Narkotykowych straszaków jest bez liku, ale histeria wokół fałszywych używek jest zawsze fascynująca. Nawet dzisiaj mityczne sposoby na zaćpanie się, od obrzydliwego nonsensu, jakim był Jenkem (inhalant i halucynogen stworzony ze sfermentowanych ludzkich zwłok), po cyfrowy absurd "i-dosing", wciąż pojawiają się w powszechnej świadomości. Ale niewiele z tych viralowych wpadek zbliża się do trwałego wpływu i jawnej głupoty z lat 60-tych, kiedy to ludzie zaczęli palić... skórki od bananów.

Pogłoski o bananach jako narkotykach zaczęły krążyć wśród hippisów w połowie lat 60. - Młodzi ludzie w latach 60. szukali nowych sposobów na zaćpanie się. To była bardzo eksperymentalna era, napędzana chyba najbardziej przez LSD i rosnące użycie trawki - mówi historyk William Rorabaugh, który napisał wiele książek o latach 60-tych, w tym "American Hippies". - Ale trawka była kosztowna, a hipisi mieli mało pieniędzy. Banany były tanie, więc jeśli skrawki bananów działały, to był to naprawdę tani haj. Dlatego ludzie dali się na to nabrać.

Jak opisano w obszernym artykule "Local East Village" z 2012 roku na temat historii tego szału, kontrkulturowy wydawca Paul Krassner twierdzi, że plotka zaczęła się w biurach wydawniczych The East Village Other. Zgodnie z wersją Krassnera o pochodzeniu mitu, redaktorzy gazety dyskutowali o mechanice działania LSD i serotoniny w mózgu, a następnie zaczęli się zastanawiać, czy coś bardziej naturalnego nie mogłoby wywołać tego samego efektu. Zdając sobie sprawę, że banany również zawierają serotoninę, zagorzali hippisi wymyślili koncepcję palenia bananów.

Dla przypomnienia - o ile prawdą jest, że banany zawierają pewną ilość serotoniny, to jest ona zbyt mała, aby przekroczyć barierę krew-mózg. Niemniej jednak, plotka szybko zyskała rozpędu na zasadach poczty pantoflowej.

Tak się złożyło, że na początku 1967 roku piosenka "Mellow Yellow" szkockiego autora tekstów i artysty Donovana trafiła do Stanów Zjednoczonych i w tamtym czasie wielu ludzi zakładało, że chodzi w niej o palenie skórek od bananów. Donovan później stwierdził, że piosenka opowiadała o żółtym wibratorze, ale słowa takie jak "Elektryczny banan / Będzie nagłym szałem / Elektryczny banan / Będzie następną fazą" nie pomogły w jednoznacznym interpretowaniu tekstu.

Niezależnie od tego, od czego zaczęło się to oszustwo, wydaje się, że to krótki artykuł w wydaniu kontrkulturowego magazynu Berkeley Barb z marca 1967 roku zapoczątkował większe szaleństwo. W swojej rubryce "Folk Scene" autor Ed Denson przedstawił "Przepis tygodnia", w którym opisał metodę przygotowywania skórek bananów do palenia, polegającą na wyskrobywaniu białej części skórki i suszeniu jej w piekarniku przed zwinięciem w jointa. Densen poinformował, że dowiedział się o tym przepisie od członków zespołu Country Joe and the Fish, którym również kierował. Główny wokalista zespołu również twierdzi, że był ojcem bananowego szaleństwa - na jednym z koncertów rozdał 500 bananowych jointów.

W tym samym numerze jeden z czytelników napisał, że zauważył wzmożoną obecność policji wokół bananowego stoiska w Berkeley w Kalifornii, co jeszcze bardziej uwiarygodniło bananowe oszustwo.

Od tego momentu bananowe szaleństwo zaczęło żyć własnym życiem. Jak zauważyła Judy Berman z Extra Crispy, wieść o nadających się do palenia bananach rozeszła się jak burza dzięki Syndykatowi Prasy Podziemnej, który pozwolił małym gazetom, takim jak Barb, na swobodne dzielenie się treściami między sobą.

Barb nadal donosił o rzekomych efektach działania skórek bananowych, publikując historie o tytułach takich jak "Pick Your Load, Banana or Toad" i "Mellow Yellow Future Bright", które zawierały fałszywe twierdzenia dotyczące różnych substancji zawartych w bananach, które to miały dostarczać im efekty psychodeliczne. Inne czasopisma hipisowskie zaczęły podchwytywać tę historię, nie wspominając o reklamach ludzi sprzedających oparte na bananach "psychodeliczne torebki podniecające" i tym podobne. Do końca marca 1967 roku historie o trendzie palenia bananów pojawiały się na stronach The New York Times i The Wall Street Journal. Mellow Yellow (fałszywy narkotyk, nie piosenka) pojawił się z impetem na rynku.

Szaleństwo stało się tak powszechne, że zaangażowała się w nie zarówno społeczność naukowa, jak i rząd. FDA stworzyła maszynę, w której przez trzy tygodnie z rzędu palono banany. Do maja ustalono to, co wiele osób odkryło już wcześniej: palenie bananów nie prowadziło do naćpania się. Kolejne badania przeprowadzone w listopadzie tego samego roku przez naukowców z NYU ponownie wykazały, że banany nie są narkotykiem. Mimo to, mit nadal się utrzymywał. - Wierzono w te rewelacje dopóki ktoś nie spróbował i nie stwierdził, że nic nie czuje. Oczywiście, niektórzy ludzie mówili znajomym, że to działa, tylko po to, by obserwować ich reakcję, gdy dowiadywali się prawdy - mówi Rorabaugh. - W danym otoczeniu nie trwało to dłużej niż kilka dni, ale gdy już się to miało, łatwo było przekazać ten pomysł innym w rozmowach telefonicznych lub listach, tylko po to, by przekazać żart dalej.

Palenie skórek od bananów nadal było popularnym pomysłem w kręgach hipisowskich, głównie jako gag, przez kolejne lata. - Woodstock był mniej więcej ostatnim momentem, kiedy o tym wspominano. Większość ludzi tam wiedziała, że to był żart, ale kilku dało się nabrać na spróbowanie - dodaje Rorabaugh. Ale nawet po przeminięciu Ery Wodnika, mit o halucynogennym bananie nie chciał umrzeć.

Przepis na przekształcenie skórek bananów w narkotyk został zawarty w książce, która wywołała milion mitów w szkole średniej, książce kucharskiej anarchisty, która została opublikowana w 1970 roku. W przepisie autora Williama Powella, który opisuje pracochłonny proces robienia pasty ze skrawków skórek, które następnie muszą być zredukowane do postaci proszku, twierdzi on, że banany zawierają coś, co nazywa się "bananadyną", skąd owoce te rzekomo czerpią swoje psychodeliczne działanie. To również nie było prawdą, ponieważ bananadyna nie istnieje.

