Myśląc o tym, co chcesz osiągnąć w ciągu najbliższych kilku miesięcy i lat, prawdopodobnie masz kilka celów, które zakładają, że "staniesz się" kimś - na przykład dobrym sportowcem lub znakomitym lekarzem. Nazywamy je "celami tożsamościowymi", ponieważ służą osiągnięciu pewnej tożsamości i można je osiągnąć, angażując się w działania związane z tożsamością, takie jak trening do maratonu czy pójście na studia medyczne. Aby wprowadzić te zachowania w życie, możemy powiedzieć o nich innym: "Hej, zamierzam w tym roku przebiec maraton!" lub "Hurra! Jesienią wybieram się na studia medyczne!". Być może mamy poczucie, że mówienie innym o naszych zamierzonych działaniach pomoże nam je zrealizować, a w konsekwencji pomoże nam zbliżyć się do osiągnięcia naszych ostatecznych celów tożsamościowych. Jednak w tym tekście autorka opisuje dowody na to, że tak nie jest: mówienie innym o naszych planach dotyczących działań związanych z tożsamością może utrudnić nam ich realizację.

Dlaczego mówienie innym o naszych planach dotyczących działań związanych z tożsamością może powstrzymać nas przed ich faktycznym dokonaniem? Badania prowadzone przez Petera Gollwitzera wykazały, że jednostki czują się bliższe osiągnięcia swoich celów tożsamościowych, gdy ich działania związane z tożsamością (np. uczęszczanie na studia medyczne) są zauważane przez innych. Na podstawie tej pracy Gollwitzer i jego współpracownicy wysunęli hipotezę, że nawet jeśli inni zauważają tylko nasze plany dotyczące działań związanych z tożsamością, możemy również czuć się bliżej osiągnięcia naszych celów tożsamościowych. Ponieważ czujemy się wtedy bliżsi osiągnięcia naszych celów tożsamościowych, możemy odczuwać mniejszą potrzebę faktycznego realizowania tych zachowań. Dowody na potwierdzenie tej hipotezy zostały przedstawione w kilku różnych badaniach, z których jedno opisujemy tutaj.

Naukowcy badali studentów prawa, których celem tożsamościowym było osiągnięcie sukcesu w zawodzie prawnika. Poprosili ich o określenie w skali od 1 do 9, jak bardzo zamierzają "jak najlepiej wykorzystać możliwości edukacyjne w zakresie prawa". Innymi słowy, dali uczestnikom szansę na stwierdzenie, że mają plan, aby wprowadzić w życie określone zachowanie związane z tożsamością. Następnie miała miejsce jedna z dwóch rzeczy. W warunku rzeczywistości społecznej, eksperymentator potwierdzał, że uczestnik zakreślił opcję, którą chciał, a następnie wrzucał kwestionariusz do pudełka. W warunku bez rzeczywistości społecznej, uczestnicy byli po prostu instruowani, by wypełnić kwestionariusz, a następnie wrzucić go do pudełka bez jakiegokolwiek sprawdzania arkusza.

Aby zbadać, w jakim stopniu społeczne uznanie planu wykonania zachowania związanego z tożsamością wpływa na to, jak skutecznie ludzie realizują swoje plany, uczestnicy otrzymali 45 minut na pracę nad 20 różnymi sprawami z zakresu prawa karnego. Następnie badacze dokumentowali, ile minut uczestnicy spędzili pracując nad sprawami prawnymi. Wyniki pokazały, że uczestnicy w warunkach rzeczywistości społecznej (ci, których plany od razu zostały sprawdzone przez eksperymentatora) pracowali przez znacząco mniej czasu niż uczestnicy w warunkach braku rzeczywistości społecznej (ci, których plany nie zostały odczytane na głos przez eksperymentatora).

Społeczne rozpoznanie własnych planów nie tylko utrudnia ich realizację, ale może też prowadzić do przedwczesnego poczucia, że już posiadamy pożądaną tożsamość. W innym badaniu studenci prawa przychodzili do laboratorium i indywidualnie spotykali się z dwiema innymi osobami, które rzekomo również były studentami prawa. Wszyscy zostali poproszeni o spisanie planów, które miały im pomóc w osiągnięciu sukcesu w zawodzie prawnika. W warunku social-reality, uczestnicy musieli przeczytać na głos te plany do eksperymentatora i dwóch innych "studentów prawa". W warunku bez rzeczywistości społecznej poproszono ich o ocenę atrakcyjności dziesięciu zdjęć.

Następnie uczestnicy byli proszeni o ocenę, w jakim stopniu czuli się w tym momencie jurystami. Wyniki te ujawniły, że uczestnicy czuli się bardziej jak prawnik w społecznej rzeczywistości warunku niż w nie-społecznej rzeczywistości warunku. Kiedy ludzie opowiedzieli innym studentom o swoich planach zostania odnoszącym sukcesy prawnikiem, rzeczywiście czuli się bardziej jak prawnicy! Można sobie wyobrazić, że gdy czujemy się bardziej jak prawnicy, może być mniej prawdopodobne, że włożymy w to wystarczająco wiele pracy.

Zdaniem autorki te wnioski są szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że tak wielu z nas ogłasza na Facebooku swoje plany zaangażowania się w działania związane z tożsamością (np. "Zaczynam dziś trening maratoński" lub "Przez cały weekend będę w bibliotece"). Otrzymujemy wtedy społeczne uznanie w postaci polubień i komentarzy. Być może teraz będziemy świadomi, jak te nawyki mogą przeszkadzać w realizacji planów i osiągnięciu upragnionej tożsamości.

Źródło: Berkeley Science Review

Zespół fizyków z Uniwersytetów w Vermont i Waterloo odkrył, że sfera zimnych atomów helu podąża za dziwacznym prawem fizyki - zwanym prawem obszaru splątania - obserwowanym również w czarnych dziurach. Odkrycie to zostało opisane w 2017 roku w internetowym wydaniu czasopisma Nature Physics.

W latach siedemdziesiątych XX wieku sławni fizycy teoretyczni Stephen Hawking i Jacob Bekenstein odkryli coś dziwnego w czarnych dziurach.

Obliczyli oni, że kiedy materia wpada do jednej z tych bezdennych dziur w przestrzeni, ilość informacji, którą pochłania - co fizycy nazywają entropią - wzrasta tylko tak szybko, jak szybko wzrasta jej powierzchnia, a nie objętość.

- Odkryliśmy, że ten sam rodzaj prawa fizyki jest przestrzegany w przypadku informacji kwantowej w nadciekłym helu - powiedział Adrian Del Maestro, adiunkt na Wydziale Fizyki Uniwersytetu w Vermont i autor projektu.

Aby dokonać swojego odkrycia, dr Del Maestro i współautorzy stworzyli najpierw dokładną symulację fizyki ekstremalnie zimnego helu-4 (izotopu pierwiastka helu) po tym, jak przekształca się on z gazu w formę materii zwaną nadciekłością (lub nadpłynnością).

- Poniżej około dwóch Kelvinów, atomy helu-4 - wykazujące podwójną falowo-cząsteczkową naturę, którą odkrył Max Planck i inni - zlepiają się ze sobą w taki sposób, że poszczególne atomy nie mogą być opisane niezależnie od siebie - wyjaśniają naukowcy.

- Zamiast tego, tworzą one kooperacyjny taniec, który naukowcy nazywają splątaniem kwantowym.

