Darmowe napoje z automatu? To bardziej prawdopodobne niż mogłoby się wydawać - o ile jest się mieszkańcem Japonii. Specjalnie oznakowane automaty wyposażone w zapasowe akumulatory są zaprogramowane tak, aby podarować ofiarom klęsk żywiołowych życiodajną wodę i napoje bezalkoholowe bez żadnych opłat.

Potężne trzęsienie ziemi, powódź, burza lub inna klęska żywiołowa w okolicy? Nie ma wody, a drogi są zablokowane? Słynne japońskie automaty vendingowe są na to przygotowane. W wyniku obopólnie korzystnego porozumienia pomiędzy japońskimi firmami produkującymi automaty a lokalnymi gminami, w miejscach publicznych ustawiono specjalnie oznaczone automaty, które wydają napoje za darmo.

Stacje metra i dworce kolejowe jako pierwsze otrzymały te specjalne automaty z napojami, a domy kultury i inne miejsca, do których ludzie udają się w sytuacjach kryzysowych, mogą być następne w kolejce.

Na przykład w mieście Kioto na wszystkich 31 stacjach metra ustawiono 35 specjalnych automatów z napojami. W przypadku poważnej awarii, która skutkuje przerwą w dostawie prądu, automaty automatycznie przełączają się na zasilanie bateryjne, a "tryb darmowych napojów" może zostać aktywowany przez lokalnego pracownika.

Japonia jest jednym z najbardziej narażonych na trzęsienia ziemi krajów na świecie, a jej system reagowania w sytuacjach kryzysowych, choć godny podziwu, wciąż wymaga ulepszeń. Jednym z największych problemów napotkanych w poprzednich katastrofach jest trudność w dostarczeniu czystej wody pitnej do odizolowanych miast, gdy uszkodzone rury wodociągowe odcinają wodę, a zablokowane drogi dojazdowe utrudniają ruch ciężarówek z zaopatrzeniem. Jeden, w pełni zaopatrzony automat z napojami może pomieścić do 600 butelek, więc posiadanie ich na miejscu, aby wydawać darmowe napoje, może potencjalnie uratować życie.

Program przynosi korzyści zarówno biznesowi automatów vendingowych, jak i władzom lokalnym. Ci pierwsi otrzymują dostęp do miejsc publicznych, w których ich automaty z napojami były wcześniej zabronione, a darmowe napoje stawiają ich w roli dobrych obywateli korporacyjnych.

Władze rządowe otrzymują część przychodów z automatów w normalnych warunkach pracy, a w przypadku poważnej katastrofy mają natychmiastową metodę zapewnienia wody i napojów dla ludności.

Źródło: InventorSpot.com

wtorek, 09 marzec 2021 09:51

Przeglądanie kocich memów a psychologia

Jason Eppink, kurator wystawy How Cats Took Over the Internet w Museum of the Moving Image, zwrócił swego czasu uwagę na "niebotyczną rolę" kotów w Internecie. Magazyn Wired uznał z kolei, że słodkość kotów jest "zbyt uproszczonym" wytłumaczeniem ich popularności w sieci. Przeprowadzone badanie naukowe wykazało, że uczestnicy byli bardziej szczęśliwi po obejrzeniu filmów z kotami.

Wspomniane badanie naukowe wykazało, że uczestnicy byli bardziej szczęśliwi po obejrzeniu filmów o kotach. Naukowiec stojący za badaniem wyjaśnił: - Jeśli chcemy lepiej zrozumieć wpływ Internetu na nas jako jednostki i na społeczeństwo, to badacze nie mogą już ignorować kotów w Internecie, a konsumpcja mediów związanych z kotami w sieci zasługuje na uwagę empiryczną. The Huffington Post zasugerował, że filmy są formą prokrastynacji, gdzie większość procesu przeglądania kocich memów ma miejsce podczas pracy lub pozornego studiowania, podczas gdy IU Bloomington skomentował "to więcej niż tylko rozrywka - czynność ta zwiększa energię widzów i pozytywne emocje oraz zmniejsza negatywne uczucia. BusinessInsider argumentuje "zbiega się to z wynikami badań wskazującymi na wpływ zwierząt na ludzi". Badanie z 2015 roku przeprowadzone przez Jessicę Gall Myrick wykazało, że ludzie byli ponad dwa razy bardziej skłonni do zamieszczenia zdjęcia lub wideo kota w Internecie niż do zamieszczenia selfie.

Maria Bustillos uważa, że filmy wideo z kotami są "krystalizacją wszystkiego, co istoty ludzkie kochają w kotach", z ich "naturalnym pięknem i majestatem" będącym "tylko jednym maleńkim poślizgiem od całkowitego upokorzenia", które Bustillos postrzega jako zwierciadło ludzkiego stanu. Kiedy twórca World Wide Web, Tim Berners-Lee, został poproszony o przykład popularnego zastosowania internetu, którego nigdy by nie przewidział, odpowiedział: "Kocięta". Praca z 2014 roku argumentuje, że "nieświadomość" kotów jest rzadka w erze hiperinwigilacji, a zdjęcia kotów przemawiają do ludzi, ponieważ pozwalają im wyobrazić sobie "możliwość wolności od nadzoru", jednocześnie przedstawiając moc kontrolowania tego nadzoru jako nieproblematyczną. Magazyn Time uważał, że zdjęcia kotów trafiają do natury widzów jako "tajnych podglądaczy".

The Cheezburger Network uważa, że koty są "idealnym płótnem" dla ludzkich emocji, ponieważ mają ekspresyjne aspekty twarzy i ciała. Mashable zaproponował "kocią słodycz, bezkompromisowość, popularność wśród geeków, cechy pustego płótna, problemy z osobowością i fakt, że psy po prostu nie mają 'tego czegoś'" jako możliwe wyjaśnienia popularności kotów w Internecie. Praca zatytułowana ""I Can Haz Emoshuns?" - Understanding Anthropomorphosis of Cats among Internet Users" stwierdzono, że Tagpuss, aplikacja, która pokazywała użytkownikom zdjęcia kotów i prosiła ich o wskazanie emocji, "może być wykorzystana do identyfikacji kocich zachowań, które trudno rozróżnić laikom".

Jason Eppink wyjaśnił natomiast: "Ludzie w sieci są bardziej skłonni do zamieszczenia postu o kocie niż o innym zwierzęciu, ponieważ to się niejako utrwala. To staje się samospełniającą się przepowiednią". Natomiast Jason Kottke uważa, że koty są "łatwiejsze do uprzedmiotowienia" i dlatego "łatwiej z nich żartować". Dziennikarz Jack Shepherd zasugerował, że koty są bardziej popularne niż psy, ponieważ psy "za bardzo się starają", a humorystyczne zachowanie psa byłoby postrzegane jako próba walidacji. Shepherd postrzega zachowanie kotów jako "chłodne, bezwysiłkowe i pozbawione troski o to, co można by o nim pomyśleć. To sztuka dla samej sztuki".

Koty historycznie były związane z magią i były czczone przez różne kultury ludzkie, starożytnych Egipcjan czczących je jako bogów i stworzeń objawiających się jako demony w starożytnej Japonii, takich jak bakeneko. Magazyn Vogue zasugerował, że popularność kotów w Internecie jest uwarunkowana kulturowo, są one popularne w Ameryce Północnej, Europie Zachodniej i Japonii. Inne narody faworyzują różne zwierzęta w sieci, Ugandyjczycy dzielą się zdjęciami kóz i kurczaków, Meksykanie wolą lamy, a chińscy internauci dzielą się zdjęciami kraba rzecznego i konia trawiasto-błotnego ze względu na podwójne znaczenie ich nazw, co pozwala im "obalić rządowe cenzury internetowe".

Źródło: Wikipedia (ENG)

niedziela, 07 marzec 2021 17:16

Jak piwo rządziło światem

Wyobraźmy sobie, że udaje nam się odkopać starożytne cmentarzysko i natrafić na browar. Tak właśnie stało się w zeszłym miesiącu, kiedy rząd egipski ogłosił, że zespół egipskich i amerykańskich archeologów odkrył najstarszą znaną fabrykę piwa na świecie. Piramidy, faraonowie, a teraz smaczne napoje dla dorosłych - starożytny Egipt miał to wszystko.

Fabryka została odkopana w Abydos, 450 kilometrów na południe od Kairu i na zachód od rzeki Nil. Abydos znane jest przede wszystkim ze swoich świątyń i praktyk pogrzebowych, z licznymi pomnikami ku czci Ozyrysa, boga zmarłych. Mostafa Waziri (sekretarz generalny Najwyższej Rady Starożytności) zauważył, że odkrycia dokonano w miejscu starożytnego cmentarza i że fabryka piwa pochodzi z czasów panowania króla Narmera, który żył i rządził na początku Pierwszego Okresu Dynastycznego, ponad 5000 lat temu.

