Debbie Nelson Mathers Briggs, matka Eminema, wspierała swojego syna na równi w sukcesie i nieszczęściu - a po pewnym czasie stwierdziła, że jest on oszustem.

"Zawsze, gdy dzieje się coś dobrego, po chwili następuje zło" - powiedział kiedyś Eminem o swoim wychowaniu. "To jest historia mojego życia od dnia, w którym się urodziłem".

To nie są słowa z piosenki Eminema, ale cytat wypowiedzi, której udzielił dla Detroit Free Press w 2000 roku o tym, że był wychowywany przez Debbie Mathers - samotną matkę - w przyczepie kempingowej w Detroit w pobliżu bulwaru 8 Mile, głównej arterii komunikacyjnej w zniszczonej dzielnicy biednych czarnych dzieci. Tam pielęgnował talent do rymowania z takim powodzeniem, że stał się nie tylko najsłynniejszym białym raperem na świecie, ale także najlepiej sprzedającym się artystą całej dekady, sprzedając ponad 32 miliony egzemplarzy The Marshall Mathers LP i The Eminem Show oraz otrzymując nieskończoną ilość odtworzeń cyfrowych i radiowych.

Jeśli wierzyć Eminemowi na słowo, Debbie nie była zbyt dobrą matką. Według jego relacji, podarowała mu życie pełne problemów, które określił jako prawdziwe "gówno" u Jerry'ego Springera - pełne przyczep kempingowych, ciągów pijackich, agresywnych chłopaków i ojczymów, opieki społecznej, jej uzależnienia od alkoholu i, na domiar złego, skutków jej trwającej całe życie walki z zespołem Münchhausena, gdy wymyślała niezliczone choroby dla niego i jego przyrodniego brata, Nathana, aby mogła jawić się jako współczująca opiekunka.

Można to usłyszeć w utworach takich jak "My Name Is", gdzie Eminem rapuje: "Przez dziewięćdziesiąt dziewięć procent życia byłem okłamywany / Właśnie się dowiedziałem, że moja mama bierze więcej prochów niż ja (Cholera!) / Powiedziałem jej, że dorosnę i będę sławnym raperem / Nagram płytę o ćpaniu i nazwę ją jej imieniem (Och, dziękuję!)". A także później, w "Marshall Mathers", gdzie rapuje: "Moja pieprzona sukowata mama pozwała mnie o 10 milionów / Musi chcieć dolara za każdą tabletkę, którą ukradłem / Kurwa, jak myślisz, skąd wziąłem ten nałóg / Wszystko, co musiałem zrobić, to wejść do jej pokoju i podnieść materac".

Nie inaczej było w piosenkach takich jak "Cleanin' Out My Closet", gdzie słyszymy: "Obserwowanie, jak twoja mama pochłania pigułki na receptę w kuchni / Ględzenie, że ktoś zawsze przegląda jej torebkę i czegoś brakuje / Przechodzenie przez systemy mieszkalnictwa publicznego z ofiarą zespołu Münchhausena / Przez całe życie kazano mi wierzyć, że byłem chory, gdy nie byłem / Dopóki nie dojrzałem, teraz wybiłem się ponad orbitę, to przyprawiało mnie o mdłości".

To nie wszystko: "Najbardziej boli mnie to, że nie chcesz przyznać, że się myliłaś / Suko śpiewaj swoją piosenkę, wmawiaj sobie, że byłaś mamą! / Ale jak śmiesz próbować zabrać mi to, czego nie pomogłaś mi zdobyćb / Ty samolubna suko, mam nadzieję, że spłoniesz za to w piekle / Pamiętasz, jak Ronnie umarł i powiedziałaś, że chciałabyś, żebym to był ja? / Zgadnij co, jestem martwy, martwy dla ciebie jak tylko się da!".

Albo piosenka "My Mom", w której ujawnia, że kiedy był dzieckiem, posypywała jego jedzenie valium - "wodę, którą piłem, pieprzony groszek na moim talerzu" - aby utrzymać go pod kontrolą.

Trzeba jednak podkreślić, że poza "My Name Is" wszystkie te piosenki pojawiły się po tym, jak Debbie pozwała go o 10 milionów dolarów za zniesławienie w gazetach i mediach, opowiadając historię strasznego dzieciństwa jako powód jego rzewnych opowieści o białej biedzie, które doprowadziły go do sukcesu. Następnie wydała "rapową" piosenkę odpowiadającą na te zarzuty, dając mu do zrozumienia, że nadal go kocha, mimo że rodziła go przez 72 godziny i prawie umarła. Przeprasza - za to, że dała mu wszystko i go rozpieszczała. Następnie, wygłasza ona słynny tekst przypisywany kiepskim rodzicomo: "Zrobiłam wszystko, co mogłam."

No tak, na to wygląda.

Następnie kobieta napisała pamiętnik pt. "Mój syn Marshall, mój syn Eminem", żeby wyprostować sprawę. Jej strona medalu? Był chorowitym, małym mięczakiem, który wymyślił to wszystko, żeby zdobyć sławę. Twierdzi, że przyznał się do tego, mówiąc jej: "Im bardziej jestem upierdliwy, tym bardziej mnie kochają". Mimo to, nadal była jego największym zwolennikiem. Jej jedyną zbrodnią - jeśli można tak nazwać tak głęboką troskę - była zbyt wielka miłość do niego.

No tak, na to wygląda.

Ale nawet jeśli Eminem zmyśla (a który raper trochę nie przesadza?), to żeby zrozumieć jego stronę, trzeba zrozumieć i Debbie. Jest między nimi wystarczająco dużo kwestii wymagających wyjaśnienia (lub czegoś więcej): gniew, mizoginiczne teksty, kłopotliwe relacje z żoną Kim - rana w kształcie matki, którą wielu mężczyzn nosi przez całe życie, gdy są maltretowani przez kobietę, która powinna ich najbardziej pielęgnować.

Kobieta urodziła Marshalla Mathersa 17 października 1972 roku, po ciężkim 72-godzinnym porodzie. Niemal umarła z powodu zatrucia krwi i drgawek, które doprowadziły ją do tymczasowej śpiączki. Jej ówczesny partner Bruce, jak relacjonuje Debbie, był poza domem i uprawiał seks z jedną z jej przyjaciółek.

Marshall był trochę za mały, urodził się ważąc 2,2 kg, i był na tyle chorowity, że złapał zapalenie płuc i wymagał hospitalizacji jako niemowlę. Debbie była zachwycona Marshallem, ale mogła już dostrzec jego skłonność do udawania. Od chwili, gdy go zobaczyła, "dokładnie wiedział, jak na mnie spojrzeć spod długich ciemnych rzęs i urządzić przedstawienie".

Debbie przypisuje sobie jego dar do rymowania, twierdząc, że kiedyś czytała mu rymowanki z przedszkola, ale zastępowała pewne frazy "głupimi alternatywami". Przeprowadzili się do Północnej Dakoty, gdzie Bruce podjął pracę w hotelu. Rzekomo zaczął pić whiskey i rum, wbijać jej głowę w ścianę, nazywać ją suką i rozkazywać jej. Czasami, dla odmiany, przykuwał ją do sofy i zadawał jej ciosy - wynika z jej relacji. Było coraz gorzej: zdradzał ją coraz częściej i bezczelniej, a nawet jej własny ojciec błagał ją, by zostawiła Bruce'a i zabrała dziecko. W końcu uderzył ją tak mocno, że roztrzaskał jej nos i pozostawił nieprzytomną. Wzięła Marshalla i odeszła, w końcu zebrała wystarczająco dużo na bilet kolejowy. I z tego powodu, jak pisze, przyrzekła sobie, że nigdy nie będzie miała przy sobie narkotyków ani alkoholu.