Używając dwóch superkomputerów, zbadali oni interakcje 64 atomów helu w stanie nadpłynności.

Odkryli, że ilość splątanej informacji kwantowej współdzielonej pomiędzy dwoma regionami pojemnika - sfery superpłynnego helu-4 odgrodzonej od większego pojemnika - była określona przez pole powierzchni sfery, a nie jej objętość.

Wygląda na to, że podobnie jak holograf, trójwymiarowa objętość przestrzeni jest w całości zakodowana na jej dwuwymiarowej powierzchni. Zupełnie jak w czarnej dziurze.

Pomysł ten był przypuszczalnie związany z zasadą fizyki zwaną "lokalnością", ale nigdy wcześniej nie został zaobserwowany w eksperymencie.

Dzięki zastosowaniu kompletnej symulacji numerycznej wszystkich atrybutów helu-4, zespół był - po raz pierwszy w historii - w stanie wykazać istnienie prawa obszaru splątania w prawdziwej cieczy kwantowej.

- Nadciekły hel-4 mógłby stać się ważnym zasobem - paliwem - dla nowej generacji komputerów kwantowych - powiedział dr Del Maestro.

- Ale aby wykorzystać jego ogromny potencjał przetwarzania informacji, musimy głębiej zrozumieć, jak on działa - skwitował.

Źródło: Sci-News.com

sobota, 20 marzec 2021 11:22

Jak wyglądał Jezus?

Przez wieki najbardziej powszechnym wizerunkiem Jezusa Chrystusa, przynajmniej w kulturze zachodniej, był wizerunek brodatego, jasnoskórego mężczyzny z długimi, falującymi, jasnobrązowymi lub blond włosami i (często) niebieskimi oczami. Biblia jednak nie opisuje Jezusa fizycznie, a wszystkie dowody, jakie posiadamy, wskazują, że prawdopodobnie wyglądał zupełnie inaczej, niż go od dawna przedstawiano.

Co stwierdza Biblia?

Biblia oferuje niewiele wskazówek na temat fizycznego wyglądu Chrystusa. Większość tego, co wiemy o Jezusie, pochodzi z pierwszych czterech ksiąg Nowego Testamentu: Ewangelii Mateusza, Marka, Łukasza i Jana. Według Ewangelii, Jezus był Żydem urodzonym w Betlejem i wychowanym w mieście Nazaret, w Galilei (dawniej Palestyna, obecnie północny Izrael) w pierwszym wieku naszej ery.

Wiemy, że Jezus miał około 30 lat, kiedy rozpoczął swoją służbę (Ewangelia Łukasza 3:23), ale Biblia nie mówi nam praktycznie nic o tym, jak wyglądał - poza tym, że nie wyróżniał się w żaden szczególny sposób. Kiedy Jezus został aresztowany w ogrodzie Getsemani przed ukrzyżowaniem (Ewangelia wg św. Mateusza 26:47-56), Judasz Iskariota musiał wskazać Jezusa swoim żołnierzom spośród uczniów - prawdopodobnie dlatego, że wszyscy byli do siebie podobni.

Dla wielu uczonych, Apokalipsa św. Jana (1:14-15) oferuje wskazówkę, w myśl której skóra Jezusa miała ciemniejszy odcień, a jego włosy były wełniste. Włosy na jego głowie, jak to jest napisane, "były białe jak biała wełna, białe jak śnieg. Jego oczy były jak płomień ognia, a stopy jak wypalony brąz, oczyszczony niczym w piecu".

- Nie wiemy, jak wyglądał [Jezus], ale jeśli wszystkie rzeczy, które o nim wiemy są prawdziwe, był palestyńskim Żydem żyjącym w Galilei w pierwszym wieku - mówi Robert Cargill, adiunkt klasyki i religioznawstwa na Uniwersytecie Iowa i redaktor Biblical Archaeology Review. - Wyglądałby więc jak palestyński Żyd z pierwszego wieku. Wyglądałby jak żydowski Galilejczyk.

Jak zmieniały się wizerunki Jezusa na przestrzeni wieków?

Niektóre z najwcześniejszych znanych artystycznych przedstawień Jezusa pochodzą z połowy III wieku n.e., czyli ponad dwa stulecia po jego śmierci. Są to malowidła w starożytnych katakumbach św. Domityli w Rzymie, odkryte po raz pierwszy około 400 lat temu. Odzwierciedlając jeden z najbardziej powszechnych wizerunków Jezusa w tamtym czasie, malowidła przedstawiają Chrystusa jako Dobrego Pasterza, młodego, krótkowłosego, brodatego mężczyznę z owieczką na ramieniu.

Kolejny rzadki wczesny portret Jezusa został odkryty w 2018 roku na ścianach zrujnowanego kościoła w południowym Izraelu. Namalowany w VI wieku n.e., jest najwcześniejszym znanym wizerunkiem Chrystusa odnalezionym w Izraelu i przedstawia go z krótszymi, kręconymi włosami - co jest wizerunkiem, który był powszechny we wschodnim regionie imperium bizantyjskiego, zwłaszcza w Egipcie i regionie Syria-Palestyna, jednak zniknęło z późniejszej sztuki bizantyjskiej.

Długowłosy, brodaty wizerunek Jezusa, który pojawił się w IV wieku n.e., był pod silnym wpływem przedstawień greckich i rzymskich bogów, zwłaszcza wszechmocnego greckiego boga Zeusa. W tym momencie Jezus zaczął pojawiać się w długiej szacie, siedząc na tronie (tak jak na mozaice z V wieku na ołtarzu kościoła Santa Pudenziana w Rzymie), czasami z aureolą otaczającą jego głowę.

- Celem tych wizerunków nigdy nie było pokazanie Jezusa jako człowieka, ale stworzenie teologicznych punktów na temat tego, kim Jezus był jako Chrystus (Król, Sędzia) i boski Syn - napisała w The Irish Times Joan Taylor, profesor chrześcijańskich początków i judaizmu drugiej świątyni w King's College London. - Z biegiem czasu ewoluowały one do standardowego "Jezusa", którego dziś znamy.

Oczywiście nie wszystkie wizerunki Jezusa są zgodne z dominującym obrazem przedstawianym w sztuce zachodniej. W rzeczywistości, wiele różnych kultur na całym świecie przedstawiało go, wizualnie przynajmniej, jako jednego ze swoich. - Kultury mają tendencję do przedstawiania wybitnych postaci religijnych tak, aby wyglądały jak dominująca tożsamość rasowa - wyjaśnia Cargill.

Co z Całunem Turyńskim?

Spośród wielu możliwych relikwii związanych z Jezusem, które pojawiły się na przestrzeni wieków, jedną z najbardziej znanych jest Całun Turyński, który ukazał się w 1354 roku. Wierzący twierdzili, że Jezus został zawinięty w ten kawałek płótna po ukrzyżowaniu, a na całunie widnieje wyraźny wizerunek jego twarzy. Jednak wielu ekspertów odrzuciło całun jako fałszywy, a sam Watykan określa go raczej jako "ikonę" niż relikwię.

- Całun Turyński został kilkakrotnie obalony jako średniowieczne fałszerstwo - mówi Cargill. - Jest on częścią większego zjawiska, które istnieje od czasów samego Jezusa, polegającego na próbach zdobycia (a jeśli nie można ich zdobyć - wytworzenia) przedmiotów, które są częścią ciała, życia i służby Jezusa - w celu albo legitymizacji jego istnienia i twierdzeń o nim, albo w niektórych przypadkach, okiełznania jego cudownych mocy.

