach, w wazonach i doniczkach. Nawet przy bardzo małej ilości wody będą tam funkcjonować i mogą przetrwać.

World Mosquito Program instaluje obecnie komary zarażone Wolbachią w dwóch miejscach w Brazylii - w Rio de Janeiro i pobliskim mieście Niterói.

Źródło: NPR.org

Ryan Reynolds i Blake Lively ogłosili, że przekazali milion dolarów na dwie organizacje pomocy humanitarnej, chcąc wspomóc niektóre najbardziej narażone populacje podczas pandemii koronawirusa.

- Wszyscy zapewne się zgadzamy, że Covid-19 to dupek - napisał Reynolds na swoim profilu na Twitterze. - Jeśli możesz pomóc, odwiedź http://FeedingAmerica.org i/lub http://FoodBanksCanada.ca.

- Covid-19 brutalnie wpłynął na życie osób starszych i rodzin o niskich dochodach - dodał gwiazdor „Deadpoola”. - Blake i ja przekazujemy milion dolarów do podziału między Feeding America i Food Banks Canada. Jeśli jesteś w stanie się podzielić, te organizacje naprawdę potrzebują naszej pomocy.

Feed America prowadzi sieć banków żywności w całych Stanach Zjednoczonych, natomiast Food Banks Canada robi to samo w Kanadzie, w której mieszka Reynolds.

- Jesteśmy niezwykle wdzięczni za prawdziwie hojną darowiznę Ryana Reynoldsa i Blake Lively oraz za wszystkie dotacje od innych osób - oświadczył Dan Nisbet, jeden z wiceprezesów Feeding America. - Sieć 200 banków żywności Feeding America pracuje niestrudzenie, by pomagać i zapewniać posiłki naszym najbardziej poszkodowanym sąsiadom - dzieciom, osobom starszym, rodzinom borykającym się z brakiem bezpieczeństwa żywnościowego i osobom z problemami zawodowymi - w całym naszym kraju w tym szczególnym czasie. Hojność taka jak tych gwiazd z pewnością zrobi różnicę.

Reynolds napisał także w swoim tweecie: - Dbajmy o swoje ciała i serca. Zostawmy miejsce dla radości. Zadzwońmy do kogoś, kto jest odizolowany i może potrzebować kontaktu z innym człowiekiem.

Aktor następnie żartobliwie zachęcił 15,6 miliona obserwujących aby dzwonili do Hugh Jackmana, jednak podał jego numer telefonu jako „1-555-[emotka smutnej twarzy]-Hugh”.

Inne gwiazdy, które na swoich platformach społecznościowych poparły pomoc dla Feeding America w następstwie pandemii, to: Justin Timberlake, Natalie Portman, Ben Affleck, Vanessa Hudgens, Alan Cumming, siostry Gigi i Bella Hadid, Josh Gad i Nick Lachey.

We wrześniu Lively i Reynolds przekazali 2 miliony dolarów na NAACP Legal Defense and Educational Fund oraz Young Center for Immigrant Child's Rights.

Źródło: Variety.com

czwartek, 23 styczeń 2020 10:46

Chiny wycofują plastik jednorazowego użytku

Chiny zwiększają ograniczenia w zakresie produkcji, sprzedaży i stosowania produktów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych, próbując rozwiązać jeden z największych problemów środowiskowych w kraju - poinformowali w niedzielę tamtejsi planiści.

Ogromne ilości nieprzetworzonych odpadów z tworzyw sztucznych są zakopywane na wysypiskach śmieci lub zrzucane do rzek. Organizacja Narodów Zjednoczonych uznała tworzywa jednorazowego użytku za jedno z największych wyzwań środowiskowych na świecie.

Krajowa Komisja Rozwoju i Reform oraz Ministerstwo Ekologii i Środowiska, które wydały nową politykę, poinformowały, że torby plastikowe zostaną zakazane we wszystkich głównych miastach Chin do końca 2020 roku, a we wszystkich pozostałych w 2022 roku. Markety sprzedające świeże produkty będą zwolnione z zakazu do 2025 roku.

Inne przedmioty, takie jak plastikowe przybory z punktów sprzedaży żywności na wynos i plastikowe paczki kurierskie, również zostaną wycofane.

Do końca 2020 roku przemysł restauracyjny zostanie obarczony zakazem używania plastikowych słomek. Do 2025 roku miasta i miasteczka w Chinach muszą zmniejszyć zużycie plastikowych artykułów jednorazowego użytku w branży restauracyjnej o 30%.

