Niejednokrotnie spotykamy przykłady ludzi, którzy wykonują zawód, który niekoniecznie do nich pasuje. Co jednak powiecie na byłą aktorkę filmów dla dorosłych, która posiada poziom IQ równy 156? Poznajcie niejaką Asię Carrerę.

Asia Carrera Lemmon przyszła na świat jako Jessica Steinhauser w Nowym Jorku jako córka Niemki i Japończyka, będąc najstarszą z czwórki rodzeństwa. Wychowywała się w miejscowości Little Silver w stanie New Jersey, gdzie uczęszczała do szkoły podstawowej Little Silver School District, a następnie do Red Bank Regional High School. W młodości uczyła się gry na pianinie i dwukrotnie występowała na deskach nowojorskiej Carnegie Hall przed ukończeniem 15. roku życia. Z kolei w wieku 16 lat uczyła języka angielskiego w prywatnej szkole Tsuruga College w Japonii.

Carrera została beneficjentką prestiżowego programu stypendialnego National Merit Scholarship za swoje wysokie wyniki w nauce. Pobierała pełne stypendium dla najlepszych studentów na Uniwersytecie Rutgersa, gdzie studiowała ekonomię i japonistykę. 45-latka jest obecnie członkiem Mensy, a jej poziom IQ jest równy 156.

Kariera w filmach dla dorosłych

Kariera Carrery w branży pornograficznej zaczęła się w 1993 roku i trwała dziesięć lat - w tym czasie udało jej się wystąpić w ponad 400 produkcjach. Jak sama przyznała w wywiadach, swój pseudonim zawdzięcza aktorce Tii Carrere - zmieniła tylko pisownię z uwagi na kwestie prawne.

Została pierwszą kobietą o azjatyckich korzeniach, która otrzymała nagrodę AVN Award for Female Performer of the Year przyznawaną dla najlepszych aktorek porno w danym roku. Swoją przygodę z branżą porno zakończyła w 2003 roku, tuż po poślubieniu Dona Lemmona.

Carrera użyczała swojego głosu w kilku produkcjach hentai, takich jak np. "Inmu" (2001) czy "Shusaku" (1999). W październiku 2001 roku była zaproszona jako gość specjalny na festiwal Big Apple Anime Fest, gdzie wraz z inną aktorką porno Kobe Tai była gościem honorowym podczas wieczoru inauguracyjnego na konwencji Midnight Anime.

W 2012 roku kobieta wystąpiła w filmie dokumentalnym pt. "After Porn Ends", w którym opisywała swoje życie po zakończeniu kariery aktorki w filmach dla dorosłych. W produkcji tej Carrera komentuje również swoje członkostwo w Mensie. Pomimo potwierdzonego statusu członka-celebryty, organizacja odmówiła opublikowania jej strony internetowej obok nazwiska z uwagi na treści pornograficzne.

Pozostałe projekty

W 1998 roku pojawiła się w niewielkiej roli w głośnym filmie pt. "The Big Lebowski". Wcieliła się w nim w rolę... aktorki porno, która występowała w fikcyjnej produkcji "Logjammin'" pojawiającej się w filmie. Carrera była również gościnnym recenzorem w czasopiśmie "Maximum PC". Jako zapalona zawodniczka Unreal Tournament, w programie Players ujawniła swój nick z gry: "Megabitchgoddess".

Życie prywatne

Carrera opisuje siebie jako ateistkę. Od 2014 roku zakłada durszlak na głowę przy robieniu fotografii do prawa jazdy - prawo stanowe zabrania noszenia nakrycia głowy na takich zdjęciach, jednak z wyjątkiem nakryć związanych z organizacjami religijnymi, a Carrera jest członkiem Kościołu Latającego Potwora Spaghetti. Szacuje się, że jest jedną z około dwunastu Pastafarian w Utah, którzy posiadają zdjęcie w durszlaku na oficjalnym dokumencie stanowym.

We wrześniu 1995 roku kobieta poślubiła reżysera filmów pornograficznych Buda Lee. Para rozwiodła się osiem lat później, jednak pozostaje w przyjaznych relacjach. 19 grudnia 2003 roku Carrera ponownie wyszła za mąż - tym razem za dietetyka i pisarza Dona Lemmona. Małżonkowie przeprowadzili się następnie do miasta St. George w stanie Utah, gdzie 4 marca 2005 roku przyszła na świat ich córka. 10 czerwca 2006 roku Lemmon zginął w wypadku samochodowym w pobliżu Las Vegas. Siedem tygodni później Carrera wydała na świat ich syna Devina D'Artagnan. W czerwcu 2012 roku urodziła kolejnego chłopca, którego zdecydowała się oddać do adopcji.

14 kwietnia 2010 roku wyznała na swoim blogu, że zmagała się z alkoholizmem po śmierci męża i zdecydowała się dołączyć do AA - we wpisie podkreśliła, że od trzech tygodni znajdowała się w stanie pełnej trzeźwości. Utrzymywała przy tym, że nadal nie wierzy w Boga, a wiara "nie jest konieczna przy wstępowaniu do AA".

Kobieta przedstawia na łamach swojej strony internetowej Warrena Buffetta jako jej bohatera. Biznesmen i filantrop miał ponoć ucieszyć się z takiej wiadomości (co wspomniano w książce "The Snowball: Warren Buffett and the Business of Life" autorstwa Alice Schroeder).

Córka Jessiki, Catalina, jest uznawana za geniusza i w wieku 11 lat zaczęła studiować na Dixie State University. Co ciekawe - jej matka zdecydowała się zapisać na studia razem z nią.

Źródło: Wikipedia

Z uwagi na coraz większe zagrożenie ze strony rosnącej populacji kleszczy oraz rozprzestrzeniania boreliozy, wielu miłośników przyrody w USA chętnie zaprasza na swoje podwórka oposy - dlaczego? Naukowcy odkryli, że torbacze te funkcjonują niemal jak mały odkurzacz przeciwko kleszczom - jeden osobnik jest w stanie pochłonąć około 5000 sztuk w sezonie.

- Okazuje się, że oposy to doskonali czyściciele. Nigdy wcześniej nie zwracaliśmy uwagi na to, że potrafią one pożreć ponad 95% żerujących na nich kleszczy. Tak więc taki dydelf spaceruje sobie po lesie, "odkurza" go ze znajdujących się w nim kleszczy, doprowadzając do eksterminacji ponad 90% tych pajęczaków, czym znacznie przyczynia się do ochrony naszego zdrowia - oznajmił Rick Ostfeld z Cary Institute of Ecosystem Studies.

Kolejne zalety

Oposy są bardzo pożyteczne dla ekosystemu i środowiska, nie tylko z uwagi na swoje "zmiatanie" kleszczy. Polują również na karaluchy, szczury i myszy - a dodatkowo pożerają także szczątki innych zwierząt (innymi słowy - padlinę). Z kolei ogrodnicy nie kryją zadowolenia z faktu, że oposy lubią również zajadać się ślimakami oraz przejrzałymi owocami.

Sympatyczne torbacze są także odporne na jad węży i zdarza im się atakować te gady - wliczając w to jadowite gatunki takie jak żmije czy grzechotniki. Tak więc przebywanie w sąsiedztwie oposów może znacząco zniwelować szanse na spotkanie takich węży na swojej drodze.

Nocna zmiana

Dorosłe oposy są samotnikami aktywnymi w nocy, które mieszkają w norach i szczelinach - nigdy nie budują własnych gniazd, preferują zajmować te już istniejące. Schronienia szukają pod ziemią, na drzewach - ale potrafią ulokować się niemal wszędzie.

W obliczu zagrożenia oposy zastygają w miejscu i udają martwych. Nie mają nad tym kontroli - być może rzeczywiście strach jest dla nich paraliżujący albo wytworzyli taki odruch w procesie ewolucji, gdyż niemal każdy drapieżnik jest w stanie ich dogonić. Taki osobnik w stanie katatonii ocknie się po upływie jednej lub dwóch godzin, jeśli pozostanie nietknięty.

Ten niesamowity gatunek jest jedynym przedstawicielem torbaczy w Ameryce Północnej. W trakcie tzw. Wielkiej Migracji Amerykańskiej, do której doszło około 3 miliony lat temu, opos był jedynym torbaczem, który potrafił przenieść się z Ameryki Południowej na północ i przetrwać w tamtejszych warunkach.

W ramach ciekawostki warto dodać, że oposy rozmnażają się dwa razy w ciągu roku. Po udanym sparowaniu samiec opuszcza partnerkę i nigdy do niej nie wraca. Po trwającej od 12 do 13 dni ciąży samica wydaje na świat nawet do 20 młodych w jednym miocie.

Źródło: National Wildlife Federation

Powietrze, które wdychamy, może zmieniać nasze zachowanie na różne sposoby. Ludzkość znajduje się obecnie dopiero na etapie poznawania wpływów tego czynnika.