Przeprowadziła się z powrotem do rodziny, zaznaczając przy tym, że Marshall już jako dwulatek potrafił "rozchorować się" na bóle brzucha podczas tej męki. Bruce dzwonił kilka razy, by spróbować do nich wrócić, ale ostatecznie wyjechał do Kalifornii, co sprawiło, że w wieku 17 lat została samotną matką.

Od pierwszych stron pamiętnika, sens książki jest jasny: jest to korekta tekstów Eminema, które w sposób nie budzący wątpliwości charakteryzują ją jako obelżywą "kupę gówna". Ale umiejętnie gra ona w obie strony: Kocha go bez względu na wszystko i dała mu wspaniałe dzieciństwo, mimo że jest swego rodzaju potworem.

Em był łatwym dzieckiem, chociaż miał już temperament i skłonność do napadów złości niczym jego ojciec. Matka nie chciała dawać mu klapsów. Miał niewidzialnego przyjaciela - ducha Kacpra - i miał obsesję na punkcie superbohaterów. Jej zbrodnią (jeśli można to tak nazwać) była nadmierna rekompensata za brak ojca. Dwa zestawy Happy Meal, kiedy tylko zechce, figurki superbohaterów, komiksy, a wszystko to, na co ona pracuje na wielu etatach.

Miała też dar muzyczny - dołączyła do zespołu Daddy Warbucks, który grał w zajazdach Ramada. Umawiała się tylko z porządnymi mężczyznami, lekarzami i prawnikami, nie z szumowinami, ale jej brak pewności siebie był problemem i czuła, że nie jest dla nich wystarczająco ładna, zawsze była raniona. Zawsze oskarżano ją o rzeczy, których nie zrobiła: podpalenie taksówki byłego chłopaka Dona, ukrywanie siostry, która uciekła z domu. W końcu wyszła ponownie za mąż za motocyklistę o imieniu Curt, który postawił się przez nią Donowi, ale po miesiącu miodowym zaczął pić i znęcać się nad nią. Potem ją zostawił.

Każda historia jest zapierająca dech w piersiach, jeśli chodzi o jej uparte przekonanie o własnej ofiarności. Na każde twierdzenie jest odpowiedź: tak często się przeprowadzali - on uczęszczał do 20 różnych placówek, zanim rzucił szkołę w wieku 17 lat - ponieważ po tym, jak zmieniała wystrój każdego wynajmowanego mieszkania, nagle właścicielowi podobało się, jak wspaniale je urządziła i chciał je sprzedać. Nigdy też nie mieszkali w przyczepie. Domy, które wynajmowała, były zawsze ładne, w uroczych dzielnicach i nieskazitelnie czyste, a Marshall dorastał, mając wszystko, czego tylko zapragnął. Mieli tak wiele, że często oddawali jego stare zabawki katolickim organizacjom charytatywnym. Zaadoptowała nawet czwórkę dzieci, bo Marshall zawsze chciał mieć rodzeństwo. Ale pewnego dnia Marshall zamknął je w domu, a tajemniczy pożar domu sprawił, że zostały jej odebrane.

Skrupulatnie naśladując późniejszy cytat samego Eminema dla Detroit Free Press, mówi, że mieli swoje wspólne powiedzenie: "Za każdym razem, gdy przydarza nam się coś dobrego, zaraz nadciągnie coś złego".

Książka jest również, pod każdym względem, atakiem na Eminema. Marshall kochał zwierzęta, ale pewnego dnia, gdy wróciła do domu, okazało się, że uśmiercił swoją świnkę morską w mikrofalówce, bo myślał, że jest zimna. Zabił też swoje rybki, ale tylko dlatego, że nie rozumiał, jakie są delikatne. Inni ludzie nazywali jej chłopca potworem, ale ona zawsze go broniła. W szkole często się nad nim znęcano, ale on też zawsze kłamał, udawał, że jest chory albo ma złamaną nogę.

Debbie potwierdza, że w podstawówce jej syn był zastraszany i dokuczano mu, a oprawcą był zazwyczaj czarnoskóry kolega z klasy, DeAngelo Bailey, który rzekomo powalił go śnieżną kulą na tyle ciężką, że doznał urazu mózgu. Po kilkudniowej śpiączce lekarze powiedzieli jej, że będzie musiał zostać umieszczony w zakładzie, ale jej niezłomna miłość i troska uzdrowiły go, a kobieta uczyła go w domu, a nawet przeszła na zasiłek, by opiekować się nim przez całą dobę. W końcu znów był zdrowy i nawet lekarze mówili, że to cud, że wyzdrowiał.

Kobieta pozwała szkołę w 1982 roku, ale pozew został odrzucony (Eminem publicznie wyzwał swojego dręczyciela w utworze "Brain Damage", a Bailey pozwał go o milion dolarów). To uszkodzenie mózgu może być źródłem Münchhausena, o którym Eminem wspomina w "Cleanin' Out My Closet", narzędzia, które często wykorzystywała, by traktować go jak inwalidę i tłumaczyć jego twierdzenia o swoim zachowaniu.

Debbie postrzega siebie jako wiecznie poświęcającą się matkę. Wspierała Marshalla przy pierwszym, nieudanym albumie i dopingowała go przez cały czas, nawet jeśli on przedstawiał ją jako samolubną sukę. Nawet wtedy, gdy wracał do Kim, która karmiła go tabletkami w trasie i przez cały czas ich związku mówiła mu, jakim jest zerem, by nagle uznać go za niezwykle atrakcyjnego, gdy stał się sławny.

A co z pozwem? Pozwanie Marshalla o 10 milionów dolarów było kolejnym nieporozumieniem, kolejną wiktymizacją. Debbie wynajęła prawnika, żeby wyprostować sprawę - ten powiedział jej, że wszystko idzie gładko i żeby pozwoliła mu wykonywać jego pracę. Płyta, którą wydała? Zwrócono się do niej, by to zrobiła i "dano jej dosłownie pięć minut na napisanie listu otwartego do Marshalla".

Jednak w 2013 roku Eminem przeprosił swoją matkę w piosence "Headlights", w której przyznaje się do swojego gniewu w przeszłości i dziękuje jej za wychowanie go. Przynajmniej tak to było szeroko relacjonowane. Rapuje nawet, że w zasadzie są na tej samej łodzi - jak matka, tak syn - i można by pomyśleć, że to zbliży ich do siebie, ale nadal są sobie obcy.

Z fotelu obserwatora nie możemy wiedzieć, co jest prawdą, ale Eminem, ze swojej strony, pozostaje nieugięty w swojej historii, którą zawsze opowiadał. "Wszystkie leki, którymi nas karmiłaś / I jak chciałem, żebyś posmakowała swoich własnych, ale / Teraz leki przejęły ster i twój stan psychiczny powoli się pogarsza" - rapuje. "Jestem za stary, żeby płakać, ale to wszystko jest bolesne / Ale mamo, wybaczam ci, Nathan też".

Źródło: MEL Magazine

Nowoczesne społeczeństwa uprzemysłowione są nękane przez zepsute, źle ustawione zęby - stan, który w stomatologii określa się jako "malocclusion" - co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "zły zgryz". Dane ankietowe z 1998 roku sugerują, że aż jedna piąta populacji Stanów Zjednoczonych ma znaczne wady zgryzu, z których ponad połowa wymaga przynajmniej pewnego stopnia interwencji ortodontycznej. Aparaty ortodontyczne, ekstrakcje zębów i retainery to chleb powszedni dla wszystkich dentystów i ortodontów, których zadaniem jest wyprostowanie naszych stomatologicznych odchyleń. Posiadanie aparatu ortodontycznego w dzieciństwie stało się tak powszechne w świecie zachodnim, że może wydawać się rytuałem przejścia - dziś szacuje się, że 50-70% dzieci w USA będzie nosić aparat przed osiągnięciem pełnoletności. Ale co ludzie robili, aby naprawić swoje zęby przed erą nowoczesnej stomatologii, przed Novocainą, gazą i gumowymi przekładkami?

