31 października 1832 roku młody Karol Darwin wszedł na pokład HMS Beagle i zdał sobie sprawę, że wraz z nim na pokład statku dostały się tysiące intruzów. Mowa o małych czerwonych pająkach o szerokości jednego milimetra. Statek znajdował się ok. 95 kilometrów od brzegu, więc stworzenia musiały odpłynąć z wybrzeża argentyńskiego. „Wszystkie liny były pokryte i otoczone pajęczyną”, pisał Darwin.

Pająki nie posiadają skrzydeł, ale mimo to mogą wzbić się w powietrze. Wspinają się na odsłonięty punkt, unoszą brzuch do nieba, wytłaczają pasma jedwabiu i odfruwają. To zachowanie nazywa się balonowaniem. Może on przenosić pająki z dala od drapieżników i konkurentów lub w kierunku nowych ziem z dużymi zasobami. Ale bez względu na powód, jest to z pewnością niezwykle skuteczny środek transportu. Obecność pająków odnotowano już m.in. cztery kilometry nad ziemią i 1600 kilometrów wgłąb morza.

Powszechnie uważa się, że baloniarstwo funkcjonuje, ponieważ jedwab łapie wiatr, ciągnąc za sobą pająka. Ale to nie do końca ma sens, zwłaszcza że pająki "latają" tylko podczas lekkich wiatrów. Pająki nie wystrzeliwują jedwabiu z brzucha i wydaje się mało prawdopodobne, aby tak delikatny wietrzyk mógł być wystarczająco silny, aby rozproszyć nitki - nie mówiąc już o uniesieniu największych gatunków w górę lub wygenerowaniu dużych przyspieszeń przy starcie pajęczaków. Sam Darwin stwierdził, że szybkość lotu pająków jest „zupełnie nie do wyjaśnienia”, a jego przyczyna jest „niewytłumaczalna”.

Jednak Erica Morley i Daniel Robert znaleźli wyjaśnienie. Duet, który pracuje na uniwersytecie w Bristolu, udowodnił, że pająki wyczuwają pole elektryczne Ziemi i używają go do wystrzelenia siebie w powietrze.

Każdego dnia na całym świecie szaleje około 40 tys. burz, zmieniając tym samym atmosferę Ziemi w gigantyczny obwód elektryczny. Górne obszary atmosfery mają ładunek dodatni, a powierzchnia planety - ładunek ujemny. Nawet w słoneczne dni przy bezchmurnym niebie powietrze przenosi napięcie około 100 woltów na każdy metr nad ziemią. W mglistych lub burzowych warunkach gradient ten może wzrosnąć do dziesiątek tysięcy woltów na metr.

"Balonujące" pająki działają w tym planetarnym polu elektrycznym. Kiedy ich jedwab opuszcza ciała, zwykle odbiera ładunek ujemny. To odpycha podobne ujemne ładunki na powierzchniach, na których siedzą pająki, wytwarzając wystarczającą siłę, aby unieść je w powietrze. Pająki mogą zwiększyć te siły, wspinając się na gałązki, liście lub źdźbła trawy. Uziemione rośliny mają taki sam ujemny ładunek jak ziemia, na której rosną, ale wystają w dodatnio naładowane powietrze. Powoduje to wytwarzanie znacznych pól elektrycznych między otaczającym je powietrzem a końcami ich liści i gałęzi - oraz pająkami fruwającymi z tych wierzchołków.

Pomysł ten - ucieczka przez odpychanie elektrostatyczne - został po raz pierwszy zaproponowany na początku 1800 roku, w czasie podróży Darwina. Peter Gorham, fizyk, wskrzesił ten pomysł w 2013 roku i wykazał, że jest on matematycznie wykonalny. Ostatecznie Morley i Robert przetestowali to na prawdziwych pająkach.

Na wstępie wykazali, że pająki potrafią wykryć pola elektryczne. Naukowcy umieścili pajęczaki na pionowych paskach tektury na środku plastikowego pudełka, a następnie wytwarzali pola elektryczne między podłogą a sufitem o sile podobnej do tej, jaką pająki doświadczałyby na zewnątrz. Pola te postrzępiły maleńkie włoski sensoryczne na stopach pająków, znane jako trichobothria. - To tak, jakby pocierać balon i trzymać go przy włosach - mówi Morley.

W rezultacie pająki wykonały szereg ruchów zwanych chodzeniem na palcach - stanęły na końcach nóg i wybiły brzuch w powietrze. - Takie zachowanie można zobaczyć tylko przed balonowaniem - opisuje Morley. Wielu pająkom udało się wystartować, mimo że znajdują się w zamkniętych skrzyniach bez przepływu powietrza. A kiedy Morley wyłączył pola elektryczne w skrzynkach, balonujące pająki zwyczajnie spadły.