Niektóre regiony i sektory będą również podlegać ograniczeniom w zakresie produkcji i sprzedaży wyrobów z tworzyw sztucznych, chociaż nie jest jeszcze jasne, które obszary geograficzne wchodzą w grę.

Chiny zakazały również importu wszystkich odpadów z tworzyw sztucznych oraz wykorzystania medycznych odpadów do produkcji takich tworzyw.

Produkcja i sprzedaż toreb plastikowych o grubości mniejszej niż 0,025 mm zostanie zakazana, podobnie jak w przypadku folii plastikowej o grubości mniejszej niż 0,01 mm do zastosowań rolniczych.

Chiny już zwiększają wskaźniki recyklingu i budują dziesiątki baz "kompleksowego wykorzystania zasobów", aby zapewnić ponowne wykorzystanie większej liczby produktów w ramach wojny z odpadami.

Źródło: Reuters

Nowy rodzaj komórki układu immunologicznego, który zabija większość nowotworów, został przypadkowo odkryty przez brytyjskich naukowców, a odkrycie to może zwiastować poważny przełom w medycynie.

Naukowcy z Uniwersytetu w Cardiff analizowali krew z banku w Walii, szukając komórek odpornościowych, które mogłyby zwalczać bakterie - to wtedy odkryli zupełnie nowy typ komórek T.

Ta nowa komórka układu immunologicznego dzierży nieznany wcześniej receptor, który działa jak hak, "chwytając" większość ludzkich nowotworów i ignorując zdrowe komórki.

W badaniach laboratoryjnych wykazano, że komórki wyposażone w nowy receptor zabijają raka płuc, skóry, krwi, jelita grubego, piersi, kości, prostaty, jajnika, nerki i szyjki macicy.

Zaskakujące wyniki swoich badań naukowcy opublikowali w artykule na łamach "Nature Immunology".

Źródło: The Telegraph

W 2017 roku pewna nastolatka z Minnesoty zabiła swojego chłopaka, strzelając do książki, którą ten trzymał przy klatce piersiowej, podczas nagrywania filmiku na YouTube. 19-letnia Monalisa Perez próbowała nakręcić virala wraz z 22-letnim chłopakiem Pedro Ruizem III, aby opublikować je później na swoim koncie YouTube - wynika z raportu aresztowania autorstwa szeryfa hrabstwa Norman.

Perez, która była wtedy w siódmym miesiącu ciąży, zadzwoniła pod numer 911 w poniedziałek wieczorem, mówiąc, że przypadkowo postrzeliła swojego chłopaka w klatkę piersiową podczas kręcenia filmu.

Nastolatka została oskarżona o zabójstwo drugiego stopnia. Dziennikarze nie byli w stanie skontaktować się z przydzielonym jej publicznym adwokatem w celu uzyskania komentarza.

- Byli zakochani. Kochali się wzajemnie. Po prostu ich głupi żart poszedł nie tak - powiedziała Claudia Ruiz, ciotka chłopaka. - Nie powinno tak się stać. W ogóle nie powinno tak być. Para miała jedno dziecko i spodziewała się drugiego - dodała.

Perez powiedziała policji, że jej chłopak chciał nakręcić film na YouTube, w którym dziewczyna oddaje strzał do książki, a następnie przez jakiś czas para opowiada o tej publikacji. Pedro przytulił książkę do piersi i przekonał Monalisę, aby strzeliła do niego, wierząc, że książka zatrzyma kulę.

Dziewczyna utrzymywała, że Pedro przekonał ją, iż to bezpieczny wyczyn, pokazując jej inną książkę, którą wcześniej potraktował ołowiem - w tamtym przypadku kula nie przeszyła książki, głosi raport z aresztowania. Ruiz rozstawił dwie kamery, aby sfilmować całość, mając nadzieję, że relacja wideo z niebezpiecznego wyczynu stanie się tzw. viralem.

Monalisa strzelała z odległości około 30 centymetrów z Desert Eagle kalibru .50, podczas gdy 22-latek trzymał książkę na piersi. Ta nie zatrzymała kuli, a ratownicy medyczni przybyli na miejsce wyjawili, że Ruiz zmarł z powodu pojedynczej rany postrzałowej w klatkę piersiową.

- Chcieli uzyskać więcej subskrybentów na YouTube - powiedziała wspomniana wcześniej ciotka. - Nie wiem, dlaczego uważali, że książka miałaby zatrzymać pocisk.