W przyszłości funkcjonariusze policji mogą monitorować poziom zanieczyszczenia w danych miastach. Bazując na takich danych, będą oni wysyłali szczególnie wzmożone patrole do miejsc, w których poziom ten będzie najwyższy w danym dniu.

Być może taki obrót spraw brzmi jak fabuła filmu science fiction, ale najnowsze badania sugerują, że taki scenariusz może wkrótce zawładnąć naszymi żywotami.

A dlaczego? Wspomniane badania wykazały, że poziom zanieczyszczenia powietrza może doprowadzić do: zakłócenia osądu, problemów ze zdrowiem psychicznym, osiągania gorszych wyników w nauce oraz - co jest najprawdopodobniej najgorsze - podniesienia poziomu przestępczości.

Wyniki te nie napawają optymizmem - biorąc pod uwagę, że ponad połowa światowej populacji żyje obecnie w obszarach miejskich. Mało tego - coraz więcej ludzi podróżuje do zanieczyszczonych miejsc. Z danych WHO wynika, że 9 na 10 osób regularnie wdycha powietrze o niebezpiecznie wysokim poziomie zanieczyszczenia.

Taki rodzaj zanieczyszczenia zabija około siedem milionów ludzi rocznie. Czy wkrótce będziemy zmuszeni do wliczania morderstw do tej statystyki?

W 2011 roku Sefi Roth, naukowiec z Londyńskiej Szkoły Ekonomii, zaczął rozmyślać o efektach zanieczyszczenia powietrza. Doskonale zdawał sobie sprawę z negatywnego wpływu tego zjawiska na zdrowie i śmiertelność, a także na częstsze wizyty w szpitalach. Pomyślał sobie jednak, że być może istnieją jeszcze inne konsekwencje takiego zjawiska.

Na początku przeprowadził on badanie mające na celu sprawdzenie, czy zanieczyszczenie powietrza wpływa w jakikolwiek sposób na funkcje poznawcze. Roth i jego zespół obserwowali studentów zdających egzaminy w różnych dniach, mierząc przy tym aktualny poziom zanieczyszczenia powietrza. Wszystkie inne aspekty pozostawały niezmienne: egzaminy były zdawane przez studentów o podobnym poziomie edukacji, w tym samym miejscu, ale przez okres kilku dni.

Naukowiec odkrył, że dochodziło do znaczących zmian w średniej osiąganych rezultatów. Wykazano, że istnieje korelacja pomiędzy najgorszymi wynikami a największym poziomem zanieczyszczenia. W dniach, w których powietrze było najbardziej czyste, studenci osiągali lepsze rezultaty.

- Dostrzegliśmy zdecydowany spadek rezultatów w dniach o wysokim poziomie zanieczyszczenia - skomentował Roth. - Nawet kilka dni przed lub po egzaminach nie zauważyliśmy żadnych efektów. Gorsze rezultaty były odnotowywane tylko i wyłącznie w dniu egzaminów.

W celu poznania skutków długoterminowych, Roth ponownie zbadał ten wpływ po okresie 8-10 lat. Studenci, którzy osiągnęli najgorsze wyniki w dniach z najwyższym poziomem zanieczyszczenia powietrza, dostali się na mniej renomowane uczelnie i zarabiali mniej, ponieważ opisywane egzaminy miały znaczący wpływ na ich dalszą edukację. "Więc nawet jeśli był to skutek krótkoterminowy zanieczyszczenia powietrza, to jeśli miał on miejsce w kluczowym etapie życia, może nieść za sobą efekty długofalowe - dodał. W 2016 roku przeprowadzono kolejne badanie, które potwierdziło pierwotne odkrycia Rotha.

Spostrzeżenia te zainspirowały go do jego ostatniego przedsięwzięcia. W 2018 roku zespół naukowy pod jego wodzą przeanalizował dane kryminalne z ponad 600 okręgów wyborczych Londynu. Naukowcy odkryli, że więcej drobnych przestępstw miało miejsce podczas najbardziej zanieczyszczonych dni, zarówno w bogatszych, jak i biedniejszych dzielnicach miasta.

Oczywiście powinniśmy być ostrożni przed wyciąganiem pochopnych wniosków co do takich korelacji. Autorzy badania dostrzegli jednak pewne dowody na istnienie związku przyczynowego.

Częścią tego samego badania było porównanie konkretnych regionów w określonym przedziale czasowym, jak również porównanie poziomów zanieczyszczenia powietrza. Chmura zanieczyszczeń może przecież "podróżować" wraz z wiatrem. Ten przenosi ją w różne części miasta losowo, do bogatych i biednych dzielnic. - Po prostu podążaliśmy za tą chmurą każdego dnia i sprawdzaliśmy, co się dzieje z przestępczością w miejscach, do których docierała. Odkryliśmy, że poziom przestępczości wzrastał w miejscach, w których aktualnie przebywała - komentuje Roth.

Co ciekawe - nawet umiarkowany poziom zanieczyszczenia robił różnicę. - Zauważyliśmy, że te pokaźne wpływy na przestępczość pojawiają się podczas także w przypadku poziomu zanieczyszczenia, który nie przekracza przyjętej normy - dodał. Oznacza to, że nawet poziom opisywany przez Amerykańską Agencję Ochrony Środowiska jako "dobry" wciąż miał wpływ na rosnący współczynnik przestępczości na danym obszarze.

Co prawda analizy Rotha nie wykazały silnego wpływu zanieczyszczeń na poważniejsze przestępstwa (jak np. morderstwa czy gwałty), ale inne badanie z 2018 roku może sugerować pewne powiązanie i w tym zakresie. Prowadzący je Jackson Lu z MIT przeanalizował dane z dziewięciu lat, które zawierały informacje z ponad 9000 miast w całych Stanach Zjednoczonych. Wykazano, że "zanieczyszczenie powietrza prognozowało sześć głównych rodzajów przestępstwa", wliczając w to: zabójstwa, gwałty, kradzieże, napady, kradzieże aut oraz pobicia. Miasta z największymi poziomami zanieczyszczenia miały też największy poziom przestępczości. To kolejne badanie korelacyjne, ale ujęto w nim czynniki takie jak: populacja, wskaźnik zatrudnienia, wiek oraz płeć - a zanieczyszczenie nadal pozostawało główną zapowiedzią wzrostu poziomu przestępczości.

Kolejne dowody pochodzą z badania "wykroczeń młodocianych delikwentów" (mowa o m.in.: ściąganiu, wagarowaniu, kradzieżach, wandalizmie czy używaniu różnych substancji) na ponad 682 nastolatkach. Diana Younan z Uniwersytetu w Południowej Karolinie i jej współpracownicy przyjrzeli się aerozolom atmosferycznym PM2,5 (pył zawieszony składający się z drobinek 30-krotnie mniejszych od ludzkiego włosa) i badali wpływ narażenia na ich wdychanie przez okres ponad 12 lat. Ponownie złe zachowania były znacznie częściej widywane w obszarach z większym poziomem zanieczyszczenia.

By wykluczyć zwyczajne powiązanie tego faktu jedynie ze statusem społeczno-ekonomicznym, zespół Younan brał również pod uwagę: wykształcenie rodziców, ubóstwo, jakość sąsiedztwa i wiele innych czynników, tak aby oddzielić wpływ mikrocząsteczek od innych znanych czynników wpływających na przestępczość.

Younan utrzymuje, że jej odkrycia są szczególnie alarmujące ponieważ wiadomo, że zachowanie nastolatków jest silną zapowiedzią tego, jak będą się oni zachowywać jako dorośli. Tacy delikwenci częściej gorzej radzą sobie z nauką, pozostają bezrobotni i są bardziej podatni na uzależnienie od różnych substancji. Oznacza to, że interwencja w młodym wieku powinna być dla nas priorytetowa.

Istnieje wiele potencjalnych mechanizmów, które mogą wyjaśnić jak zanieczyszczenie powietrza wpływa na naszą moralność. Przykładowo Lu wykazał, że sama myśl o zanieczyszczeniach może wpływać na naszą psychologię poprzez negatywne skojarzenia.

Oczywiście naukowcy nie mogli fizycznie narazić uczestników badania na zanieczyszczenia, więc podejmowali najlepszy możliwy (z punktu widzenia etyki) krok. Pokazali Amerykanom i Hindusom fotografie ekstremalnie zanieczyszczonych miast i prosili ich o wyobrażenie sobie życia w takich miejscach. - Chcieliśmy sprawić, żeby doświadczyli efektów zanieczyszczenia pod względem psychologicznym - oznajmił Lu. - Poprosiliśmy uczestników, aby ci rzeczywiście wyobrazili sobie życie w takich miastach, jak by się wówczas czuli i jak wyglądałoby wtedy ich życie, tak aby psychologicznie doświadczyli pojedynku zanieczyszczonego powietrza z czystym środowiskiem.