- Szczególnie ważnym jest, aby zdawać sobie sprawę, że pająki mogą fizycznie wykrywać zmiany elektrostatyczne w swoim otoczeniu - twierdzi Angela Chuang z University of Tennessee. - To podstawa wielu interesujących pytań badawczych - dodaje. - W jaki sposób różne siły pola elektrycznego wpływają na fizykę startu, lotu i lądowania? Czy pająki wykorzystują informacje o warunkach atmosferycznych do podejmowania decyzji o tym, kiedy poświęcić swoje sieci lub stworzyć nowe?

Prądy powietrzne mogą nadal odgrywać pewną rolę w balonowaniu. W końcu te same włosy, które pozwalają pająkom wyczuwać pola elektryczne, mogą również pomóc im ocenić prędkość lub kierunek wiatru. A Moonsung Cho z Politechniki Berlińskiej niedawno udowodnił, że pająki przygotowują się do lotu, podnosząc przednie nogi na wiatr, prawdopodobnie po to, aby sprawdzić ich siłę.

Tym niemniej badania Morleya i Roberta pokazują, że siły elektrostatyczne same w sobie wystarczają do wyrzucenia pająków w powietrze. - To naprawdę nauka przez duże "N" - mówi Gorham. - Jako fizyk wydawało mi się bardzo jasne, że pola elektryczne odgrywają kluczową rolę, ale mogłem jedynie spekulować, w jaki sposób biologia może to wspierać. Morley i Robert podnieśli to do poziomu pewności, który znacznie przekracza wszelkie moje oczekiwania.

- Myślę, że Karol Darwin byłby równie podekscytowany czytając wyniki tych badań - dodaje.

Źródło: The Atlantic

wtorek, 08 październik 2019 09:01

Spacerowanie rozwija kreatywność

Steve Jobs, zmarły współzałożyciel Apple, znany był z organizowania "chodzonych" spotkań. Mark Zuckerberg z Facebooka był także widywany podczas odbywania pieszych spotkań. Być może każdy z nas niekiedy chodził w tę i z powrotem, by pomysły same wpadły nam do głowy.

Badanie z 2014 roku przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda wyjaśnia tę kwestię.

Twórcze myślenie poprawia się, gdy dana osoba spaceruje i wkrótce potem - głoszą wyniki badań współtworzonych przez Marily Oppezzo, doktorant z psychologii pedagogicznej z Uniwersytetu Stanforda i Daniela Schwartza, profesora Stanford Graduate School of Education.

Badanie wykazało, że chodzenie w pomieszczeniu lub na zewnątrz podobnie stymulowało twórczą inspirację. Czynność chodzenia, a nie otoczenie, była głównym czynnikiem. Poziomy kreatywności były znacznie wyższe dla osób chodzących w porównaniu do osób siedzących.

- Wiele osób anegdotycznie twierdzi, że myślą najlepiej, kiedy chodzą. W końcu możemy zrobić krok lub dwa, aby odkryć, dlaczego tak jest- napisali Oppezzo i Schwartz w badaniu opublikowanym w czasopiśmie "Journal of Experimental Psychology: Learning, Memory and Cognition".

Spacerowanie kontra siedzenie

- Inne badania koncentrowały się na tym, w jaki sposób ćwiczenia aerobowe ogólnie chronią długofalową funkcję poznawczą, ale do tej pory brakowało badań konkretnego wpływu zwyczajnego chodzenia na jednoczesne twórcze generowanie nowych pomysłów, a następnie porównania ich wyników dla osób w tym czasie siedzących - oznajmiła.

Osoba chodząca w pomieszczeniu - na bieżni umieszczonej w pokoju przed pustą ścianą - lub chodząca na świeżym powietrzu wywołała dwukrotnie więcej twórczych odpowiedzi w porównaniu do osoby siedzącej, co stwierdzono w jednym z eksperymentów.

- Myślałem, że to właśnie chodzenie na zewnątrz przyczyni się do erupcji pomysłów, ale chodzenie po bieżni w małym, nudnym pokoju wciąż przynosiło dobre rezultaty, co mnie zaskoczyło - powiedziała Oppezzo.

Badanie wykazało również, że kreatywność nie ustawała, nawet gdy osoba usiadła tuż po spacerze.

Ocena kreatywnego myślenia

Badanie obejmowało cztery eksperymenty z udziałem 176 studentów i innych dorosłych, którzy wykonywali zadania powszechnie używane przez naukowców do oceny kreatywnego myślenia. Uczestnicy zostali umieszczeni w różnych warunkach: chodzenie w pomieszczeniu na bieżni lub siedzenie w pomieszczeniu - oboje twarzą do pustej ściany - i chodzenie na zewnątrz lub siedzenie na zewnątrz na wózku inwalidzkim - oboje przemieszczali się po wcześniej ustalonej ścieżce na terenie kampusu Stanforda. Naukowcy umieścili siedzących uczestników na wózku inwalidzkim na zewnątrz, aby wizualnie przejawiali taki sam ruch jak chodzenie.