Choć koncepcja palenia skórek od bananów jest dziś głównie przestrogą przed niektórymi głupszymi modami narkotykowymi z lat 60-tych, dzięki w dużej mierze internetowi, wciąż są tacy, którzy wierzą, że banany mogą sprawić, że będziemy na haju. Na przykład w 2013 roku więźniowie w więzieniu w Maine zostali przyłapani na paleniu skórek bananów, a administratorzy powiedzieli, że był to problem trwający od kilku miesięcy. Szybkie wyszukanie w Google hasła "palenie skórek bananów" pozwoli nawet zapoznać się z zaawansowanym przepisem na ekstrakcję "bannadyny", która wymaga poświęcenia 4,5 kilograma bananów. Zgodnie z tym wysoce podejrzanym przepisem, "kiedyś potrzebowano do tego celu 90 kilogramów, ale siła działania wzrosła 20-krotnie w ciągu ostatnich 30 lat".

Nowe szalone mity na temat narkotyków bez wątpienia będą powstawać tak długo, jak długo będą istnieć młodzi ludzie, którzy chcą się naćpać, ale prawdopodobnie nigdy nie będą tak spektakularne jak palenie skórek bananów.

Źródło: Gastro Obscura

Kierownicy chcą, aby pracownicy spędzali długie dni w pracy, odpowiadali na maile o każdej porze i chętnie poświęcali swój czas wolny - noce, weekendy, urlopy - bez narzekania. Podwładni mają w tym równaniu niewielką kontrolę - przepracowanie kaskadowo spływa z góry piramidy organizacyjnej. Przynajmniej tak brzmi jedna z narracji na temat przepracowania. W tej wersji pracujemy długo, ponieważ nasi szefowie nam każą.

Istnieją jednak inne wyjaśnienia. Jest też takie, które mówi, że my wszyscy, łącznie z menedżerami wyższego szczebla, jesteśmy w zasadzie flotami miotanymi przez wiry bodźców ekonomicznych, kulturę korporacyjną i technologie, które sprawiają, że biuro jest na wyciągnięcie ręki. W tej wersji nikt tak naprawdę nie dyktuje norm - wszyscy po prostu reagujemy na makrosiły znajdujące się poza naszą kontrolą.

Jest też wersja, która bierze pod uwagę psychologię. Według niej zbyt wiele godzin pracy wynika z mieszanki wewnętrznych czynników napędzających, takich jak ambicja, chciwość, niepokój, poczucie winy, radość, duma, chęć uzyskania krótkoterminowych nagród, pragnienie udowodnienia, że jesteśmy ważni, lub nadmiernie rozwinięte poczucie obowiązku. Niektóre z nich są negatywne (poczucie winy, lęk), ale wiele z nich jest za to pozytywnych. W rzeczywistości wielu badaczy stwierdziło, że praca jest mniej stresująca niż nasze życie domowe. Dla niektórych praca może być przystanią, miejscem, w którym czują się pewni siebie i mają kontrolę.

Zasadniczo, jeśli rozumiemy kwestię przepracowania jako tę znaną z Moby Dicka, pierwsze wyjaśnienie skupia się na Ahabie i Pequodzie - drugie na samym oceanie, a ostatnie na wielorybie. I chociaż spojrzenie na tę historię z tych wszystkich perspektyw jest z pewnością bardziej pouczające niż wybór tylko jednej, nie powie nam to, czy Moby Dick jest dobrą książką, czy tylko 700-stronicową ślepą uliczką.

Tak więc ważniejsze pytanie, które musimy sobie zadać na temat przepracowania, nie brzmi po prostu: "Kto jest winien?", ale bardziej: "Czy to działa?". Czy przepracowanie rzeczywiście robi to, co zakładamy, że robi - skutkuje większą i lepszą wydajnością? Czy rzeczywiście udaje nam się zrobić więcej?

Istnieje duża liczba badań, które sugerują, że niezależnie od powodów, dla których pracujemy długo, przepracowanie nam nie pomaga. Po pierwsze, nie wydaje się, by skutkowało to większą wydajnością. W badaniu przeprowadzonym wśród konsultantów przez Erin Reid, profesor Boston University's Questrom School of Business, menedżerowie nie byli w stanie odróżnić pracowników, którzy rzeczywiście pracowali 80 godzin tygodniowo od tych, którzy tylko udawali, że pracują. Podczas gdy menedżerowie karali pracowników, którzy byli transparentni w kwestii pracy w mniejszym wymiarze, Reid nie była w stanie znaleźć żadnych dowodów na to, że ci pracownicy faktycznie osiągnęli mniej, ani żadnych oznak, że "przepracowani" pracownicy osiągnęli więcej.

Wiele dowodów wskazuje na to, że przepracowanie jest nie tylko obojętne - szkodzi nam i firmom, w których pracujemy. Liczne badania przeprowadzone przez Mariannę Virtanen z Fińskiego Instytutu Zdrowia Zawodowego i jej współpracowników (jak również inne badania) wykazały, że przepracowanie i wynikający z niego stres mogą prowadzić do wszelkiego rodzaju problemów zdrowotnych, w tym: zaburzeń snu, depresji, spożywania dużych ilości alkoholu, cukrzycy, zaburzeń pamięci i chorób serca. Oczywiście, te problemy są złe same w sobie. Ale są one również fatalne dla wyniku finansowego firmy, objawiając się nieobecnościami w pracy, rotacją pracowników i rosnącymi kosztami ubezpieczenia zdrowotnego. Nawet najbardziej sknerowaty z pracodawców, który nie dbał o dobre samopoczucie swoich pracowników, powinien znaleźć tutaj mocne dowody na to, że istnieją realne koszty ponoszone przez pracowników, którzy przepracowują szalone liczby godzin.

Jeśli twoja praca opiera się na komunikacji interpersonalnej, podejmowaniu decyzji, odczytywaniu mimiki innych ludzi lub zarządzaniu własnymi reakcjami emocjonalnymi - czyli prawie wszystkich rzeczach, których wymaga współczesne biuro - mamy więcej złych wiadomości. Naukowcy odkryli, że przepracowanie (oraz towarzyszący mu stres i wyczerpanie) może utrudnić wszystkie te czynności.

Nawet jeśli lubimy swoją pracę i dobrowolnie pracujemy przez długie godziny, jesteśmy zwyczajnie bardziej skłonni do popełniania błędów, gdy jesteśmy zmęczeni - a większość z nas męczy się łatwiej, niż nam się wydaje. Tylko 1-3% populacji może spać pięć lub sześć godzin w nocy bez odczuwania spadku wydajności. Co więcej, na każde 100 osób, które uważają, że należą do tej niewyspanej elity, tylko pięć rzeczywiście nie kłamie. Same badania nad niszczącym wydajność działaniem bezsenności powinny uzmysłowić wszystkim głupotę związaną z "zarywaniem nocek".

Pracuj zbyt ciężko, a stracisz z oczu szerszy obraz sytuacji. Badania sugerują, że w miarę wypalania się, mamy większą tendencję do gubienia się w gąszczu spraw.

Podsumowując - historia przepracowania jest dosłownie historią malejących zysków: pracuj za dużo, a stopniowo będziesz pracować coraz głupiej nad zadaniami, które są coraz bardziej bezsensowne.