Co mogą nam powiedzieć badania i nauka

W 2001 roku emerytowany artysta medyczny Richard Neave poprowadził zespół izraelskich i brytyjskich antropologów sądowych oraz programistów komputerowych do stworzenia nowego wizerunku Jezusa, w oparciu o izraelską czaszkę z I wieku n.e., modelowanie komputerowe i wiedzę o tym, jak wyglądali Żydzi w tamtych czasach. Chociaż nikt nie twierdzi, że jest to dokładna rekonstrukcja tego, jak faktycznie wyglądał sam Jezus, uczeni uważają ten wizerunek - około 152 cm wzrostu, z ciemniejszą skórą, ciemnymi oczami i krótszymi, bardziej kręconymi włosami - za bardziej dokładny niż wiele artystycznych przedstawień syna Bożego.

W swojej książce z 2018 roku pt. "What Did Jesus Look Like?", Taylor wykorzystała szczątki archeologiczne, teksty historyczne i starożytną egipską sztukę pogrzebową, aby dojść do wniosku, że podobnie jak większość ludzi w Judei i Egipcie w tamtych czasach, Jezus najprawdopodobniej miał brązowe oczy, ciemnobrązowe lub czarne włosy i oliwkowo-brązową skórę. Mógł mieć około 166 cm wzrostu, co odpowiada przeciętnemu wzrostowi mężczyzny w tamtych czasach.

Choć Cargill zgadza się, że te nowsze wizerunki Jezusa - z ciemniejszymi, być może kręconymi włosami, ciemniejszą skórą i ciemnymi oczami - prawdopodobnie są bliższe prawdy, podkreśla, że tak naprawdę możemy nigdy nie dowiedzieć się, jak dokładnie wyglądał Jezus.

- Jak wyglądali żydowscy Galilejczycy 2000 lat temu? Oto jest pytanie. Prawdopodobnie nie mieli niebieskich oczu i blond włosów - skwitowała.

Źródło: History.com

Niedawne badania nad agresywnymi zachowaniami u ponad tysiąca gatunków ssaków wykazały, że to surykatka jest ssakiem, który ma największe szanse zostania zamordowanym przez jednego z przedstawicieli swojego gatunku.

Badanie, prowadzone przez José María Gómez z Uniwersytetu w Granadzie w Hiszpanii, opublikowane w 2016 roku w czasopiśmie Nature, przeanalizowało ponad 4 miliony przypadków śmierci wśród 1024 gatunków ssaków i porównało je z wynikami 600 badań nad przemocą wśród ludzi od czasów starożytnych do dziś.

Wyniki badań mówią nam dwie rzeczy:
1. Pewna ilość przemocy między ludźmi jest przypisana do naszego miejsca na drzewie ewolucyjnym.
2. Surykatki są zaskakująco mordercze.

Żeby nie było niedomówień - autorzy badania nie mieli na celu udowodnienia (lub obalenia) teorii o przemocy surykatek. Badali raczej, co dane dotyczące ssaków mogą nam powiedzieć o ludziach. Jednak Ed Yong z The Atlantic uporządkował szeroką listę ssaków, aby stworzyć ten pomocny wykres, w którym zwierzęta zostały sklasyfikowane według ich morderczości:

Niektóre ze zwierząt cieszących się opinią łagodnych są w rzeczywistości bardziej niebezpieczne dla siebie nawzajem niż stworzenia znane z agresji. Szynszyle zabijają się nawzajem częściej niż niedźwiedzie brunatne. Nowozelandzkie lwy morskie są bardziej mordercze niż te "tradycyjne" lwy.

Jak widać, około 20 procent zgonów surykatek to morderstwa. Ich przemoc została udokumentowana - badanie z 2006 roku opisane w National Geographic udokumentowało surykatki-matki zabijające potomstwo innych samic, aby utrzymać dominację.

W najgorszych czasach ludzie także przejawiają mordercze zachowania - nowo opublikowane badania wykazały wskaźniki śmiertelnej przemocy między 15 a 30 procent dla populacji ludzkich żyjących między 500 a 3000 lat temu.

Dziś wskaźnik śmiertelnej przemocy jest znacznie niższy. Jak zauważa towarzyszący artykuł opublikowany w środę w Nature przez biologa ewolucyjnego Marka Pagela:

"Wskaźniki zabójstw w nowoczesnych społeczeństwach, które mają siły policyjne, systemy prawne, więzienia i silne postawy kulturowe, a które odrzucają przemoc, są, na poziomie mniej niż 1 na 10 tys. zgonów (lub 0,01%), około 200 razy niższe niż przewidywania autorów dla naszego stanu natury."

Nie jesteśmy więc, co do zasady, tak zabójczo brutalni wobec naszych bliźnich jak surykatki wobec siebie nawzajem. Badanie dowodzi jednak, że w całej historii ludzkości, ludzie są nadal bardziej zabójczo brutalni niż przeciętny ssak.

Autorzy wykorzystali fakt, że blisko spokrewnione gatunki zazwyczaj wykazują podobne wskaźniki przemocy interpersonalnej, aby przewidzieć 2-procentowy wskaźnik śmiertelnej przemocy wśród ludzi. Oznacza to, że 2 na każde 100 ludzkich zgonów byłoby morderstwem, biorąc pod uwagę tylko nasze miejsce na drzewie ewolucyjnym, a nic o naciskach politycznych, technologii czy normach społecznych.

Dla porównania, wśród wszystkich ssaków tylko 0,3 procent zgonów to morderstwa. Dla wspólnego przodka naczelnych wskaźnik ten wynosi 2,3 procent.

Biorąc pod uwagę 2 procent jako ludzki punkt odniesienia, okazuje się, że jesteśmy zarówno niezwykle pokojowi jak na naczelne, jak i niezwykle brutalni jak na ssaki.

Jedną z krytycznych uwag na temat ludzkiej części pracy, z ogromnymi zbiorami danych z 600 wcześniejszych badań, jest to, że definicja morderczych zachowań jest zbyt szeroka. Autorzy włączają do swojej analizy dzieciobójstwo, egzekucje, kanibalizm i śmierć na polu bitwy.

Polly Wiessner, antropolog z University of Utah, powiedziała w rozmowie z The Atlantic: - Stworzyli prawdziwą mieszaninę postaci, wrzucając indywidualne konflikty ze społecznie zorganizowaną agresją, zrytualizowanym kanibalizmem i nie tylko. Źródła danych dotyczących prehistorycznej przemocy są bardzo zróżnicowane pod względem wiarygodności. Gdy są wyrwane z kontekstu, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej.

Źródło: NPR.org

Poznajcie rudego wilka - najbardziej zagrożonego członka rodziny psów na świecie.

Pochodzące ze Stanów Zjednoczonych wilki rude lub wilki czerwone (Canis rufus) mają płowe, czerwonawe umaszczenie i są pośredniej wielkości między wilkami szarymi a kojotami. Ma to sens, ponieważ te dwa gatunki w przeszłości krzyżowały się ze sobą, tworząc przodków wilków czerwonych. Niemniej jednak ostatnie badania pokazują, że rude wilki są odrębnym gatunkiem.