Porównano także różne kombinacje, takie jak dwie kolejne sesje siedzące lub sesja spacerowa, po której następowała sesja siedząca. Sesje spacerowe lub siedzące używane do mierzenia kreatywności trwały od 5 do 16 minut, w zależności od testowanych zadań.

Trzy eksperymenty opierały się na teście kreatywności „rozbieżnego myślenia”. Rozbieżne myślenie to proces myślowy lub metoda wykorzystywana do generowania kreatywnych pomysłów poprzez badanie wielu możliwych rozwiązań. W tych eksperymentach uczestnicy musieli wymyślić alternatywne zastosowania dla danego obiektu. Otrzymali kilka zestawów trzech obiektów i mieli cztery minuty na wymyślenie jak największej liczby odpowiedzi dla każdego zestawu. Odpowiedź uznano za nowatorską, jeśli żaden inny uczestnik grupy jej nie wykorzystał. Badacze ocenili również, czy odpowiedź była odpowiednia. Na przykład „opona” nie może być użyta jako mały pierścień.

Badania wykazały, że przeważająca większość uczestników tych trzech eksperymentów była bardziej kreatywna podczas chodzenia niż siedzenia. W jednym z tych eksperymentów uczestnicy zostali przetestowani w pomieszczeniu - najpierw podczas siedzenia, a następnie chodzenia po bieżni. Według badań wydajność twórcza wzrosła średnio o 60 procent, gdy dana osoba chodziła.

W czwartym eksperymencie oceniano twórczość, mierząc zdolności ludzi do generowania złożonych analogii do podpowiedzi. Najbardziej kreatywne odpowiedzi to te, które uchwyciły głęboką strukturę pytania. Na przykład w przypadku hasła „okradziony sejf” odpowiedź „żołnierz cierpiący na PTSD” oddaje poczucie utraty, naruszenia i dysfunkcji. „Pusty portfel” - już nie.

Rezultat: 100 procent tych, którzy wyszli na zewnątrz, było w stanie wygenerować co najmniej jedną nowatorską analogię wysokiej jakości w porównaniu do 50 procent osób siedzących w środku.

Brak powiązania z ukierunkowanym myśleniem

Jednak nie wszystkie procesy myślowe są takie same. Chociaż badanie wykazało, że chodzenie przyczyniło się do rozwoju twórczej burzy mózgów, nie miało ono pozytywnego wpływu na rodzaj ukierunkowanego myślenia wymaganego dla pojedynczych, poprawnych odpowiedzi.

- Nie oznacza to, że każde zadanie w pracy powinno być wykonywane podczas chodzenia, ale skorzystałyby na tym osoby, których zadania wymagają nowej perspektywy lub nowych pomysłów - oświadczyła Oppezzo, obecnie członek wydziału na Uniwersytecie Santa Clara.

Badacze powierzyli uczestnikom zadanie powiązania słów, powszechnie stosowane do pomiaru wglądu i ukierunkowanego myślenia. Biorąc pod uwagę trzy słowa, uczestnicy musieli wygenerować jedno słowo, które można by zestawić ze wszystkimi trzema, aby utworzyć słowa złożone. Na przykład, biorąc pod uwagę słowa „cottage, Swiss, cake”, poprawną odpowiedzią jest „cheese”.

W badaniu tym ci, którzy zareagowali podczas chodzenia, wypadli nieco gorzej niż ci, którzy odpowiedzieli podczas siedzenia.

Zdaniem Oppezzo kreatywność produktywna obejmuje szereg etapów - od generowania pomysłów do realizacji - a badania wykazały, że korzyści płynące z chodzenia odnoszą się do „rozbieżnego” elementu kreatywnego myślenia, ale nie do tego bardziej „konwergentnego” lub ukierunkowanego.

- Nie twierdzimy, że chodzenie może zmienić cię w Michała Anioła - powiedziała Oppezzo. - Ale może ci pomóc na początkowych etapach wyzwalania kreatywności.

Schwartz przewiduje, że solidne wyniki ich pracy to początek, który doprowadzi do dalszych badań nad połączeniami neurologicznymi i fizjologicznymi.

- Jest jeszcze wiele do zrobienia, aby znaleźć mechanizmy przyczynowe - oznajmił Schwartz. - A to bardzo solidny paradygmat, który pozwoli ludziom rozpocząć pewne manipulacje, aby mogli wyśledzić, jak ciało wpływa na umysł.

A oto jeden z możliwych przyszłych problemów badawczych: czy spacer jako taki, czy inne formy łagodnej aktywności fizycznej mają podobny efekt wzmagający myślenie?