Biznes nauczył się tego już dawno temu. W XIX wieku, kiedy zorganizowana siła robocza po raz pierwszy zmusiła właścicieli fabryk do ograniczenia dnia pracy do 10 (a potem do 8) godzin, kierownictwo z zaskoczeniem odkryło, że wydajność faktycznie wzrosła, a liczba kosztownych błędów i wypadków zmalała. Ten eksperyment Leslie Perlow i Jessica Porter z Harvard Business School powtórzyli ponad sto lat później z pracownikami oświaty. Wyniki nadal się sprawdzały. Bez zaskoczenia odnotowano, że wymagany czas wolny (np. noce i weekendy) faktycznie sprawił, że zespoły konsultantów były bardziej produktywne.

Nie oznacza to, że nigdy nie możemy mieć długiego dnia pracy. Po prostu nie możemy tego robić rutynowo. Większość badań sugeruje, że ludzie są w stanie poświęcić tydzień lub dwa po 60 godzin, aby rozwiązać prawdziwy kryzys. Ale to co innego niż chroniczne przepracowanie.

Dlaczego więc wciąż to robimy? Dlaczego nie potrafimy odłożyć książki na bok?

To może być ignorancja. Może większość ludzi po prostu nie wie, jak złe jest przepracowanie, obiektywnie rzecz biorąc.

Może to być sceptycyzm. Może widzieli badania, ale po prostu ich nie kupują (lub nie chcą się nimi kierować).

Albo może to być coś silniejszego. Może kiedy połączymy bodźce ekonomiczne, autorytety i głęboko zakorzenione potrzeby psychologiczne, powstaje koktajl, który jest po prostu zbyt uzależniający, by z niego zrezygnować.

Źródło: Harvard Business Review

Całkowicie niewidomy 78-letni mężczyzna odzyskał wzrok po tym, jak został pierwszym pacjentem, który otrzymał nowy, obiecujący rodzaj implantu rogówki - donosi "Israel Hayom". Opracowany przez firmę CorNeat KPro jest pierwszym implantem, który może być zintegrowany bezpośrednio ze ścianą oka, aby zastąpić zbliznowaciałą lub zdeformowaną rogówkę bez tkanki dawcy. Natychmiast po operacji pacjent był w stanie rozpoznawać członków rodziny i odczytywać liczby na tablicy Snellena.

Rogówka jest przezroczystą warstwą, która pokrywa i chroni przednią część oka. Może ona ulegać degeneracji lub bliznowaceniu z różnych powodów, w tym chorób takich jak pseudofakijna keratopatia pęcherzowa, kerotokonus i urazów mechanicznych.

Istnieją już implanty dla pacjentów ze zwyrodnieniem rogówki, ale ponieważ operacje są skomplikowane, są one zazwyczaj ostatecznością, gdy przeszczepy lub implanty pierścienia rogówki nie przynoszą rezultatów. Natomiast wszczepienie przeszczepu CorNeat jest stosunkowo prostą procedurą, która wymaga minimalnej ingerencji szwów i cięć. Co więcej, wykorzystuje on biomimetyczny materiał, który "stymuluje proliferację komórek, prowadząc do stopniowej integracji tkanek", jak podaje CorNeat.

Bardzo ciekawa animacja (poniżej) pokazuje dokładnie jak to działa, z końcowym rezultatem, gdzie urządzenie jest całkowicie przeszczepione wewnątrz ściany oka. - Fibroblasty i kolagen stopniowo kolonizują membranę integrującą, a pełna integracja następuje w ciągu kilku tygodni, trwale osadzając urządzenie w oku pacjenta - opisuje CorNeat. Pozwala to na poprawę ostrości widzenia i "wyjątkowo szybki czas gojenia", a do tego wygląda całkiem naturalnie.

Firma poinformowała, że kolejnych dziesięciu pacjentów zostało dopuszczonych do prób w Izraelu. W styczniu planowano otworzyć dwa kolejne w Kanadzie, a sześć innych jest w trakcie procesu zatwierdzania we Francji, USA i Holandii. Chociaż implant nie zawiera żadnej elektroniki, może pomóc większej liczbie osób niż jakiekolwiek zrobotyzowane oko. - Po latach ciężkiej pracy, widok kolegi, który z łatwością wszczepił CorNeat KPro i świadka wydarzenia, w którym następnego dnia człowiek odzyskał wzrok, był elektryzujący i poruszający emocjonalnie, w pokoju wylano wiele łez - powiedział współzałożyciel CorNeat Vision, dr Gilad Litvin.

Źródło: Engadget.com

sobota, 24 kwiecień 2021 09:32

Niepodziewana kariera muzyczna agenta CIA

Przyjęcie zespołu w prowincjonalnym miasteczku Soroti było umiarkowane, co stanowiło odejście od ich głośnych, cotygodniowych występów w stolicy.

- Graliśmy to, co zwykle i ludzie byli w to wciągnięci - powiedział Jim Logan, gitarzysta zespołu. - Ale to po prostu nie było trafione.

To było w 2003 roku. Logan, gitarzysta wyszkolony w Berklee College of Music, i jego zespół, Kampala Jazz All-Stars, przemierzyli prawie sześć godzin przez wschodnioafrykańskie krajobrazy, by zagrać koncert. Gdy na widowni zasiadło ponad 1000 osób, wokalista grupy, Darrell M. Blocker, wpadł na pewien pomysł.

- Stary, musimy zacząć coś śpiewać - krzyczał między piosenkami. - Musimy zacząć odgrywać rzeczy, które oni słyszą i rozpoznają.

Blocker nakazał zespołowi zagrać "Stir It Up", przebój reggae Boba Marleya.

- Wszyscy wstali i tańczyli - wspominał Logan. - Odwrócił całą sytuację.

Blocker wiedział, jak nawiązać kontakt z publicznością w Soroti, ponieważ w taki właśnie sposób CIA szkoli wszystkich swoich oficerów operacyjnych - tajnych agentów, którzy pracują pod przykrywką, aby zbierać informacje wywiadowcze. Różnica polega oczywiście na tym, że większość z tych wykwalifikowanych agentów pracuje w cichych barach lub przydrożnych motelach - nie śpiewając na żywo przed rzeszami wielbicieli.

- Moje tajne działania były wzmocnione przez bycie postrzeganym jako piosenkarz, ponieważ kto kiedykolwiek pomyślałby, że można być jednym i drugim? - powiedział Blocker. - To dla większości zbyt daleko posunięty manewr i szczerze mówiąc czuję, że dzięki temu byłem bezpieczniejszy będąc na widoku.

Blocker zawsze czuł się komfortowo przed publicznością jako wokalista. Od lokalnego chóru kościelnego w Hepzibah (Georgia) po chór muzyczny na Uniwersytecie Georgii - śpiew był jego pierwszą miłością. Jednak tajna profesja Blockera pomogła mu udoskonalić tę pasję, jak mówi, poprzez czerpanie wskazówek ze swojej codziennej pracy, tak aby tchnąć życie w swoje nocne występy.