Jedynym miejscem, gdzie wilki czerwone pozostają na wolności, jest Alligator River National Wildlife Refuge we wschodniej części Karoliny Północnej i okolicznych hrabstwach. Szacuje się, że istnieje tylko 35 lub mniej dzikich wilków czerwonych, a Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody klasyfikuje je jako krytycznie zagrożone.

Historia

Podobnie jak inne wilki, zwierzęta te były przedmiotem polowań i prześladowań na masową skalę w XIX i na początku XX wieku. Do lat 60. XX wieku pozostała tylko niewielka populacja w południowo-zachodniej Luizjanie i wschodnim Teksasie. Rozpoczęto plan ratunkowy, w ramach którego w latach 1974-1980 pochwycono 14 zwierząt, aby stworzyć populację żyjącą w niewoli w Point Defiance Zoo and Aquarium w stanie Waszyngton.

Jak się okazało - dokonano tego w samą porę, gdyż gatunek ten został uznany za wymarły na wolności w 1980 roku.

Hodowla w niewoli zwiększyła ich liczebność, a w 1987 roku naukowcy wypuścili cztery pary do rezerwatu Alligator River. Od 1992 roku U.S. Fish and Wildlife Service próbowało również stworzyć populację w Parku Narodowym Great Smoky Mountains, ale próba ta nie powiodła się częściowo z powodu niskiej gęstości występowania potencjalnego żeru, a zwierzęta wyprowadziły się z parku w poszukiwaniu pożywienia. Pozostałe w Smoky Mountains wilki zostały zabrane do schroniska w Północnej Karolinie w 1998 roku.

Populacja osiągnęła szczyt w Karolinie Północnej w 2006 roku na poziomie około 130 osobników, ale od tego czasu zmniejszyła się do 25-35 przedstawicieli.

Wygląd

Wilki rude dorastają do 66 centymetrów wzrostu, a dorosłe osobniki mierzą około 122 cm długości od czubka ogona do nosa. Ich waga waha się od około 20 do 36 kilogramów, mają spiczaste uszy i szerokie pyski, szerokie głowy i długie smukłe nogi. Bywają one często mylone z kojotami, choć są znacznie większe.

Siedlisko i zasięg występowania

Wilki czerwone zamieszkiwały niegdyś cały południowy wschód Stanów Zjednoczonych, aż po północny Nowy Jork, północny zachód do Missouri i aż do połowy Teksasu. W latach 60. zwierzęta te żyły głównie na terenach bagiennych i przybrzeżnych preriach, ale to głównie dlatego, że były to jedyne obszary, na których przetrwały.

Zachowanie

Podobnie jak wszystkie wilki, zwierzęta te tworzą zwarte stada i są bardzo towarzyskie. Stada te, składające się zazwyczaj z pary hodowlanej i ich potomstwa w różnych latach, liczą od pięciu do ośmiu osobników.

Wilki czerwone łączą się w pary na całe życie, a pary te kopulują zazwyczaj raz w roku, w lutym. Szczenięta rodzą się zwykle w kwietniu lub maju i są umieszczane w dobrze ukrytych norach.

Dieta

Te psowate są mięsożercami  i lubią polować i jeść jelenie, szopy i małe ssaki, takie jak króliki i myszy. Mogą konsumować do dwóch kilogramów żywności dziennie.

Klasyfikacja i ochrona

W odniesieniu do statusu taksonomicznego czerwonych wilków powstawało wiele nieścisłości i pytań, ale ich klasyfikacja została ostatecznie rozwiązana przez długie badanie opublikowane w 2019 roku przez National Academy of Sciences, które stwierdza, że czerwone wilki są prawowitym gatunkiem wilka (Canis rufus) oddzielonym od szarych wilków i kojotów.

W czerwcu 2018 roku Fish and Wildlife Service zaproponował zezwolenie właścicielom gruntów w Karolinie Północnej na zastrzelenie zwierząt, jeśli dotarł zabłąkane na ich teren, co zostało uchylone w sądzie w listopadzie 2018 roku. Nadal nielegalne jest zabijanie tych zwierząt, chociaż rany postrzałowe były główną przyczyną ich ostatnich zgonów.

AKTUALIZACJA: W marcu 2021 roku The Guardian poinformował, że na wolności pozostało już być może nie więcej niż 10 czerwonych wilków i wszystkie znajdują się tylko w jednym miejscu: Karolinie Północnej.

Źródło: National Geographic, The Guardian

Dwa lata temu miasto Stockton w Kalifornii rozpoczęło odważny eksperyment - postanowiło rozdawać 125 osobom po 500 dolarów miesięcznie przez 24 miesiące, bez żadnych ograniczeń i bez wymagań dotyczących pracy. Ludzie ci zostali losowo wybrani z dzielnic, w których dochód gospodarstwa domowego był na poziomie mediany lub poniżej. Mogli oni wydać pieniądze w dowolny sposób. W międzyczasie naukowcy badali, jaki wpływ na ich życie miała gotówka.

Wyniki z pierwszego roku eksperymentu, który trwał od lutego 2019 do lutego 2020, są już dostępne. I są one niezwykle zachęcające dla jego uczestników, a także dla zwolenników, którzy uważają bezwarunkowe transfery pieniężne za skuteczny sposób pomagania ludziom w ucieczce od ubóstwa.

Najbardziej zdumiewającym odkryciem jest to, że osoby, które otrzymały gotówkę, zdołały zapewnić sobie pracę w pełnym wymiarze godzin ponad dwukrotnie częściej niż osoby z grupy kontrolnej, które nie otrzymały gotówki. W ciągu roku odsetek osób otrzymujących gotówkę, które miały pracę w pełnym wymiarze godzin, skoczył z 28% do 40%. Grupa kontrolna w tym samym okresie odnotowała jedynie 5-procentowy skok.

Badacze napisali w swoim raporcie, że pieniądze dały odbiorcom stabilność, której potrzebowali, by wyznaczać cele, podejmować ryzyko i znajdować nowe miejsca pracy. Jeden z mężczyzn w wieku 30 lat był uprawniony do uzyskania licencji na nieruchomości od ponad roku, ale nie uzyskał jej, ponieważ nie mógł sobie pozwolić na wzięcie wolnego w pracy. Dzięki wolności oferowanej przez dodatkowe 500 dolarów miesięcznie, powiedział, że jego życie "zmieniło się o 180 stopni (...) ponieważ mam więcej czasu i wartości netto, aby się uczyć i (...) aby osiągnąć moje cele".

Krytycy programów pomocy gotówkowej często twierdzą, że rozdawanie "darmowych pieniędzy" sprawi, że ludzie będą mniej skłonni do znalezienia pracy. Jednak z dotychczasowych badań wynika, że bezwarunkowa gotówka nie zniechęca do pracy. W wielu programach - od Alaski i Karoliny Północnej w USA, po Finlandię i Hiszpanię w Europie - nie miało to żadnego wpływu na zatrudnienie. W niektórych przypadkach wydaje się, że ośmielają one osoby o skłonnościach przedsiębiorczych. Na przykład w Japonii wstępne wyniki badań wykazały, że beneficjenci są 3,9 razy bardziej zainteresowani rozpoczęciem nowej działalności gospodarczej.