W międzyczasie „wiemy już, że aktywność fizyczna jest ważna, a zbyt częste siedzenie jest niezdrowe. To badanie jest kolejnym uzasadnieniem dla podejmowania aktywności fizycznej w dzień, bez względu na to, czy jest to przerwa w szkole, czy przekształcenie spotkania w pracy w spacerowe”, dodaje Oppezzo. - Bylibyśmy zdrowsi, a może bardziej innowacyjni.

Źródło: Stanford News

Radziecka nastoletnia partyzantka i Bohaterka Związku Radzieckiego. Była znana z zabicia ponad 100 nazistów przy użyciu trucizny. Zdradzona i schwytana, rzekomo zastrzeliła nazistowskiego detektywa, który ją uprowadził. Poznajcie Zinaidę Portnową.

Portnowa urodziła się w Leningradzie 20 lutego 1926 roku. Była córką białoruskiej rodziny robotniczej. Jej ojciec pracował w Fabryce Kirowa (jednej z największych w Imperium Rosyjskim i w ZSRR fabryce maszyn). W 1941 roku była uczennicą siódmej klasy w Szkole nr 385 w Leningradzie, kiedy wyjechała do domu babci w obwodzie witebskim. Niedługo potem nazistowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Incydent z najeżdżającymi żołnierzami nazistowskimi, którzy dopuścili się przemocy wobec jej babci podczas konfiskaty bydła, doprowadził ją do prawdziwej nienawiści do Niemców.

W 1942 roku Portnowa dołączyła do białoruskiego ruchu oporu, stając się członkiem lokalnej podziemnej organizacji Komsomol w miejscowości Obol w rejonie szumilińskim, o nazwie "Młodzi Mściciele". Zaczynała od dystrybucji radzieckich ulotek propagandowych na okupowanej przez Niemcy Białorusi, zbierania i ukrywania broni dla żołnierzy radzieckich oraz informowania o ruchach wojsk niemieckich. Po nauczeniu się, jak używać broni i materiałów wybuchowych od starszych członków grupy, Portnowa uczestniczyła w działaniach sabotażowych w lokalnej elektrowni czy cegielni. Szacuje się, podczas tych akcji zgładzono ponad 100 żołnierzy niemieckich.

W 1943 roku Portnowa została zatrudniona jako pomocnik kuchenny w Obolu. W sierpniu zatruła żywność przeznaczoną dla stacjonującego tam nazistowskiego garnizonu. Natychmiast określono ją jako podejrzaną, a wtedy oświadczyła, że jest niewinna i zjadła trochę jedzenia przed nazistami, aby udowodnić, że nie zostało otrute - istotnie tuż po zjedzeniu żywności nic się jej nie stało, więc ją wypuszczono. Dziewczyna odczuła skutki tego heroicznego czynu później, mocno wymiotując, ale ostatecznie pokonała truciznę po wypiciu dużej ilości serwatki. Po tym, jak nie wróciła do pracy, Niemcy zrozumieli, że jest winowajcą, i zaczęli ją szukać. Aby uniknąć nieprzyjaciół, została zwiadowcą jednostki partyzanckiej im. Klimienta Woroszyłowa. W liście wysłanym do jej rodziców tamtego miesiąca napisała, że „razem [pokonają] nazistów”. W październiku 1943 roku Portnowa dołączyła do komunistycznej organizacji młodzieży Komsomoł.

W grudniu 1943 roku lub w styczniu 1944 Portnova została odesłana z powrotem do Obola w celu infiltracji garnizonu, odszukania przyczyny niedawnych niepowodzeń Młodych Mścicieli, a następnie zlokalizowania i skontaktowania się z pozostałymi członkami. Została szybko schwytana. Raporty o jej ucieczce są niejasne. Jeden z nich głosi, że podczas przesłuchania gestapo we wsi Goriany pojmała pistolet śledczego ze stołu, a następnie zastrzeliła go i zabiła. Kiedy dwóch niemieckich żołnierzy weszło po usłyszeniu strzałów, również zostali postrzeleni. Następnie nastolatka próbowała uciec z budynku i pobiegła do lasu, gdzie została złapana w pobliżu brzegu rzeki.

Inna wersja donosi, że śledczy gestapo, w przypływie wściekłości, rzucił pistolet na stół po tym, jak zagroził jej, że strzeli. Podnosząc ów pistolet, Portnowa zastrzeliła wojskowego. Uciekając przez drzwi, postrzeliła strażnika na korytarzu, a potem na podwórku. Następnie Portnowa próbowała zastrzelić strażnika blokującego jej dostęp do ulicy, ale zabrakło jej amunicji i została ponownie schwytana.

Po kolejnym schwytaniu Portnowa była torturowana, być może w celach informacyjnych. Później została wygnana do lasu i stracona lub zabita podczas tortur 15 stycznia 1944 roku.