Naukowiec zaobserwował, że niepokój uczestników narastał i stawali się bardziej skoncentrowani na własnych osobach - takie reakcje mogą zwiększać poziom agresji i nieodpowiedzialnego zachowania. - Doskonale wiemy, że kiedy zadziała mechanizm samoobrony, to w przypadku odczuwania niepokoju jesteśmy bardziej skłonni do uderzenia kogoś w twarz, niż kiedy jesteśmy spokojni - dodał Lu. - Tak więc poprzez podnoszenie niepokoju ludzi, zanieczyszczenie powietrza może mieć negatywny wpływ na ich zachowanie.

Poprzez serię kolejnych eksperymentów zespół wykazał, że uczestnicy byli bardziej skłonni do oszukiwania podczas różnych zadań w warunkach "zanieczyszczonych", a także do przeceniania swoich osiągnięć w celu otrzymania nagrody.

Badanie to stanowi zaledwie początek i być może istnieje wiele powodów takich rezultatów poza zwiększonym uczuciem niepokoju i większym skupieniu na sobie - jak chociażby fizjologiczne zmiany w mózgu. Przykładowo kiedy wdychamy zanieczyszczone powietrze, ma to wpływ na ilość dostarczanego tlenu do organizmu w danym momencie - a to z kolei może skończyć się mniejszymi dostawami "dobrego powietrza" do mózgu. Może to również podrażniać nos i gardło, a także powodować bóle głowy - a wszystko to skutkuje zmniejszeniem poziomu koncentracji.

Jasnym jest również, że narażenie na rozmaite zanieczyszczenia może powodować zapalenia w mózgu i prowadzić do uszkodzenia struktury mózgu oraz połączeń nerwowych. - Możliwym jest zatem, że zanieczyszczenia te prowadzą do uszkodzeń w korze przedczołowej - komentuje Younan. To obszar, który kontroluje nasze impulsy, funkcje wykonawcze i samokontrolę.

Poza podnoszeniem poziomu przestępczości, sytuacja ta może doprowadzać do poważnych konsekwencji względem zdrowia psychicznego. W marcu 2019 roku pewne badanie wykazało, że nastolatkowie narażeni na toksyczne powietrze są narażeni na większe ryzyko ataków psychozy, takich jak paranoja czy słyszenie głosów. Prowadząca to badanie Joanne Newbury z londyńskiego King's College twierdzi, że nie może jeszcze jasno określić związku przyczynowego wynikającego z jej badań, ale jej odkrycia pokrywają się z efektami badań innych zespołów. - Faktycznie przynoszą one kolejne dowody łączące zanieczyszczenie powietrza z problemami związanymi ze zdrowiem psychicznym, a także ukazujące wpływ zanieczyszczeń na demencję. Jeżeli jest to złe dla ciała, będzie to też prawdopodobnie złe dla mózgu - oznajmiła Newbury.

Eksperci twierdzą, że obecnie należy pogłębiać świadomość na temat wpływu zanieczyszczeń, w tym także ich oddziaływania na nasze zdrowie. - Potrzebujemy więcej badań tego typu w innych populacjach i grupach wiekowych - oznajmiła Younan.

Na szczęście posiadamy pewną kontrolę nad ilością zanieczyszczeń, na które narażamy się każdego dnia. Możemy działać proaktywnie i codziennie obserwować jakość powietrza dookoła nas. Specjalne monitory wskazują, w których miejscach na mapie świata mamy do czynienia z największym zagrożeniem pod tym względem. - Jeżeli poziom ten jest niebezpieczny, zalecam unikanie biegania na zewnątrz - dodaje Younan.

Niektóre kraje nadal oczekują na wprowadzenie bardziej rygorystycznej regulacji w zakresie ograniczenia zanieczyszczeń, ale niektóre miejsca na mapie świata podjęły już stosowne kroki. Na przykład w Kalifornii doszło do zmniejszenia poziomu zanieczyszczeń poprzez wprowadzenie odpowiednich regulacji i co ciekawe - doszło tam przy tym do zmniejszenia wskaźnika przestępczości. Mimo to Younan nadal usilnie przekonuje, że nie wiemy jeszcze czy nie jest to czasem czysty przypadek. Tymczasem w Londynie od 8 kwietnia 2019 roku istnieje nowa "strefa ultraniskiej emisji", która posiada bardziej rygorystyczne standardy pod względem emisji - trzeba tam zapłacić dodatkowe 12,5 funta za "większość pojazdów" zamiast standardowej opłaty za wjazd wynoszącej 11,5 funta. Na ulice miasta wyruszyła także większa liczba bardziej ekologicznych autobusów, co jest częścią projektu o nazwie "Cleaner air for London".

- Odwalamy kawał dobrej roboty z obniżaniem poziomu zanieczyszczeń w wielu krajach, ale musimy zrobić jeszcze więcej w tym kierunku - komentuje Roth. - Niekoniecznie chodzi tylko o rząd. Mowa także o mnie czy o tobie. Kiedy myślimy o tym co chcemy kupić czy jak dostać się w dane miejsce, mamy znaczący wpływ na środowisko i musimy mieć tego świadomość, koniecznym jest również podejmowanie przemyślanych decyzji.

Roth wciąż ma nadzieję, że rosnąca ilość zanieczyszczeń może nadal być rozwiązana przez nas samych, ale należy uświadamiać ludzi o tym problemie.

Jeśli wszyscy zaczniemy monitorować poziom zanieczyszczenia dookoła nas, wówczas być może zaczniemy traktować to jako nawyk do unikania danych aktywności, takich jak uprawianie sportu na zewnątrz czy dojazd do pracy w najbardziej zanieczyszczonym okresie. Zyskają na tym nasze ciała, mózgi oraz zachowania.

Źródło: BBC Future

poniedziałek, 15 kwiecień 2019 11:31

5 trików na lepszą pamięć

Zapamiętywanie czegoś to dla ciebie prawdziwa męka? Kilka prostych trików może przynieść zaskakująco dobre efekty.

Większość z nas z pewnością chciałaby mieć lepszą pamięć. Gdybyśmy tak mogli iść do sklepu by zakupić trzy ustalone wcześniej rzeczy i nie zapominać o którejś z nich... Gdybyśmy tak mogli uniknąć chodzenia gdzieś bez zapominania w jakim celu się tam udaliśmy... Gdybyśmy tak mogli czytać jakąś informację i wchłonąć ją bez problemu, zamiast pozwalać jej chwilę później wyparować z naszych umysłów...

Istnieje wiele wypróbowanych i sprawdzonych technik pamięciowych, a część z nich została stworzona dekady temu - jak chociażby mnemoniki czy pałace myśli. Jednak w którym kierunku pod tym względem zmierza dzisiejsza nauka? Potrzeba jeszcze wielu badań, aby ludzkość była w stanie używać takich technik w praktyce, ale jakie rady niosą najnowsze odkrycia w tej dziedzinie?

1. Chodź tyłem

Możemy traktować czas i przestrzeń jako dwie odrębne koncepcje, jednak istnieje między nimi o wiele większe połączenie, niż by się mogło wydawać. Zostawiamy coś „za sobą”. „Patrzymy w przyszłość”, nawet jeżeli chodzi tylko o najbliższy weekend. Oczywiście kwestia postrzegania zależy od danej kultury, ale w krajach zachodnich przyszłość traktuje się jako okres rozciągający się przed nami, a przeszłość - za nami.

Naukowcy z Uniwersytetu w Roehampton postanowili zbadać taką zależność w ludzkim umyśle, aby spróbować odkryć sposób na skuteczniejsze zapamiętywanie.

Pokazywali oni uczestnikom badania listę słów, zestaw zdjęć lub ustawione nagranie, które ukazywało skradnięcie torebki pewnej kobiecie. Dodatkowo poinstruowano ich, że mają chodzić 10 metrów przodem lub tyłem po pokoju w rytm narzucany przez taktomierz. Kiedy testowano później ile byli w stanie zapamiętać z podanego materiału, w każdym przypadku lepsi pod tym względem okazali się ci chodzący tyłem.

Wygląda na to, że chodzenie tyłem w rzeczywistej przestrzeni ułatwiało im umysłom cofanie się w czasie, tak więc ludzie ci byli w stanie łatwiej dotrzeć do zakamarków pamięci.

Trik ten działał nawet wówczas, gdy jedynie wyobrażali sobie chodzenie tyłem, a nie robili tego w rzeczywistości. Rezultaty tego badania z 2018 roku pokrywają się z intrygującym przedsięwzięciem tego rodzaju przeprowadzonym w 2006 roku na szczurach. Kiedy gryzonie próbowały odnaleźć drogę wyjścia z labiryntu, ich neurony powodowały wystrzeliwanie sygnałów przez komórki miejsca w nowo poznanych lokacjach. Naukowcy odkryli, że kiedy szczury przystawały na chwilę w labiryncie, neurony powiązane z daną lokacją poznaną wcześniej powodowały takież wystrzały w odwrotnej kolejności. Tak więc chodzenie tyłem „w głowach” pomagało im zapamiętać poprawną ścieżkę.