Film ze śmiertelnym postrzałem jest traktowany jako dowód i nie został opublikowany, zgodnie ze skargą karną. "Ja i Pedro prawdopodobnie nakręcimy jeden z najniebezpieczniejszych filmików w historii. To JEGO pomysł nie MÓJ" - napisała w poniedziałek wieczorem Perez, nawiązując do śmiertelnie niebezpiecznego wyczynu. Wpis o takiej treści opublikowała na swoim profilu na Twitterze.

Źródło: CNN.com

Prawdopodobnie najbardziej znaną mitologiczną bestią na świecie jest smok. Zarówno Europa, jak i Azja posiadają własne archetypy smoków opracowane niezależnie od siebie. W języku angielskim obaj mają wspólną nazwę, choć są nieco innymi stworzeniami. "Dragon" oznacza "węża o ogromnych rozmiarach", co zresztą stanowi rzetelną ocenę obu stworzeń.

Wygląd

W pokoju siedział smok. Nie był bardzo duży. Ot, wielkości przeciętnej krowy. Na nasze warunki mieszkaniowe było to jednak sporo. Zajmował trzy czwarte podłogi. Złożone skrzydła pokrywały mu grzbiet, zielone łuski błyszczały jadowicie. Siedział na podwiniętym pod siebie ogonie, przednie zaś, opatrzone potężnymi szponami łapy wsparł na tapczanie. Od czasu do czasu ział od niechcenia ogniem, z nozdrzy wykwitały mu kłęby brunatnego dymu o przyjemnym zapachu tytoniu „Amfora”.


"Landrynki" autorstwa Grzegorza Babuli

Oba smoki są gadami pokrytymi łuskami. Większość rodzajów tych bestii z obu regionów posiada cztery nogi z pazurami oraz ogon. Europejski smok bardziej przypomina jaszczurkę lub krokodyla, podczas gdy ciało azjatyckiego odpowiednika przypomina bardziej serpentynę. Europejski smok może mieć rogi lub kolce na głowie, plecach i ogonie. Mówi się, że smok azjatycki, w szczególności smok chiński, jest chimerycznym zwierzęciem "poskładanym" z dziewięciu różnych cech innych zwierząt:

1. Poroże jelenia
2. Głowa wielbłąda
3. Oczy demona
4. Szyja węża
5. Brzuch małża
6. Łuski karpia
7. Pazury orła
8. Łapy tygrysa
9. Uszy wołu

Oba typy smoków potrafią latać, ale tylko te europejskie mają skrzydła, które przypominają wyglądem skrzydła nietoperzy (dodajmy jednak, że istnieje kilka rzadkich azjatyckich smoków, które też mają skrzydła). Azjatyckie smoki latają przez chmury w sposób magiczny, nie posiadając kończyn, które mogłyby umożliwić latanie.

Cechy

Na Wawelu, proszę pana,
Mieszkał smok, co zawsze z rana
Zjadał prosię lub barana.

"Smok" autorstwa Jana Brzechwy

Smoki są potężnymi, niebezpiecznymi i inteligentnymi stworzeniami bez względu na to, do której mitologii ich przypiszemy. Ich zdolność do komunikowania się z ludźmi jest jednak zróżnicowana. W niektórych opowiadaniach, zarówno w Europie, jak i Azji, potrafią rozmawiać z ludźmi. W Chinach smoki są uważane za jedną część harmonijnej całości - jasny, męski, słoneczny yang w kontraście do fenghuanga (feniksowego), ciemnego, żeńskiego, księżycowego yin. Europejskie smoki prawie zawsze prowadzą dysputy z ludźmi - kradną ich bogactwo, zabijają zwierzęta hodowlane lub palą domostwa.

Smoki azjatyckie kojarzą się bardziej z wodą, wiatrem i deszczem. Mówi się, że znajdują się na dnie zbiorników wodnych lub na niebie, podczas gdy europejskie smoki mają zwykle legowiska w jaskiniach lub zamkach. Europejskie smoki potrafią ziać ogniem, jednak większość smoków azjatyckich nie. Jeśli smok w mitologii azjatyckiej "wypluwa" ogień, jest ogólnie postrzegany jako złowroga istota zesłana z nieba jako kara.

Życzliwość czy wrogość?

"Wątpić tedy nie przyjdzie nikomu, iże nie istnieje żaden zwierz równający się przepotężnemu smokowi, w jego majestacie i pełnej grozy sile, a tylko nieliczne bestie warte są tak pilnej uwagi uczonych mężów."