Jak się okazuje, nasi przodkowie nie cierpieli z powodu krzywych zębów w takim stopniu, jak my dzisiaj. Zapis kopalny naszego gatunku ujawnia znamienną historię: epidemia krzywych zębów rozwinęła się u ludzi z czasem. Biolog ewolucyjny, Daniel Lieberman, zauważa ten wzór w swojej książce "The Story of the Human Body":

W muzeum, w którym pracuję, znajdują się tysiące starożytnych czaszek z całego świata. Większość czaszek z ostatnich kilkuset lat to koszmar dentysty: są wypełnione ubytkami i infekcjami, zęby są stłoczone w szczęce, a około jedna czwarta z nich ma wbite zęby. Czaszki przedindustrialnych rolników są również pełne ubytków i boleśnie wyglądających ropni, ale mniej niż 5 procent z nich ma zachowane zęby mądrości. Dla kontrastu, większość łowców-zbieraczy miała niemal doskonałe zdrowie zębów. Najwyraźniej ortodonci i dentyści rzadko byli potrzebni w epoce kamiennej.

Obserwacje Liebermana potwierdza wiele dowodów. Porównanie 146 średniowiecznych czaszek z opuszczonych norweskich cmentarzy z czaszkami współczesnymi wskazało na tendencję do złego zgryzu u naszych bliższych i dalszych przodków. Czaszki osób ocenionych jako "bardzo" lub "wyraźnie" wymagające leczenia ortodontycznego stanowiły 36 procent średniowiecznej próbki i 65 procent próbki współczesnej. Dowody wad zgryzu w jeszcze wcześniejszych skamieniałościach ludzkich są niezwykle rzadkie. Szczęki myśliwych-zbieraczy niemal jednolicie ujawniają przestronne, idealne łuki dobrze ustawionych zębów, bez impaktowych zębów mądrości - wymarzony uśmiech gwiazdy filmowej, 15 tys. lat przed rozwojem przemysłu filmowego!

Co więc dzieje się z naszymi aparatami gębowymi? Dlaczego mamy dziś do czynienia z epidemią stłoczonych, niesfornych, krzywych zębów? Okazuje się, że odpowiedź leży cały czas tuż pod naszym nosem: problemem są nasze szczęki.

Kluczowym czynnikiem wywołującym wady zgryzu jest wielkość naszych szczęk. Dla zdrowego rozwoju szczęki muszą pomieścić wszystkie trzydzieści dwa zęby, które rosną w jamie ustnej. Z biegiem czasu nasze zęby stały się krzywe, ponieważ nasze szczęki zmniejszyły się. Dlaczego? Korzenie epidemii tkwią w zmianach kulturowych dotyczących ważnych codziennych czynności, o których rzadko myślimy, takich jak żucie, oddychanie czy pozycja szczęki w spoczynku, a zmiany te z kolei zostały wywołane przez o wiele większy rozwój społeczno-historyczny - a mianowicie industrializację.

Nasza górna szczęka wydaje się być tylko podstawą naszej czaszki, ale w rzeczywistości tworzą ją dwie kości, po jednej z każdej strony, połączone razem. Nasza dolna szczęka, zwana technicznie żuchwą, jest również zbudowana z dwóch kości. Jeśli szczęki rozwijają się prawidłowo, mają wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich zębów, a zęby dobrze do siebie pasują. Zarówno górna, jak i dolna szczęka mogą się poruszać i zmieniać w procesie rozwoju. Ale proces ten ulega stopniowym zmianom od czasu, gdy nasi przodkowie zaczęli używać narzędzi, gotować, zaprzestali mobilnego życia łowców-zbieraczy i osiedlili się, by uprawiać rolnictwo około 10 tys. lat temu.

Antropolodzy donoszą, że rozmiar ludzkich ust od dawna się kurczy. Ponieważ ludzie używają kamiennych narzędzi od co najmniej 3,3 miliona lat, może to wskazywać czas, w którym nastąpiło to kurczenie się. Narzędzia kamienne umożliwiły szybsze przejście na dietę mięsożerną, ponieważ możliwość krojenia mięsa na małe kawałki zmniejszyła ilość żucia wymaganego do wydobycia pożywienia. Mniej żucia zmniejszyło zapotrzebowanie na duże, potężne szczęki. Pojawienie się rolnictwa przyspieszyło ten trend. Jak zauważył antropolog Clark Larsen, "nastąpiło dramatyczne zmniejszenie rozmiarów twarzy i szczęk wszędzie tam, gdzie ludzie przeszli od zbieractwa do rolnictwa". Powierzchownym rezultatem jest wada zgryzu.

U podstaw problemu leży fakt, że wkroczyliśmy w świat ery kosmicznej z genami z epoki kamienia łupanego - genami, które ewoluowały w celu wytworzenia szczęk dostosowanych do diety łowców-zbieraczy. Dzisiejsza epidemia szczęk jest ukryta za tym, co powszechne. Jej najbardziej oczywiste objawy są ustne i twarzowe: krzywe zęby (i towarzyszące im powszechne stosowanie aparatów ortodontycznych), cofające się szczęki, uśmiech, w którym widać dużo dziąseł, oddychanie przez usta i przerywane oddychanie podczas snu. Jest to kłopot, ale nie "epidemia" - przynajmniej dopóki nie dostrzeże się związku między wadami zgryzu a całym szeregiem następstw zdrowotnych.

Jeśli szczęki nie rozwijają się prawidłowo, cofająca się szczęka dolna (żuchwa) może obciążać drogi oddechowe. Problemy związane ze współczesnym rozwojem szczęki, twarzy i dróg oddechowych dopiero teraz zaczynają być odkrywane, głównie dzięki pracy wielu zaangażowanych naukowców i lekarzy, którzy zaobserwowali dramatyczne zmiany w budowie twarzy, które korelują z częstszym występowaniem chorób przewlekłych. Zmniejszenie rozmiarów dróg oddechowych może, na przykład, ostatecznie prowadzić do problemów z oddychaniem, takich jak bezdech senny, który sam w sobie stał się istotnym czynnikiem zdrowia publicznego. Około 20 procent dorosłych Amerykanów jest dotkniętych tą przypadłością, a około 3 procent ma na tyle poważny przypadek, że powoduje on senność w ciągu dnia. Jednak senność to najmniejszy problem: aż połowa wszystkich pacjentów kardiologicznych cierpi na tę chorobę. Bezdech senny wydaje się również generować problemy psychiczne, w tym obniżone IQ, skrócony czas koncentracji uwagi i trudności z pamięcią.

Na to, że choroby, o których właśnie wspomniano, są związane z nowoczesną cywilizacją, silnie wskazuje brak ich objawów w zapisach ewolucyjnych i historycznych. Nasi łowiecko-zbieraccy przodkowie mieli przestronne szczęki, z ciągłym, gładko zakrzywionym łukiem zębów w każdej szczęce, w tym trzecie zęby trzonowe ("zęby mądrości") na tylnych końcach łuków. Dziś brak wyrzynania się tych ostatnich trzonowców - aby nasze zęby mądrości zdrowo wyrosły z dziąsła - stał się zbyt powszechnym zjawiskiem, które często prowadzi do ekstrakcji zęba i związanych z tym obciążeń w postaci bólu, obrzęku, siniaków, infekcji i ogólnego dyskomfortu. Jednak przy odpowiednim podejściu do diety, nawyków żywieniowych, wzorców oddychania i ogólnej postawy jamy ustnej (sposobu, w jaki trzymamy szczęki w spoczynku), wiele aspektów tej epidemii, takich jak wbijanie się zębów trzonowych, można by złagodzić lub całkowicie uniknąć. Szczęki mogłyby powrócić do swoich łowiecko-zbierackich wzorców wzrostu.