Pomijając kwestię zatrudnienia, istnieją wyraźne korzyści z bezwarunkowych programów gotówkowych. Eksperyment w Stockton - który został przeprowadzony jako randomizowana próba kontrolowana i poddany niezależnej ocenie - wlicza się do rosnącej liczby dowodów z eksperymentów z dochodem podstawowym na całym świecie, które pokazują, że otrzymywanie bezwarunkowej gotówki zazwyczaj zwiększa szczęście, zdrowie, frekwencję w szkole i zaufanie do instytucji społecznych, jednocześnie zmniejszając przestępczość.

Więcej korzyści - i pewne ograniczenia - z procesu o gwarantowany dochód w Stockton

Program w Stockton przyniósł także inne korzyści. Osoby otrzymujące gotówkę zgłaszały, że są mniej niespokojne i przygnębione niż grupa kontrolna. Średnio, odbiorcy "doświadczyli klinicznie i statystycznie istotnej poprawy zdrowia psychicznego, której nie doświadczyła grupa kontrolna - przechodząc od prawdopodobnego łagodnego zaburzenia zdrowia psychicznego do prawdopodobnego dobrego samopoczucia psychicznego w ciągu rocznej interwencji", jak twierdzą badacze.

Gotówka pozwoliła również odbiorcom pomóc ich rodzinie i przyjaciołom. Na przykład, jedna kobieta użyła gotówki, aby pomóc rodzeństwu kupić ubrania szkolne dla ich dzieci i pomóc synowej zapłacić za ubezpieczenie samochodu. Inna kupiła pieluchy dla swoich wnuków.

To nie pierwszy raz, kiedy widzimy, że programy gotówkowe mają pozytywny wpływ na szerszą społeczność. W Kenii transfery gotówkowe pobudziły gospodarkę i przyniosły korzyści nie tylko samym beneficjentom, ale także mieszkańcom pobliskich wiosek.

Warto zwrócić uwagę na pewien detal w badaniu w Stockton - każdy z uczestników otrzymał 500 dolarów miesięcznie na kartę debetową, aby badacze mogli zobaczyć, jak wykorzystują pieniądze. Jednak 40 procent z nich było albo wypłacane w gotówce, albo przelewane na istniejące konto bankowe, więc badacze musieli polegać na uczestnikach, by powiedzieli im, na co poszły pieniądze.

Z pieniędzy śledzonych na kartach debetowych, odbiorcy wydawali najwięcej na artykuły pierwszej potrzeby, takie jak jedzenie (37 procent), artykuły gospodarstwa domowego i ubrania (22 procent), media (11 procent) i koszty samochodu (10 procent). Na alkohol i papierosy wydali mniej niż 1 procent.

Choć liczby te nie oddają pełnego obrazu sytuacji, stanowią jednak przeciwwagę dla szkodliwych stereotypów i błędnych założeń: że ludzie, którzy stają się biedni, stają się tacy, ponieważ nie potrafią racjonalnie podejmować decyzji i samokontrolować się, a także że wydają wolne pieniądze na niepoważne rzeczy lub substancje uzależniające. Dowody nie potwierdzają tych przekonań.

Eksperyment w Stockton był niewielkim badaniem, w którym wzięło udział tylko 125 osób otrzymujących gotówkę, więc jego wyniki powinny być postrzegane raczej jako dowody potwierdzające skuteczność programów gotówkowych niż jako ostateczny dowód. Niemniej jednak, wyniki tego finansowanego przez filantropów programu - oficjalnie znanego jako Stockton Economic Empowerment Demonstration (SEED), który otrzymał grant w wysokości 1 miliona dolarów od Economic Security Project - pomagają podkreślić, że ubóstwo to brak gotówki, a nie charakter, i w użyteczny sposób dodają do zbioru dowodów na to, że "darmowe" pieniądze nie zniechęcają do zatrudnienia - mogą je wręcz zwiększyć.

Implikacje dla polityki, w czasie pandemii i później

Przesłanie, że darmowe pieniądze mogą faktycznie poprawić perspektywy zatrudnienia, pojawia się w krytycznym momencie, gdy administracja Bidena próbuje przeforsować pakiet pomocy pandemicznej, który obejmowałby bezpośrednie czeki dla milionów Amerykanów.

Pandemia sprawiła, że idea bezpośrednich płatności stała się bardziej popularna. Z kryzysem Covid-19 generującym tak wiele strat finansowych i niepewności, zwolennicy argumentowali, że obywatele desperacko potrzebują pewnego rodzaju dolnej granicy dochodów. Na tym tle, SEED zapoczątkował coś znacznie większego: Mayors for a Guaranteed Income, koalicję burmistrzów, którzy naciskają na USA, aby wdrożyć federalny dochód gwarantowany. Zarówno SEED, jak i koalicja burmistrzów są dziełem Michaela Tubbsa, byłego burmistrza Stockton.

Tubbs od lat promuje ideę, że dochód gwarantowany mógłby odmienić życie mieszkańców Stockton, ale dał też do zrozumienia, że ten eksperyment dotyczy o wiele więcej niż tylko jego miasta. - Stockton jest swego rodzaju pośrednikiem dla Ameryki: jej różnorodności, jej ludzi - powiedział. - To miejsce, które się rozwija i ma wielkie, śmiałe pomysły.

Dochód gwarantowany jest wielkim, śmiałym pomysłem, który mógłby poprawić życie milionów Amerykanów, gdyby został wprowadzony na szerszą skalę. Trzeba jednak podkreślić, że nie jest to lekarstwo na systemowe przeszkody, które powstrzymują ludzi od zdrowego, stabilnego życia.

Jak napisali badacze SEED w swoim raporcie: "dochód gwarantowany nie powinien być traktowany jako jedyne podejście do stabilności gospodarstw domowych, ale raczej jako jedna z opcji polityki, która powinna być wdrażana wraz z innymi, aby uzupełnić niedoskonałości rynku". Inne opcje polityczne obejmują zwiększenie podaży przystępnych cenowo mieszkań i podniesienie płacy minimalnej.

Na razie dostępne są tylko dane z pierwszego roku eksperymentu w Stockton - na pełne wyniki musimy poczekać do 2022 roku. Jednak wyniki samego pierwszego roku wskazują, że programy gwarantowanego dochodu - w połączeniu z lepszą polityką społeczną - mogą pomóc w długiej walce z ubóstwem.

Źródło: VOX.com

Darmowe napoje z automatu? To bardziej prawdopodobne niż mogłoby się wydawać - o ile jest się mieszkańcem Japonii. Specjalnie oznakowane automaty wyposażone w zapasowe akumulatory są zaprogramowane tak, aby podarować ofiarom klęsk żywiołowych życiodajną wodę i napoje bezalkoholowe bez żadnych opłat.

Potężne trzęsienie ziemi, powódź, burza lub inna klęska żywiołowa w okolicy? Nie ma wody, a drogi są zablokowane? Słynne japońskie automaty vendingowe są na to przygotowane. W wyniku obopólnie korzystnego porozumienia pomiędzy japońskimi firmami produkującymi automaty a lokalnymi gminami, w miejscach publicznych ustawiono specjalnie oznaczone automaty, które wydają napoje za darmo.

Stacje metra i dworce kolejowe jako pierwsze otrzymały te specjalne automaty z napojami, a domy kultury i inne miejsca, do których ludzie udają się w sytuacjach kryzysowych, mogą być następne w kolejce.

Na przykład w mieście Kioto na wszystkich 31 stacjach metra ustawiono 35 specjalnych automatów z napojami. W przypadku poważnej awarii, która skutkuje przerwą w dostawie prądu, automaty automatycznie przełączają się na zasilanie bateryjne, a "tryb darmowych napojów" może zostać aktywowany przez lokalnego pracownika.