Dr Matthew Adams, z Instytutu Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Nowojorskim i jeden z liderów (wraz z dr Deborah Vischak z Uniwersytetu Princeton) misji, powiedział, że fabryka została zbudowana, aby dostarczać piwo do królewskich rytuałów. Sam browar był podzielony na osiem dużych sekcji, z których każda zawierała 40 glinianych garnków do mieszania ziarna i wody. Adams dodał, że w czasach swojej świetności browar mógł produkować nawet 22 400 litrów piwa na raz. Piwo było ważną częścią diety starożytnych Egipcjan i pili je wszyscy, od faraonów po chłopów, a robotnicy byli nawet czasem opłacani w złocistym napoju.

Choć fabryka w Abydos jest tak leciwa, nie była pierwszym miejscem, w którym produkowano piwo. Najstarszy napój alkoholowy na świecie pochodzi prawdopodobnie z Chin, ale piwo wywodzi się prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu. Fabryka jest z grubsza zbieżna z ceramicznymi naczyniami - wciąż pokrytymi lepkim osadem z piwa - znalezionymi w starożytnej Mezopotamii. Sumeryjski "Hymn do Ninkasi" (ok. 1800 r. p.n.e.), śpiewany na cześć bogini piwa, zawiera przepis, który sporządzały kapłanki. Dla starożytnych Sumerów piwo było podstawą, ponieważ było zdrowsze niż picie wody ze strumieni, która często była zanieczyszczona odchodami zwierząt.

Starożytne egipskie piwo było aromatyzowane mandragorą, oliwą z oliwek i daktylami, które nadawały mu słodki smak, a dopiero wraz z rozwojem piwa wśród średniowiecznych mnichów do mieszanki dodano chmiel. Mimo że chmiel stanowi podstawę najpopularniejszej obecnie formy piwa, w średniowiecznym świecie miał on wielu konkurentów. Już w VIII wieku n.e. piwowarzy stosowali w swoich miksturach gruit (mieszankę roślin, które podobnie jak chmiel zapobiegają rozwojowi bakterii w płynie). Richard Unger w swojej książce "Beer in the Middle Ages and Renaissance" ("Piwo w średniowieczu i renesansie") twierdzi, że gruit był najpopularniejszą formą piwa w XII wieku.

Dla wielu piwowarów dodatki smakowe były koniecznością. Na przykład bawarskie piwa letnie fermentowały w otwartych beczkach, które były wystawione na działanie bakterii i przez to mogły się zepsuć. Aby ukryć smak tych letnich piw, piwowarzy dodawali inne składniki, w tym rośliny strączkowe, sól, kredę, sadzę, a nawet żółć wołu i krew kurczaka. Piwo musi smakować dość kiepsko, by dodawać do niego żółć dla poprawy smaku. Popularność piwa prowadziła, niemal nieuchronnie, do regulacji prawnych. W 1156 roku miasto Augsburg wydało dekret, na mocy którego złe piwo miało być "niszczone lub rozdawane ubogim bez opłat". Do roku 1336 miasto Monachium powołało inspektorów piwnych, a w roku 1516 książę bawarski Wilhelm IV wydał Reinheitsgebot, czyli ustawę o czystości piwa, która stanowiła, że w bawarskim piwie można używać wyłącznie jęczmienia, chmielu i wody. Dekret ten, który w 1906 roku stał się prawem obowiązującym w całych Niemczech, jest najstarszym na świecie przepisem dotyczącym bezpieczeństwa żywności.

Bawarczycy nie byli jednak pierwszymi, którzy próbowali ustanowić przepisy dotyczące piwa. Kleopatra wprowadziła podatek od piwa, które starożytni Egipcjanie woleli od wina, by sfinansować swoje wojny z Rzymem. Jak ujął to Jason Lambrecht, "było to tak oburzające dla Egiptu, że można by to porównać do dzisiejszego podatku od wody". Podatek Kleopatry został owiany złą sławą, ale mimo to inne rządy próbowały go wprowadzać z różnym skutkiem. W XIII wieku, francuskie miasto Aix-la-Chapelle zadekretowało, że piwowarom, którzy nie zapłacą podatków, zostaną odcięte prawe ręce. Kiedy w XVII wieku Brytyjczycy podnieśli podatki od piwa, nieumyślnie uczynili z ginu najtańszy napój alkoholowy w kraju. Wynikające z tego powszechne spożycie ginu doprowadziło do poważnych problemów z alkoholizmem w Wielkiej Brytanii, a wskaźnik zgonów wyprzedził w tym okresie wskaźnik urodzeń.

Opodatkowanie piwa nie zawsze jest jednak czymś złym. Kiedy 27-letni Arthur Guinness założył swój browar w 1752 roku, zdecydował się na warzenie ciemnego piwa z niesłodowanego, palonego jęczmienia, ponieważ pozwoliło mu to obniżyć podatki, które w przeciwnym razie musiałby płacić od słodu i dodatkowego węgla. Wprowadzenie przez Wielką Brytanię ceł na piwo (i wino) w 1764 roku było jednym z wielu podatkowych wybryków, które przyczyniły się do wybuchu rewolucji amerykańskiej. Po uzyskaniu niepodległości piwo było w powszechnym obiegu bez podatku, dopóki Abraham Lincoln i Kongres, podobnie jak wcześniej Kleopatra, nie wprowadzili w 1862 roku podatku w wysokości 1 dolara za baryłkę, by pomóc w opłaceniu wojny secesyjnej. Można powiedzieć, że pijąc piwo, wspierano wolność.

Dziś piwo pozostaje najpopularniejszym napojem alkoholowym w Ameryce. Z historycznego punktu widzenia wydaje się, że tak było od zawsze. Szesnastowieczni koloniści, adaptując recepturę opracowaną przez rdzennych Amerykanów, używali w swoich przepisach kukurydzy zamiast słodu. Znamienne jest, że jedno z pierwszych ogłoszeń o pracę, zamieszczonych w Anglii przez mieszkańców Jamestown w Wirginii, dotyczyło "dwóch piwowarów", którzy mieliby się do nich przyłączyć i robić piwo.

Podobnie jak Amerykanie, starożytni Egipcjanie uwielbiali swoje piwo. Dopiero gdy Rzymianie, którzy woleli wino i chleb, uczynili z Egiptu spichlerz imperium rzymskiego, browary zastąpiono magazynami zbożowymi. Wraz z tym procesem receptury piwne Egipcjan zostały utracone - ale być może to nowe odkrycie pomoże ujawnić tajemnice starożytnego przemysłu piwowarskiego.

Źródło: Daily Beast

piątek, 05 marzec 2021 10:23

Radioaktywna śmierć Ebena Byersa

Do czasu śmierci Ebena Byersa znaczna część jego czaszki została przeżarta przez nasycone radem lekarstwo Radithor - śmiertelnie niebezpieczny lek, który zażywał codziennie przez trzy lata.

"Młody wiekowo i umysłowo czujny, ledwo mógł mówić" - napisał adwokat Robert Hiner Winn dla Time Magazine o swojej wizycie u Ebena Byersa w 1930 roku. Winn prowadził dochodzenie w sprawie popularnego leku z domieszką radu o nazwie Radithor dla Federalnej Komisji Handlu, kiedy zauważył stan Byersa. "Jego głowa była owinięta bandażami. Przeszedł dwie kolejne operacje, podczas których usunięto mu całą górną szczękę, z wyjątkiem dwóch przednich zębów, oraz większość żuchwy. Cała pozostała tkanka kostna jego ciała powoli się rozpadała, a w czaszce tworzyły się dziury".

Byers spożywał Radithor w dużych ilościach przez kilka lat, wierząc, że poprawia on jego zdrowie. Kiedy zdał sobie sprawę, że tak naprawdę go to zabija, było już za późno.

Radioaktywna woda

Na początku XX wieku uważano, że radioaktywny pierwiastek rad ma właściwości lecznicze. Uważano, że terapia emanacją radu wzmacnia procesy życiowe, jak komentował dr W. Engelmann w 1913 roku.

Radioaktywność pozornie mogła zrobić wszystko - powstrzymać chroniczną biegunkę, zapobiec szaleństwu, opóźnić starość i stworzyć "wspaniałe, młodzieńcze, radosne życie" - jak napisał dr C.G. Davis w American Journal of Clinical Medicine.

J.J. Thompson - człowiek, który odkrył elektron - napisał o obecności radioaktywności w wodzie studziennej w 1903 roku. Doprowadziło to do odkrycia, że wiele z najbardziej znanych źródeł zdrowotnych na świecie było radioaktywnych z powodu "emanacji radu" - gazu radonu - w ziemi, w której płynęła woda. Ówczesne środowisko naukowe szybko zaakceptowało fakt, że to właśnie radioaktywność musi być przyczyną leczniczych właściwości tych źródeł.

Profesor Bertram Boltwood z Yale napisał, że promieniowanie przenosiło energię elektryczną w głąb ciała, gdzie stymulowało aktywność komórek, "pobudzając wszystkie organy wydzielnicze i wydalnicze."