Najważniejsze jest to, że nasze (i naszych dzieci) zdrowie i szczęście może być zagrożone z powodu nawyków, nad którymi większość z nas nigdy się nie zastanawia. Jednak to, jak jemy, może być tak samo ważne jak to, co jemy - to, jak oddychamy, może być tak samo ważne jak to, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy. Z kolei to, jak śpimy, może być tak samo ważne jak to, jak długo śpimy. Wszystkie te aspekty są kluczowe dla epidemii szczęk i stanowią element ogólnego zdrowia jamy ustnej i twarzy. Często mówi się, że twarz jest oknem do duszy, ale jest to również okno na stan zdrowia osoby, która się za nią kryje. Dziąsłowe uśmiechy, krzywe zęby, rozchylone usta to widoczne sygnały, które wskazują na potencjalnie znacznie poważniejsze problemy zdrowotne. Aby rozwiązać te problemy, musimy skupić się na zdrowym rozwoju naszych szczęk.

Źródło: Stanford Press

Australijscy naukowcy twierdzą, że jad pszczeli w warunkach laboratoryjnych niszczy agresywne komórki raka piersi.

Jad - i zawarty w nim związek zwany melityną - został wykorzystany przeciwko dwóm trudnym do leczenia typom raka: potrójnie ujemnemu i wzbogaconemu o HER2.

Odkrycie zostało opisane jako "ekscytujące", ale naukowcy ostrzegają, że potrzebne są dalsze testy.

Rak piersi jest najczęstszym nowotworem dotykającym kobiety na całym świecie. Podczas gdy istnieją tysiące związków chemicznych, które mogą zwalczać komórki rakowe w warunkach laboratoryjnych, naukowcy twierdzą, że niewiele z nich może być produkowanych jako lek dla ludzi.

Jad pszczeli okazał się również mieć właściwości przeciwnowotworowe w przypadku innych rodzajów raka, takich jak czerniak.

Badanie przeprowadzone przez Harry Perkins Institute of Medical Research w zachodniej Australii zostało opublikowane w szanowanym czasopiśmie Nature Precision Oncology.

Co odkryli badacze?

Przetestowano jad pochodzący od ponad 300 pszczół i trzmieli. Wyciągi z pszczoły miodnej okazały się "niezwykle silne", powiedziała Ciara Duffy, 25-letnia doktorantka, która kierowała badaniami.

Stwierdzono, że jedno stężenie jadu zabija komórki rakowe w ciągu godziny, przy minimalnej szkodzie dla innych komórek. Ale toksyczność wzrastała w przypadku innych poziomów dawki.

Naukowcy odkryli również, że związek melityny sam w sobie był skuteczny w "wyłączaniu" lub zakłócaniu wzrostu komórek nowotworowych.

Melityna występuje naturalnie w jadzie pszczoły miodnej, ale może być również wytwarzana syntetycznie.

Tradycyjnie, potrójnie ujemny rak piersi - jeden z najbardziej agresywnych typów - był leczony za pomocą chirurgii, radioterapii i chemioterapii. Stanowi on 10-15% nowotworów piersi.

Czy będzie można to wykorzystać w przyszłości?

W 2020 roku główny naukowiec instytutu określił badania jako "niewiarygodnie ekscytujące". - Co istotne, to badanie pokazuje, w jaki sposób melityna zakłóca szlaki sygnalizacyjne w komórkach raka piersi, aby zmniejszyć ich replikację - powiedział prof. Peter Klinken. - To zapewnia kolejny wspaniały przykład tego, gdzie związki w przyrodzie mogą być stosowane w leczeniu chorób człowieka.

Naukowcy ostrzegają jednak, że potrzeba więcej pracy, aby sprawdzić, czy jad mógłby rzeczywiście działać na większą skalę jako lek zwalczający raka.

Inni badacze raka zgadzają się z tym stwierdzeniem. - To bardzo wczesne dni badań - powiedział prof. Alex Swarbrick z Garvan Institute of Medical Research w Sydney.

- Wiele związków może zabić komórki raka piersi w naczyniu lub u myszy. Ale od tych odkryć do czegoś, co może zmienić praktykę kliniczną, jest jeszcze długa droga - skwitował w rozmowie z BBC.

Źródło: BBC

4 czerwca 2011 brytyjskie siły wywiadowcze włamały się na stronę internetową anglojęzycznego magazynu Al-Kaidy - Inspire - i zastąpiły instrukcje tworzenia bomb przepisem na jedną z ulubionych babeczek Ellen Degeneres.

Tajną bronią w Main Street Cupcakes, małej piekarni w Rocky River (Ohio), zawsze były babeczki mojito - białe ciasto rumowe z dodatkiem limonki i mięty - smakujące niemal zupełnie jak słynny drink, ale słodsze. Jednak współwłaścicielki piekarni siostry Sarah Forrer i Kimberly Martin powiedziały, że nie były zbyt szczęśliwe, kiedy dowiedziały się o nowym powodzie uzyskania rozgłosu przez ich biznes.

- Dostałam powiadomienie na mój telefon i z pewnością nie byłam szczęśliwa widząc Main Street Cupcakes w tym samym zdaniu co Al Kaida - powiedziała Forrer w rozmowie z ABC News.

Z pewnością jednak MI6, brytyjska wersja CIA, była zadowolona z tej wiadomości. W ramach operacji cyberwojny urzędnicy brytyjskiego wywiadu włamali się do Inspire, magazynu Al-Kaidy, w którym przyszli terroryści wymieniają się strategiami i planami. Kiedy czytelnicy próbowali ściągnąć 67-stronicowy magazyn, zamiast otrzymać publikację pt. "Zrób bombę w kuchni swojej mamy" autorstwa "The AQ Chef", otrzymali zagmatwany kod komputerowy. Po rozszyfrowaniu, kod prowadził do przepisu na babeczki mojito z Main Street.

MI6 usunęłą również artykuły Osamy bin Ladena, jego zastępcy Aymana al-Zawahiriego oraz fragment zatytułowany "What to Expect in Jihad".

Portal był wówczas prowadzony przez radykalnego przywódcę islamskiego Anwara al-Awlakiego, jednego z liderów AQAP. Al-Awlaki miał podwójne obywatelstwo - jemeńskie i amerykańskie, ale powszechnie wiadomo było, że ukrywa się w Jemenie. Jego współpracownik Samir Khan z Północnej Karoliny redagował portal wraz z nim. Odkąd MI6 włamało się do serwisu, został on ponownie wydany. Al-Awlaki został zabity 30 września 2011 w wyniku nalotu amerykańskiego samolotu bezzałogowego MQ-1 Predator w jemeńskiej muhafazie Marib.

Jeśli chodzi o piekarnię Main Street Cupcakes, nie miała ona nic wspólnego z Operacją Cupcake.

-Zdecydowanie uznaliśmy to za surrealistyczne doświadczenie. Zapewniam was, że za naszą babeczką nie kryje się nic złowrogiego - powiedziała Forrer.

Źródło: ABC News

Śmierć jednostki może mieć silny wpływ na nasze emocje, ale wraz z rosnącą liczbą zmarłych rośnie nasza obojętność. Dlaczego?

"Jeśli spojrzę na tłum, nigdy nie będę działać. Jeśli spojrzę na jednostkę, będę działać". Są to słowa kobiety, której czyny miłosierdzia i dobroci przyniosły jej świętość - Matki Teresy.

Stanowią one przykład jednego z najbardziej zadziwiających aspektów ludzkiej reakcji na trudną sytuację innych. Podczas gdy większość z nas postrzega pojedynczą śmierć jako tragedię, możemy mieć trudności z taką samą reakcją na utratę życia na dużą skalę. Najczęściej śmierć wielu osób staje się po prostu statystyką.

Przykładowo miliony istnień ludzkich utraconych w wyniku klęsk żywiołowych, wojen lub głodu stają się zbyt wielkie, by je pojąć.