Dzisiaj najnowsze badania dowodzą, że kiedy ludzie zapamiętują wydarzenie z przeszłości, odtwarzają je w umyśle w odwrotnej kolejności. Kiedy po raz pierwszy widzimy jakiś obiekt, w pierwszej kolejności zwracamy uwagę na wzory i kolory, a później próbujemy określić co to jest. Natomiast gdy chcemy przypomnieć sobie taki obiekt, to jest na odwrót: najpierw przypominamy sobie obiekt, a dopiero potem, przy odrobinie szczęścia, przywołujemy jego szczegóły.  

2. Rysuj  

Co powiecie na rysowanie listy zakupów, a nie jej spisywanie? W 2018 roku mieszana grupa młodszych i starszych ludzi otrzymała listę słów do zapamiętania. Połowę z nich poproszono o stworzenie rysunków każdego ze słów, a pozostałych o spisanie ich przed próbą zapamiętania. Później przeprowadzono stosowne testy, które ukazywały jak wiele udało się im rzeczywiście zapamiętać. Choć niektóre wyrazy były dość problematyczne do narysowania (np. „izotop”), to i tak w ogólnym rozrachunku rysowanie pomogło tak starszym jak i młodszym osobom lepiej przywołać podsunięte im słowa. Szkicowanie robiło różnicę nawet w przypadku osób cierpiących na demencję.

Kiedy coś rysujemy, jesteśmy zmuszeni analizować to bardziej szczegółowo i to właśnie dlatego zwiększają się szanse na zapamiętanie danego konceptu. Spisywanie listy też jest pomocne - dlatego też jeżeli zapomnimy wziąć listę zakupów z domu, to i tak jesteśmy w stanie przypomnieć sobie więcej produktów w sklepie niż w sytuacji, w której nie stworzyliśmy takiej rozpiski w ogóle. Z kolei tworzenie rysunku to „pójście o krok dalej”.  

Co ciekawe - jeżeli ktoś tworzy naprawdę imponujące rysunki i pomyśli, że taka technika zadziała u niego jeszcze lepiej, to może się rozczarować. Jakość rysunku nie ma bowiem żadnego znaczenia.  

3. Pomogą ćwiczenia fizyczne, ale tylko w odpowiednich ramach czasowych

Od dłuższego czasu wiadomo, że ćwiczenia fizyczne (jak choćby bieganie) korzystnie wpływa na naszą pamięć. Regularne ćwiczenia sukcesywnie usprawniają pamięć, ale przy nauce konkretnego materiału nawet jednorazowy trening może pomóc, przynajmniej w krótkim okresie

Jednak badania sugerują, że jeśli odznaczymy się odpowiednim wyczuciem czasu, możemy poprawić naszą pamięć jeszcze bardziej. Osoby, które wykonały 35-minutowy trening interwałowy cztery godziny po uczeniu się zestawu zdjęć połączonych z opisem danej lokacji, były w stanie lepiej zapamiętać takie połączenia niż ci, którzy odbyli taki sam trening tuż po nauce.

W przyszłości naukowcy z pewnością będą pracować nad określeniem odstępu czasu, w którym ćwiczenia fizyczne będą najbardziej pomocne - kluczowym może też być rodzaj materiału, który chcemy zapamiętać.

4. Nic nie rób

Kiedy ludzie cierpiący na amnezję będącą efektem wylewu otrzymali listę 15 wyrazów do zapamiętania, a później otrzymywali kolejne zadanie - to po upływie 10 minut byli w stanie odtworzyć z pamięci średnio zaledwie 14% podanych słów. Kiedy jednak po otrzymaniu listy odesłano ich do zaciemnionego pokoju i kazano „nic nie robić”, to po 15 minutach potrafili przypomnieć sobie średnio aż 49% wyrazów.  

Podobna technika była później wykorzystywana w rozmaitych badaniach przez Michaelę Dewar z Uniwersytetu Herriot-Watt. Odkryła ona, że w przypadku zdrowych ludzi krótka przerwa tuż po nauce przynosiła korzystne efekty nawet tydzień później. Część czytelników może pomyśleć, że być może uczestnicy eksperymentu spędzali te 10 minut w zaciemnionym pomieszczeniu na ciągłym powtarzaniu słówek. Jednak żeby tego uniknąć, Dewar korzystała z wyrazów z języków obcych, które ciężko było uczestnikom wymówić.

Badanie te pokazują, jak niepewne są nowe zapiski w pamięci - na tyle niepewne, że nawet krótka przerwa może zadecydować o tym, zapiski te będą nam towarzyszyć w pamięci na dłużej.

5. Zdrzemnij się

Jeśli chodzenie tyłem, rysowanie, ćwiczenia fizyczne albo nawet krótka przerwa stanowią zbyt duże wyzwanie - to może chociaż drzemka? Sen pomaga nam skonsolidować naszą pamięć poprzez ponowne odtwarzanie informacji, które właśnie poznaliśmy - a przecież nie musi się on odbywać tylko w nocy. Naukowcy z Niemiec dowiedli, że kiedy poda się ludziom kilka słów do zapamiętania, potrafią je oni przywołać z pamięci lepiej po drzemce (trwającej nie dłużej niż 90 minut) niż po obejrzeniu jakiegoś filmu.

Jednak najnowsze badania sugerują, że technika ta najlepiej funkcjonuje w przypadku osób, które są przyzwyczajone do codziennych popołudniowych drzemek. Zainspirowało to Elizabeth McDevitt i jej zespół z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside do próby określenia, czy możliwym jest „wytrenowanie” u ludzi ucinania drzemki. Tak więc przez cztery tygodnie ci „niedrzemiący” usiłowali ucinać krótkie drzemki za dnia, kiedy tylko było to możliwe.

Niestety w ich przypadku takie rozwiązanie nie wzmocniło im pamięci. Stosownym więc może być dłuższy trening - a może są to po prostu ludzie, u których skuteczniejsze będzie chodzenie tyłem, rysowanie, bieganie lub po prostu „nicnierobienie”?

Źródło: BBC Future

piątek, 12 kwiecień 2019 13:47

Czy picie mleka wzmacnia kości?

Przez wieki mówiono nam, że picie mleka czyni nasze kości silnymi. Czy jednak istnieją naukowe dowody na potwierdzenie tej tezy?

Iluż z nas usłyszało w dzieciństwie teorię, w myśl której mleko miałoby nam pomagać w budowaniu silnych kości?

Pomysł ten wydaje się być całkiem sensowny. Mleko zawiera wapń. Ten zaś jest znany z tego, że wzmacnia strukturę mineralną kości.

Jednak próba zademonstrowania bezpośredniego połączenia pomiędzy spożywaniem mleka a posiadaniem silnych kości może być trudniejsza niż się wydaje. Perfekcyjne badanie wymagałoby zorganizowania dwóch grup eksperymentalnych i poproszenie członków jednej z nich do picia dużej ilości mleka codziennie przez kilkanaście lat - w tym czasie przedstawiciele drugiej grupy spożywaliby jakiś substytut tego napoju. Oczywiście taki eksperyment byłby nadzwyczaj trudny do zorganizowania.  

Można natomiast zapytać kilka tysięcy ludzi o to, jak wiele mleka wypili przez ostatnie lata, a później obserwować ich pod tym względem przez kolejną dekadę by przekonać się, czy osoby regularnie spożywające mleko cierpią na mniej złamań kości w późniejszym życiu.

Tak właśnie było w przypadku badania opublikowanego w 1997 roku przez Uniwersytet Harvarda. Obserwowano aż 77 tys. pielęgniarek przez okres dziesięciu lat.  Naukowcy nie zauważyli znaczących różnic w liczbie złamań rąk lub szyjki kości udowej pomiędzy kobietami, które spożywały jedną szklankę mleka tygodniowo (lub mniej) a tymi, które piły w tym samym czasie dwie szklanki (lub więcej).

Kiedy zespół naukowców zainicjował podobne badanie wśród 330 tys. mężczyzn, po raz kolejny wykazano brak większego stosunku ilości spożywanego mleka do odnotowanych złamań kości. 

Od czasu do czasu organizowano również losowe kontrole diet, w których sprawdzano czy dane osoby dobrowolnie uzupełniają je wapniem - także poprzez picie mleka. W 2015 roku zespół z Nowej Zelandii zrecenzował i ponownie przeanalizował 15 badań tego rodzaju. Badacze odkryli, że przez dwa lata następowało faktyczne wzmocnienie struktury mineralnej kości, ale po tym czasie uległo ono zahamowaniu.  