Niestety, rad bardzo szybko rozpadał się w powietrzu. Woda musiała być spożywana w źródle, aby uzyskać lecznicze właściwości radonu. Doprowadziło to do powstania urządzeń, które mogły dodawać radioaktywność do wody w domu, takich jak Revigator - "wieczne źródło zdrowia w domu". Opatentowany w 1912 roku, Revigator był słojem wykonanym z rudy zawierającej rad, który mieścił kilka galonów wody. Wystarczyło napełniać go co wieczór i można było się cieszyć radioaktywną wodą w wolnej chwili.

Produkty zawierające rad nasyciły rynek w latach 20. i wczesnych latach 30. Pasta do zębów, kremy upiększające, żywność, czopki - jeśli tylko można było wyprodukować coś zawierającego rad, było to dostępne dla konsumentów dbających o zdrowie.

Działało dobrze, dopóki nie odpadła szczęka

Eben Byers urodził się 12 kwietnia 1880 roku. Był absolwentem Yale i cieszył się reputacją znakomitego sportowca i kobieciarza. Wygrał amatorskie mistrzostwa Stanów Zjednoczonych w golfie w 1906 roku i był prezesem firmy swojego ojca, Girard Iron Company.

Byers miał dosłownie wszystko. To jednak odmieniło się w 1927 roku.

Podczas powrotu pociągiem z corocznego meczu futbolowego Harvard-Yale, Byers spadł ze swojego miejsca i zranił się w ramię. Kontuzja spowodowała uporczywy ból, na który lekarz zalecił mu popularny lek o nazwie Radithor.

Radithor został opatentowany przez Williama J. A. Bailey'a, absolwenta Harvardu, który twierdził, że jest lekarzem. Podczas gdy większość leków znachorów była nieskuteczna, ale ostatecznie nieszkodliwa, Radithor okazał się śmiertelnie niebezpieczny.

Bailey stworzył go rozpuszczając wysokie stężenie izotopów radu 226 i 228 w wodzie destylowanej, twierdząc, że leczy on wiele dolegliwości, w tym impotencję, poprzez stymulację układu hormonalnego. Reklamował Radithor jako "lekarstwo dla żywych trupów" i oferował lekarzom 17% prowizji od każdej przepisanej dawki.

Byers poszedł za sugestią swojego lekarza i wypróbował Radithor. Czuł, że rzeczywiście bardzo poprawia on jego ogólny stan zdrowia i zaczął spożywać duże ilości - aż 3 butelki dziennie przez kilka następnych lat. Wypił prawie 1400 butelek Radithoru, zanim zdał sobie sprawę, że radioaktywna woda powoduje gnicie jego organizmu od środka.

Do czasu, gdy w 1930 roku przestał przyjmować Radithor, Byers spożył ponad trzykrotnie większą dawkę śmiertelną radu. Rak zżerał jego kości. Jego górna i dolna szczęka rozpadły się - stan ten nazwano "szczęką radową". Niszczejąca tkanka została usunięta chirurgicznie, pozostawiając dziurę w miejscu, gdzie wcześniej znajdowały się jego usta. Mózg Byersa był również zaropiały, a w jego czaszce tworzyły się dziury.

Byers zmarł 31 marca 1932 roku w wieku 51 lat.

Przerażające okoliczności jego śmierci zyskały duży rozgłos. Wall Street Journal zamieścił nagłówek: "Woda radowa działała dobrze, dopóki nie odpadła mu szczęka".

Cierpienia Byersa, jak również tzw. Radium Girls, które zachorowały na skutek malowania tarcz zegarków świecących w ciemności na bazie radu, doprowadziły do wzrostu świadomości niebezpieczeństw związanych z zatruciem promieniowaniem oraz do przyjęcia przepisów zakazujących stosowania wielu produktów, takich jak Radithor.

Firma Baileya została zamknięta przez FDA, ale to go nie powstrzymało. Rad uczynił go bardzo bogatym i wkrótce założył kolejną firmę, która sprzedawała takie produkty jak radioaktywne spinacze do paska, przyciski do papieru oraz urządzenie, które umożliwiało klientom wytwarzanie własnej radioaktywnej wody.

Ekshumacja

Mężczyzna został pochowany w Mauzoleum Byersa na Cmentarzu Allegheny w Pittsburghu - sekcja 13, działka 67. Został zamknięty w trumnie wyłożonej ołowiem, zaprojektowanej tak, by pochłaniała promieniowanie, które będzie emanowało z jego szczątków przez następne stulecia.

W 1965 roku ekshumowano go w celu przeprowadzenia badań. Te wykazały, że poziom promieniowania był nadal bardzo niebezpieczny.

Pomimo tego, że świat zdał sobie sprawę z okropnych skutków zatrucia radem, produkty na jego bazie były nadal sprzedawane aż do lat 80-tych. Jednym z takich produktów była papierośnica Lifestone z 1964 roku. Dym przechodził przez uchwyt nad małym źródłem radu.

"Cudowna skuteczność emanacji radu chroni twoje zdrowie przed szkodliwymi elementami papierosów i sprawia, że są one słodsze i łagodniejsze" - twierdził producent. Radowa papierośnica miała chronić użytkowników przed rakiem płuc, obiecywała piękne twarze i doskonałe zdrowie.

Dodajmy, że radioaktywne źródła zdrowia funkcjonują w pewnych miejscach do dziś.

Źródło: CultOfWeird

Debbie Nelson Mathers Briggs, matka Eminema, wspierała swojego syna na równi w sukcesie i nieszczęściu - a po pewnym czasie stwierdziła, że jest on oszustem.

"Zawsze, gdy dzieje się coś dobrego, po chwili następuje zło" - powiedział kiedyś Eminem o swoim wychowaniu. "To jest historia mojego życia od dnia, w którym się urodziłem".

To nie są słowa z piosenki Eminema, ale cytat wypowiedzi, której udzielił dla Detroit Free Press w 2000 roku o tym, że był wychowywany przez Debbie Mathers - samotną matkę - w przyczepie kempingowej w Detroit w pobliżu bulwaru 8 Mile, głównej arterii komunikacyjnej w zniszczonej dzielnicy biednych czarnych dzieci. Tam pielęgnował talent do rymowania z takim powodzeniem, że stał się nie tylko najsłynniejszym białym raperem na świecie, ale także najlepiej sprzedającym się artystą całej dekady, sprzedając ponad 32 miliony egzemplarzy The Marshall Mathers LP i The Eminem Show oraz otrzymując nieskończoną ilość odtworzeń cyfrowych i radiowych.

Jeśli wierzyć Eminemowi na słowo, Debbie nie była zbyt dobrą matką. Według jego relacji, podarowała mu życie pełne problemów, które określił jako prawdziwe "gówno" u Jerry'ego Springera - pełne przyczep kempingowych, ciągów pijackich, agresywnych chłopaków i ojczymów, opieki społecznej, jej uzależnienia od alkoholu i, na domiar złego, skutków jej trwającej całe życie walki z zespołem Münchhausena, gdy wymyślała niezliczone choroby dla niego i jego przyrodniego brata, Nathana, aby mogła jawić się jako współczująca opiekunka.

Można to usłyszeć w utworach takich jak "My Name Is", gdzie Eminem rapuje: "Przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent życia byłem okłamywany / Właśnie się dowiedziałem, że moja mama bierze więcej prochów niż ja (Cholera!) / Powiedziałem jej, że dorosnę i będę sławnym raperem / Nagram płytę o ćpaniu i nazwę ją jej imieniem (Och, dziękuję!)". A także później, w "Marshall Mathers", gdzie rapuje: "Moja pieprzona sukowata mama pozwała mnie o 10 milionów / Musi chcieć dolara za każdą tabletkę, którą ukradłem / Kurwa, jak myślisz, skąd wziąłem ten nałóg / Wszystko, co musiałem zrobić, to wejść do jej pokoju i podnieść materac".

Nie inaczej było w piosenkach takich jak "Cleanin' Out My Closet", gdzie słyszymy: "Obserwowanie, jak twoja mama pochłania pigułki na receptę w kuchni / Ględzenie, że ktoś zawsze przegląda jej torebkę i czegoś brakuje / Przechodzenie przez systemy mieszkalnictwa publicznego z ofiarą zespołu Münchhausena / Przez całe życie kazano mi wierzyć, że byłem chory, gdy nie byłem / Dopóki nie dojrzałem, teraz wybiłem się ponad orbitę, to przyprawiało mnie o mdłości".

To nie wszystko: "Najbardziej boli mnie to, że nie chcesz przyznać, że się myliłaś / Suko śpiewaj swoją piosenkę, wmawiaj sobie, że byłaś mamą! / Ale jak śmiesz próbować zabrać mi to, czego nie pomogłaś mi zdobyćb / Ty samolubna suko, mam nadzieję, że spłoniesz za to w piekle / Pamiętasz, jak Ronnie umarł i powiedziałaś, że chciałabyś, żebym to był ja? / Zgadnij co, jestem martwy, martwy dla ciebie jak tylko się da!".