- Oba zajęcia są bardzo intymne - oznajmił niedawno Blocker, odnosząc się do występów na scenie i "sztuki szpiegostwa", jak sam ją nazywa. - Intymne w tym sensie, że jeśli naprawdę poświęcasz uwagę i słuchasz tego, kto siedzi naprzeciwko ciebie, odczuje to i będzie wiedział, że jesteś szczery.

Blocker, który niedawno został współpracownikiem ABC News, spędził 32 lata w społeczności wywiadowczej, najpierw jako analityk w Siłach Powietrznych, a następnie w tajnych służbach CIA jako oficer operacyjny, szef stacji i szef Wydziału Afrykańskiego, przemierzając zarówno europejskie stolice, jak i afrykańskie placówki. Jego zadaniem, jak sam twierdzi, "było wykrywanie, ocenianie, rozwijanie i rekrutowanie szpiegów, aby pomóc w utrzymaniu bezpieczeństwa narodu". W 1996 roku, podczas pracy za granicą w Dakarze, Blocker zaczął grać covery z pianistą ze Szkocji, gitarzystą z Kanady i lekarzem z amerykańskiego Korpusu Pokoju, również grającym na gitarze.

- Kiedy grali muzykę, byli w porządku, ale śpiewanie nie było ich mocną stroną - wyjawił Blocker. Zaoferował więc swoje usługi. Grupa miała stałe występy w czwartkowe wieczory w brytyjskim klubie dla dyplomatów, grając wszystko od Hootie & the Blowfish do Otisa Reddinga. Wkrótce zaczęli grać na imprezach domowych.

Następnie, w 2003 roku, Blocker przybył do Ugandy na kolejną zagraniczną trasę koncertową. W niedzielne wieczory w Kampali, stolicy kraju, Blocker odwiedzał Bubbles O'Leary's, klub opisany przez jednego z użytkowników TripAdvisor jako "genialny na nocne wyjście" i "jedno z najlepszych miejsc do imprezowania w Kampali".

W ciągu kilku tygodni Blocker powiedział, że nawiązał przyjaźń z Loganem, Amerykaninem i współmałżonkiem pracowniczki ambasady USA, który był założycielem i głównym gitarzystą Kampala Jazz All-Stars. Logan założył zespół przez przypadek, kiedy spotkał Brytyjczyka grającego na basie podczas lotu z Heathrow do Ugandy w 2001 roku. Gdy tylko się osiedlili, zaczęli jammować i znajdowali lokalnych muzyków, którzy dołączali do nich na koncertach.

Kiedy Blocker przybył do Ugandy wkrótce potem, Logan zauważył go na widowni w Bubbles O'Leary's, kiedy to nucił pod nosem do niektórych ich utworów i zaprosił go do wspólnego grania.

Blocker odmówił, ale przez kilka następnych miesięcy Logan nalegał. W końcu Logan podszedł do Blockera i powiedział mu, że ówczesna żona Blockera przekazała zespołowi listę 15 jego ulubionych piosenek, w tym jego "popisowy numer", "What a Wonderful World" Louisa Armstronga - a zespół się ich nauczył.

Blocker wyjawił, że tego samego dnia odbył z nimi próbę.

Logan opisał głos Blockera jako tenor, "ale był to trochę przydymiony głos, który dobrze pasował do zespołu, który wykonywał wiele jazzowych instrumentali". Według Logana i Blockera grupa zdobyła sobie zwolenników, grając tydzień w tydzień dla wypełnionej po brzegi sali miejscowych, dyplomatów i byłych emigrantów w Bubbles O'Leary's.

- Wówczas było kilka gwiazd popu [w Ugandzie], które zdecydowanie miały lepsze notowania niż my - powiedział Logan. - Ale jako cover band grający jazz nie mieliśmy sobie równych.

- Po prostu eksplodowaliśmy - dodał Blocker. - Do tego stopnia, że zaczęło to przeszkadzać w tym, dlaczego byłem w Ugandzie - po prostu nie było wystarczająco dużo godzin w ciągu dnia, aby zarówno wykonywać rozkazy, jak i dotrzymać kroku zapotrzebowaniom zespołu.

Tymczasem zespół - składający się z Logana, dwóch Ugandyjczyków i dwóch Kongijczyków - nie miał pojęcia, że ich frontman żyje i pracuje pod przykrywką jako weteran wywiadu. Jego oficjalną przykrywką był pracownik Departamentu Stanu przydzielony do Ambasady USA w Kampali. Logan twierdzi, że miał "przeczucie", że Blocker ma tajną misję w Ugandzie, ale prawie dwie dekady później był zaskoczony, gdy dowiedział się, że jego główny wokalista jest wysoko wyszkolonym pracownikiem amerykańskiego wywiadu.

- Pamiętam, że zapytałem go, co robi w pracy, a on miał gotową odpowiedź według szablonu. Coś tam w ambasadzie - powiedział Logan. - Był nadzwyczaj kumaty, można stwierdzić, że był bardzo inteligentny.

Co jakiś czas jego dwa światy zderzały się ze sobą. Blocker pamięta, że zauważył swoich współpracowników na widowni podczas występów.

- Po prostu uczysz się, aby nie okazywać im większego zainteresowania, jak i reszcie - powiedział Blocker. - Oni wiedzą i ty wiesz, że unikacie siebie nawzajem tak bardzo, jak tylko można.

Innym razem, relacjonuje Blocker, jego status lokalnej gwiazdy służył interesom bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. Mężczyzna powiedział, że występowanie na scenie "wystawiło go na spotkanie z o wiele większą liczbą ludzi, niż spotykałby tylko na przyjęciach dyplomatycznych.

- W tym sensie - kontynuował Blocker - moje śpiewanie poszerzyło krąg potencjalnych kontaktów, które mogłem nawiązać.

Zespół stał się sensacją. Tak bardzo, że Blocker zaczął być rozpoznawany. Podczas rzadkiej chwili wytchnienia od intensywnego życia w mieście, Blocker zabrał swoją rodzinę do Jinja, miejscowości turystycznej położonej nad jeziorem, niecałe 100 kilometrów na zachód od granicy z Kenią. Podczas przejażdżki quadem mężczyzna i jego rodzina zatrzymali się na szczycie góry.

Zauważył, że przygląda mu się pewna młoda para.

- W pobliżu nie było nikogo innego, więc spojrzałem na nich i zapytałem: "Jak się macie?". Oni powiedzieli: "Grasz w zespole? W Kampali?", a ja odparłem twierdząco - ona poklepała go w stylu: "Mówiłam ci, że to on!".

Osiągnięcie lokalnej popularności w Ugandzie podczas dwóch lat spędzonych z zespołem nigdy nie było częścią planu Blockera. Do końca swojej kariery w CIA, która zakończyła się w 2018 roku, Blocker liczy, że wykonał "The Star-Spangled Banner" w nie mniej niż ośmiu ambasadach USA na całym świecie - to odpowiedzialność, której nie nosi się lekko.

- To piosenka, którą kocham i jest to trudny utwór - powiedział. - Zawsze jestem naprawdę, naprawdę ostrożny z tą piosenką. Nie chcę być tym facetem profanującym naszą narodową piosenkę.