Spuścizna

1 lipca 1958 roku Portnowa została pośmiertnie ogłoszona Bohaterką Związku Radzieckiego przez Prezydium Rady Najwyższej. Otrzymała także Order Lenina. W 1969 roku wioska Zuya postawiła pamiątkową tablicę na jej cześć. Ponadto wiele grup Młodych Pionierów nazwano na jej cześć.

Wiele drużyn i grup szkolnych zostało nazwanych jej imieniem, podobnie było w przypadku muzeum grupy Komsomoł, położonego na autostradzie między Połockiem a Witebskiem, a także szkołą w Petersburgu. Postawiono dla niej dwa monumenty - popiersie w Mińsku i obelisk we wsi Obol.

Źródło: Wikipedia

piątek, 04 październik 2019 09:36

Dimetylortęć - bezlitostna trucizna bez antidotum

Kiedy pipeta wylała jedną lub dwie krople na jej lewą rękawiczkę, profesor chemii Karen Wetterhahn nie była szczególnie zaniepokojona. W końcu przestrzegała przepisów bezpieczeństwa dotyczących dimetylortęci. Miała na sobie fartuch laboratoryjny, gogle i jednorazowe rękawiczki lateksowe. A ponieważ substancja stwarza ryzyko poprzez wdychanie, pracowała ona w ramach bezpieczeństwa w dygestorium.

Drobny wyciek tej klarownej cieczy nie sprawił jej bólu ani żadnego dyskomfortu, a więc nie miała powodu sądzić, że incydent ten był poważny. Poza tym jej praca była zbyt ważna, aby tracić czas na obawy: Wetterhahn, pierwsza profesor chemii w Dartmouth College w USA, uzyskała największy grant badawczy w historii swojej szkoły, aby zbadać i wyjaśnić, w jaki sposób metale ciężkie wpływają na ludzkie zdrowie. Niestety, wkrótce miały one wpłynąć na zdrowie samej pani doktor.

Wypadek

14 sierpnia 1996 roku Wetterhahn przygotowywała próbki rtęci do spektroskopii NMR. - Dimetylortęć była standardem w przypadku rtęci NMR, ponieważ jest "czystą" cieczą, więc nie trzeba było się martwić efektami stężenia lub pH, które mogą powodować fałszywe przesunięcia chemiczne - mówi Kent Sugden. Obecnie profesor chemii i biochemii na University of Montana w USA, natomiast w 1996 roku Sugden był pracownikiem naukowym w Dartmouth. Stworzył standardy NMR dla nietoksycznych soli rtęci dla Wetterhahn, ale kiedy nie uzyskała ona oczekiwanych rezultatów, wróciła do stosowania dimetylortęci w celu potwierdzenia swoich ustaleń. Sugden opisuje ją jako „bardzo skrupulatną chemiczkę”.

W styczniu 1997 roku Wetterhahn zaczęła odczuwać mrowienie w kończynach dolnych. Co było jeszcze bardziej niepokojące, zaczęła się potykać podczas chodzenia, jej mowa zaczęła być niewyraźna, a wzrok i słuch zostały naruszone. Po wizycie w szpitalu zdiagnozowano ciężką toksyczność rtęci. Dopiero wtedy przypomniała sobie rozlane kropelki - nie zdawała sobie sprawy, że substancja przeniknęła jej rękawicę i dostała się do skóry. Próg toksyczności dla zawartości rtęci u człowieka wynosi 50 µg/L. Ekspozycja Wetterhahn była około 80 razy większa, przy 4 mg/L.

Niewiele osób na świecie rozumiało toksyczne metale tak samo jak Wetterhahn. Wiedziała, że ​​po przeniknięciu przez skórę dimetylortęć ma jeden cel: jej mózg. Rozpoczęła leczenie zwane terapią chelatacyjną, która miała na celu przekształcenie rtęci w jej ciele w substancję, którą mogła wydalić. Jednak organizmowi łatwiej jest wydalać sole rtęci niż dimetylortęć, a pięć miesięcy po ekspozycji szansa na jakąkolwiek terapię była niewielka. Gdy jej zmysły nadal słabły, zachęciła swojego przewodniczącego wydziału, aby ostrzegł osoby tam pracujące o ekstremalnych zagrożeniach ze strony dimetylortęci.

Na początku lutego 1997 roku, zaledwie trzy tygodnie po pojawieniu się objawów, Wetterhahn zapadła w śpiączkę. Pozostała w stanie wegetatywnym do śmierci 8 czerwca 1997 roku - odeszła w wieku 48 lat, pozostawiając męża i dwoje dzieci.

Zmiana przepisów

Jeszcze przed wypadkiem Wetterhahn niektórzy chemicy odmawiali pracy z dimetylortęcią z troski o swoje bezpieczeństwo. Chociaż społeczność chemiczna wiedziała, że ​​substancja jest toksyczna, nie doceniła, jak wielką ma w sobie moc - w końcu znano wówczas jedyny znany śmiertelny wypadek dimetylortęci w XX wieku z udziałem czeskiego chemika w 1972 roku. Mimo że tylko dwie udokumentowane ofiary śmiertelne w ciągu stulecia mogą wydawać się zaskakujące dla tak niebezpiecznej substancji, Sugden twierdzi, że dimetylortęć „nigdy nie była powszechnie stosowana w laboratoriach, nawet wśród chemików metaloorganicznych”.