Albo piosenka "My Mom", w której ujawnia, że kiedy był dzieckiem, posypywała jego jedzenie valium - "wodę, którą piłem, pieprzony groszek na moim talerzu" - aby utrzymać go pod kontrolą.

Trzeba jednak podkreślić, że poza "My Name Is" wszystkie te piosenki pojawiły się po tym, jak Debbie pozwała go o 10 milionów dolarów za zniesławienie w gazetach i mediach, opowiadając historię strasznego dzieciństwa jako powód jego rzewnych opowieści o białej biedzie, które doprowadziły go do sukcesu. Następnie wydała "rapową" piosenkę odpowiadającą na te zarzuty, dając mu do zrozumienia, że nadal go kocha, mimo że rodziła go przez 72 godziny i prawie umarła. Przeprasza - za to, że dała mu wszystko i go rozpieszczała. Następnie, wygłasza ona słynny tekst przypisywany kiepskim rodzicomo: "Zrobiłam wszystko, co mogłam."

No tak, na to wygląda.

Następnie kobieta napisała pamiętnik pt. "Mój syn Marshall, mój syn Eminem", żeby wyprostować sprawę. Jej strona medalu? Był chorowitym, małym mięczakiem, który wymyślił to wszystko, żeby zdobyć sławę. Twierdzi, że przyznał się do tego, mówiąc jej: "Im bardziej jestem upierdliwy, tym bardziej mnie kochają". Mimo to, nadal była jego największym zwolennikiem. Jej jedyną zbrodnią - jeśli można tak nazwać tak głęboką troskę - była zbyt wielka miłość do niego.

No tak, na to wygląda.

Ale nawet jeśli Eminem zmyśla (a który raper trochę nie przesadza?), to żeby zrozumieć jego stronę, trzeba zrozumieć i Debbie. Jest między nimi wystarczająco dużo kwestii wymagających wyjaśnienia (lub czegoś więcej): gniew, mizoginiczne teksty, kłopotliwe relacje z żoną Kim - rana w kształcie matki, którą wielu mężczyzn nosi przez całe życie, gdy są maltretowani przez kobietę, która powinna ich najbardziej pielęgnować.

Kobieta urodziła Marshalla Mathersa 17 października 1972 roku, po ciężkim 72-godzinnym porodzie. Niemal umarła z powodu zatrucia krwi i drgawek, które doprowadziły ją do tymczasowej śpiączki. Jej ówczesny partner Bruce, jak relacjonuje Debbie, był poza domem i uprawiał seks z jedną z jej przyjaciółek.

Marshall był trochę za mały, urodził się ważąc 2,2 kg, i był na tyle chorowity, że złapał zapalenie płuc i wymagał hospitalizacji jako niemowlę. Debbie była zachwycona Marshallem, ale mogła już dostrzec jego skłonność do udawania. Od chwili, gdy go zobaczyła, "dokładnie wiedział, jak na mnie spojrzeć spod długich ciemnych rzęs i urządzić przedstawienie".

Debbie przypisuje sobie jego dar do rymowania, twierdząc, że kiedyś czytała mu rymowanki z przedszkola, ale zastępowała pewne frazy "głupimi alternatywami". Przeprowadzili się do Północnej Dakoty, gdzie Bruce podjął pracę w hotelu. Rzekomo zaczął pić whiskey i rum, wbijać jej głowę w ścianę, nazywać ją suką i rozkazywać jej. Czasami, dla odmiany, przykuwał ją do sofy i zadawał jej ciosy - wynika z jej relacji. Było coraz gorzej: zdradzał ją coraz częściej i bezczelniej, a nawet jej własny ojciec błagał ją, by zostawiła Bruce'a i zabrała dziecko. W końcu uderzył ją tak mocno, że roztrzaskał jej nos i pozostawił nieprzytomną. Wzięła Marshalla i odeszła, w końcu zebrała wystarczająco dużo na bilet kolejowy. I z tego powodu, jak pisze, przyrzekła sobie, że nigdy nie będzie miała przy sobie narkotyków ani alkoholu.

Przeprowadziła się z powrotem do rodziny, zaznaczając przy tym, że Marshall już jako dwulatek potrafił "rozchorować się" na bóle brzucha podczas tej męki. Bruce dzwonił kilka razy, by spróbować do nich wrócić, ale ostatecznie wyjechał do Kalifornii, co sprawiło, że w wieku 17 lat została samotną matką.

Od pierwszych stron pamiętnika, sens książki jest jasny: jest to korekta tekstów Eminema, które w sposób nie budzący wątpliwości charakteryzują ją jako obelżywą "kupę gówna". Ale umiejętnie gra ona w obie strony: Kocha go bez względu na wszystko i dała mu wspaniałe dzieciństwo, mimo że jest swego rodzaju potworem.

Em był łatwym dzieckiem, chociaż miał już temperament i skłonność do napadów złości niczym jego ojciec. Matka nie chciała dawać mu klapsów. Miał niewidzialnego przyjaciela - ducha Kacpra - i miał obsesję na punkcie superbohaterów. Jej zbrodnią (jeśli można to tak nazwać) była nadmierna rekompensata za brak ojca. Dwa zestawy Happy Meal, kiedy tylko zechce, figurki superbohaterów, komiksy, a wszystko to, na co ona pracuje na wielu etatach.

Miała też dar muzyczny - dołączyła do zespołu Daddy Warbucks, który grał w zajazdach Ramada. Umawiała się tylko z porządnymi mężczyznami, lekarzami i prawnikami, nie z szumowinami, ale jej brak pewności siebie był problemem i czuła, że nie jest dla nich wystarczająco ładna, zawsze była raniona. Zawsze oskarżano ją o rzeczy, których nie zrobiła: podpalenie taksówki byłego chłopaka Dona, ukrywanie siostry, która uciekła z domu. W końcu wyszła ponownie za mąż za motocyklistę o imieniu Curt, który postawił się przez nią Donowi, ale po miesiącu miodowym zaczął pić i znęcać się nad nią. Potem ją zostawił.

Każda historia jest zapierająca dech w piersiach, jeśli chodzi o jej uparte przekonanie o własnej ofiarności. Na każde twierdzenie jest odpowiedź: tak często się przeprowadzali - on uczęszczał do 20 różnych placówek, zanim rzucił szkołę w wieku 17 lat - ponieważ po tym, jak zmieniała wystrój każdego wynajmowanego mieszkania, nagle właścicielowi podobało się, jak wspaniale je urządziła i chciał je sprzedać. Nigdy też nie mieszkali w przyczepie. Domy, które wynajmowała, były zawsze ładne, w uroczych dzielnicach i nieskazitelnie czyste, a Marshall dorastał, mając wszystko, czego tylko zapragnął. Mieli tak wiele, że często oddawali jego stare zabawki katolickim organizacjom charytatywnym. Zaadoptowała nawet czwórkę dzieci, bo Marshall zawsze chciał mieć rodzeństwo. Ale pewnego dnia Marshall zamknął je w domu, a tajemniczy pożar domu sprawił, że zostały jej odebrane.

Skrupulatnie naśladując późniejszy cytat samego Eminema dla Detroit Free Press, mówi, że mieli swoje wspólne powiedzenie: "Za każdym razem, gdy przydarza nam się coś dobrego, zaraz nadciągnie coś złego".

Książka jest również, pod każdym względem, atakiem na Eminema. Marshall kochał zwierzęta, ale pewnego dnia, gdy wróciła do domu, okazało się, że uśmiercił swoją świnkę morską w mikrofalówce, bo myślał, że jest zimna. Zabił też swoje rybki, ale tylko dlatego, że nie rozumiał, jakie są delikatne. Inni ludzie nazywali jej chłopca potworem, ale ona zawsze go broniła. W szkole często się nad nim znęcano, ale on też zawsze kłamał, udawał, że jest chory albo ma złamaną nogę.

Debbie potwierdza, że w podstawówce jej syn był zastraszany i dokuczano mu, a oprawcą był zazwyczaj czarnoskóry kolega z klasy, DeAngelo Bailey, który rzekomo powalił go śnieżną kulą na tyle ciężką, że doznał urazu mózgu. Po kilkudniowej śpiączce lekarze powiedzieli jej, że będzie musiał zostać umieszczony w zakładzie, ale jej niezłomna miłość i troska uzdrowiły go, a kobieta uczyła go w domu, a nawet przeszła na zasiłek, by opiekować się nim przez całą dobę. W końcu znów był zdrowy i nawet lekarze mówili, że to cud, że wyzdrowiał.

Kobieta pozwała szkołę w 1982 roku, ale pozew został odrzucony (Eminem publicznie wyzwał swojego dręczyciela w utworze "Brain Damage", a Bailey pozwał go o milion dolarów). To uszkodzenie mózgu może być źródłem Münchhausena, o którym Eminem wspomina w "Cleanin' Out My Closet", narzędzia, które często wykorzystywała, by traktować go jak inwalidę i tłumaczyć jego twierdzenia o swoim zachowaniu.