W sierpniu 2019 roku CIA uhonorowała Blockera medalem Distinguished Career Intelligence Medal, jednym z najwyższych wyróżnień przyznawanych oficerom zawodowym. Podczas swojej mowy akceptacyjnej Blocker wspomniał Millicent Mazyck, prowadzącą jego chór w szkole średniej, jako jedną z najbardziej wpływowych osób w jego życiu.

Będąc już na emeryturze Blocker przyznaje jedno: "szpiegowanie jest łatwe, śpiewanie jest trudne".

Źródło: ABC News

Z zaszczytnym wyjątkiem mięsnego surduta Lady Gagi, był to najbardziej przerażająco głupi epizod w całej historii mody - twierdzi angielski dziennikarz, Jeremy Clay.

Na zamożnych ulicach Londynu działo się coś osobliwego. W Edynburgu również wszystko było na opak. Wkrótce zjawisko to rozlało się po całym kraju, przenosząc się z miasta do miasta niczym zaraza, pozostawiając wszędzie grupy chorych.

Jednak w epoce różnych dolegliwości (od krzemicy po "rak kominiarza") nie było żadnych fizycznych podstaw dla rozprzestrzeniającego się niedomagania. Żerowała na młodych, kapryśnych, podatnych na sugestie i mających obsesję na punkcie swojego statusu. Lub, mówiąc inaczej, na osobach podążających za modą.

Nazywano to "kulawizną Aleksandry" i była to prawdopodobnie jedyna moda, która narodziła się w łóżku chorego.

Aleksandra Duńska była narzeczoną księcia Walii i ikoną mody XIX wieku. Ubrania, które nosiła, również były kopiowane. Chokery, które nosiła, by ukryć bliznę na szyi, były kopiowane. A kiedy gorączka reumatyczna "zaprzyjaźniła" ją z wyraźnym utykaniem... Cóż, to też zostało skopiowane.

W miejscach spotkań w Wielkiej Brytanii, posłuszne kobiety zaczęły chodzić w stylu, który sugerował, że niedawno stały boso na porozrzucanych klockach Lego.

Na początku była to kwestia z serii "zrób to sama". Kobiety po prostu ubierały dziwaczne buty, aby pomóc sobie w sprawnym poruszaniu się. Jednak sprytni sklepikarze szybko zorientowali się, że można zarobić na tym, co w przeciwnym razie byłoby najbardziej niezmienną linią w handlu detalicznym - dziko niedopasowanym obuwiu, z jednym wysokim obcasem, a drugim niskim.

Jak bardzo ta moda wpłynęła na przeciętnego obywatela? Niewiele, jeśli można posłużyć się raportem z 1869 roku, opublikowanym przez North British Mail. "Potworność stała się widoczna wśród promenadowiczek na Princes Street" - czytamy w artykule. "To jest równie bolesne, jak idiotyczne i niedorzeczne".

"Wybierając się na mój zwyczajowy spacer na drugi dzień, obserwując mężczyzn, kobiety i rzeczy, spotkałem trzy panie. Wszystkie trzy były młode, wszystkie trzy przystojne i wszystkie trzy kulawe! Przynajmniej takie odniosłem wrażenie, widząc, że wszystkie nosiły zdobione laski i kulały. Ale patrząc wstecz, jak wszyscy, nie mogłem odkryć żadnego powodu, dla którego miałyby to robić".

"Rzeczywiście, jedna przyzwoita kobieta wyraziła swoje współczucie w słyszalnym 'Biedactwa!', gdy przechodziła, ale zostałem oświecony słysząc, jak piękna dziewczyna wyjaśniła swojemu towarzyszowi, 'Toż to kulawizna Aleksandry! Ależ ohyda!".

"The Dundee Courier and Argus" był nie mniej pogardliwy: "Pewne wybitnie głupie rzeczy zostały dokonane w imitacji królewskiej godności" - stwierdziła gazeta, "ale jest to akt, który zawiera dozę niegodziwości, jak również głupoty".

"Musi istnieć granica, na której nawet od modnej głupoty można oczekiwać, że się nie zatrzyma", a ta granica powinna być wyznaczona "na karykaturalnym przedstawieniu ludzkiej ułomności".

Następnie, jak to w życiu bywa, moda poszła dalej. Zabawa była już prawdopodobnie zakończona, gdy koń wyścigowy otrzymał bardzo mało obiecujące imię Alexandra Limp.

"Dziennik mody ogłasza, że Alexandra Limp ma zostać natychmiast wycofana" - donosił "Western Daily Press". Wywołało to wielkie westchnienie ulgi, które trwało aż do momentu, gdy czytelniczka dotarła do następującego zdania: "Spódnica sezonu, jak nas poinformowano, ma ściśle przylegać do stóp, w wyniku czego panie będą zmuszone chodzić tak, jakby ich stopy były ze sobą związane".

Źródło: BBC

Sangay Lama, mieszkaniec wioski Thegu w Sikkimie (jednym ze stanów Indii), już od ponad dziesięciu lat ma swoją "misję". Pomaga utrzymać nieskazitelnie czyste jezioro Tsomgo i jego okolice wolnymi od śmieci.

37-latek utworzył Tsomgo Pokhri Sanrakshan Samiti, komitet ochrony jeziora, wraz z: przedstawicielami stanowego departamentu leśnego, World Wide Fund, urzędnikami zarządzającymi środowiskiem i dziką przyrodą, stowarzyszeniem kierowców, stowarzyszeniem właścicieli sklepów i pańćajatem wiejskim w 2008 roku w celu ochrony tego owalnego zbiornika wodnego.

Znane również jako Changu, jezioro Tsomgo znajduje się na wysokości 3781 m n.p.m., około 40 km od Gangtok i 16 km od przełęczy Nathu La, która łączy Sikkim z chińskim Tybetańskim Regionem Autonomicznym.

- Wszystkie odpady wytwarzane na tym obszarze są zbierane w przeznaczonych do tego celu pojemnikach. Są one segregowane już w tych pojemnikach, u źródła. Ciężarówka przyjeżdża po odpady dwa razy dziennie, raz o 8 rano, a później około 4 po południu. Na terenie miasta znajdują się 52 sklepy, w których sprzedawane są artykuły spożywcze, rękodzieło i inne dochodowe towary. Każdy sklep generuje około 4 kilogramów odpadów suchych i 2 kilogramów odpadów mokrych. Ciężarówki zbierają je i składują w Martam Dumping and Recovery Centre - powiedział Lama w rozmowie z reporterami "The Better India".

Źródło: ThePrint.in

Science fiction czasami ledwo przebija science facts - naukowe fakty - ponieważ postęp technologiczny gwałtownie zmienia świat.  Jednak zmiany, które są oczekiwane, nie zawsze są tymi, które nadchodzą. Oto spojrzenie wstecz na to, co według sondaży opinia publiczna oczekiwała od przyszłości nauki - i jak często była rozczarowana.