W ciągu kilku tygodni po śmierci Wetterhahn, Chemical & Engineering News opublikowało list na temat jej śmiertelnego wypadku i alarmujących wyników testu dimetylortęci na rodzaju rękawiczek, które miała na sobie. Niezależne laboratorium potwierdziło, że dimetylortęć szybko przenika lateks. Rok później, w marcu 1998 roku, Amerykański Departament Pracy i Bezpieczeństwa Zdrowia Pracy (OSHA) wydał biuletyn informacji o zagrożeniach, w którym zalecono unikanie dimetylortęci, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Biuletyn zalecił również, aby oprócz noszenia osłony twarzy, każdy, kto pracuje z dimetylortęcią, powinien nosić rękawice laminowane Silver Shield pod odpornymi na ścieranie rękawicami zewnętrznymi. Ponadto pracownicy laboratorium mieli zgłaszać wszelkie wycieki i otrzymywać natychmiastową pomoc lekarską, a każdy, kto konsekwentnie pracował z dimetylortęcią, powinien poddać się okresowym badaniom krwi i moczu.

OSHA nałożył na Dartmouth karę pieniężną w wysokości 9000 dolarów za to, że instytucja nie zapewniła odpowiedniej ostrożności, szczególnie w odniesieniu do wad jednorazowych rękawiczek lateksowych. Sugden zwraca uwagę, że w przypadku substancji toksycznych laboratoria zmieniły rękawiczki lateksowe na rękawiczki nitrylowe, które są mniej porowate, i przypomina sobie historie o innych kampusach, które powoli wyrzucają wszelkie zapasy dimetylortęci w następstwie tragedii Wetterhahn. Uważa, że ​​substancji nie można już nabyć przez zakup, „nawet jeśli chcesz z nią pracować”.

W tym momencie użytecznym może okazać się również fragment opisu dimetylortęci z polskiej Wikipedii: "Toksyczne działanie dimetylortęci wynika z jego działania na układ nerwowy człowieka. Związek tworzy kompleks z cysteiną, który bez trudu pokonuje barierę krew-mózg i silnie wpływa na jego funkcjonowanie, przez zaburzanie procesów przekazywania sygnałów przez synapsy. Związek ten powoduje ataksję (utratę koordynacji ruchów), efekty halucynacyjne oraz utratę pamięci. Proces tworzenia kompleksu z cysteiną jest bardzo powolny i jednocześnie związek ten nie wchodzi w żadne inne reakcje w organizmie człowieka, nie jest więc z niego wydalany. Stąd efekt zatrucia jest bardzo odsunięty w czasie od momentu wniknięcia trucizny do organizmu i zaczyna się powoli ujawniać dopiero w kilka miesięcy po wchłonięciu dawki śmiertelnej. Nie jest znane żadne antidotum na tę truciznę."

Źródła: ChemistryWorld.com, Wikipedia

czwartek, 03 październik 2019 11:29

Pierwsza rzecz zakupiona przez Internet? Marihuana!

Raport podsumowujący ankietę Global Drugs Survey z 2013 roku przyniósł niepokojące wieści o rosnącej skali handlu narkotykami w Internecie, co zaintrygowało wielu komentatorów. Co ciekawe - okazuje się, że pierwszą rzeczą kupioną oraz sprzedaną online była saszetka marihuany, a transakcja miała miejsce ponad 40 lat temu.

W książce Johna Markoffa z 2005 roku pt. "What the Dormouse Said: How the Sixties Counterculture Shaped the Personal Computer Industry" wyjawił, że pierwszą na świecie transakcją online była transakcja narkotykowa:

"W 1971 lub 1972 roku studenci Stanford korzystający z kont Arpanet w Laboratorium Sztucznej Inteligencji Uniwersytetu Stanford przeprowadzili transakcję handlową ze studentami z Massachussetts Institute of Technology. Przed erą Amazona, przed eBayem, przełomowym aktem handlu elektronicznego została transakcja narkotykowa. Młodzi ludzie skorzystali z sieci, aby po cichu zorganizować sprzedaż nieokreślonej ilości marihuany".

Od tamtej chwili rozpoczęła się długa i dziwna podróż (jak ujęliby to muzycy grupy Grateful Dead), a narkomani, dzięki chemii, neurofarmakologii i telekomunikacji byli o kilka kroków przed stróżami prawa.