Debbie postrzega siebie jako wiecznie poświęcającą się matkę. Wspierała Marshalla przy pierwszym, nieudanym albumie i dopingowała go przez cały czas, nawet jeśli on przedstawiał ją jako samolubną sukę. Nawet wtedy, gdy wracał do Kim, która karmiła go tabletkami w trasie i przez cały czas ich związku mówiła mu, jakim jest zerem, by nagle uznać go za niezwykle atrakcyjnego, gdy stał się sławny.

A co z pozwem? Pozwanie Marshalla o 10 milionów dolarów było kolejnym nieporozumieniem, kolejną wiktymizacją. Debbie wynajęła prawnika, żeby wyprostować sprawę - ten powiedział jej, że wszystko idzie gładko i żeby pozwoliła mu wykonywać jego pracę. Płyta, którą wydała? Zwrócono się do niej, by to zrobiła i "dano jej dosłownie pięć minut na napisanie listu otwartego do Marshalla".

Jednak w 2013 roku Eminem przeprosił swoją matkę w piosence "Headlights", w której przyznaje się do swojego gniewu w przeszłości i dziękuje jej za wychowanie go. Przynajmniej tak to było szeroko relacjonowane. Rapuje nawet, że w zasadzie są na tej samej łodzi - jak matka, tak syn - i można by pomyśleć, że to zbliży ich do siebie, ale nadal są sobie obcy.

Z fotelu obserwatora nie możemy wiedzieć, co jest prawdą, ale Eminem, ze swojej strony, pozostaje nieugięty w swojej historii, którą zawsze opowiadał. "Wszystkie leki, którymi nas karmiłaś / I jak chciałem, żebyś posmakowała swoich własnych, ale / Teraz leki przejęły ster i twój stan psychiczny powoli się pogarsza" - rapuje. "Jestem za stary, żeby płakać, ale to wszystko jest bolesne / Ale mamo, wybaczam ci, Nathan też".

Źródło: MEL Magazine

Nowoczesne społeczeństwa uprzemysłowione są nękane przez zepsute, źle ustawione zęby - stan, który w stomatologii określa się jako "malocclusion" - co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "zły zgryz". Dane ankietowe z 1998 roku sugerują, że aż jedna piąta populacji Stanów Zjednoczonych ma znaczne wady zgryzu, z których ponad połowa wymaga przynajmniej pewnego stopnia interwencji ortodontycznej. Aparaty ortodontyczne, ekstrakcje zębów i retainery to chleb powszedni dla wszystkich dentystów i ortodontów, których zadaniem jest wyprostowanie naszych stomatologicznych odchyleń. Posiadanie aparatu ortodontycznego w dzieciństwie stało się tak powszechne w świecie zachodnim, że może wydawać się rytuałem przejścia - dziś szacuje się, że 50-70% dzieci w USA będzie nosić aparat przed osiągnięciem pełnoletności. Ale co ludzie robili, aby naprawić swoje zęby przed erą nowoczesnej stomatologii, przed Novocainą, gazą i gumowymi przekładkami?

Jak się okazuje, nasi przodkowie nie cierpieli z powodu krzywych zębów w takim stopniu, jak my dzisiaj. Zapis kopalny naszego gatunku ujawnia znamienną historię: epidemia krzywych zębów rozwinęła się u ludzi z czasem. Biolog ewolucyjny, Daniel Lieberman, zauważa ten wzór w swojej książce "The Story of the Human Body":

W muzeum, w którym pracuję, znajdują się tysiące starożytnych czaszek z całego świata. Większość czaszek z ostatnich kilkuset lat to koszmar dentysty: są wypełnione ubytkami i infekcjami, zęby są stłoczone w szczęce, a około jedna czwarta z nich ma wbite zęby. Czaszki przedindustrialnych rolników są również pełne ubytków i boleśnie wyglądających ropni, ale mniej niż 5 procent z nich ma zachowane zęby mądrości. Dla kontrastu, większość łowców-zbieraczy miała niemal doskonałe zdrowie zębów. Najwyraźniej ortodonci i dentyści rzadko byli potrzebni w epoce kamiennej.

Obserwacje Liebermana potwierdza wiele dowodów. Porównanie 146 średniowiecznych czaszek z opuszczonych norweskich cmentarzy z czaszkami współczesnymi wskazało na tendencję do złego zgryzu u naszych bliższych i dalszych przodków. Czaszki osób ocenionych jako "bardzo" lub "wyraźnie" wymagające leczenia ortodontycznego stanowiły 36 procent średniowiecznej próbki i 65 procent próbki współczesnej. Dowody wad zgryzu w jeszcze wcześniejszych skamieniałościach ludzkich są niezwykle rzadkie. Szczęki myśliwych-zbieraczy niemal jednolicie ujawniają przestronne, idealne łuki dobrze ustawionych zębów, bez impaktowych zębów mądrości - wymarzony uśmiech gwiazdy filmowej, 15 tys. lat przed rozwojem przemysłu filmowego!

Co więc dzieje się z naszymi aparatami gębowymi? Dlaczego mamy dziś do czynienia z epidemią stłoczonych, niesfornych, krzywych zębów? Okazuje się, że odpowiedź leży cały czas tuż pod naszym nosem: problemem są nasze szczęki.

Kluczowym czynnikiem wywołującym wady zgryzu jest wielkość naszych szczęk. Dla zdrowego rozwoju szczęki muszą pomieścić wszystkie trzydzieści dwa zęby, które rosną w jamie ustnej. Z biegiem czasu nasze zęby stały się krzywe, ponieważ nasze szczęki zmniejszyły się. Dlaczego? Korzenie epidemii tkwią w zmianach kulturowych dotyczących ważnych codziennych czynności, o których rzadko myślimy, takich jak żucie, oddychanie czy pozycja szczęki w spoczynku, a zmiany te z kolei zostały wywołane przez o wiele większy rozwój społeczno-historyczny - a mianowicie industrializację.

Nasza górna szczęka wydaje się być tylko podstawą naszej czaszki, ale w rzeczywistości tworzą ją dwie kości, po jednej z każdej strony, połączone razem. Nasza dolna szczęka, zwana technicznie żuchwą, jest również zbudowana z dwóch kości. Jeśli szczęki rozwijają się prawidłowo, mają wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich zębów, a zęby dobrze do siebie pasują. Zarówno górna, jak i dolna szczęka mogą się poruszać i zmieniać w procesie rozwoju. Ale proces ten ulega stopniowym zmianom od czasu, gdy nasi przodkowie zaczęli używać narzędzi, gotować, zaprzestali mobilnego życia łowców-zbieraczy i osiedlili się, by uprawiać rolnictwo około 10 tys. lat temu.

Antropolodzy donoszą, że rozmiar ludzkich ust od dawna się kurczy. Ponieważ ludzie używają kamiennych narzędzi od co najmniej 3,3 miliona lat, może to wskazywać czas, w którym nastąpiło to kurczenie się. Narzędzia kamienne umożliwiły szybsze przejście na dietę mięsożerną, ponieważ możliwość krojenia mięsa na małe kawałki zmniejszyła ilość żucia wymaganego do wydobycia pożywienia. Mniej żucia zmniejszyło zapotrzebowanie na duże, potężne szczęki. Pojawienie się rolnictwa przyspieszyło ten trend. Jak zauważył antropolog Clark Larsen, "nastąpiło dramatyczne zmniejszenie rozmiarów twarzy i szczęk wszędzie tam, gdzie ludzie przeszli od zbieractwa do rolnictwa". Powierzchownym rezultatem jest wada zgryzu.

U podstaw problemu leży fakt, że wkroczyliśmy w świat ery kosmicznej z genami z epoki kamienia łupanego - genami, które ewoluowały w celu wytworzenia szczęk dostosowanych do diety łowców-zbieraczy. Dzisiejsza epidemia szczęk jest ukryta za tym, co powszechne. Jej najbardziej oczywiste objawy są ustne i twarzowe: krzywe zęby (i towarzyszące im powszechne stosowanie aparatów ortodontycznych), cofające się szczęki, uśmiech, w którym widać dużo dziąseł, oddychanie przez usta i przerywane oddychanie podczas snu. Jest to kłopot, ale nie "epidemia" - przynajmniej dopóki nie dostrzeże się związku między wadami zgryzu a całym szeregiem następstw zdrowotnych.

Jeśli szczęki nie rozwijają się prawidłowo, cofająca się szczęka dolna (żuchwa) może obciążać drogi oddechowe. Problemy związane ze współczesnym rozwojem szczęki, twarzy i dróg oddechowych dopiero teraz zaczynają być odkrywane, głównie dzięki pracy wielu zaangażowanych naukowców i lekarzy, którzy zaobserwowali dramatyczne zmiany w budowie twarzy, które korelują z częstszym występowaniem chorób przewlekłych. Zmniejszenie rozmiarów dróg oddechowych może, na przykład, ostatecznie prowadzić do problemów z oddychaniem, takich jak bezdech senny, który sam w sobie stał się istotnym czynnikiem zdrowia publicznego. Około 20 procent dorosłych Amerykanów jest dotkniętych tą przypadłością, a około 3 procent ma na tyle poważny przypadek, że powoduje on senność w ciągu dnia. Jednak senność to najmniejszy problem: aż połowa wszystkich pacjentów kardiologicznych cierpi na tę chorobę. Bezdech senny wydaje się również generować problemy psychiczne, w tym obniżone IQ, skrócony czas koncentracji uwagi i trudności z pamięcią.