Japonia jest jednym z najbardziej narażonych na trzęsienia ziemi krajów na świecie, a jej system reagowania w sytuacjach kryzysowych, choć godny podziwu, wciąż wymaga ulepszeń. Jednym z największych problemów napotkanych w poprzednich katastrofach jest trudność w dostarczeniu czystej wody pitnej do odizolowanych miast, gdy uszkodzone rury wodociągowe odcinają wodę, a zablokowane drogi dojazdowe utrudniają ruch ciężarówek z zaopatrzeniem. Jeden, w pełni zaopatrzony automat z napojami może pomieścić do 600 butelek, więc posiadanie ich na miejscu, aby wydawać darmowe napoje, może potencjalnie uratować życie.

Program przynosi korzyści zarówno biznesowi automatów vendingowych, jak i władzom lokalnym. Ci pierwsi otrzymują dostęp do miejsc publicznych, w których ich automaty z napojami były wcześniej zabronione, a darmowe napoje stawiają ich w roli dobrych obywateli korporacyjnych.

Władze rządowe otrzymują część przychodów z automatów w normalnych warunkach pracy, a w przypadku poważnej katastrofy mają natychmiastową metodę zapewnienia wody i napojów dla ludności.

Źródło: InventorSpot.com

wtorek, 09 marzec 2021 09:51

Przeglądanie kocich memów a psychologia

Jason Eppink, kurator wystawy How Cats Took Over the Internet w Museum of the Moving Image, zwrócił swego czasu uwagę na "niebotyczną rolę" kotów w Internecie. Magazyn Wired uznał z kolei, że słodkość kotów jest "zbyt uproszczonym" wytłumaczeniem ich popularności w sieci. Przeprowadzone badanie naukowe wykazało, że uczestnicy byli bardziej szczęśliwi po obejrzeniu filmów z kotami.

Wspomniane badanie naukowe wykazało, że uczestnicy byli bardziej szczęśliwi po obejrzeniu filmów o kotach. Naukowiec stojący za badaniem wyjaśnił: - Jeśli chcemy lepiej zrozumieć wpływ Internetu na nas jako jednostki i na społeczeństwo, to badacze nie mogą już ignorować kotów w Internecie, a konsumpcja mediów związanych z kotami w sieci zasługuje na uwagę empiryczną. The Huffington Post zasugerował, że filmy są formą prokrastynacji, gdzie większość procesu przeglądania kocich memów ma miejsce podczas pracy lub pozornego studiowania, podczas gdy IU Bloomington skomentował "to więcej niż tylko rozrywka - czynność ta zwiększa energię widzów i pozytywne emocje oraz zmniejsza negatywne uczucia. BusinessInsider argumentuje "zbiega się to z wynikami badań wskazującymi na wpływ zwierząt na ludzi". Badanie z 2015 roku przeprowadzone przez Jessicę Gall Myrick wykazało, że ludzie byli ponad dwa razy bardziej skłonni do zamieszczenia zdjęcia lub wideo kota w Internecie niż do zamieszczenia selfie.

Maria Bustillos uważa, że filmy wideo z kotami są "krystalizacją wszystkiego, co istoty ludzkie kochają w kotach", z ich "naturalnym pięknem i majestatem" będącym "tylko jednym maleńkim poślizgiem od całkowitego upokorzenia", które Bustillos postrzega jako zwierciadło ludzkiego stanu. Kiedy twórca World Wide Web, Tim Berners-Lee, został poproszony o przykład popularnego zastosowania internetu, którego nigdy by nie przewidział, odpowiedział: "Kocięta". Praca z 2014 roku argumentuje, że "nieświadomość" kotów jest rzadka w erze hiperinwigilacji, a zdjęcia kotów przemawiają do ludzi, ponieważ pozwalają im wyobrazić sobie "możliwość wolności od nadzoru", jednocześnie przedstawiając moc kontrolowania tego nadzoru jako nieproblematyczną. Magazyn Time uważał, że zdjęcia kotów trafiają do natury widzów jako "tajnych podglądaczy".

The Cheezburger Network uważa, że koty są "idealnym płótnem" dla ludzkich emocji, ponieważ mają ekspresyjne aspekty twarzy i ciała. Mashable zaproponował "kocią słodycz, bezkompromisowość, popularność wśród geeków, cechy pustego płótna, problemy z osobowością i fakt, że psy po prostu nie mają 'tego czegoś'" jako możliwe wyjaśnienia popularności kotów w Internecie. Praca zatytułowana ""I Can Haz Emoshuns?" - Understanding Anthropomorphosis of Cats among Internet Users" stwierdzono, że Tagpuss, aplikacja, która pokazywała użytkownikom zdjęcia kotów i prosiła ich o wskazanie emocji, "może być wykorzystana do identyfikacji kocich zachowań, które trudno rozróżnić laikom".

Jason Eppink wyjaśnił natomiast: "Ludzie w sieci są bardziej skłonni do zamieszczenia postu o kocie niż o innym zwierzęciu, ponieważ to się niejako utrwala. To staje się samospełniającą się przepowiednią". Natomiast Jason Kottke uważa, że koty są "łatwiejsze do uprzedmiotowienia" i dlatego "łatwiej z nich żartować". Dziennikarz Jack Shepherd zasugerował, że koty są bardziej popularne niż psy, ponieważ psy "za bardzo się starają", a humorystyczne zachowanie psa byłoby postrzegane jako próba walidacji. Shepherd postrzega zachowanie kotów jako "chłodne, bezwysiłkowe i pozbawione troski o to, co można by o nim pomyśleć. To sztuka dla samej sztuki".

Koty historycznie były związane z magią i były czczone przez różne kultury ludzkie, starożytnych Egipcjan czczących je jako bogów i stworzeń objawiających się jako demony w starożytnej Japonii, takich jak bakeneko. Magazyn Vogue zasugerował, że popularność kotów w Internecie jest uwarunkowana kulturowo, są one popularne w Ameryce Północnej, Europie Zachodniej i Japonii. Inne narody faworyzują różne zwierzęta w sieci, Ugandyjczycy dzielą się zdjęciami kóz i kurczaków, Meksykanie wolą lamy, a chińscy internauci dzielą się zdjęciami kraba rzecznego i konia trawiasto-błotnego ze względu na podwójne znaczenie ich nazw, co pozwala im "obalić rządowe cenzury internetowe".

Źródło: Wikipedia (ENG)

niedziela, 07 marzec 2021 17:16

Jak piwo rządziło światem

Wyobraźmy sobie, że udaje nam się odkopać starożytne cmentarzysko i natrafić na browar. Tak właśnie stało się w zeszłym miesiącu, kiedy rząd egipski ogłosił, że zespół egipskich i amerykańskich archeologów odkrył najstarszą znaną fabrykę piwa na świecie. Piramidy, faraonowie, a teraz smaczne napoje dla dorosłych - starożytny Egipt miał to wszystko.

Fabryka została odkopana w Abydos, 450 kilometrów na południe od Kairu i na zachód od rzeki Nil. Abydos znane jest przede wszystkim ze swoich świątyń i praktyk pogrzebowych, z licznymi pomnikami ku czci Ozyrysa, boga zmarłych. Mostafa Waziri (sekretarz generalny Najwyższej Rady Starożytności) zauważył, że odkrycia dokonano w miejscu starożytnego cmentarza i że fabryka piwa pochodzi z czasów panowania króla Narmera, który żył i rządził na początku Pierwszego Okresu Dynastycznego, ponad 5000 lat temu.