"Ars Draconis" autorstwa Gildasa Magnusa

Europejskie smoki są najczęściej przedstawiane jako stworzenia złowrogie, łapczywie gromadzące złoto, tchnące ogniem na niewinnych, pozostawiające po sobie ścieżkę zniszczenia. Azjatyckie smoki są jednak dobroczynnymi stworzeniami, przynoszącymi szczęście i dobrobyt gdziekolwiek się pojawią. Oba są potężnymi stworzeniami, ale azjatyckie smoki są postrzegane jako autorytet, często odnoszący się do cesarza lub reprezentujący go. Cesarze używali chińskiego znaku oznaczającego smoka do reprezentowania przedmiotów należących do władców. Na przykład siedziba cesarza lub jego łóżko w rzeczywistości należałoby tłumaczyć na język polski jako "siedzibę smoka" lub "legowisko smoka". Azjatyckie smoki są godne szacunku. Chińczycy twierdzą, że są potomkami smoków. Są one również reprezentowane w chińskim zodiaku przez niektóre lata księżycowe - jeśli urodziłeś się w 1928, 1940, 1952, 1964, 1976, 1988 lub 2000 roku, twój znak zodiaku to smok i charakteryzujesz się następującymi cechami: pewny siebie, inteligentny i entuzjastyczny. W latach smoka odnotowuje się znaczny wzrost liczby urodzeń. Europejskich smoków należy się bać i je zwalczać - czego dokonują wielcy rycerze lub hobbici z pierścieniami niewidzialności.

Źródło: MuseumCenter.org

czwartek, 16 styczeń 2020 13:00

Śmiercionośna loteria z Australii

7 lipca 1960 roku Freda Thorne pocałowała swojego syna, 8-letniego Graeme'a Thorne'a, na pożegnanie i wysłała go do szkoły. Graeme mieszkał w dwupokojowym mieszkaniu na parterze na Edward Street w Bondi w Australii wraz z matką, ojcem Bazilem i 3-letnią siostrą Belindą.

Niestety, to właśnie wtedy Freda po raz ostatni widziała swojego syna przy życiu. Chwilę po opuszczeniu domu stał się pierwszą ofiarą porwania dla okupu w historii Australii.

Tamtego ranka Graeme przebył pieszo niewielką odległość do ulic Wellington i O’Brien, aby poczekać na przyjaciółkę rodziny, Phyllis Smith, która codziennie odbierała go z tamtego miejsca, aby zabrać go do szkoły razem z jej dwoma synami. Kiedy przybyła na wyznaczone miejsce, Graeme'a tam nie było. Phyllis pojechała do mieszkania Thorne'ów, aby sprawdzić, czy jest tam Graeme - jednak go nie było. Freda natychmiast zadzwoniła na policję, aby zgłosić zaginięcie syna.

Około 9:40 Freda odebrała telefon i usłyszała przerażające słowa "Mam twojego chłopca". Porywacz żądał 25 tys. australijskich funtów (dolary zastąpiły je w 1966 roku) przed 17:00, dodając, że jeśli nie dostanie pieniędzy to "nakarmi nim rekiny". Sierżant Larry O'Shea, który był z Fredą, kiedy ta odebrała telefon, wziął słuchawkę i podał się za Bazila Thorne'a, męża Fredy. Powiedział porywaczowi, że nie ma dość pieniędzy, aby zapłacić okup. Larry nie wiedział, że w poprzednim miesiącu Bazil wygrał 100 tys. funtów w loterii Opera House.

W tamtych czasach zwycięzcy loterii zostawali gwiazdami z dnia na dzień. Rodzina Thorne poprzez zwycięstwo na loterii zmuszona była pogodzić się z pewnym rozgłosem i zostaniem bohaterami licznych relacji w mediach. Porywacz najwyraźniej obserwował rodzinę w telewizji z wielkim zainteresowaniem. Nakreślił ponury plan i po krótkim czasie zaczął obserwować rodzinę, aby poznać codzienną rutynę młodego chłopca.

Porywacz zadzwonił ponownie około 10 minut później. Przekazał instrukcje - rodzina powinna włożyć pieniądze do dwóch papierowych toreb. Nagle się rozłączył - i nigdy nie oddzwonił.

Około 40 funkcjonariuszy przeszukiwało pobliski obszar w poszukiwaniu wskazówek. Przeszukali każdy dom i mieszkanie w okolicy. Sprawa ta stała się jedną z największych operacji policyjnych w historii Australii. Pierwszy trop pojawił się następnego dnia, gdy pusty plecak Graeme'a został znaleziony w krzakach w pobliżu miejsca, gdzie miał spotkać się z Phyllis Smith. Kilka dni później śledczy znaleźli czapkę chłopca, płaszcz przeciwdeszczowy i pudełko na lunch około 1,5 km od wspomnianego plecaka.