Rzeczywistość przerosła oczekiwania: lądowanie na Księżycu

Kiedy w 1949 roku agencja Gallup po raz pierwszy zapytała Amerykanów czy spodziewają się, że w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat człowiek dotrze na Księżyc, tylko 15% odpowiedziało "tak". Pomimo szokującej potęgi nowych technologii wojennych, takich jak bomba atomowa, opinia publiczna pozostawała sceptyczna wobec idei podróży kosmicznych.  Zaledwie sześć lat później odsetek osób twierdzących, że człowiek znajdzie się na Księżycu w ciągu pięćdziesięciu lat wzrósł ponad dwukrotnie. W 1959 roku, po wystrzeleniu pierwszego satelity, ponad połowa kraju spodziewała się lądowania na Księżycu w ciągu zaledwie dwudziestu lat.

Lądowanie na Księżycu było nieco nietypowe dla sposobu, w jaki postęp naukowy i percepcja społeczna zazwyczaj na siebie oddziałują, ponieważ przyspieszenie percepcji dość dobrze dotrzymywało kroku postępowi technologicznemu. Wyścig kosmiczny zainicjowany przez wystrzelenie przez Rosję Sputnika skupił uwagę opinii publicznej na głównych wysiłkach rządu w tej dziedzinie, co mogło sprawić, że postrzeganie przez społeczeństwo stało się zgodne z postępem naukowym.  Jednak nawet w sytuacji, gdy opinia publiczna była przekonana o sukcesie, znaczna jej część uważała pomysł zbliżającego się spaceru po Księżycu za niewyobrażalny jeszcze na kilka lat przed wykonaniem przez ludzkość tego gigantycznego skoku.

Oczekiwania przewyższające rzeczywistość: lekarstwo na raka

Dla kontrastu - opinia publiczna była zbyt skłonna uwierzyć, że pojawienie się lekarstwa na raka jest nieuchronne. Zdecydowana większość, która spodziewała się wyleczenia na długo przed końcem XX wieku, zawiodła się, chociaż dokonano ogromnego postępu w leczeniu i długości życia. Pomimo niepowodzenia do tego momentu, większość Amerykanów nadal pozytywnie podchodzi do perspektyw pojawienia się lekarstwa, zwłaszcza patrząc pięćdziesiąt lat lub więcej do przodu.

Przyszłość (medyczna) rysuje się w jasnych barwach

Na pytanie zadane w sondażu NBC News/WSJ z 1998 roku, co jest najbardziej prawdopodobne do wynalezienia w ciągu najbliższych dwudziestu lat - lekarstwo na raka, AIDS, cukrzycę, Alzheimera czy choroby serca - rak został wybrany przez 37% ankietowanych, a AIDS było drugą najczęściej wybieraną opcją z wynikiem 20%. To odkrycie nie powinno jednak prowadzić do wniosku, że optymizm w kwestii raka jest nietypowy.  Dodatkowe dane wskazują, że społeczeństwo ma wielką wiarę w przyszłość nauk medycznych w prawie wszystkich dziedzinach. Sondaż przeprowadzony w 2001 roku przez Alliance for Aging Research/Belden Russonello & Stewart wykazał, że większość respondentów jest przekonana, iż w ciągu ich życia zostaną wynalezione lekarstwa nie tylko na raka (71%), ale także na cukrzycę (79%), chorobę Parkinsona (73%) i Alzheimera (71%).

Niezwykle wysokie liczby zapowiadają znaczący postęp medyczny również na innych frontach.  W sondażu przeprowadzonym w 1996 roku przez PSRA/Newsweek Amerykanie stwierdzili, że do 2006 roku spodziewają się "wyhodowanych" zastępczych organów ludzkich (57%), możliwości kontrolowania wagi poprzez manipulowanie genem tkanki tłuszczowej (58%) oraz pigułki antykoncepcyjnej dla mężczyzn (80%). Sondaż przeprowadzony w 1999 roku przez CBS News wykazał jeszcze większe oczekiwania na nadchodzące stulecie, włączając w to możliwość klonowania ludzi (74%) i genetycznego modyfikowania dzieci (85%). A sondaż Gallupa z 1998 roku wykazał, że 61% Amerykanów uważa, iż w ciągu zaledwie dwudziestu pięciu lat większość ludzi będzie rutynowo dożywać 100 lat.

Jednak jedna szczególna zagadka medyczna wywołuje pesymizm. W sondażu Gallupa z 1965 roku czterdzieści osiem procent wierzyło, że lekarstwo na przeziębienie zostanie znalezione w ciągu dwudziestu lat. Po upływie tego terminu, zaledwie 23% w sondażu Gallupa z 1989 roku oczekiwało, że lekarstwo zostanie wynalezione do 2000 roku. W 1998 roku sondaż NBC/Wall Street Journal wykazał, że mniej niż połowa (45%) twierdzi, iż lekarstwo zostanie wynalezione w nowym stuleciu.

Teleport, dodo i płyty kompaktowe

Poza sferą medyczną, przewidywania Amerykanów dotyczące przyszłości są mniej konsekwentnie przechylone w kierunku innowacji. Większość w sondażu przeprowadzonym w 1999 roku przez CBS News uważała, że wiele obecnych technologii będzie nadal w użyciu pod koniec XXI wieku, w tym Internet (79%), drukowane książki (68%) i telefony (57%), podczas gdy znaczna liczba spodziewała się kontynuacji używania poczty elektronicznej (44%), a nawet płyt kompaktowych (37%). Sondaż National Consumers League z tego samego roku wykazał, że 63% uważa, iż komputery i telefony będą bezprzewodowe do 2020 roku, ale 37% ankietowanych opisało siebie jako sceptycznych w tej kwestii.

Choć wiele osób spodziewa się, że dzisiejsze technologie unikną przestarzałości, znaczna część społeczeństwa przewiduje również, że w ciągu najbliższych kilku dekad staną się one rzeczywistością. Sondaż Pew z 2010 roku wykazał, że 42% uważa, że w ciągu następnych czterdziestu lat komputery będą prawdopodobnie lub zdecydowanie w stanie czytać w myślach ludzi poprzez skanowanie ich mózgów, a 51% uważa, że wymarłe gatunki zostaną sklonowane. Sondaż Pew z 2014 roku wykazał, że 41% wierzyło, że sposób na teleportację przedmiotów prawdopodobnie lub zdecydowanie zostanie wynaleziony w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat. Czterdzieści procent w sondażu CBS News z 2010 roku uważało, że niezbite dowody na istnienie życia pozaziemskiego pojawią się w ciągu dwudziestu lat, a tyle samo sądziło, że w XXI wieku ludzie będą robić sobie wakacje w kosmosie. Jednak tylko około połowa z nich chciałaby tam polecieć - wciąż więcej niż 9%, które w 1955 roku wyraziło chęć wzięcia udziału w pierwszej podróży na niemożliwie odległy wówczas Księżyc.

Źródło: Roper Center

Złe wieści dla tych, którzy wyznają zasadę: "lampka wina dziennie to samo zdrowie".

Niedawne globalne badanie opublikowane w Lancet potwierdziło wcześniejsze badania, które wykazały, że nie ma bezpiecznego poziomu spożycia alkoholu.

Naukowcy przyznają, że umiarkowane picie może chronić przed chorobami serca, ale okazało się, że ryzyko raka i innych chorób przeważa nad tymi "korzyściami".