Na to, że choroby, o których właśnie wspomniano, są związane z nowoczesną cywilizacją, silnie wskazuje brak ich objawów w zapisach ewolucyjnych i historycznych. Nasi łowiecko-zbieraccy przodkowie mieli przestronne szczęki, z ciągłym, gładko zakrzywionym łukiem zębów w każdej szczęce, w tym trzecie zęby trzonowe ("zęby mądrości") na tylnych końcach łuków. Dziś brak wyrzynania się tych ostatnich trzonowców - aby nasze zęby mądrości zdrowo wyrosły z dziąsła - stał się zbyt powszechnym zjawiskiem, które często prowadzi do ekstrakcji zęba i związanych z tym obciążeń w postaci bólu, obrzęku, siniaków, infekcji i ogólnego dyskomfortu. Jednak przy odpowiednim podejściu do diety, nawyków żywieniowych, wzorców oddychania i ogólnej postawy jamy ustnej (sposobu, w jaki trzymamy szczęki w spoczynku), wiele aspektów tej epidemii, takich jak wbijanie się zębów trzonowych, można by złagodzić lub całkowicie uniknąć. Szczęki mogłyby powrócić do swoich łowiecko-zbierackich wzorców wzrostu.

Najważniejsze jest to, że nasze (i naszych dzieci) zdrowie i szczęście może być zagrożone z powodu nawyków, nad którymi większość z nas nigdy się nie zastanawia. Jednak to, jak jemy, może być tak samo ważne jak to, co jemy - to, jak oddychamy, może być tak samo ważne jak to, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy. Z kolei to, jak śpimy, może być tak samo ważne jak to, jak długo śpimy. Wszystkie te aspekty są kluczowe dla epidemii szczęk i stanowią element ogólnego zdrowia jamy ustnej i twarzy. Często mówi się, że twarz jest oknem do duszy, ale jest to również okno na stan zdrowia osoby, która się za nią kryje. Dziąsłowe uśmiechy, krzywe zęby, rozchylone usta to widoczne sygnały, które wskazują na potencjalnie znacznie poważniejsze problemy zdrowotne. Aby rozwiązać te problemy, musimy skupić się na zdrowym rozwoju naszych szczęk.

Źródło: Stanford Press

Australijscy naukowcy twierdzą, że jad pszczeli w warunkach laboratoryjnych niszczy agresywne komórki raka piersi.

Jad - i zawarty w nim związek zwany melityną - został wykorzystany przeciwko dwóm trudnym do leczenia typom raka: potrójnie ujemnemu i wzbogaconemu o HER2.

Odkrycie zostało opisane jako "ekscytujące", ale naukowcy ostrzegają, że potrzebne są dalsze testy.

Rak piersi jest najczęstszym nowotworem dotykającym kobiety na całym świecie. Podczas gdy istnieją tysiące związków chemicznych, które mogą zwalczać komórki rakowe w warunkach laboratoryjnych, naukowcy twierdzą, że niewiele z nich może być produkowanych jako lek dla ludzi.

Jad pszczeli okazał się również mieć właściwości przeciwnowotworowe w przypadku innych rodzajów raka, takich jak czerniak.

Badanie przeprowadzone przez Harry Perkins Institute of Medical Research w zachodniej Australii zostało opublikowane w szanowanym czasopiśmie Nature Precision Oncology.

Co odkryli badacze?

Przetestowano jad pochodzący od ponad 300 pszczół i trzmieli. Wyciągi z pszczoły miodnej okazały się "niezwykle silne", powiedziała Ciara Duffy, 25-letnia doktorantka, która kierowała badaniami.

Stwierdzono, że jedno stężenie jadu zabija komórki rakowe w ciągu godziny, przy minimalnej szkodzie dla innych komórek. Ale toksyczność wzrastała w przypadku innych poziomów dawki.

Naukowcy odkryli również, że związek melityny sam w sobie był skuteczny w "wyłączaniu" lub zakłócaniu wzrostu komórek nowotworowych.

Melityna występuje naturalnie w jadzie pszczoły miodnej, ale może być również wytwarzana syntetycznie.

Tradycyjnie, potrójnie ujemny rak piersi - jeden z najbardziej agresywnych typów - był leczony za pomocą chirurgii, radioterapii i chemioterapii. Stanowi on 10-15% nowotworów piersi.

Czy będzie można to wykorzystać w przyszłości?

W 2020 roku główny naukowiec instytutu określił badania jako "niewiarygodnie ekscytujące". - Co istotne, to badanie pokazuje, w jaki sposób melityna zakłóca szlaki sygnalizacyjne w komórkach raka piersi, aby zmniejszyć ich replikację - powiedział prof. Peter Klinken. - To zapewnia kolejny wspaniały przykład tego, gdzie związki w przyrodzie mogą być stosowane w leczeniu chorób człowieka.

Naukowcy ostrzegają jednak, że potrzeba więcej pracy, aby sprawdzić, czy jad mógłby rzeczywiście działać na większą skalę jako lek zwalczający raka.

Inni badacze raka zgadzają się z tym stwierdzeniem. - To bardzo wczesne dni badań - powiedział prof. Alex Swarbrick z Garvan Institute of Medical Research w Sydney.

- Wiele związków może zabić komórki raka piersi w naczyniu lub u myszy. Ale od tych odkryć do czegoś, co może zmienić praktykę kliniczną, jest jeszcze długa droga - skwitował w rozmowie z BBC.

Źródło: BBC

4 czerwca 2011 brytyjskie siły wywiadowcze włamały się na stronę internetową anglojęzycznego magazynu Al-Kaidy - Inspire - i zastąpiły instrukcje tworzenia bomb przepisem na jedną z ulubionych babeczek Ellen Degeneres.

Tajną bronią w Main Street Cupcakes, małej piekarni w Rocky River (Ohio), zawsze były babeczki mojito - białe ciasto rumowe z dodatkiem limonki i mięty - smakujące niemal zupełnie jak słynny drink, ale słodsze. Jednak współwłaścicielki piekarni siostry Sarah Forrer i Kimberly Martin powiedziały, że nie były zbyt szczęśliwe, kiedy dowiedziały się o nowym powodzie uzyskania rozgłosu przez ich biznes.

- Dostałam powiadomienie na mój telefon i z pewnością nie byłam szczęśliwa widząc Main Street Cupcakes w tym samym zdaniu co Al Kaida - powiedziała Forrer w rozmowie z ABC News.

Z pewnością jednak MI6, brytyjska wersja CIA, była zadowolona z tej wiadomości. W ramach operacji cyberwojny urzędnicy brytyjskiego wywiadu włamali się do Inspire, magazynu Al-Kaidy, w którym przyszli terroryści wymieniają się strategiami i planami. Kiedy czytelnicy próbowali ściągnąć 67-stronicowy magazyn, zamiast otrzymać publikację pt. "Zrób bombę w kuchni swojej mamy" autorstwa "The AQ Chef", otrzymali zagmatwany kod komputerowy. Po rozszyfrowaniu, kod prowadził do przepisu na babeczki mojito z Main Street.

MI6 usunęłą również artykuły Osamy bin Ladena, jego zastępcy Aymana al-Zawahiriego oraz fragment zatytułowany "What to Expect in Jihad".

Portal był wówczas prowadzony przez radykalnego przywódcę islamskiego Anwara al-Awlakiego, jednego z liderów AQAP. Al-Awlaki miał podwójne obywatelstwo - jemeńskie i amerykańskie, ale powszechnie wiadomo było, że ukrywa się w Jemenie. Jego współpracownik Samir Khan z Północnej Karoliny redagował portal wraz z nim. Odkąd MI6 włamało się do serwisu, został on ponownie wydany. Al-Awlaki został zabity 30 września 2011 w wyniku nalotu amerykańskiego samolotu bezzałogowego MQ-1 Predator w jemeńskiej muhafazie Marib.

Jeśli chodzi o piekarnię Main Street Cupcakes, nie miała ona nic wspólnego z Operacją Cupcake.

-Zdecydowanie uznaliśmy to za surrealistyczne doświadczenie. Zapewniam was, że za naszą babeczką nie kryje się nic złowrogiego - powiedziała Forrer.

Źródło: ABC News

Śmierć jednostki może mieć silny wpływ na nasze emocje, ale wraz z rosnącą liczbą zmarłych rośnie nasza obojętność. Dlaczego?

"Jeśli spojrzę na tłum, nigdy nie będę działać. Jeśli spojrzę na jednostkę, będę działać". Są to słowa kobiety, której czyny miłosierdzia i dobroci przyniosły jej świętość - Matki Teresy.