Alternatywą może być stosowanie suplementów diety zawierających wapń. Biorąc pod uwagę powszechny strach przed długoterminowymi skutkami ubocznymi takiego rozwiązania, ten sam zespół zebrał dane z 51 losowych badań by rozstrzygnąć czy gra jest warta świeczki. Ponownie okazało się, że wzmocnienie kości ustawało po roku lub dwóch, a także że tego typu suplementy mogą jedynie spowolnić (a nie zatrzymać) spadek gęstości kości w podeszłym wieku. Naukowcy skwitowali, że oznacza to jedynie niewielką obniżkę pod względem liczby złamań.  

Kolejne państwa, które przeanalizowały te same dane, doszły do znacznie zróżnicowanych konkluzji związanych z rekomendowanymi dziennymi ilościami spożycia wapnia. Przykładowo w Stanach Zjednoczonych rekomendowana dawka jest niemal dwukrotnie wyższa od tej polecanej w Wielkiej Brytanii czy Indiach. Tamtejsi eksperci zalecają bowiem spożywać ok. 227 ml mleka dziennie.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej - w 2014 roku szwedzcy naukowcy opublikowali badania, w których wykazali, że picie więcej niż trzech szklanek mleka dziennie (tak więc większej ilości niż przeciętni ludzie) nie pomaga naszym kościom, a może nam wręcz zaszkodzić.

Badacze z Uniwersytetu w Uppsali i Instytutu Karolinska poprosili uczestników eksperymentu o wypełnienie ankiet dotyczących ilości spożywanego przez nich mleka w latach 1987 i 1997. Natomiast w 2010 roku zbadano wskaźnik śmiertelności. Ludzie nie ukrywali zdziwienia gdy usłyszeli, że picie jednej szklanki mleka dziennie może się wiązać z większą liczbą złamań kości, a nawet z przedwczesną śmiercią.  

Nie odrzucajcie jednak radykalnie mleka ze swojej diety - istnieją pewne haczyki.

Szwedzi wymagali od uczestników eksperymentu oszacowania ilości spożywanego mleka w poprzednich latach, co nie należy do łatwych zadań. Ciężko wskazać jak dużo mleka spożywa się wraz z płatkami, dolewa do herbaty czy używa podczas gotowania.

Badanie odzwierciedla również odwieczny problem mylenia korelacji ze związkiem przyczynowym. Być może kobiety, które cierpiały na osteoporozę celowo piły więcej mleka w nadziei na wzmocnienie swoich kości. Badanie nie wykazało jednoznacznie czy picie mleka rzeczywiście przyczynia się do złamań. A żeby nie ułatwiać sprawy, Szwedzi odkryli również, iż spożywanie sera żółtego i jogurtów wiąże się z niższym wskaźnikiem złamań.

Naukowcy sami podkreślili, że ich praca powinna być przeprowadzona ponownie przed wyciąganiem pochopnych wniosków. Inni zaś twierdzą, że opinia publiczna powinna być ostrożna co do zmieniania diety z uwagi na te badania.  

Tak więc na dzień dzisiejszy nie wiemy na ten temat nic więcej - aktualnie dowody wskazują na to, że jeśli lubimy pić mleko, to nie ma ku temu żadnych przeciwwskazań. Prawdopodobnie niesie ono korzyści zdrowotne dla kości, jednak na nieco krótszy okres niż by się wydawało.

Warto też wzmacniać kości poprzez inne metody, takie jak regularne ćwiczenia i dostarczanie organizmowi witaminy D - pochodzącej ze Słońca lub, w okresie zimowym, ze specjalnych suplementów.

Źródło: BBC Future

Jeden z trzech żołnierzy uhonorowanych Medalem za wyjątkowe zasługi (DCM) dwukrotnie za dwa różne konflikty zbrojne. Pierwsze z tych odznaczeń uzyskał za odbicie holenderskiego miasta Zwolle spod okupacji niemieckiej armii - co ważne, dokonał tego w pojedynkę. Drugi CDM otrzymał natomiast za odbicie strategicznego wzgórza w czasie wojny koreańskiej w 1951 roku. O kim mowa?

Léo Major przyszedł na świat 23 stycznia 1921 roku w amerykańskim New Bedford jako syn pary pochodzącej z francuskojęzycznej części Kanady. Wraz z rodziną przeprowadził się do Montrealu jeszcze przed swoimi pierwszymi urodzinami. Z uwagi na kiepskie relacje z ojcem, Major zamieszkał wraz z ciotką w wieku 14 lat. Taki obrót spraw połączony z bezrobociem sprawił, że mężczyzna zdecydował się na dołączenie do armii w 1940 roku, a jego nadrzędną motywacją była ponoć chęć udowodnienia swojemu ojcu, że "jest kimś, z kogo można być dumnym".

II Wojna Światowa

Major wraz z kanadyjskimi siłami brał udział w słynnej inwazji w Normandii 6 czerwca 1944 roku. Podczas jednej z misji rozpoznawczych D-Day, Major przechwycił niemiecki wóz opancerzony (Hanomag) w pojedynkę. W pojeździe znajdowały się sekretne kody i sprzęt komunikacyjny Niemców. Kilka dni później, w trakcie swojej pierwszej konfrontacji z patrolem SS, Kanadyjczyk zabił czterech żołnierzy - jednak jeden z nich zdołał odbezpieczyć granat fosforowy. W rezultacie Major stracił oko, ale nie przestawał walczyć. Kontynuował służbę w roli zwiadowcy lub snajpera usilnie utrzymując, że potrzebuje tylko jednego oka do celowania z broni. Jak sam twierdził - "wyglądałem jak pirat".

Kolejnym osiągnięciem Majora było pojmanie 93 niemieckich żołnierzy podczas Bitwy nad Skaldą w południowej części Holandii - także w pojedynkę. W czasie samotnego rekonesansu zauważył dwóch niemieckich żołnierzy spacerujących wzdłuż rowu. Jako, że warunki atmosferyczne nie były wówczas sprzyjające - było zimno i padał deszcz - Major pomyślał sobie: "Jestem zmarznięty i przemoknięty przez was i zapłacicie mi za to". Pojmał jednego z nich i planował wykorzystać go jako przynętę na drugiego. Ten próbował dosięgnąć pistoletu, ale został szybko pozbawiony życia przez Majora. Następnie udał się do ich oficera prowadzącego i zmusił go do kapitulacji. Niemiecki garnizon poddał się po tym, jak Kanadyjczyk zastrzelił trzech kolejnych zbrojnych. W pobliskiej wiosce żołnierze SS, którzy dostrzegli Niemców będących eskortowanych przez Kanadyjczyka, zaczęli do nich strzelać i doprowadzili do śmierci siedmiu z nich, raniąc też kilku innych. Major zignorował ogień nieprzyjaciela i kontynuował eskortowanie jeńców za linię frontu. Następnie rozkazał najbliższej załodze kanadyjskiego czołgu ostrzelać SS, po czym przemaszerował z powrotem do obozu z niemal setką jeńców. Z tego powodu został wybrany do otrzymania wspomnianego DCM - odrzucił jednak tę propozycję, ponieważ uważał generała Montgomery'ego (który miał mu wręczyć odznaczenie) za "niekompetentnego" i niezdolnego do rozdawania medali innym.

W lutym 1945 roku Major pomagał kapelanom w wyciąganiu zwłok ze zniszczonego Tygrysa. Po skończonej pracy, kapelan i kierowca zajęli miejsca z przodu pojazdu, a Major wskoczył na jego tył. Chwilę później trójka najechała na minę. Major oznajmił, że pamięta głośny wybuch, po którym został wyrzucony w powietrze i wylądował boleśnie na plecach. Mężczyzna stracił przytomność i kiedy się ocknął, był badany przez dwóch medyków. Pierwsze, o co zapytał, to czy nic się nie stało kapelanowi. Ci nie odpowiedzieli, a po chwili przenieśli go do ciężarówki, która miała go przetransportować do szpitala oddalonego o 48 kilometrów - zatrzymując się co 15 minut na podawanie morfiny, która miała uśmierzyć ból pleców. W szpitalu lekarz poinformował go o trzech złamaniach, czterech połamanych żebrach i dwóch złamanych kostkach. Dodali, że jego udział w wojnie właśnie się skończył.

Tydzień później Major... zbiegł. Udało mu się załapać do jadącego nieopodal jeepa, który następnie przetransportował go do Nijmegen, gdzie nieco wcześniej mężczyzna poznał pewną rodzinę. Zatrzymał się u nich na blisko miesiąc, po czym powrócił do swojej jednostki w marcu 1945 roku. W normalnych okolicznościach byłby uznany za dezertera - nie wiadomo jednak, jak udało mu się uniknąć kary.

Pierwszy medal za wyjątkowe zasługi (DMC)

Na początku kwietnia tzw. "Régiment de la Chaudière" zbliżał się do miasta Zwolle, w którym nadal panowali Niemcy. Jeden z oficerów poprosił o dwóch ochotników do misji zwiadowczej. Zgłosiło się dwóch żołnierzy - szeregowy Major oraz jego przyjaciel, kapral Willie Arseneault. Aby pozostawić miasto w stanie nienaruszonym, dwójka postanowiła spróbować odbić Zwolle na własną rękę, choć ich zadaniem było jedynie oszacowanie liczby znajdujących się tam niemieckiego żołnierzy i próba skontaktowania się z holenderskim oporem.