Dr Matthew Adams, z Instytutu Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Nowojorskim i jeden z liderów (wraz z dr Deborah Vischak z Uniwersytetu Princeton) misji, powiedział, że fabryka została zbudowana, aby dostarczać piwo do królewskich rytuałów. Sam browar był podzielony na osiem dużych sekcji, z których każda zawierała 40 glinianych garnków do mieszania ziarna i wody. Adams dodał, że w czasach swojej świetności browar mógł produkować nawet 22 400 litrów piwa na raz. Piwo było ważną częścią diety starożytnych Egipcjan i pili je wszyscy, od faraonów po chłopów, a robotnicy byli nawet czasem opłacani w złocistym napoju.

Choć fabryka w Abydos jest tak leciwa, nie była pierwszym miejscem, w którym produkowano piwo. Najstarszy napój alkoholowy na świecie pochodzi prawdopodobnie z Chin, ale piwo wywodzi się prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu. Fabryka jest z grubsza zbieżna z ceramicznymi naczyniami - wciąż pokrytymi lepkim osadem z piwa - znalezionymi w starożytnej Mezopotamii. Sumeryjski "Hymn do Ninkasi" (ok. 1800 r. p.n.e.), śpiewany na cześć bogini piwa, zawiera przepis, który sporządzały kapłanki. Dla starożytnych Sumerów piwo było podstawą, ponieważ było zdrowsze niż picie wody ze strumieni, która często była zanieczyszczona odchodami zwierząt.

Starożytne egipskie piwo było aromatyzowane mandragorą, oliwą z oliwek i daktylami, które nadawały mu słodki smak, a dopiero wraz z rozwojem piwa wśród średniowiecznych mnichów do mieszanki dodano chmiel. Mimo że chmiel stanowi podstawę najpopularniejszej obecnie formy piwa, w średniowiecznym świecie miał on wielu konkurentów. Już w VIII wieku n.e. piwowarzy stosowali w swoich miksturach gruit (mieszankę roślin, które podobnie jak chmiel zapobiegają rozwojowi bakterii w płynie). Richard Unger w swojej książce "Beer in the Middle Ages and Renaissance" ("Piwo w średniowieczu i renesansie") twierdzi, że gruit był najpopularniejszą formą piwa w XII wieku.

Dla wielu piwowarów dodatki smakowe były koniecznością. Na przykład bawarskie piwa letnie fermentowały w otwartych beczkach, które były wystawione na działanie bakterii i przez to mogły się zepsuć. Aby ukryć smak tych letnich piw, piwowarzy dodawali inne składniki, w tym rośliny strączkowe, sól, kredę, sadzę, a nawet żółć wołu i krew kurczaka. Piwo musi smakować dość kiepsko, by dodawać do niego żółć dla poprawy smaku. Popularność piwa prowadziła, niemal nieuchronnie, do regulacji prawnych. W 1156 roku miasto Augsburg wydało dekret, na mocy którego złe piwo miało być "niszczone lub rozdawane ubogim bez opłat". Do roku 1336 miasto Monachium powołało inspektorów piwnych, a w roku 1516 książę bawarski Wilhelm IV wydał Reinheitsgebot, czyli ustawę o czystości piwa, która stanowiła, że w bawarskim piwie można używać wyłącznie jęczmienia, chmielu i wody. Dekret ten, który w 1906 roku stał się prawem obowiązującym w całych Niemczech, jest najstarszym na świecie przepisem dotyczącym bezpieczeństwa żywności.

Bawarczycy nie byli jednak pierwszymi, którzy próbowali ustanowić przepisy dotyczące piwa. Kleopatra wprowadziła podatek od piwa, które starożytni Egipcjanie woleli od wina, by sfinansować swoje wojny z Rzymem. Jak ujął to Jason Lambrecht, "było to tak oburzające dla Egiptu, że można by to porównać do dzisiejszego podatku od wody". Podatek Kleopatry został owiany złą sławą, ale mimo to inne rządy próbowały go wprowadzać z różnym skutkiem. W XIII wieku, francuskie miasto Aix-la-Chapelle zadekretowało, że piwowarom, którzy nie zapłacą podatków, zostaną odcięte prawe ręce. Kiedy w XVII wieku Brytyjczycy podnieśli podatki od piwa, nieumyślnie uczynili z ginu najtańszy napój alkoholowy w kraju. Wynikające z tego powszechne spożycie ginu doprowadziło do poważnych problemów z alkoholizmem w Wielkiej Brytanii, a wskaźnik zgonów wyprzedził w tym okresie wskaźnik urodzeń.

Opodatkowanie piwa nie zawsze jest jednak czymś złym. Kiedy 27-letni Arthur Guinness założył swój browar w 1752 roku, zdecydował się na warzenie ciemnego piwa z niesłodowanego, palonego jęczmienia, ponieważ pozwoliło mu to obniżyć podatki, które w przeciwnym razie musiałby płacić od słodu i dodatkowego węgla. Wprowadzenie przez Wielką Brytanię ceł na piwo (i wino) w 1764 roku było jednym z wielu podatkowych wybryków, które przyczyniły się do wybuchu rewolucji amerykańskiej. Po uzyskaniu niepodległości piwo było w powszechnym obiegu bez podatku, dopóki Abraham Lincoln i Kongres, podobnie jak wcześniej Kleopatra, nie wprowadzili w 1862 roku podatku w wysokości 1 dolara za baryłkę, by pomóc w opłaceniu wojny secesyjnej. Można powiedzieć, że pijąc piwo, wspierano wolność.

Dziś piwo pozostaje najpopularniejszym napojem alkoholowym w Ameryce. Z historycznego punktu widzenia wydaje się, że tak było od zawsze. Szesnastowieczni koloniści, adaptując recepturę opracowaną przez rdzennych Amerykanów, używali w swoich przepisach kukurydzy zamiast słodu. Znamienne jest, że jedno z pierwszych ogłoszeń o pracę, zamieszczonych w Anglii przez mieszkańców Jamestown w Wirginii, dotyczyło "dwóch piwowarów", którzy mieliby się do nich przyłączyć i robić piwo.

Podobnie jak Amerykanie, starożytni Egipcjanie uwielbiali swoje piwo. Dopiero gdy Rzymianie, którzy woleli wino i chleb, uczynili z Egiptu spichlerz imperium rzymskiego, browary zastąpiono magazynami zbożowymi. Wraz z tym procesem receptury piwne Egipcjan zostały utracone - ale być może to nowe odkrycie pomoże ujawnić tajemnice starożytnego przemysłu piwowarskiego.

Źródło: Daily Beast

piątek, 05 marzec 2021 10:23

Radioaktywna śmierć Ebena Byersa

Do czasu śmierci Ebena Byersa znaczna część jego czaszki została przeżarta przez nasycone radem lekarstwo Radithor - śmiertelnie niebezpieczny lek, który zażywał codziennie przez trzy lata.