8 lipca wystosowano nagrodę w wysokości 5000 funtów, a plakaty osób zaginionych przedstawiające uśmiechniętą twarz Graeme'a zostały rozwieszone po mieście.

Miesiąc później dotarła przerażająca wiadomość, której rodzina obawiała się od pierwszego dnia. 16 sierpnia ciało Graeme'a znaleziono na polu w Grandview Grove w Seaforth (Sydney). Było owinięte kocem w kratę i związane sznurkiem. Zakneblowano go szalikiem, a ciało umieszczono pod skałą. Sekcja zwłok wykazała, że zmarł już 24 godziny po uprowadzeniu. Patolog nie mógł ustalić, czy zmarł na skutek uduszenia czy złamania czaszki - a może obu tych przyczyn.

Analiza kryminalistyczna na miejscu zbrodni wykazała dwa rodzaje liści cyprysów, trzy odmiany ludzkich włosów, w tym farbowane blond włosy i trochę sierści pekińczyka. Próbki gleby wykazały również drobne fragmenty różowej substancji zidentyfikowanej jako zaprawa wapienna. Dochodzenie w sprawie tych ustaleń połączone z przesłuchaniami naocznych świadków doprowadziło policję do domu węgierskiego migranta Stephena Leslie Bradleya. Miał dwa cyprysy, a do budowy domu używał różowej zaprawy. Jego żona, Magda Bradley, miała farbowane blond włosy, a także pekińczyka. Zanim policja przybyła by go aresztować, mężczyzna uciekł z kraju.

W rzeczywistości Bradley był już wcześniej przesłuchiwany przez śledczych w związku z porwaniem Graeme'a. Świadek zauważył Graeme'a wchodzącego rano do niebieskiego forda. Śledczy podążyli za tą wskazówką i przesłuchali wielu kierowców, którzy posiadali taki samochód - jednym z nich był Bradley. Znalazł wówczas stosowne alibi, ale to go tak przeraziło, że po rutynowych przesłuchaniach postanowił uciec wraz z żoną i dziećmi.

Śledczy odkryli, że rodzina Bradleyów zakupiła bilety liniowca do Anglii przez Kolombo na Sri Lance. Kiedy Bradley schodził ze statku, policjanci czekali już na miejscu, aby go aresztować.

Po zatrzymaniu Bradley wyznał, że w dniu, w którym uprowadził Graeme'a, czekał w samochodzie Ford 1955 Customline w miejscu, w którym chłopiec był odbierany do szkoły. Porywacz powiedział, że fortelem zmusił Graeme'a do wejścia do samochodu, mówiąc mu, że to on musi zawieźć go do szkoły tego dnia. Chłopiec uwierzył i bez zastanowienia wskoczył do pojazdu.

Mężczyzna dodał, że po porwaniu chłopca pojechał do zacisznego zakątka Parku Stulecia, gdzie zawiązał szalik wokół ust Graeme'a, aby ten nie krzyczał ani nie płakał. Następnie zamknął go w bagażniku samochodu i pojechał do swojego domu w Clontarf. Po drodze zatrzymał się przy automacie telefonicznym, by zażądać okupu.

Kiedy dotarli do domu Bradleya, ten otworzył bagażnik i zauważył, że Graeme niemal udusił się na śmierć. Wyjął mu szalik z ust i udusił młodego chłopca, po czym uderzył go w głowę drewnianym kijem. Następnie związał ręce i nogi Graeme'a, owinął ciało kocem i wrzucił z powrotem do bagażnika. Bradley zawiózł zwłoki Graeme do pobliskiego Seaforthu, gdzie zatrzymał się na pustej parceli, którą zresztą kiedyś zamierzał kupić. Ukrył ciało pod wystającą półką skalną, gdzie leżało przez następne pięć tygodni.

20 marca 1961 roku rozpoczął się proces Bradleya. Zainteresowanie publiczne sięgało zenitu - niektórzy nawet rozbijali namioty przed sądem na noc, aby upewnić się, że nie przegapili rozprawy stulecia. Sprawa opierała się na wielu poszlakach, a dowody sądowe przeciwko Bradleyowi były naprawdę obciążające i 29 marca mężczyzna został skazany na dożywocie. Zmarł na atak serca 6 października 1968 roku w wieku 45 lat.

Ten tragiczny przypadek doprowadził do zmiany procedur wygrywania w loteriach w Australii, a zwycięzcy mają teraz możliwość zachowania anonimowości.

Źródło: Morbidology

Free Joomla! template by L.THEME