Nawet teraz możemy zaobserwować ten sam dziwny proces, gdy wzrasta światowa liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. Liczba ofiar śmiertelnych wirusa przekroczyła już 2 miliony, a na całym globie odnotowano ponad 112 milionów przypadków. Każda śmierć jest tragedią, która rozgrywa się na poziomie indywidualnym, a rodziny są wstrząśnięte i pogrążone w żałobie. Ale jak my to widzimy - czy ktoś jest w stanie ogarnąć tak wielkie liczby?

W Stanach Zjednoczonych, które niedawno osiągnęły ponury kamień milowy 500 tys. ofiar, dziennikarze szukają sposobów, aby pomóc ludziom zrozumieć zakres problemu. Liczba ta jest "dziesięć razy większa niż liczba Amerykanów straconych podczas całej wojny w Wietnamie" i "przekracza liczbę ofiar śmiertelnych amerykańskich wojsk w każdym konflikcie od czasów wojny koreańskiej".

Jednak nasza niezdolność do zrozumienia cierpienia, jakie niosą ze sobą takie liczby, może zaszkodzić sposobowi, w jaki reagujemy na takie tragedie. Nawet teraz istnieją dowody na to, że ludzie cierpią na zmęczenie wiadomościami o koronawirusie i mniej czytają o pandemii.

Może to być spowodowane, po części, psychologicznym zjawiskiem znanym jako psychiczne odrętwienie, ideą, że "im więcej ludzi umiera, tym mniej nas to obchodzi".

- Szybkie, intuicyjne przeczucie jest pod wieloma względami cudowne, ale ma też pewne wady - mówi Paul Slovic, psycholog z University of Oregon, który od dziesięcioleci bada psychiczne odrętwienie. - Jedną z nich jest to, że nie radzi sobie zbyt dobrze z liczbami w kategoriach wielkości. Jeśli mówimy o życiu, to jedno życie jest niezwykle ważne i cenne i zrobimy wszystko, aby je chronić, uratować, ocalić tę osobę. Ale gdy liczby rosną, nasze uczucia nie wzrastają proporcjonalnie.

W rzeczywistości badania Slovica sugerują, że w miarę jak liczby statystyczne związane z tragedią stają się coraz większe, stajemy się znieczuleni i mniej emocjonalnie na nie reagujemy. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia przez nas działań niezbędnych do powstrzymania ludobójstwa, wysyłania pomocy po klęskach żywiołowych czy uchwalania przepisów zwalczających globalne ocieplenie. W przypadku pandemii, może to prowadzić do pewnego rodzaju apatii, która sprawia, że ludzie stają się obojętni na mycie rąk lub noszenie maseczek - oba te czynniki okazały się ograniczać przenoszenie wirusa.

Częścią problemu może być to, że w miarę jak liczby stają się coraz większe, coraz mniej znaczą dla nas osobiście.

- Z ewolucyjnego punktu widzenia skupialiśmy się na rzeczach, które groziły nam natychmiastową śmiercią, lub na interakcjach w małych grupach - mówi Melissa Finucane, starszy behawioralista i socjolog w zarządzie Rand Corporation, która badała proces podejmowania decyzji i ocenę ryzyka. - Teraz próbujemy zrozumieć bardzo złożone scenariusze ryzyka, w których dostępnych jest wiele danych statystycznych. Ale przeciętny człowiek, który nie jest analitykiem statystycznym lub epidemiologiem, nie ma narzędzi, których potrzebujemy na wyciągnięcie ręki, aby dokonać osądu czegoś tak rozległego i złożonego jak globalna pandemia.

Może to mieć jednak poważne konsekwencje odnośnie tego, jak radzimy sobie w obliczu tragedii na dużą skalę.

W serii badań przeprowadzonych w Szwecji w 2014 roku, Slovic i jego koledzy wykazali, że nie tylko stajemy się odrętwiali na znaczenie rosnących liczb, ale nasze współczucie może faktycznie zanikać lub załamywać się ogólnie wraz ze wzrostem liczby.

Uczestnikom pokazano zdjęcie biednego dziecka lub zdjęcie dwojga biednych dzieci i zapytano ich o gotowość do przekazania datku. Zamiast czuć się dwa razy bardziej smutni i dwa razy bardziej chętni do pomocy, ludzie przekazywali mniej datków, gdy widzieli dwoje dzieci zamiast jednego. Slovic twierdzi, że dzieje się tak dlatego, że jednostka jest dla ludzi najłatwiejszym modułem do zrozumienia i wykazania empatii.

- Jeśli widzisz jedno dziecko, możesz skupić się na nim - mówi Slovic. - Możesz myśleć o tym, kim jest i jak jest podobne do twojego własnego dziecka. Możesz skoncentrować się głębiej na jednej osobie niż na dwóch. Przy dwójce twoja uwaga zaczyna słabnąć, podobnie jak uczucia. A uczucia są tym, co kieruje naszym zachowaniem.

Badania Slovica wykazały również, że pozytywne uczucia związane z darowizną dla jednego dziecka, czyli "ciepły blask", zmniejszały się, gdy ludziom przypominano o dzieciach, którym nie byli w stanie pomóc, a zjawisko to on i jego koledzy nazywają "pseudo-nieefektywnością".

Uczestnikom biorącym udział w badaniu pokazano zdjęcia pojedynczego dziecka, ale połowa z nich otrzymała również statystyki dotyczące liczby innych osób głodujących w regionie, z którego pochodziło dziecko. Jest to dokładnie takie podejście, jakie wielu z nas widziało w filmach charytatywnych po katastrofach naturalnych.

- Myśleliśmy, że jeśli pokażemy, jak poważny jest to problem, ludzie będą bardziej zmotywowani do pomocy - mówi Slovic. Zamiast tego, darowizny spadły o połowę, gdy zdjęcie zawierało statystyki. Częściowo przyczyną takiego zachowania jest to, że w gruncie rzeczy jesteśmy raczej egoistycznymi istotami.

- Przekazujemy darowizny, ponieważ chcemy pomóc, ale to również sprawia, że czujemy się dobrze - mówi Slovic. - Nie jest tak dobrze pomóc dziecku, gdy zdajesz sobie sprawę, że jest ono jednym na milion. Czujesz się źle, że nie możesz pomóc wszystkim i te złe uczucia pojawiają się, mieszają się z dobrymi uczuciami i dewaluują je.

Ma to również związek z tym, jak duży wpływ przewidują ludzie dla swoich czynów. Gdy liczba cierpiących lub umierających w tragedii rośnie, nasze datki i wysiłki coraz bardziej wydają się być kroplą w morzu.

W badaniach przeprowadzonych przez Slovica i jego kolegów po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, kiedy to w ciągu 100 dni zginęło 800 tys. ludzi, a miliony zostały przesiedlone, poproszono grupę ochotników, aby wyobrazili sobie, że są przedstawicielem sąsiedniego kraju odpowiedzialnym za obóz dla uchodźców. Mieli zdecydować, czy pomóc 4500 uchodźcom w zapewnieniu dostępu do czystej wody, czy też nie. Połowie powiedziano, że obóz daje schronienie dla 250 tys. osób, a pozostałym, że ma 11 tys. uchodźców.

- Ludzie byli znacznie bardziej skłonni do ochrony 4500 osób z 11000 niż z 250000, ponieważ reagują na proporcję, a nie na rzeczywistą liczbę - mówi Slovic. - W pierwszym scenariuszu wydaje się, że nie warto. Ale jeśli możesz zmniejszyć ilość osób, które cierpią prawie o połowę, to wydaje się, że to wielka sprawa, nawet jeśli wciąż jest to ta sama liczba osób.

Oczywiście, istnieją powody, dla których niektórzy ludzie decydują się całkowicie unikać smutnych wiadomości lub głębokiego myślenia o tragediach. Wielokrotne oglądanie wiadomości o brutalnych wydarzeniach jest związane z wyższym poziomem ostrego stresu, który może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.