W latach 70., 80. i 90. wszelkiego rodzaju narkotyki, zarówno legalne, jak i nielegalne, były sprzedawane online. W 2013 roku niektórzy zadawali sobie pytanie: po co łamać prawo, skoro można po prostu zlecić chińskiemu laboratorium stworzenie syntetycznej substancji marihuany (fachowo: agonisty receptora kannabinoidowego), która w warunkach laboratoryjnych wykazuje takie same efekty jak marihuana? Prawo nadal stara się nadążyć za tym problemem.

Pytanie to zadają także pozbawieni skrupułów dealerzy, którzy chętnie importują i sprzedają te niesprawdzone, rzadkie związki o nieznanej czystości, rozpuszczają je w acetonie i rozpylają na obojętny ziołowy materiał nośnikowy, który sprzedają online każdemu, kto ma kartę kredytową. Mają niewielki szacunek dla konsumentów tych nieprzetestowanych leków, które przecież nie zostały zaprojektowane by odgrywać rolę narkotyków. Mogą prowadzić do chorób, nadciśnienia, a nawet uszkodzenia nerek.

Poprzez zwyczajny przegląd praw narkotykowych dziecinnie prostym jest, aby obejść te ograniczenia i stworzyć legalny narkotyk: taki, który jest chemicznie podobny do zakazanej substancji, ale sam w sobie zakazany nie jest. Jeszcze łatwiejsze jest zbadanie opublikowanych prac medycznych pod kątem wszystkiego, co wykazuje zwiększoną aktywność ruchową lub aktywność receptorów serotoninowych lub dopaminowych, ponieważ będą one prawdopodobnie działać w taki czy inny sposób jak narkotyki.

A jeśli testowano je tylko na szczurach to kogo to obchodzi? Młodzi ludzie ustawiają się w kolejce, by zostać królikami doświadczalnymi.

Spośród 73 nowych chemikaliów odkrytych w 2012 roku 50 to agoniści receptorów kannabinoidowych, często opracowane do stosowania w legalnych badaniach farmaceutycznych znanych jako testy „zależności struktura-aktywność”. Endogenny system kannabinoidowy ma ogromny wpływ na nastrój, apetyt, ciśnienie krwi i wiele innych istotnych funkcji życiowych. Firmy takie jak Stirling Winthrop i laboratoria Johna Williama Huffmana z Clemson University w USA wyprodukowały setki takich "leków" w swoich uzasadnionych poszukiwaniach niesteroidowych środków przeciwzapalnych. Ale uciekli oni na szary rynek w 2008 roku i rozpoczęła się moralna panika - gwarantująca zwiększony popyt.

Pierwsza partia przepisów zakazujących nowych agonistów receptora kannabinoidowego pojawiła się w 2010 roku, kiedy szaleństwo dotyczące mefedronu (znane również jako M-cat lub meow meow) działało w najlepsze. Około 170 receptorów zostało zakazanych w skomplikowanym ustawodawstwie. Nawet najnowsze przepisy z lutego 2013 roku nie zapobiegły innowacjom, a nawet sprzyjały im rozwojowi. Gdy tylko jedna partia została zakazana, dziesiątki kolejnych były w sprzedaży - jeszcze tego samego dnia.

Obecnie liczba dostępnych nowych leków rośnie w takim tempie, że policja i toksykolodzy nie są w stanie nawet zidentyfikować ich zawartości, ponieważ nie mają dostępnych próbek referencyjnych do porównania. W całej sieci odbywają się miliony transakcji narkotykowych.

Cytując Williama Gibsona: „Przyszłość już jest - po prostu nie jest równomiernie rozłożona”.

Źródło: The Guardian

Opublikowano w Nowości w Standardzie
sobota, 31 sierpień 2019 08:08

Osły obronne - czemu nie?

Choć często opisuje się je jako humorzaste i uparte, osły potrafią być lojalnym i efektywnym dodatkiem do gospodarstwa rolnego, potrafiącym nie tylko zaganiać stado, ale też chronić owce przed drapieżnikami takimi jak kojoty czy bezdomne psy - jeśli odpowiednio się je wyszkoli.

Jan Dohner, autorka publikacji "Livestock Guardians: Using Dogs, Donkeys and Llamas to Protect Your Herd" oraz kilku innych ekspertów twierdzi, że ci przedstawiciele rodziny koniowatych mogą być świetnymi obrońcami żywego inwentarza, jednak znacznie różnią się od tradycyjnych psów obronnych.

- Osioł nie radzi sobie tak dobrze z drapieżnikami jak pies i nie obroni gospodarstwa przed małymi szkodnikami, takimi jak szopy pracze czy ptactwo, ale też nie będą nikogo budzić w nocy szczekaniem - oznajmiła Dohner.

Jak większość zwierząt obronnych, najlepiej jest wychowywać osła wraz ze stadem, które ma ochraniać. Mimo, że oślica i wykastrowany samiec mogą dołączyć do stada w wieku dorosłym, źrebaki które dorastają wraz z trzodą staną się naturalnymi przywódcami i obrońcami.