"Młody wiekowo i umysłowo czujny, ledwo mógł mówić" - napisał adwokat Robert Hiner Winn dla Time Magazine o swojej wizycie u Ebena Byersa w 1930 roku. Winn prowadził dochodzenie w sprawie popularnego leku z domieszką radu o nazwie Radithor dla Federalnej Komisji Handlu, kiedy zauważył stan Byersa. "Jego głowa była owinięta bandażami. Przeszedł dwie kolejne operacje, podczas których usunięto mu całą górną szczękę, z wyjątkiem dwóch przednich zębów, oraz większość żuchwy. Cała pozostała tkanka kostna jego ciała powoli się rozpadała, a w czaszce tworzyły się dziury".

Byers spożywał Radithor w dużych ilościach przez kilka lat, wierząc, że poprawia on jego zdrowie. Kiedy zdał sobie sprawę, że tak naprawdę go to zabija, było już za późno.

Radioaktywna woda

Na początku XX wieku uważano, że radioaktywny pierwiastek rad ma właściwości lecznicze. Uważano, że terapia emanacją radu wzmacnia procesy życiowe, jak komentował dr W. Engelmann w 1913 roku.

Radioaktywność pozornie mogła zrobić wszystko - powstrzymać chroniczną biegunkę, zapobiec szaleństwu, opóźnić starość i stworzyć "wspaniałe, młodzieńcze, radosne życie" - jak napisał dr C.G. Davis w American Journal of Clinical Medicine.

J.J. Thompson - człowiek, który odkrył elektron - napisał o obecności radioaktywności w wodzie studziennej w 1903 roku. Doprowadziło to do odkrycia, że wiele z najbardziej znanych źródeł zdrowotnych na świecie było radioaktywnych z powodu "emanacji radu" - gazu radonu - w ziemi, w której płynęła woda. Ówczesne środowisko naukowe szybko zaakceptowało fakt, że to właśnie radioaktywność musi być przyczyną leczniczych właściwości tych źródeł.

Profesor Bertram Boltwood z Yale napisał, że promieniowanie przenosiło energię elektryczną w głąb ciała, gdzie stymulowało aktywność komórek, "pobudzając wszystkie organy wydzielnicze i wydalnicze."

Niestety, rad bardzo szybko rozpadał się w powietrzu. Woda musiała być spożywana w źródle, aby uzyskać lecznicze właściwości radonu. Doprowadziło to do powstania urządzeń, które mogły dodawać radioaktywność do wody w domu, takich jak Revigator - "wieczne źródło zdrowia w domu". Opatentowany w 1912 roku, Revigator był słojem wykonanym z rudy zawierającej rad, który mieścił kilka galonów wody. Wystarczyło napełniać go co wieczór i można było się cieszyć radioaktywną wodą w wolnej chwili.

Produkty zawierające rad nasyciły rynek w latach 20. i wczesnych latach 30. Pasta do zębów, kremy upiększające, żywność, czopki - jeśli tylko można było wyprodukować coś zawierającego rad, było to dostępne dla konsumentów dbających o zdrowie.

Działało dobrze, dopóki nie odpadła szczęka

Eben Byers urodził się 12 kwietnia 1880 roku. Był absolwentem Yale i cieszył się reputacją znakomitego sportowca i kobieciarza. Wygrał amatorskie mistrzostwa Stanów Zjednoczonych w golfie w 1906 roku i był prezesem firmy swojego ojca, Girard Iron Company.

Byers miał dosłownie wszystko. To jednak odmieniło się w 1927 roku.

Podczas powrotu pociągiem z corocznego meczu futbolowego Harvard-Yale, Byers spadł ze swojego miejsca i zranił się w ramię. Kontuzja spowodowała uporczywy ból, na który lekarz zalecił mu popularny lek o nazwie Radithor.

Radithor został opatentowany przez Williama J. A. Bailey'a, absolwenta Harvardu, który twierdził, że jest lekarzem. Podczas gdy większość leków znachorów była nieskuteczna, ale ostatecznie nieszkodliwa, Radithor okazał się śmiertelnie niebezpieczny.

Bailey stworzył go rozpuszczając wysokie stężenie izotopów radu 226 i 228 w wodzie destylowanej, twierdząc, że leczy on wiele dolegliwości, w tym impotencję, poprzez stymulację układu hormonalnego. Reklamował Radithor jako "lekarstwo dla żywych trupów" i oferował lekarzom 17% prowizji od każdej przepisanej dawki.

Byers poszedł za sugestią swojego lekarza i wypróbował Radithor. Czuł, że rzeczywiście bardzo poprawia on jego ogólny stan zdrowia i zaczął spożywać duże ilości - aż 3 butelki dziennie przez kilka następnych lat. Wypił prawie 1400 butelek Radithoru, zanim zdał sobie sprawę, że radioaktywna woda powoduje gnicie jego organizmu od środka.

Do czasu, gdy w 1930 roku przestał przyjmować Radithor, Byers spożył ponad trzykrotnie większą dawkę śmiertelną radu. Rak zżerał jego kości. Jego górna i dolna szczęka rozpadły się - stan ten nazwano "szczęką radową". Niszczejąca tkanka została usunięta chirurgicznie, pozostawiając dziurę w miejscu, gdzie wcześniej znajdowały się jego usta. Mózg Byersa był również zaropiały, a w jego czaszce tworzyły się dziury.

Byers zmarł 31 marca 1932 roku w wieku 51 lat.

Przerażające okoliczności jego śmierci zyskały duży rozgłos. Wall Street Journal zamieścił nagłówek: "Woda radowa działała dobrze, dopóki nie odpadła mu szczęka".

Cierpienia Byersa, jak również tzw. Radium Girls, które zachorowały na skutek malowania tarcz zegarków świecących w ciemności na bazie radu, doprowadziły do wzrostu świadomości niebezpieczeństw związanych z zatruciem promieniowaniem oraz do przyjęcia przepisów zakazujących stosowania wielu produktów, takich jak Radithor.

Firma Baileya została zamknięta przez FDA, ale to go nie powstrzymało. Rad uczynił go bardzo bogatym i wkrótce założył kolejną firmę, która sprzedawała takie produkty jak radioaktywne spinacze do paska, przyciski do papieru oraz urządzenie, które umożliwiało klientom wytwarzanie własnej radioaktywnej wody.

Ekshumacja

Mężczyzna został pochowany w Mauzoleum Byersa na Cmentarzu Allegheny w Pittsburghu - sekcja 13, działka 67. Został zamknięty w trumnie wyłożonej ołowiem, zaprojektowanej tak, by pochłaniała promieniowanie, które będzie emanowało z jego szczątków przez następne stulecia.

W 1965 roku ekshumowano go w celu przeprowadzenia badań. Te wykazały, że poziom promieniowania był nadal bardzo niebezpieczny.

Pomimo tego, że świat zdał sobie sprawę z okropnych skutków zatrucia radem, produkty na jego bazie były nadal sprzedawane aż do lat 80-tych. Jednym z takich produktów była papierośnica Lifestone z 1964 roku. Dym przechodził przez uchwyt nad małym źródłem radu.

"Cudowna skuteczność emanacji radu chroni twoje zdrowie przed szkodliwymi elementami papierosów i sprawia, że są one słodsze i łagodniejsze" - twierdził producent. Radowa papierośnica miała chronić użytkowników przed rakiem płuc, obiecywała piękne twarze i doskonałe zdrowie.

Dodajmy, że radioaktywne źródła zdrowia funkcjonują w pewnych miejscach do dziś.

Źródło: CultOfWeird

Free Joomla! template by L.THEME