Około północy Arseneault został zastrzelony po tym, jak dwójka przypadkowo zdradziła ich położenie. Major zabił w odwecie dwóch żołnierzy, jednak reszta uciekła w pojeździe. Mężczyzna postanowił kontynuować swoją misję samemu. Dotarł do Zwolle i natknął się na samochód - zaatakował go i pojmał kierowcę, po czym przyprowadził go do baru, gdzie uzbrojony oficer raczył się drinkiem. Po rozbrojeniu go Major zorientował się, że zarówno oficer jak i kierowca potrafią mówić po francusku - poinformował ich zatem, że o godzinie 6:00 kanadyjska artyleria rozpocznie ostrzał na miasto, co doprowadzi do śmierci wielu żołnierzy i cywilów. Oficer zdawał się rozumieć sytuację, więc Major postanowił zaryzykować i puścić go wolno, licząc na to, że ten przekaże informację swoim kolegom. Na znak dobrych intencji oddał nawet pistolet z powrotem do rąk oficera. Chwilę później Major rozpoczął szaleńczy bieg przez ulice miasta, strzelając na ślepo serie z karabinu i rzucając granatami - w ten sposób chciał zmylić przeciwnika, aby ten pomyślał, że faktycznie zaczęła się zapowiadana próba odbicia miasta. W międzyczasie Major nie przestawał atakować i porywać kolejnych Niemców. W trakcie nocy udało mu się pojmać około 10 razy grupy 8-10 Niemców, eskortując ich poza miasto, gdzie przechwytywali ich siły kanadyjskie. Po przetransportowaniu jeńców powrócił on do swojej misji w mieście. Czterokrotnie wchodził do domów cywilów w celu odpoczynku. Ostatecznie odnalazł on siedzibę Gestapo i podpalił ją. Następnie wparował do siedziby SS i odbył morderczą walkę z ośmioma oficerami - czterech zabił, reszta uciekła. Major odkrył, że dwóch spośród dopiero co zabitych oficerów było przebranych jako członkowie ruchu oporu, co wskazywało, że Niemcy infiltrowali go od jakiegoś czasu.

W okolicach godziny 4:30 wycieńczony Major zorientował się, że Niemcy zbiegli. Zwolle zostało oswobodzone i odezwał się ruch oporu. Spacerując ulicami miasta, mężczyzna spotkał czterech członków ruchu i poinformował ich o sytuacji. Chwilę później Major dowiedział się, że pozostałe siły nieprzyjaciela uciekły na zachód od rzeki Issel co oznaczało, że Régiment de la Chaudière mógł wejść do miasta bez żadnych przeszkód. Mężczyzna postanowił wrócić po zwłoki swojego przyjaciela i przeniósł je na farmę Van Gerner, skąd wezwane posiłki mogły go przetransportować z pola bitwy. O godzinie 9:00 Major był już z powrotem w obozie. Za swoje czyny został uhonorowany swoim pierwszym medalem za wyjątkowe zasługi.

Drugi medal

Kiedy wybuchła wojna koreańska, kanadyjski rząd zdecydował się uformować siły zbrojne, które dołączą do armii Stanów Zjednoczonych przeciwko inwazji komunistów. Major został wdrożony do plutonu zwiadowców i snajperów z 25. Kanadyjskiej Brygady Piechoty (1. Dywizja Brytyjskiej Wspólnoty Narodów). Major brał udział w Bitwie o Maryang San, za co otrzymał dodatkową blaszkę do swojego medalu DMC za odbicie i obronę kluczowego wzgórza w listopadzie 1951 roku.

Wzgórze 355, nazywane "Małym Gibraltarem", było punktem strategicznym z uwagi na swoje położenie, tak więc Komuniści chcieli za wszelką cenę go przejąć zanim zakończą się rozmowy pokojowe. Wzgórze znajdowało się pod kontrolą 3. Amerykańskiej Dywizji Piechoty, która łączyła się z 22. Kanadyjskim Królewskim Pułkiem w zachodniej flance Amerykanów. 22 października 64. Armia Chin (ok. 40 tys. żołnierzy) rozpoczęła atak - po dwóch dniach walk Amerykanie byli zmuszeni do wycofania się ze wzgórza przez 190. i 191. Chińską Dywizję. 3. Amerykańska Dywizja Piechoty próbowała odbić ten punkt, jednak bezskutecznie, a Chińczycy przeszli też do pobliskiego Wzgórza 227, praktycznie otaczając przy tym kanadyjskie siły.

W odpowiedzi powołano elitarną drużynę zwiadowców i snajperów pod wodzą Léo Majora. 18 uzbrojonych w karabiny Sten żołnierzy po cichu przedostało się pod Wzgórze 355. Na znak Majora mężczyźni otworzyli ogień, a Chińczycy wpadli w panikę - nie mogąc zrozumieć, dlaczego strzały dochodzą ze środka, zamiast z zewnątrz. 45 minut po północy ekipa Majora ponownie odzyskała wzgórze. Jednakże godzinę później Chińczycy (ok. 14 tys. żołnierzy) zaatakowali ponownie. Major otrzymał rozkaz wycofania się, ale odmówił i znalazł niewielką osłonę dla swoich ludzi. Przez całą noc bronił się przed nieprzyjacielem, choć jego siły znajdowały się w pewnym momencie tak blisko, że pociski moździerzowe ludzi Majora spadały niemalże na nich samych. Osoba odpowiedzialna wówczas za pluton moździerzowy, kapitan Charly Forbes, określił Majora mianem "śmiałego człowieka, który nie był zadowolony z zakresu ognia i kazał go przybliżyć - w efekcie ogień spadł tak blisko, że słyszałem wybuchy, kiedy rozmawiałem z nim przez radio".

Śmierć i spuścizna

Major zmarł w Longueuil 12 października 2008 roku i został pochowany na kanadyjskich Narodowych Polach Honoru (cmentarz dla kanadyjskich weteranów wojennych i ich rodzin) w Quebec. Zostawił tym samym żonę (z którą trwał w małżeństwie przez 57 lat), czwórkę dzieci i pięć wnucząt. W Montrealu wyprodukowano film dokumentalny pt. "Léo Major, le fantôme borgne" opisujący jego życie i dokonania.

Źródło: Wikipedia

wtorek, 09 kwiecień 2019 06:44

Geniusz pianina z przypadku

Pewien mężczyzna z Denver w stanie Kolorado z dnia na dzień stał się geniuszem pianina po tym jak uderzył głową w dno basenu.

W 2006 roku wówczas 40-letni Derek Amato zanurkował w płytkiej części basenu i uderzył głową o jego dno - wynika z informacji podanych przez "Today Show". Doznał on przy tym poważnego wstrząsu mózgu i chwilowo stracił słuch oraz pamięć.

Kilka dni później usiadł przed pianinem po raz pierwszy w życiu i do drugiej w nocy tworzył swoją autorską kompozycję.

- Kiedy zamknąłem oczy, ujrzałem w myślach te białe i czarne struktury poruszające się od lewej do prawej strony, co w rzeczywistości odzwierciedlało w umyśle nieprzerwany strumień nut - skomentował Amato na łamach blogu "Wisconsin Medical Society".

We wspomnianym wpisie na blogu mężczyzna opisuje również granie dla swojej matki:

"Znaleźliśmy pierwsze lepsze pianino i poprosiłem ją, aby usiadła obok mnie. Pamiętam, że zapytałem ją czy jest gotowa. Zamknąłem oczy w nadziei, że ponownie ujrzę te biało-czarne struktury poruszające się od lewej do prawej. Zacząłem grać tak, jakbym próbował odnaleźć jakiś nieodkryty skarb, który do tej pory był ukryty w mojej głowie. Mama siedziała i płakała, po czym zapytała mnie: "Co ty robisz?". Odpowiedziałem prosto: "Najwyraźniej Bóg zdecydował się podarować mi prezent na urodziny nieco wcześniej w tym roku, mamo"."

Amato jest jednym z zaledwie 30 znanych przypadków nabytego zespołu sawanta. Mężczyzna nie przestaje komponować kolejnych dzieł.

Źródło: Business Insider

poniedziałek, 08 kwiecień 2019 09:26

Punisher z Brazylii

Motyw seryjnego mordercy, który na swoje ofiary wybiera wyłącznie kryminalistów, pojawia się w sztuce bardzo często. Szczególnie intrygujące są jednak przypadki tego rodzaju z prawdziwego życia - a nadzwyczaj zatrważający przykład stanowi pewien żądny krwi Brazylijczyk.