Autor badania wyznał, że jego ustalenia były najbardziej znaczące do tej pory ze względu na zakres czynników branych pod uwagę.

Jak ryzykowne jest umiarkowane picie alkoholu?

W badaniu Global Burden of Disease przyjrzano się poziomom spożywania alkoholu i jego skutkom zdrowotnym w 195 krajach w latach 1990-2016.

Analizując dane od osób w wieku 15-95 lat, naukowcy porównali osoby, które nie piły w ogóle z tymi, które piły jeden napój alkoholowy dziennie.

Odkryli, że na 100 tys. osób niepijących, 914 rozwinęło problem zdrowotny związany z alkoholem (taki jak rak) lub doznało jakiegoś uszczerbku na zdrowiu.

Wykazano natomiast, że przy spożywaniu jednego napoju alkoholowego dziennie liczba ta wzbogaciłaby się o kolejne cztery osoby.

W przypadku osób, które piły dwa takie napoje dziennie, aż 63 osoby więcej rozwinęły chorobę w ciągu roku, a w przypadku tych, którzy spożywali pięć napojów alkoholowych dziennie, nastąpił wzrost o 338 przypadków osób, u których rozwinął się jakiś problem zdrowotny.

Jeden z autorów badania, prof. Sonia Saxena, badacz w Imperial College London i praktykujący lekarz pierwszego kontaktu, powiedziała: - Jeden drink dziennie nie stanowi niewielkiego zwiększonego ryzyka, ale przy dostosowaniu tego do populacji Wielkiej Brytanii jako całości stanowi to znacznie większą liczbę, a większość ludzi nie pije tylko jednego drinka dziennie.

Główny autor badania dr Max Griswold, z Institute for Health Metrics and Evaluation (IHME) z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, oznajmił: - Poprzednie badania wykazały ochronny wpływ alkoholu na niektóre warunki, ale stwierdziliśmy, że połączone ryzyko zdrowotne związane z alkoholem wzrasta z każdą jego dodatkową ilością.

- Silny związek między spożyciem alkoholu a ryzykiem raka, urazów i chorób zakaźnych zrównoważył efekty ochronne dla chorób serca w naszym badaniu - dodał.

- Chociaż ryzyko zdrowotne związane z alkoholem zaczyna się od niewielkiego przy jednym napoju dziennie, to następnie szybko wzrasta, gdy ludzie piją więcej.

W 2016 r. brytyjski rząd obniżył poziom alkoholu, jaki zaleca mężczyznom i kobietom, do nie więcej niż 14 jednostek tygodniowo - co odpowiada sześciu kuflom piwa o średniej mocy lub siedmiu kieliszkom wina.

W tym czasie naczelny inspektor medyczny Anglii, prof. Sally Davies, zauważyła, że każda ilość alkoholu może zwiększyć ryzyko zachorowania na raka.

"Świadome ryzyko"

Prof. Saxena oświadczyła, że badanie to było najważniejszym, jakie kiedykolwiek przeprowadzono na ten temat.

- To badanie idzie dalej niż inne, biorąc pod uwagę wiele czynników, w tym sprzedaż alkoholu, dane dotyczące ilości wypijanego alkoholu, abstynencję, dane dotyczące turystyki oraz poziom nielegalnego handlu i piwowarstwa domowego - powiedziała.

Badanie pokazuje, że brytyjskie kobiety piją średnio trzy napoje alkoholowe dziennie i zajmują ósme miejsce na świecie wśród osób pijących najwięcej. W rankingu tym prowadzą Ukrainki, przed Andorą i Luksemburgiem.

Z kolei brytyjscy mężczyźni zajęli 62 miejsce wśród 195 krajów objętych badaniem, mimo że również piją średnio trzy drinki dziennie. Wynika to z faktu, że poziom spożycia alkoholu był ogólnie dużo wyższy wśród mężczyzn, przy czym rumuńscy mężczyźni pili ponad osiem takich napojów dziennie.

W badaniu tym mianem "drinka" zostało opisane 10g alkoholu, co odpowiada małej lampce wina lub puszce/butelce piwa. W Wielkiej Brytanii jedna jednostka to 8 g alkoholu. Uważa się, że na całym świecie jedna na trzy osoby pije alkohol i jest on przyczyną prawie jednej dziesiątej wszystkich zgonów wśród osób w wieku od 15 do 49 lat.

- Większość z nas w Wielkiej Brytanii pije znacznie powyżej bezpiecznych limitów, a jak pokazuje to badanie, nie ma czegoś takiego jak bezpieczny limit. Zalecenia powinny być jeszcze bardziej restrykcyjne, a rząd powinien przemyśleć swoją politykę. Jeśli masz zamiar pić, edukuj się na ten temat i podejmuj świadome ryzyko - dodała Saxon.

Tymczasem prof. David Spiegelhalter z Uniwersytetu w Cambridge, wyraził swego rodzaju dozę ostrożności na temat tych ustaleń.

- Biorąc pod uwagę przyjemność przypuszczalnie związaną z umiarkowanym piciem, twierdzenie że nie ma "bezpiecznego" poziomu nie wydaje się argumentem za abstynencją - powiedział.

- Nie ma bezpiecznego poziomu prowadzenia samochodem, ale rząd nie zaleca, by ludzie unikali jazdy.

- Prawdę mówiąc nie ma nawet bezpiecznego poziomu samego egzystowania, ale nikt nie zaleca nikomu abstynencji i w tym zakresie - skwitował.

Źródło: BBC

W 2008 roku fińska policja była przekonana, że funkcjonariusze złapią złodzieja samochodów dzięki próbce DNA pobranej od komara, którego zauważono wewnątrz porzuconego pojazdu.

Znajdując samochód w Seinaejoki, na północ od Helsinek, policja zauważyła, że komar niedawno wyssał krew i postanowiła wysłać owada do analizy.

DNA znalezione w badaniach laboratoryjnych pasowało do mężczyzny z policyjnego rejestru.

Podejrzany zaprzecza kradzieży samochodu i twierdzi, że po prostu podróżował autostopem.

Samochód został skradziony w czerwcu 2008 roku w mieście Lapua, około 380 kilometrów na północ od stolicy Finlandii, podaje agencja informacyjna AFP.

Odzyskano go kilka tygodni później w Seinaejoki, około 25 km od miejsca, w którym zaginął.

Sakari Palomaeki, inspektor policji odpowiedzialny za tę sprawę, powiedział, że to właśnie wtedy po raz pierwszy fińska policja użyła owada do rozwiązania sprawy kryminalnej.

- Korzystanie z komarów w trakcie śledztwa nie jest rzeczą normalną. Podczas szkolenia nie powiedziano nam, abyśmy wypatrywali komarów w miejscach zbrodni - powiedział.

- Nie jest łatwo znaleźć małego komara w samochodzie, a więc to pokazuje, jak dokładne było śledztwo na miejscu zbrodni - dodał.