Stanowią one przykład jednego z najbardziej zadziwiających aspektów ludzkiej reakcji na trudną sytuację innych. Podczas gdy większość z nas postrzega pojedynczą śmierć jako tragedię, możemy mieć trudności z taką samą reakcją na utratę życia na dużą skalę. Najczęściej śmierć wielu osób staje się po prostu statystyką.

Przykładowo miliony istnień ludzkich utraconych w wyniku klęsk żywiołowych, wojen lub głodu stają się zbyt wielkie, by je pojąć.

Nawet teraz możemy zaobserwować ten sam dziwny proces, gdy wzrasta światowa liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. Liczba ofiar śmiertelnych wirusa przekroczyła już 2 miliony, a na całym globie odnotowano ponad 112 milionów przypadków. Każda śmierć jest tragedią, która rozgrywa się na poziomie indywidualnym, a rodziny są wstrząśnięte i pogrążone w żałobie. Ale jak my to widzimy - czy ktoś jest w stanie ogarnąć tak wielkie liczby?

W Stanach Zjednoczonych, które niedawno osiągnęły ponury kamień milowy 500 tys. ofiar, dziennikarze szukają sposobów, aby pomóc ludziom zrozumieć zakres problemu. Liczba ta jest "dziesięć razy większa niż liczba Amerykanów straconych podczas całej wojny w Wietnamie" i "przekracza liczbę ofiar śmiertelnych amerykańskich wojsk w każdym konflikcie od czasów wojny koreańskiej".

Jednak nasza niezdolność do zrozumienia cierpienia, jakie niosą ze sobą takie liczby, może zaszkodzić sposobowi, w jaki reagujemy na takie tragedie. Nawet teraz istnieją dowody na to, że ludzie cierpią na zmęczenie wiadomościami o koronawirusie i mniej czytają o pandemii.

Może to być spowodowane, po części, psychologicznym zjawiskiem znanym jako psychiczne odrętwienie, ideą, że "im więcej ludzi umiera, tym mniej nas to obchodzi".

- Szybkie, intuicyjne przeczucie jest pod wieloma względami cudowne, ale ma też pewne wady - mówi Paul Slovic, psycholog z University of Oregon, który od dziesięcioleci bada psychiczne odrętwienie. - Jedną z nich jest to, że nie radzi sobie zbyt dobrze z liczbami w kategoriach wielkości. Jeśli mówimy o życiu, to jedno życie jest niezwykle ważne i cenne i zrobimy wszystko, aby je chronić, uratować, ocalić tę osobę. Ale gdy liczby rosną, nasze uczucia nie wzrastają proporcjonalnie.

W rzeczywistości badania Slovica sugerują, że w miarę jak liczby statystyczne związane z tragedią stają się coraz większe, stajemy się znieczuleni i mniej emocjonalnie na nie reagujemy. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia przez nas działań niezbędnych do powstrzymania ludobójstwa, wysyłania pomocy po klęskach żywiołowych czy uchwalania przepisów zwalczających globalne ocieplenie. W przypadku pandemii, może to prowadzić do pewnego rodzaju apatii, która sprawia, że ludzie stają się obojętni na mycie rąk lub noszenie maseczek - oba te czynniki okazały się ograniczać przenoszenie wirusa.

Częścią problemu może być to, że w miarę jak liczby stają się coraz większe, coraz mniej znaczą dla nas osobiście.

- Z ewolucyjnego punktu widzenia skupialiśmy się na rzeczach, które groziły nam natychmiastową śmiercią, lub na interakcjach w małych grupach - mówi Melissa Finucane, starszy behawioralista i socjolog w zarządzie Rand Corporation, która badała proces podejmowania decyzji i ocenę ryzyka. - Teraz próbujemy zrozumieć bardzo złożone scenariusze ryzyka, w których dostępnych jest wiele danych statystycznych. Ale przeciętny człowiek, który nie jest analitykiem statystycznym lub epidemiologiem, nie ma narzędzi, których potrzebujemy na wyciągnięcie ręki, aby dokonać osądu czegoś tak rozległego i złożonego jak globalna pandemia.

Może to mieć jednak poważne konsekwencje odnośnie tego, jak radzimy sobie w obliczu tragedii na dużą skalę.

W serii badań przeprowadzonych w Szwecji w 2014 roku, Slovic i jego koledzy wykazali, że nie tylko stajemy się odrętwiali na znaczenie rosnących liczb, ale nasze współczucie może faktycznie zanikać lub załamywać się ogólnie wraz ze wzrostem liczby.

Uczestnikom pokazano zdjęcie biednego dziecka lub zdjęcie dwojga biednych dzieci i zapytano ich o gotowość do przekazania datku. Zamiast czuć się dwa razy bardziej smutni i dwa razy bardziej chętni do pomocy, ludzie przekazywali mniej datków, gdy widzieli dwoje dzieci zamiast jednego. Slovic twierdzi, że dzieje się tak dlatego, że jednostka jest dla ludzi najłatwiejszym modułem do zrozumienia i wykazania empatii.

- Jeśli widzisz jedno dziecko, możesz skupić się na nim - mówi Slovic. - Możesz myśleć o tym, kim jest i jak jest podobne do twojego własnego dziecka. Możesz skoncentrować się głębiej na jednej osobie niż na dwóch. Przy dwójce twoja uwaga zaczyna słabnąć, podobnie jak uczucia. A uczucia są tym, co kieruje naszym zachowaniem.

Badania Slovica wykazały również, że pozytywne uczucia związane z darowizną dla jednego dziecka, czyli "ciepły blask", zmniejszały się, gdy ludziom przypominano o dzieciach, którym nie byli w stanie pomóc, a zjawisko to on i jego koledzy nazywają "pseudo-nieefektywnością".

Uczestnikom biorącym udział w badaniu pokazano zdjęcia pojedynczego dziecka, ale połowa z nich otrzymała również statystyki dotyczące liczby innych osób głodujących w regionie, z którego pochodziło dziecko. Jest to dokładnie takie podejście, jakie wielu z nas widziało w filmach charytatywnych po katastrofach naturalnych.

- Myśleliśmy, że jeśli pokażemy, jak poważny jest to problem, ludzie będą bardziej zmotywowani do pomocy - mówi Slovic. Zamiast tego, darowizny spadły o połowę, gdy zdjęcie zawierało statystyki. Częściowo przyczyną takiego zachowania jest to, że w gruncie rzeczy jesteśmy raczej egoistycznymi istotami.

- Przekazujemy darowizny, ponieważ chcemy pomóc, ale to również sprawia, że czujemy się dobrze - mówi Slovic. - Nie jest tak dobrze pomóc dziecku, gdy zdajesz sobie sprawę, że jest ono jednym na milion. Czujesz się źle, że nie możesz pomóc wszystkim i te złe uczucia pojawiają się, mieszają się z dobrymi uczuciami i dewaluują je.

Ma to również związek z tym, jak duży wpływ przewidują ludzie dla swoich czynów. Gdy liczba cierpiących lub umierających w tragedii rośnie, nasze datki i wysiłki coraz bardziej wydają się być kroplą w morzu.

W badaniach przeprowadzonych przez Slovica i jego kolegów po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, kiedy to w ciągu 100 dni zginęło 800 tys. ludzi, a miliony zostały przesiedlone, poproszono grupę ochotników, aby wyobrazili sobie, że są przedstawicielem sąsiedniego kraju odpowiedzialnym za obóz dla uchodźców. Mieli zdecydować, czy pomóc 4500 uchodźcom w zapewnieniu dostępu do czystej wody, czy też nie. Połowie powiedziano, że obóz daje schronienie dla 250 tys. osób, a pozostałym, że ma 11 tys. uchodźców.

- Ludzie byli znacznie bardziej skłonni do ochrony 4500 osób z 11000 niż z 250000, ponieważ reagują na proporcję, a nie na rzeczywistą liczbę - mówi Slovic. - W pierwszym scenariuszu wydaje się, że nie warto. Ale jeśli możesz zmniejszyć ilość osób, które cierpią prawie o połowę, to wydaje się, że to wielka sprawa, nawet jeśli wciąż jest to ta sama liczba osób.

Oczywiście, istnieją powody, dla których niektórzy ludzie decydują się całkowicie unikać smutnych wiadomości lub głębokiego myślenia o tragediach. Wielokrotne oglądanie wiadomości o brutalnych wydarzeniach jest związane z wyższym poziomem ostrego stresu, który może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.

Jedno z badań przeprowadzonych po zamachu bombowym na maratonie w Bostonie w 2013 r. wykazało, że uczestnicy, którzy śledzili relacje z ataku przez sześć lub więcej godzin dziennie w tygodniu następującym po tym wydarzeniu, byli dziewięciokrotnie bardziej narażeni na zgłoszenie wysokiego poziomu ostrego stresu nawet kilka tygodni później.

- Jest to również schemat cykliczny - mówi Roxane Silver, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine i jedna z autorek badania. - Im bardziej jesteś zestresowany, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziesz zaangażowany w obserwowanie mediów. I może być trudno wyłamać się z tego schematu, zwłaszcza gdy wiadomości są złe. Im więcej wiadomości, tym więcej stresu, im więcej stresu tym więcej wiadomości.