Pedro Rodrigues Filho, bo o nim mowa, przyszedł na świat 17 lipca 1954 roku w Santa Rita do Sapucaí. Mężczyzna dorobił się przydomku "Pedrinho Matador" (Piotruś-Zabójca) i wsławił się pościgami i mordowaniem innych kryminalistów, wyładowując swoje mordercze instynkty na złoczyńcach. Po raz pierwszy zabił w wieku 14 lat, a dzisiaj ma na swoim koncie ok. 100 zabójstw - wliczając w to 47 osób, które zostały jego ofiarami w więzieniu w czasie jego odsiadki. Filho obiecał, że to nie koniec jego aktywności w tym zakresie i zapowiedział m.in. atak na innego seryjnego mordercę - Francisco de Assisa Pereirę, który został aresztowany w 1998 roku za gwałt i zabójstwo 11 kobiet. Pedrinho nie odpowiedział jeszcze za wszystkie swoje przestępstwa, ale został skazany na ponad 400 lat pozbawienia wolności, co stanowi rekordowo wysoki wyrok w Brazylii.

Życiorys

Filho urodził się na farmie w Santa Rita do Sapucaí, w południowej części stanu Minas Gerais. Niemowlę miało uszkodzoną czaszkę, co było spowodowane tym, że jego ojciec zwykł kopać matkę po brzuchu w trakcie kłótni. Jak twierdzi sam Pedrinho, po raz pierwszy zapragnął pozbawić kogoś życia mając 13 lat, a miało to miejsce podczas dysputy ze starszym kuzynem, którego niemal nie wepchnął do maszyny stosowanej w przemyśle cukru trzcinowego, co mogło doprowadzić do śmierci chłopca.

W wieku 14 lat zabił zastępcę burmistrza Santa Rita do Sapucaí, oddając do niego strzał z broni palnej przed ratuszem - co stanowiło zemstę za zwolnienie jego ojca ze stanowiska szkolnego ochroniarza, po tym jak oskarżono go o kradzież szkolnych obiadów. Następnie jego ofiarą padł inny wartownik, którego podejrzewano o bycie odpowiedzialnym za owe kradzieże. Filho zbiegł do Mogi das Cruzes, gdzie zaczął plądrować laboratoria narkotykowe i mordować przemytników. Następnie poznał wdowę po liderze handlarzy narkotykami, o przydomku Botinha, a po jakimś czasie para zamieszkała wspólnie. Mężczyzna przejął obowiązki swoich niedawnych ofiar, by następnie być "zmuszonym" do wyeliminowania konkurencji - tak więc pozbawił życia trzech "kumpli z branży". Jego pobyt w tej miejscowości zakończył się wraz z zamordowaniem Botinhy przez policję - po tym zdarzeniu Pedrinho musiał uciekać. Zmobilizował swoich żołnierzy i założył własny biznes.

Pragnąc zemsty na tych, którzy doprowadzili do śmierci jego towarzyszki, rozpoczął ciąg tortur i zabójstw kolejnych osób. Jeden z jego klientów (i były współpracownik) został odwiedzony przez Filho i jego czterech przyjaciół podczas własnego wesela. Wizyta ta zakończyła się siedmioma trupami i szesnastoma rannymi. W tamtym czasie Pedrinho był jeszcze niepełnoletni.

Przebywając jeszcze w Mogi, samozwańczy mściciel zabił swojego ojca w lokalnym areszcie, po tym jak ten zamordował jego matkę 21 ciosami maczetą. Zemsta syna była okrutna - poza zadaniem 22 ran ciętych, wyrwał on również serce swojego ojca, ugryzł kawałek i wypluł. Taki przebieg zdarzeń relacjonował sam Filho w rozmowie z dziennikarzem Marcelo Rezende.

Pedrinho został aresztowany po raz pierwszy 24 maja 1973 roku i przeżył za kratkami większość swojego dorosłego życia. Jak wynika z policyjnych akt, pewnego dnia mężczyzna był przewożony w specjalnym samochodzie wraz z innym więźniem i obaj panowie byli skuci kajdankami - kiedy funkcjonariusze otworzyli na miejscu tylne drzwi pojazdu, drugi więzień już nie żył. Pedrinho przyznał się do zamordowania go argumentując to tym, że nieboszczyk był gwałcicielem. W 2003 roku władze musiały wypuścić go na wolność, bez względu na fakt, że był on skazany na 126 lat pozbawienia wolności - prawo w Brazylii zabrania trzymania kogokolwiek za kratkami przez więcej niż 30 lat. Z uwagi na przestępstwa popełnione w więzieniu, jego kara została jednak wydłużona do prawie 400 lat, tak więc jego pobyt w zakładzie karnym przedłużono do 2017 roku. Pedrinho mógł kontynuować swój związek z dziewczyną - byłą skazaną, której imienia mężczyzna nie chciał wyjawić, a którą poznał dzięki wymianie listów podczas pobytu w więzieniu. Po odbyciu 12 lat odsiadki za kradzież, kobieta została wypuszczona na wolność i odwiedzała Pedrinho w więzieniu Taubaté.

Zdaniem innych współwięźniów, Pedrinho posiadał niesamowity zmysł do przetrwania za kratkami. Zabijał i ranił dziesiątki innych kryminalistów, aby przetrwać za kratkami. Pewnego razu został zaatakowany przez pięciu skazańców - zabił trzech z nich, po czym wściekle gonił pozostałą dwójkę. Pedrinho zabił także kolegę z celi, ponieważ ten "chrapał za często" i kolejnego, gdyż "nie podobała mu się jego twarz". Żeby potwierdzić swój zapał do zabijania, wytatuował sobie na lewym ramieniu napis "Zabijam dla przyjemności", który zakrył później innymi tatuażami.

Według psychiatrów, Filho należy opisywać mianem psychopaty - kogoś, kto nie okazuje skruchy i litości dla innych. Jednakże psychopaci nie okazują przywiązania, a Pedrinho najprawdopodobniej jawił coś na podobnych zasadach względem swojej matki i byłej dziewczyny. Taki stan rzeczy klasyfikuje go bardziej jako socjopatę, który był żądny zemsty za ich śmierć. Psychiatrzy badający jego przypadek w 1982 roku wykazali w raporcie, że jego największą motywacją do działania była "brutalna afirmacja samego siebie". Zdiagnozowali go przy tym jako osobę "paranoiczną i antyspołeczną".

Po odbyciu 34 lat odsiadki, mężczyznę wypuszczono na wolność 24 kwietnia 2007 roku. Służby specjalne informowały, że przeprowadził się on do północno-wschodniej części kraju - do Fortalezy w stanie Ceará. 15 września 2011 roku lokalne media doniosły, że Pedrinho został aresztowany w swoim domu na wsi, gdzie pracował jako dozorca w Balneário Camboriú na wybrzeżu Santa Catarina. Zdaniem RBS News, wstępnie groziło mu osiem lat prac społecznych za m.in. rozboje, których dokonał w Sao Paulo. Dzisiaj Pedrinho przebywa na wolności po spędzeniu wielu lat w więzieniu. Utrzymuje, że żałuje swoich złych czynów i nawrócił się na chrześcijaństwo. Mężczyzna miał pracować nad swoją autobiografią i prowadził też własny kanał YouTube z poradami dla młodych ludzi. Rzekomo prowadzi zupełnie inne życie, starając się zniechęcić młodzież do przestępczości.

Od Północy do Południa

Pedrinho został ponownie zatrzymany 14 września 2011 roku w turystycznym miasteczku Balneário Camboriú na północnym wybrzeżu Santa Catariny. Aresztowano go około godziny 11 w jego domu. Funkcjonariusz, który zlokalizował go "po cywilu", oznajmił później: - Otrzymałem anonimowy donos o tym, że Pedrinho Matador przebywał w ukryciu w Camboriú. Informacja ta dotarła do lokalnej policji, gdzie zweryfikowano te pogłoski. Udało nam się je potwierdzić i zatrzymaliśmy go.

Mężczyzna odsiedział swój wyrok za dokonane zabójstwa (z czego ponad połowa to morderstwa dokonane w więzieniu), ale został ponownie skazany w sierpniu 2018 roku za udział w sześciu rozbojach.

Z uwagi na swoje czyny został on jednym z bohaterów książki pt. "Serial Killers - Made in Brazil" autorstwa Ilany Casoy. Publikacja ta zawiera opowieści o mordercach takich jak Marcelo Costa de Andrade czy Francisco da Costa Rocha.

Ostatecznie został on wypuszczony na wolność pod koniec 2018 roku i prowadzi swój własny kanał YouTube z autorskimi vlogami.

Źródło: Wikipedia

Pewna kobieta przez lata odczuwała dziwny dyskomfort w prawym oku, ale tłumaczyła to sobie tym, że jej organizm przechodzi po prostu pewne zmiany i nie warto się nad tym głowić.