Jedno z badań przeprowadzonych po zamachu bombowym na maratonie w Bostonie w 2013 r. wykazało, że uczestnicy, którzy śledzili relacje z ataku przez sześć lub więcej godzin dziennie w tygodniu następującym po tym wydarzeniu, byli dziewięciokrotnie bardziej narażeni na zgłoszenie wysokiego poziomu ostrego stresu nawet kilka tygodni później.

- Jest to również schemat cykliczny - mówi Roxane Silver, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine i jedna z autorek badania. - Im bardziej jesteś zestresowany, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziesz zaangażowany w obserwowanie mediów. I może być trudno wyłamać się z tego schematu, zwłaszcza gdy wiadomości są złe. Im więcej wiadomości, tym więcej stresu, im więcej stresu tym więcej wiadomości.

Podczas gdy oglądanie wiadomości dla aktualizacji o najnowszych zasadach obostrzeń i rozprzestrzeniania się wirusa było ważne podczas koronawirusa, jest to źródło rosnącego poziomu niepokoju dla wielu ludzi podczas pandemii.

- To nie jest psychologicznie korzystne i prawdopodobnie będzie związane z niepokojem, obawami, zmartwieniem i strachem, a potencjalnie i smutkiem - mówi Silver. Zamiast pogrążać się w wiadomościach, sugeruje ona wybranie garstki stron i sprawdzanie ich nie więcej niż dwa razy dziennie.

Źródło: BBC

Zdolność do wykonywania prostych codziennych czynności może mieć duże znaczenie w życiu człowieka, zwłaszcza w przypadku osób z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Zespół naukowców pod kierownictwem UCLA donosi, że sześć osób z poważnymi urazami rdzenia kręgowego - w tym trzy całkowicie sparaliżowane - po raz pierwszy od lat odzyskało władzę w rękach i palcach po poddaniu się niechirurgicznej, nieinwazyjnej procedurze stymulacji rdzenia kręgowego opracowanej przez badaczy.

Na początku badania, trzech uczestników nie mogło w ogóle poruszać palcami, żaden nie mógł przekręcić klamki jedną ręką lub odkręcić nakrętki od plastikowej butelki z wodą. Każdy z nich miał również duże trudności z używaniem telefonu komórkowego. Po zaledwie ośmiu prowadzonych przez naukowców sesjach treningowych z wykorzystaniem stymulacji rdzeniowej, u wszystkich sześciu osób nastąpiła znaczna poprawa. Uczestnicy badania mieli przewlekły i ciężki paraliż od ponad roku, a niektórzy od ponad 10 lat.

Od czasu przed pierwszą sesją do końca ostatniej, uczestnicy poprawili swoją siłę chwytu.

- Mniej więcej w połowie sesji mogłam otworzyć drzwi do sypialni lewą ręką po raz pierwszy od czasu mojego urazu i mogłam otworzyć nowe butelki z wodą, podczas gdy wcześniej ktoś inny musiał to robić za mnie - powiedziała Cecilia Villarruel, jedna z uczestniczek, której uraz był wynikiem wypadku samochodowego, do którego doszło 13 lat wcześniej. - Większość osób po urazie rdzenia kręgowego mówi, że chce po prostu znów chodzić do łazienki jak normalny człowiek - dodała. - Małe osiągnięcia, takie jak otwieranie słoików, butelek i drzwi, umożliwiają osiągnięcie poziomu niezależności i samodzielności, który jest dość satysfakcjonujący i ma głęboki wpływ na życie ludzi.

Oprócz odzyskania możliwości posługiwania się palcami, uczestnicy badania odnieśli również inne korzyści zdrowotne, w tym poprawili ciśnienie krwi, funkcjonowanie pęcherza moczowego, układu krążenia oraz zdolność do siedzenia w pozycji wyprostowanej bez podparcia.

- W ciągu dwóch lub trzech sesji wszyscy zaczęli wykazywać znaczącą poprawę i od tego momentu nadal się rozwijali - powiedział główny autor badania, naukowiec z UCLA Parag Gad.

- Po zaledwie ośmiu sesjach mogli robić rzeczy, których nie byli w stanie robić od lat - powiedział V. Reggie Edgerton, starszy autor badań i profesor biologii integracyjnej i fizjologii, neurobiologii i neurochirurgii z UCLA.

- Jest to największe odnotowane odzyskanie możliwości używania rąk, jakie odnotowano u pacjentów z tak poważnymi urazami rdzenia kręgowego - powiedział Edgerton.

Naukowcy umieścili elektrody na skórze, aby stymulować obwody rdzenia kręgowego. Swoją metodę nazwali "przezskórnym umożliwieniem kontroli motorycznej" lub w angielskim skrócie "tEmc". W stymulacji prąd elektryczny jest aplikowany z różną częstotliwością i intensywnością do określonych miejsc na rdzeniu kręgowym.

Podczas sesji treningowych uczestnicy ściskali mały przyrząd do chwytania 36 razy (18 razy każdą ręką) i utrzymywali swój chwyt przez trzy sekundy - badacze mierzyli ilość użytej przez nich siły. Trening składał się z dwóch sesji tygodniowo przez cztery tygodnie - każda z ośmiu sesji trwała około 90 minut.

- Połączenie stymulacji rdzenia kręgowego i treningu z rękami pozwala im odzyskać utraconą funkcję - powiedział Gad. - Byli mniej zależni od swoich opiekunów, mogli sami się karmić i ubierać - dodał.

Dwie z sześciu osób wróciły do laboratorium Edgertona 60 dni po zakończeniu treningu i zachowały siłę chwytu - mogły przekręcić klamkę jedną ręką, odkręcić kapsel od butelki i użyć widelca jedną ręką (cztery pozostałe osoby nie powróciły do laboratorium. Badani mieszkają w Nowym Jorku, Minnesocie i innych miejscach).

Badania zostały opublikowane online w 2018 roku w Journal of Neurotrauma.

Według Fundacji Christophera i Dany Reeve'ów ponad 1,2 miliona Amerykanów żyje z paraliżem spowodowanym urazami rdzenia kręgowego. Setki tysięcy ludzi w Stanach Zjednoczonych straciło kontrolę nad ważnymi funkcjami ciała w wyniku takich urazów, w tym nad rękami i palcami.

- Poprawa funkcji ręki może oznaczać różnicę między koniecznością całodobowej opieki a bardziej niezależnym życiem - powiedział Peter Wilderotter, prezes i dyrektor generalny Fundacji Reeve'ów. - Te odkrycia przynoszą wielką nadzieję tym, którym powiedziano, że powrót do zdrowia po paraliżu będzie niemożliwy. W miarę odkrywania nowych i przełomowych rozwiązań, staje się jasne, że słowo 'niemożliwe' nie dotyczy już urazów rdzenia kręgowego.

Zespół badawczy Edgertona pracował z ponad dwoma tuzinami osób z ciężkimi urazami rdzenia kręgowego, z których zdecydowana większość wykazała znaczną poprawę.

Prawie wszyscy uważali, że jedynymi osobami, które mogą odnieść korzyści z leczenia, są osoby, które doznały urazu w okresie krótszym niż rok - do niedawna panował taki właśnie dogmat. Teraz wiemy, że jest on nieaktualny - powiedział Edgerton, który jest również związany z Centrum Neuronauki i Medycyny Regeneracyjnej Uniwersytetu Technologicznego w Sydney w Australii. - Wszyscy nasi badani byli sparaliżowani przez ponad rok. Wiemy, że u dużego odsetka uczestników, którzy doznali poważnych obrażeń, możemy poprawić jakość ich życia.

Edgerton stara się o zatwierdzenie przez FDA urządzenia do kontroli motorycznej, aby mogło być ono używane przez kliniki rehabilitacyjne i inne. Jest on w stanie przyjąć do swojego programu badawczego tylko niewielką liczbę osób.

Metoda stymulacji kręgosłupa jest niedroga, nie wymaga operacji i może być stosowana w biednych społecznościach i krajach bez zaawansowanego zaplecza medycznego - "a efekty są pod pewnymi względami, jak sądzimy, lepsze niż operacja" - skomentował Edgerton.