Źródło: BBC

Antarctic Snow Cruiser (Antarktyczny Krążownik Śnieżny) był pojazdem zaprojektowanym w latach 1937-1939 pod kierownictwem Thomasa Poultera, mającym ułatwić transport na Antarktydzie podczas Ekspedycji Służby Antarktycznej Stanów Zjednoczonych (1939-41). Krążownik był również opisywany jako "Pingwin", "Pingwin 1" lub "Żółw" w niektórych opublikowanych materiałach.

Poulter był drugim w hierarchi dowódcą Drugiej Ekspedycji Antarktycznej Byrda, rozpoczętej w 1934 roku. W czasie pobytu na Antarktydzie Poulter opracował kilka innowacyjnych rozwiązań. Jednak masywny krążownik śnieżny generalnie nie działał tak, jak oczekiwano w trudnych warunkach (gładkie opony stworzone tak by nie pokryły się śniegiem, nie trzymały się lodu) i ostatecznie został porzucony na Antarktydzie. Odnaleziony ponownie pod głęboką warstwą śniegu w 1958 roku, później znów zniknął z powodu zmieniających się warunków atmosferycznych.

Projekt i budowa

29 kwietnia 1939 roku Poulter i The Research Foundation of the Armour Institute of Technology pokazali plany urzędnikom w Waszyngtonie. Fundacja miała sfinansować koszty i nadzorować budowę, a pojazd służyć Służbie Antarktycznej Stanów Zjednoczonych. Prace rozpoczęły się 8 sierpnia 1939 roku i trwały 11 tygodni. 24 października 1939 r. pojazd został po raz pierwszy uruchomiony w Pullman Company na południe od Chicago i rozpoczął podróż na odległość 1640 km do nabrzeża wojskowego w Bostonie. Podczas podróży uszkodzony układ kierowniczy spowodował, że pojazd zjechał z małego mostu na Lincoln Highway i wpadł do strumienia w pobliżu miasta Gomer w Ohio, gdzie pozostał przez trzy dni. Po dotarciu do Bostonu, 15 listopada 1939 roku na pokładzie USCGC North Star wyruszył na Antarktydę.

Przybycie na Antarktydę

Snow Cruiser przybył do Little America w Zatoce Wielorybów na Antarktydzie z ekspedycją United States Antarctic Service Expedition na początku stycznia 1940 roku i napotkał wiele problemów. Konieczne było zbudowanie rampy z drewna, aby rozładować pojazd. Gdy pojazd był rozładowywany ze statku, jedno z kół przebiło się przez rampę. Załoga wiwatowała, gdy Poulter uwolnił pojazd z rampy, ale wiwaty ucichły, gdy pojazd nie poruszał się po śniegu i lodzie. Duże, gładkie, pozbawione bieżnika opony zostały pierwotnie zaprojektowane dla dużego pojazdu bagiennego - obracały się swobodnie i zapewniały bardzo niewielki ruch do przodu, zapadając się aż o 3 stopy (0,91 m) w śnieg. Załoga przymocowała dwie zapasowe opony do przednich kół pojazdu i zainstalowała łańcuchy na tylnych kołach, ale nie była w stanie przezwyciężyć braku trakcji. Załoga odkryła później, że opony miały lepszą trakcję, gdy jechały do tyłu. Najdłuższa przebyta trasa wyniosła 92 mile (148 km) - przejechana całkowicie na wstecznym biegu. 24 stycznia 1940 r. Poulter wrócił do Stanów Zjednoczonych, pozostawiając F. Altona Wade'a na czele reszty załogi. Naukowcy przeprowadzili eksperymenty sejsmologiczne, pomiary promieniowania kosmicznego i pobierali próbki rdzeni lodowych, mieszkając w pokrytym śniegiem i drewnem krążowniku śnieżnym. Finansowanie projektu zostało anulowane, gdy w Stanach Zjednoczonych skupiono się na II wojnie światowej.

Ponowne odkrycie i ostateczny los

Podczas Operacji Highjump pod koniec 1946 r. zespół ekspedycyjny odnalazł pojazd i odkrył, że potrzebuje on jedynie powietrza w oponach i kilku napraw, aby był sprawny.

W 1958 r. międzynarodowa ekspedycja odnalazła krążownik śnieżny na Little America III przy użyciu buldożera. Był przykryty 23 stopami (7 m) śniegu, ale długa bambusowa tyczka wyjawiła jego pozycję. Udało się dokopać do spodu kół i dokładnie zmierzyć ilość śniegu, jaki spadł od czasu porzucenia krążownika. Wewnątrz pojazd był dokładnie taki, jakim zostawiła go załoga - z papierami, czasopismami i papierosami porozrzucanymi dookoła.

Późniejsze ekspedycje nie odnotowały żadnych śladów pojazdu. Chociaż istniały pewne nieuzasadnione spekulacje, że (pozbawiony trakcji) krążownik śnieżny został wywieziony przez Związek Radziecki w czasie zimnej wojny, pojazd najprawdopodobniej znajduje się na dnie Oceanu Południowego lub jest zakopany głęboko pod śniegiem i lodem. Lód antarktyczny jest w ciągłym ruchu, a szelf lodowy stale przesuwa się w kierunku morza. W 1963 roku duży fragment szelfu lodowego Rossa oderwał się i podryfował dalej. Nie wiadomo, po której stronie szelfu lodowego znajdował się Cruiser.



Innowacyjne rozwiązania zastosowane w krążowniku to m.in.:

- koła i opony chowały się w obudowach, gdzie były ogrzewane przez spaliny silnika. Miało to zapobiec pękaniu mieszanki gumy naturalnej w niskich temperaturach,
- długie zwisy przednie i tylne nadwozia miały pomóc w pokonywaniu szczelin o szerokości do 4,6 m. Przednie koła miały być chowane tak, aby przód mógł być przepchnięty przez szczelinę. Następnie przednie koła miały być wyciągnięte (a tylne schowane), aby przeciągnąć pojazd przez resztę drogi. Proces ten wymagał skomplikowanej, 20-stopniowej procedury,
- podkładka na szczycie pojazdu została zaprojektowana tak, aby pomieścić mały samolot (5-pasażerski dwupłatowiec Beechcraft). Samolot miał zostać wciągnięty na miejsce za pomocą wciągarki. Samolot miał być wykorzystywany do prowadzenia badań lotniczych,
- płyn chłodzący silnika krążył w całej kabinie w celu ogrzewania. System ogrzewania był bardzo wydajny i załoga donosiła, że do spania potrzebowała tylko lekkich koców,
- nadmiar energii elektrycznej mógł być magazynowany w akumulatorach do zasilania świateł i urządzeń, gdy silnik nie pracował,
- dzięki wyeliminowaniu dużych mechanicznych elementów napędowych w całym pojeździe, spalinowo-elektryczny układ napędowy pozwolił na zastosowanie mniejszych silników i uzyskanie więcej miejsca dla załogi. Jest to prawdopodobnie pierwsze zastosowanie spalinowo-elektrycznego układu napędowego w czterokołowym pojeździe tej wielkości. Taka konstrukcja jest obecnie powszechnie stosowana w dużych nowoczesnych ciężarówkach górniczych.

Źródło: Wikipedia (ENG)

Free Joomla! template by L.THEME