Szczęśliwą, w przypadku 67-latki, okazała się rutynowa operacja zaćmy, kiedy to lekarze odkryli źródło jej niedogodności i usunęli ją w listopadzie 2017 roku. Okazało się, że oko kobiety stało się domem dla twardej, niebieskawej masy złożonej z prawie 30 soczewek kontaktowych sklejonych ze sobą śluzem.

Zlepek, który odkrył zespół medyczny, opisano początkowo jako składający się z 17 soczewek. Dalsze badania wykazały, że w rzeczywistości liczba ta była o 10 większa.

- Wszyscy byliśmy zszokowani, że pacjentka tego nie zauważyła - oznajmiła doktor Rupal Morjaria, oftalmolog z Wielkiej Brytanii i jeden z trzech autorów raportu dotyczącego tego przypadku.

Nie wiadomo jak długo soczewki znajdowały się w oku kobiety, ale udało się ustalić, że przez 35 lat nosiła ona miesięczne soczewki - twierdzą lekarze. Operacja zaćmy została odroczona z powodu zwiększonego ryzyka infekcji, ale nieco później została ostatecznie przeprowadzona bez długotrwałych powikłań.

Dr Morjaria i jej koledzy po fachu spekulowali, że zły wzrok pacjentki i głęboko osadzone oczy mogły przyczynić się do tego, że nie zauważyła ona gromadzącej się masy.

- Stwierdziła, że ​​czuła pewien dyskomfort w oku, "jakby coś tam było w środku”, ale nie uważała, że ​​ma się czym martwić - opisuje okulistka.

- W Wielkiej Brytanii soczewki można uzyskać tylko po konsultacji ze specjalistą, ale można je też łatwo kupić online - dodaje dr Morjaria. - W przypadku tej pacjentki soczewki zostały umieszczone tak wysoko pod powieką, że nie były od razu dostrzegalne.

Zespół postanowił opublikować sprawę, aby szerzyć świadomość na temat bezpiecznego stosowania soczewek kontaktowych. Oczywiście soczewki mogą być skutecznym sposobem korygowania wzroku, ale eksperci podkreślają, że należy ich używać ze szczególną ostrożnością.

- Pacjentka koniec końców miał szczęście, jednak "nadmierne" zakładanie soczewek kontaktowych może powodować komplikacje wzrokowe - oświadczyła dr Morjaria.

W lecie 2016 roku Centrum Kontroli i Prewencji Chorób poinformowało, że około 41 milionów ludzi w Stanach Zjednoczonych nosi soczewki kontaktowe. Tylko niewielki procent cierpi na poważne infekcje oczu związane z tymi urządzeniami optycznymi.

Aby zmniejszyć ryzyko infekcji, eksperci zalecają unikać spania w soczewkach kontaktowych bez omawiania tego z okulistą, nie mieszać starego i nowego roztworu soczewek kontaktowych oraz wymieniać soczewki zgodnie z zaleceniami.

Zlepek 27 soczewek został odkryty przez anestezjologa Richarda Crombie i została usunięta przez doktora Amita Patela, okulistę. Obaj byli autorami raportu wraz z dr Morjarią.

Źródło: The New York Times

Był 6 września 2006 roku - w godzinach popołudniowych 14-letnia Elizabeth Shoaf z Leaning Tree Road w Lugoff w Południowej Karolinie szła do domu po wyjściu ze szkolnego autobusu. Zegarki wskazywały wówczas godzinę 16:30. Podczas przechadzki podszedł do niej mężczyzna w mundurze bojowym. Był to Vinson Filyaw, bezrobotny przestępca seksualny, którego policja usiłowała odnaleźć przez kilka miesięcy po tym, jak zmolestował on pewnego 12-latka. Filyaw zyskał zaufanie Elizabeth, twierdząc, że jest policjantem.

Po założeniu kajdanek na nastolatkę, Filyaw zaprowadził Elizabeth w głąb lasu na około godzinę, tak aby ją zdezorientować. W końcu przyprowadził ją do podziemnego bunkra, który wykopał w ziemi obok swojej przyczepy. Schronienie to miało nieco ponad metr szerokości i 6 metrów długości.

W środku znajdował się ręcznie wykopany wychodek, prowizoryczne łóżko i półki wykonane z gałęzi. Były tam też dwa granaty domowej roboty i pistolet flarowy. Bunkier znajdował się około 1,5 kilometra od domu Elizabeth.

Będąc już pod ziemią, Filyaw rozebrał przerażoną dziewczynę, związał ją łańcuchami, a następnie zgwałcił. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez 10 dni. Mężczyzna gwałcił Elizabeth od dwóch do pięciu razy dziennie. Co więcej, Filyaw umieścił ładunki wybuchowe wokół szyi dziewczyny i ostrzegł ją, że całość wybuchnie, jeśli ta spróbuje uciec. Jak twierdził sam porywacz, w pobliżu znajdował się zbiornik wodny w postaci stawu. Może to oznaczać, że zamierzał on przetrzymywać swoją ofiarę w bunkrze przez kolejne miesiące, jeśli nie lata.

Kiedy Elizabeth nie wróciła do domu ze szkoły, jej rodzice zgłosili jej zaginięcie. Pomimo ich niebezpodstawnych obaw, że stało się coś złego, policja założyła, iż była to tylko młodzieńcza ucieczka z domu. Rodzice utrzymywali, że tego typu rozwiązanie nie byłoby w jej stylu. Mimo to policja odmówiła uruchomienia tzw. "Amber Alert" (system alarmowy, który służy do udostępniania fotografii zaginionych dzieci poprzez rozpowszechnianie komunikatów środkami masowego przekazu) i sklasyfikowała ją jako uciekinierkę.

W przeciągu następnych 10 dni, Elizabeth pracowała nad zdobyciem zaufania jej porywacza. Próbowała dotrzeć do niego mówiąc o rzeczach, które go interesowały i ujawniając, że interesują ją one w tym samym stopniu. Próbowała sprawić, by mężczyzna uwierzył, że nastolatka cieszy się z takiej sytuacji i jego towarzystwa. W końcu zaczął pozwalać Elizabeth wychodzić na świeże powietrze. Dziewczyna sprytnie zostawiała kosmyki włosów na ziemi, mając nadzieję, że ktoś je znajdzie i "połączy kropki".

Dziesiątego dnia Elizabeth zapytała Filyawa, czy może użyć jego telefonu do grania w gry. Kiedy mężczyzna zasnął, Elżbieta wysłała do swojej rodziny liczne wiadomości. Jej matka otrzymała wiadomość tekstową od córki, w której ta poinformowała ją, że przebywa w dziurze w ziemi i że słyszy ciężarówki jadące obok. Policja była w stanie wyśledzić numer telefonu do wieży telefonicznej w pobliżu podziemnego bunkra.

Gdy policja była już na jego tropie, Filyaw dowiedział się o całej sprawie po obejrzeniu wiadomości na telewizorze z zasilaniem bateryjnym. Początkowo był wściekły na Elizabeth: „Bałam się, że umrę. Był wściekły" - wyjawiła. Gniew szybko przerodził się w strach. Co jeśli policja go znajdzie? Zapytana o radę, Elizabeth zasugerowała, żeby uciekł i był oddalony od funkcjonariuszy, którzy szybko zbliżali się do celu. Porywacz posłuchał tej rady i porzucił Elizabeth w bunkrze.

Wkrótce po jego odejściu Elizabeth nieustannie krzyczała o pomoc z bunkra, mając nadzieję, że ktoś ją usłyszy. Grupa poszukiwawcza, która przeszukiwała okolicę, usłyszała jej krzyki i ostatecznie odkopała legowisko okrutnego pedofila.

Od tamtej pory trwało polowanie na Filyawa. Helikopter policyjny krążył wokół bunkra i otaczającego go obszaru leśnego. Podczas przeszukiwania odkryto trzy inne bunkry, wszystkie wykopane przez Filyawa. Był on zwolennikiem survivalu, który znał każdy zakamarek okolicznego lasu.

Później okazało się, że Filyaw posiadał system tuneli pod swoim domem, prowadzący do kilku podziemnych bunkrów.

W końcu wytropiono go po tym, jak pewna kobieta zadzwoniła na policję, by powiedzieć, że Filyaw próbował ją porwać przed pizzerią 17 września około 2 w nocy. Policja zatrzymała go podążającego drogą międzystanową 20 około 8 kilometrów od jego domu - był uzbrojony w pistolet na śrut, paralizator i długi nóż myśliwski.

Determinacja Elizabeth by przeżyć była nadzwyczaj imponująca. „Patrzę na nią cały czas i zastanawiam się, przez co przeszła i jak tego dokonała” - powiedział później jej ojciec w rozmowie z  "Today". Elizabeth ukończyła szkołę średnią i politechnikę. Po zostawieniu za sobą traumatycznej przeszłości, pragnie jednej rzeczy - aby jej historia była lekcją dla innych.

Źródło: Morbidology

Free Joomla! template by L.THEME