- Odbieram wiele krytyki za dawanie 'fałszywej nadziei', ale podążamy tam, gdzie nauka każe nam iść i po prostu podajemy wyniki badań - kontynuuje. - Wszystko mówi nam, że układ nerwowy jest o wiele bardziej adaptacyjny niż to, za jakiego go uznaliśmy i może się uczyć na nowo i odzyskać sprawność po ciężkim urazie.

Współautorami projektu są: Sujin Lee (lekarz z Veterans Affair Healthcare System Spinal Cord Injury and Disorders Center w Long Beach), Nicholas Terrafranca (dyrektor generalny NeuroRecovery Technologies - firmy technologii medycznej, której Edgerton jest współzałożycielem, a która pomaga przywrócić ruch u pacjentów z paraliżem), Hui Zhong (naukowiec w laboratorium Edgertona), Amanda Turner (była asystentka administracyjna Edgertona, która pomagała w rekrutacji i selekcji uczestników badań) oraz Jurij Gerasimenko (dyrektor laboratorium fizjologii ruchu w rosyjskim Instytucie Pawłowa i pracownik naukowy wydziału biologii integracyjnej i fizjologii UCLA).

Badania zostały sfinansowane przez Fundację Christophera i Dany Reeve'ów, Narodowy Instytut Obrazowania Biomedycznego i Bioinżynierii przy Narodowym Instytucie Zdrowia, Fundację Dany i Alberta R. Broccoli oraz Fundację Walkabout.

Źródło: UCLA

niedziela, 21 luty 2021 09:23

Pokojowa wojna 335-letnia

Wojna 335-letnia to nazwa nadana pokojowej wojnie między Holandią a wyspami Scilly, która trwała przez 335 lat bez odnotowanego ani jednego wystrzału.

Początków konfliktu należy szukać w drugiej angielskiej wojnie domowej (1642-1648), toczonej między rojalistami a parlamentarzystami w latach 1642-1652. Oliver Cromwell zwalczał rojalistów na krańcach królestwa, a na południu Anglii oznaczało to, że Kornwalia była ostatnią twierdzą rojalistów. W 1648 r. Cromwell parł naprzód, aż w końcu Kornwalia znalazła się w rękach parlamentarzystów.

Głównym atutem rojalistów była marynarka wojenna, która opowiedziała się za księciem Walii. Na południu marynarka rojalistów została zmuszona do wycofania się na wyspy Scilly, będące w posiadaniu rojalisty Sir Johna Grenville'a.

Sojusz marynarki holenderskiej

Marynarka Zjednoczonych Prowincji Niderlandów była sprzymierzona z parlamentarzystami. Niderlandy były wspierane przez Brytyjczyków pod wodzą królowej Elżbiety I w wojnie osiemdziesięcioletniej, która doprowadziła do uniezależnienia się Holandii od Hiszpanii w styczniu 1648 roku.

Holenderska marynarka ponosiła ciężkie straty w wyniku działań floty rojalistycznej stacjonującej w Scilly. Admirał Maarten Harpertszoon Tromp (1597-1653) zażądał od floty rojalistycznej zadośćuczynienia za holenderskie statki i towary przez nią przejęte. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, Tromp wypowiedział wojnę. W 1651 r. wojna została wypowiedziana konkretnie wyspom Scilly.

Poddanie się rojalistów

Wkrótce po wypowiedzeniu wojny Wyspom Kornwalijskim, siły parlamentarzystów pod dowództwem admirała Roberta Blake'a (1599-1657) zmusiły flotę rojalistów do kapitulacji w czerwcu 1651 roku. Oznaczało to, że flota holenderska nie była już zagrożona, więc odpłynęła bez wystrzału. Ze względu na wojenną niejasność deklaracji narodu wobec małej części kraju, Holendrzy zapomnieli oficjalnie ogłosić pokój.

Deklaracja

Według Whitelocke's Memorials, list z 17 kwietnia 1651 roku wyjaśnia: "Tromp przybył do Pendennis i poinformował, że był na Scilly, aby zażądać reparacji za holenderskie statki i dobra przez nie zabrane. Nie otrzymawszy zadowalającej odpowiedzi, wypowiedział im wojnę".

Ponieważ większość Anglii była teraz w rękach parlamentarzystów, wojnę wypowiedziano właśnie wyspom Scilly.

Traktat pokojowy

W 1985 roku lokalny radny i historyk, Roy Duncan, napisał do Ambasady Holenderskiej w Londynie w związku z mitem o niepodpisaniu traktatu pokojowego. Ambasada holenderska uznała te mity za prawdziwe i została zaproszona na wyspy w celu podpisania traktatu pokojowego. Traktat ten został podpisany między przewodniczącym Rady Wysp Scilly, Royem Duncanem, a ambasadorem holenderskim w Londynie, Jonkheerem Huydecoperem, 17 kwietnia 1986 roku - 335 lat po wypowiedzeniu wojny.

Autentyczność

Bowley twierdzi , że list w Whitelock's Memorials jest prawdopodobnym źródłem legendy o "wypowiedzeniu wojny": "Tromp nie miał zgody od swojego rządu, by wypowiedzieć wojnę rebeliantom na Scilly (...) ale przybył, by spróbować - poprzez pokaz siły, groźby, a nawet być może przemoc, choć nigdy do tego nie doszło - starać się o zadośćuczynienie za piractwo rojalistów, ale bez uciekania się do jakichkolwiek działań, które mogłyby urazić Królestwo. (...) nawet jeśli (wypowiedzenie wojny) nastąpiłoby w 1651 r., wszystkie sprawy z tym związane zostałyby rozwiązane w 1654 r. w ramach traktatu między Anglią a Zjednoczonymi Prowincjami, zawartego na zakończenie I wojny holenderskiej."

Źródło: Scilly News

Około osiem lat temu zakład przetwórstwa owoców morza w Osace dokonał znacznej redukcji zatrudnienia w celu poprawy wydajności. Nie zwolniono jednak żadnych osób, a raczej odrzucono całą koncepcję harmonogramu pracy.

Teraz wszyscy pracownicy mogą przychodzić i wychodzić, kiedy tylko chcą i mogą wziąć dzień wolny bez konieczności zgłaszania się do pracy. Jedyne, co muszą zrobić, to poinformować kierownictwo o tym, jak długo pracowali, zapisując to na tablicy przed wyjściem.

Żelazna logika odradzałaby taki ruch bo przecież nie zmuszanie pracowników do przychodzenia do pracy spowoduje, że nikt nie będzie przychodził do pracy. Ale jeśli się nad tym zastanowić, dlaczego ludzie nie chcieliby wspierać firmy, która daje im taką wolność? Gdyby brali każdy dzień wolny, firma po prostu zbankrutowałaby, a oni musieliby wrócić do znoju obowiązkowej pracy gdzie indziej.

Mimo wszystko to nadal wielkie ryzyko, ale firma o trafnej nazwie "Papua Nowa Gwinea" postanowiła je podjąć i zaufała pracownikom, że sami będą zarządzać swoimi godzinami pracy. W rezultacie wydajność pracy podobno wzrosła, a koszty zarządzania spadły o 30 procent.

Inne niebezpieczeństwo polega na tym, że bez koordynacji czasu pracy zdarzałyby się przypadki poważnych braków kadrowych. Jednak "Papua Nowa Gwinea" działa w ten sposób od ośmiu lat i odnotowała tylko dwa dni, w których wszyscy pracownicy mieli wolne w tym samym czasie. Stwierdzili, że nadrabiają takie dni w momencie, gdy wielu pracowników pojawia się w tym samym czasie.

Zanim pomyślicie, że Papua Nowa Gwinea to jakaś beztroska organizacja, trzeba podkreślić, że mają jedną zasadę, którą traktują bardzo poważnie - pracownicy nie powinni podejmować się obowiązków, których nie chcą wykonywać.