Podczas gdy oglądanie wiadomości dla aktualizacji o najnowszych zasadach obostrzeń i rozprzestrzeniania się wirusa było ważne podczas koronawirusa, jest to źródło rosnącego poziomu niepokoju dla wielu ludzi podczas pandemii.

- To nie jest psychologicznie korzystne i prawdopodobnie będzie związane z niepokojem, obawami, zmartwieniem i strachem, a potencjalnie i smutkiem - mówi Silver. Zamiast pogrążać się w wiadomościach, sugeruje ona wybranie garstki stron i sprawdzanie ich nie więcej niż dwa razy dziennie.

Źródło: BBC

Zdolność do wykonywania prostych codziennych czynności może mieć duże znaczenie w życiu człowieka, zwłaszcza w przypadku osób z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Zespół naukowców pod kierownictwem UCLA donosi, że sześć osób z poważnymi urazami rdzenia kręgowego - w tym trzy całkowicie sparaliżowane - po raz pierwszy od lat odzyskało władzę w rękach i palcach po poddaniu się niechirurgicznej, nieinwazyjnej procedurze stymulacji rdzenia kręgowego opracowanej przez badaczy.

Na początku badania, trzech uczestników nie mogło w ogóle poruszać palcami, żaden nie mógł przekręcić klamki jedną ręką lub odkręcić nakrętki od plastikowej butelki z wodą. Każdy z nich miał również duże trudności z używaniem telefonu komórkowego. Po zaledwie ośmiu prowadzonych przez naukowców sesjach treningowych z wykorzystaniem stymulacji rdzeniowej, u wszystkich sześciu osób nastąpiła znaczna poprawa. Uczestnicy badania mieli przewlekły i ciężki paraliż od ponad roku, a niektórzy od ponad 10 lat.

Od czasu przed pierwszą sesją do końca ostatniej, uczestnicy poprawili swoją siłę chwytu.

- Mniej więcej w połowie sesji mogłam otworzyć drzwi do sypialni lewą ręką po raz pierwszy od czasu mojego urazu i mogłam otworzyć nowe butelki z wodą, podczas gdy wcześniej ktoś inny musiał to robić za mnie - powiedziała Cecilia Villarruel, jedna z uczestniczek, której uraz był wynikiem wypadku samochodowego, do którego doszło 13 lat wcześniej. - Większość osób po urazie rdzenia kręgowego mówi, że chce po prostu znów chodzić do łazienki jak normalny człowiek - dodała. - Małe osiągnięcia, takie jak otwieranie słoików, butelek i drzwi, umożliwiają osiągnięcie poziomu niezależności i samodzielności, który jest dość satysfakcjonujący i ma głęboki wpływ na życie ludzi.

Oprócz odzyskania możliwości posługiwania się palcami, uczestnicy badania odnieśli również inne korzyści zdrowotne, w tym poprawili ciśnienie krwi, funkcjonowanie pęcherza moczowego, układu krążenia oraz zdolność do siedzenia w pozycji wyprostowanej bez podparcia.

- W ciągu dwóch lub trzech sesji wszyscy zaczęli wykazywać znaczącą poprawę i od tego momentu nadal się rozwijali - powiedział główny autor badania, naukowiec z UCLA Parag Gad.

- Po zaledwie ośmiu sesjach mogli robić rzeczy, których nie byli w stanie robić od lat - powiedział V. Reggie Edgerton, starszy autor badań i profesor biologii integracyjnej i fizjologii, neurobiologii i neurochirurgii z UCLA.

- Jest to największe odnotowane odzyskanie możliwości używania rąk, jakie odnotowano u pacjentów z tak poważnymi urazami rdzenia kręgowego - powiedział Edgerton.

Naukowcy umieścili elektrody na skórze, aby stymulować obwody rdzenia kręgowego. Swoją metodę nazwali "przezskórnym umożliwieniem kontroli motorycznej" lub w angielskim skrócie "tEmc". W stymulacji prąd elektryczny jest aplikowany z różną częstotliwością i intensywnością do określonych miejsc na rdzeniu kręgowym.

Podczas sesji treningowych uczestnicy ściskali mały przyrząd do chwytania 36 razy (18 razy każdą ręką) i utrzymywali swój chwyt przez trzy sekundy - badacze mierzyli ilość użytej przez nich siły. Trening składał się z dwóch sesji tygodniowo przez cztery tygodnie - każda z ośmiu sesji trwała około 90 minut.

- Połączenie stymulacji rdzenia kręgowego i treningu z rękami pozwala im odzyskać utraconą funkcję - powiedział Gad. - Byli mniej zależni od swoich opiekunów, mogli sami się karmić i ubierać - dodał.

Dwie z sześciu osób wróciły do laboratorium Edgertona 60 dni po zakończeniu treningu i zachowały siłę chwytu - mogły przekręcić klamkę jedną ręką, odkręcić kapsel od butelki i użyć widelca jedną ręką (cztery pozostałe osoby nie powróciły do laboratorium. Badani mieszkają w Nowym Jorku, Minnesocie i innych miejscach).

Badania zostały opublikowane online w 2018 roku w Journal of Neurotrauma.

Według Fundacji Christophera i Dany Reeve'ów ponad 1,2 miliona Amerykanów żyje z paraliżem spowodowanym urazami rdzenia kręgowego. Setki tysięcy ludzi w Stanach Zjednoczonych straciło kontrolę nad ważnymi funkcjami ciała w wyniku takich urazów, w tym nad rękami i palcami.

- Poprawa funkcji ręki może oznaczać różnicę między koniecznością całodobowej opieki a bardziej niezależnym życiem - powiedział Peter Wilderotter, prezes i dyrektor generalny Fundacji Reeve'ów. - Te odkrycia przynoszą wielką nadzieję tym, którym powiedziano, że powrót do zdrowia po paraliżu będzie niemożliwy. W miarę odkrywania nowych i przełomowych rozwiązań, staje się jasne, że słowo 'niemożliwe' nie dotyczy już urazów rdzenia kręgowego.

Zespół badawczy Edgertona pracował z ponad dwoma tuzinami osób z ciężkimi urazami rdzenia kręgowego, z których zdecydowana większość wykazała znaczną poprawę.

Prawie wszyscy uważali, że jedynymi osobami, które mogą odnieść korzyści z leczenia, są osoby, które doznały urazu w okresie krótszym niż rok - do niedawna panował taki właśnie dogmat. Teraz wiemy, że jest on nieaktualny - powiedział Edgerton, który jest również związany z Centrum Neuronauki i Medycyny Regeneracyjnej Uniwersytetu Technologicznego w Sydney w Australii. - Wszyscy nasi badani byli sparaliżowani przez ponad rok. Wiemy, że u dużego odsetka uczestników, którzy doznali poważnych obrażeń, możemy poprawić jakość ich życia.

Edgerton stara się o zatwierdzenie przez FDA urządzenia do kontroli motorycznej, aby mogło być ono używane przez kliniki rehabilitacyjne i inne. Jest on w stanie przyjąć do swojego programu badawczego tylko niewielką liczbę osób.

Metoda stymulacji kręgosłupa jest niedroga, nie wymaga operacji i może być stosowana w biednych społecznościach i krajach bez zaawansowanego zaplecza medycznego - "a efekty są pod pewnymi względami, jak sądzimy, lepsze niż operacja" - skomentował Edgerton.

- Odbieram wiele krytyki za dawanie 'fałszywej nadziei', ale podążamy tam, gdzie nauka każe nam iść i po prostu podajemy wyniki badań - kontynuuje. - Wszystko mówi nam, że układ nerwowy jest o wiele bardziej adaptacyjny niż to, za jakiego go uznaliśmy i może się uczyć na nowo i odzyskać sprawność po ciężkim urazie.

Współautorami projektu są: Sujin Lee (lekarz z Veterans Affair Healthcare System Spinal Cord Injury and Disorders Center w Long Beach), Nicholas Terrafranca (dyrektor generalny NeuroRecovery Technologies - firmy technologii medycznej, której Edgerton jest współzałożycielem, a która pomaga przywrócić ruch u pacjentów z paraliżem), Hui Zhong (naukowiec w laboratorium Edgertona), Amanda Turner (była asystentka administracyjna Edgertona, która pomagała w rekrutacji i selekcji uczestników badań) oraz Jurij Gerasimenko (dyrektor laboratorium fizjologii ruchu w rosyjskim Instytucie Pawłowa i pracownik naukowy wydziału biologii integracyjnej i fizjologii UCLA).

Badania zostały sfinansowane przez Fundację Christophera i Dany Reeve'ów, Narodowy Instytut Obrazowania Biomedycznego i Bioinżynierii przy Narodowym Instytucie Zdrowia, Fundację Dany i Alberta R. Broccoli oraz Fundację Walkabout.

Źródło: UCLA

Free Joomla! template by L.THEME