Powód jest bardzo prosty: ludzie mają tendencję do wolniejszej pracy, kiedy robią rzeczy, które nie sprawiają im przyjemności. Tak więc, jeśli każdy wykonuje swoje ulubione zadania, ogólna produktywność osiąga najwyższy poziom.

Jeśli nie lubisz żadnych prac związanych z krewetkami, prawdopodobnie nie powinieneś ubiegać się o pracę w Papui Nowej Gwinei, gdzie do zadań należą: rozmrażanie, ważenie, sortowanie, usuwanie skorupek, gotowanie, pakowanie w worki i pakowanie próżniowe tych smacznych, małych skorupiaków.

Siła robocza w Papui Nowej Gwinei składa się w dużej mierze z matek, które mogą uwolnić się od ciężaru martwienia się o to, co stanie się w pracy, gdy ich dzieci zachorują lub ulegną wypadkowi. Innym pracownikiem jest mężczyzna w średnim wieku, który nigdy wcześniej nie pracował, ale w końcu mógł się na to zdobyć dzięki elastycznemu harmonogramowi.

Gdyby tego wszystkiego było mało, w tej sytuacji wygrywa nie tylko firma i pracownicy, ale także społeczeństwo. Firma ta przygotowuje jedzenie, które spożywają obywatele, a dzięki zadowolonym i skoncentrowanym na pracy pracownikom można czuć się trochę bezpieczniej, gdyż jedzenie jest przygotowywane w sposób prawidłowy.

Źródło: SoraNews 24

Holenderska flota utknęła w lodzie. Wysłano grupę francuskich żołnierzy, by ją zdobyli. Co mogło pójść nie tak? Wojny rewolucyjnej Francji trwały dekadę, ale ich najdziwniejszy moment trwał zaledwie kilka dni.

Bitwa o Texel pozostaje jedynym przypadkiem w historii, w którym oddział kawalerii - żołnierzy na koniach - zdobył flotę statków. Miało to miejsce w 1795 roku, choć trzeba dodać, że... nie była to do końca bitwa.

Zima 1794-1795 była w Holandii wyjątkowo mroźna, a kiedy nadeszła burza, holenderska flota zakotwiczona w cieśninie Marsdiep próbowała schronić się przy wyspie Texel do czasu, aż sztorm minie - ale wtedy  flota została otoczona lodem, jak pisze autor David Blackmore. W tym czasie Francuzi walczyli z Republiką Holenderską oraz z rewolucjonistami w Holandii, którzy popierali idee Rewolucji Francuskiej.

Wieść o zakleszczonych statkach dotarła do francuskiego generała Jean-Charlesa Pichegru, który kazał Johanowi Williem de Winterowi, holenderskiemu admirałowi pracującemu dla Francuzów, zająć się tą sprawą. De Winter wysłał piechotę, kalwarię i artylerię konną - oddziały przybyły 22 stycznia i rozbiły obóz na noc.

- Widząc ich ogniska, kapitan Reyntjes, najstarszy i najwyższy rangą oficer w holenderskiej flocie tymczasowo nią dowodzący, przygotował się do wytoczenia wszystkich dział i zatopienia statków - pisze Blackmore. Jednak około północy nadeszła wiadomość, że rewolucjoniści przejęli władzę i chcą wstrzymać walki.

- Gdyby nie to zawieszenie broni w porę, mogłoby dojść do epokowej walki między armią lądową a flotą - pisze Blackmore.

Istnieją też inne mające sens powody, dla których do bitwy nie doszło. Francuzi potrzebowaliby ciężkich dział i drabin, by wspiąć się na statki - Holendrzy nie byli tak bezbronni, jak się wydawało. Zamarznięte w lodzie, blisko siebie, i dobrze uzbrojone, holenderskie siły z jednego statku mogły osłaniać drugi. W sumie było tam 14 holenderskich okrętów, a więc spora siła ognia.

Francuski dowódca wysłał huzarów, słynnych francuskich kawalerzystów, aby sprawdzili, czy uda im się zastraszyć Holendrów i zmusić ich do poddania się i w tamtym momencie ci nie zamierzali robić nic więcej.

- Lata później francuscy propagandyści wojskowi przedstawiali nieprawdopodobną historię o 'obdartusach' pędzących na koniach przez lód, by gołym mieczem zdobyć flotę Holandii - opisuje Blackmore. - W rzeczywistości było to o wiele bardziej prozaiczne.

Zdaniem Blackmore'a nie jest całkowicie jasne, co się stało, ale nie było wielkiej bitwy i prawdopodobnie scena ta była całkiem spokojna - wojskowi podjechali do statku Reyntjesa i obie strony zgodziły się czekać na rozkazy.

- Pięć dni później holenderskie załogi złożyły przysięgę, że będą stosować się do francuskich rozkazów i utrzymywać dyscyplinę marynarki, ale pozwolono im pozostać pod holenderską banderą - skwitował autor.

Źródło: Smithsonian Magazine

Kiedy człowiek szuka bezsłownych sposobów na skrytykowanie czyichś umiejętności prowadzenia samochodu, nic nie działa lepiej niż chwycenie za klamkę nad drzwiami i trzymanie się jej jak najdroższego życia. Przez wielu nazywane klamkami typu "O cholera!", te powszechne elementy wyposażenia samochodu przekazują słowa "Jesteś lekkomyślny!" mniej więcej tak dobrze, jak ich wykrzyczenie.

Biorąc pod uwagę inne elementy wyposażenia, takie jak podłokietniki i automatycznie blokowane pasy bezpieczeństwa, które pomagają pasażerom utrzymać pozycję podczas jazdy po wybojach, mogłoby się wydawać, że takie uchwyty powinny należeć do przeszłości. A jednak wiele nowoczesnych samochodów nadal ma je nad każdymi drzwiami, z wyjątkiem tych po stronie kierowcy. Do czego więc one właściwie służą?

Według Technology.org uchwyty są głównie po to, aby ludzie mogli z łatwością wsiadać i wysiadać z samochodów. Jeśli na przykład wsiadasz do dużego pojazdu, możesz użyć uchwytu, aby podnieść się do samochodu, a następnie ponownie opuścić się na stopień lub chodnik bez konieczności skakania. W przypadku małego pojazdu sytuacja jest zupełnie odwrotna. Uchwyty są szczególnie przydatne dla osób niepełnosprawnych, starszych i w ciąży.

Podczas projektowania minivana Mercury Monterey na początku XXI wieku, inżynier Ford Motor Company Jared Glaspell stworzył symulator ciąży, aby sprawdzić, co mogłoby uczynić pojazd bardziej komfortowym dla przyszłych rodziców. - Były momenty typu: "Eureka!" - powiedział Glaspell gazecie The Detroit News w maju 2003 roku. - Stałem się bardziej świadomy tego, gdzie umieszczone są elementy sterujące na desce rozdzielczej. Chciałem mieć więcej uchwytów do wsiadania i wysiadania z pojazdu.

Dlaczego zatem drzwi kierowcy często nie mają takiego uchwytu? Istnieje kilka możliwych powodów. Po pierwsze, jak zauważa Nodum.org, kierownica może pełnić rolę prowizorycznego uchwytu, a ponadto taki dodatkowy element blokowałby drogę, gdyby ktoś chciał się podnieść lub opuścić do (lub z) samochodu za pomocą uchwytu nad oknem. Ponadto, kierowcy skłonni do chwytania uchwytu podczas jazdy kierowaliby tylko jedną ręką, co mogłoby stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Krótko mówiąc, uchwyty mają sprawić, że wsiadanie i wysiadanie z samochodu będzie bardziej komfortowym procesem. Ale jeśli Twoi pasażerowie nigdy nie chcą ich puścić, może powinieneś ponownie ocenić swoje umiejętności prowadzenia samochodu.

Źródło: MentalFloss

Free Joomla! template by L.THEME