Osły są zwierzętami terytorialnymi i z definicji nie bronią stada tak bardzo, jak swojego otoczenia i siebie samych. Nie chodzą na patrole wokół pastwiska, raczej koncentrują się na karmieniu i nawiązywaniu stosunków towarzyskich ze stadem, dopóki nie pojawia się zagrożenie. Dzięki swoim pokaźnym uszom i szerokiemu polu widzenia, osły są w stanie dostrzec niebezpieczeństwo podczas jedzenia i są jednocześnie mniej płochliwe i bojaźliwe niż konie - co sprawia, że prędzej będą w stanie stawić czoła zagrożeniu.

Dohner twierdzi, że osły są instynktownie agresywne w stosunku do psów i są w stanie odeprzeć miażdżące ciosy zarówno przednimi, jak i tylnymi nogami, a także używać swoich dużych zębów do atakowania intruzów. Nie są jednak w stanie poradzić sobie z wieloma psimi napastnikami lub większymi drapieżnikami, takimi jak pumy, dziki lub niedźwiedzie, i rzadko powiadamiają gospodarza o jakichkolwiek problemach na pastwisku - chociaż ich głośne ryczenie może wskazywać na potencjalną inwazję.

Chociaż osioł nie jest zbyt popularny wśród większych gospodarstw komercyjnych, Dohner utrzymuje, że zwierzęta te stanowią dobrą alternatywę dla gospodarstw hobbystycznych lub osób, które prowadzą drobne rolnictwo poza farmami.

- Dla osób, które nie czują się dobrze z dużymi i agresywnymi psami obronnymi u boku, dobrym rozwiązaniem są osły - zapewniają lepszą ochronę przed drapieżnikami niż lamy i są lepsze od psów w przypadku wizyty gości lub klientów.

Jednak nie każdy osioł będzie odpowiednim opiekunem dla farmy. Ogiery lub niewykastrowane osły są na ogół zbyt szorstkie w stosunku do owiec i mogą im zaszkodzić lub nawet je zabić. Co więcej, osły bez wcześniejszego kontaktu z żywym inwentarzem mogą działać agresywnie po umieszczeniu na tym samym pastwisku.

Kim Barnes, kierownik operacyjny w The Donkey Sanctuary of Canada, codziennie pracuje z osiołkami i ostrzega, że rolnicy, którzy decydują się na wykorzystanie osłów jako opiekunów zwierząt gospodarskich, muszą wiedzieć, jak się z nimi obchodzić i odpowiednio się nimi opiekować.

- Osły są lojalne, troskliwe i świetne w tym, co robią, ale nie są tylko sprzętem - mówi. - Bez problemu mogą być świetnymi strażnikami, ale ludzie myślący o zakupie osła z takich pobudek muszą zasięgnąć pewnej wiedzy.

Tak więc następnym razem, gdy zobaczysz osiołka pasącego się na słońcu, pamiętaj, że to nie Kłapouchy wałęsający się wokół pastwiska - równie dobrze może to być obrońca farmy, w takim przypadku lepiej uważać, ponieważ kopnięcie osła nie należy do najprzyjemniejszych uczuć.

Źródło: ModernFarmer.com

Latem 2018 roku 13-letni Jaequan Faulkner otworzył własny biznes oparty na sprzedaży hot dogów za dwa dolary oraz napojów gazowanych i chipsów (w tym przypadku wymagał zapłaty jednego dolara za sztukę). Odpowiednie stanowisko Jaequan wystawił przed swoim domem w Minnesocie.

Jednak jego przedsięwzięcie nie spodobało się wszystkim - ktoś wysłał anonimowego maila ze skargą do Departamentu Zdrowia w Minneapolis. Wszak młodzieniec działał jako nielicencjonowany sprzedawca przekąsek.

- Powiedziano mi, że ktoś wysłał skargę - oznajmił młody przedsiębiorca w wywiadzie dla CNBC.

Faulkner nieświadomie stał się najnowszym przypadkiem w napływie dzieci próbujących zarabiać pieniądze na boku, których działania często spotykają się z protestami wściekłych dorosłych. W przypadku, który stał się viralowy, pewna kobieta, która zyskała pejoratywny przydomek "Permit Patty" (w wolnym tłumaczeniu: "Patty od zezwoleń"), wezwała władze do sprawdzenia młodej dziewczyny sprzedającej wodę.

Dan Huff, dyrektor ds. zdrowia środowiska w Departamencie Zdrowia w Minneapolis, powiedział w rozmowie z dziennikarzem CNBC: - Zanim odpowiedzieliśmy na skargę, wstrzymaliśmy się z odpowiedzią, dając sobie czas na wymyślenie sposobu, w który można by mu pomóc".

- Zamiast mnie zamknąć, członkowie rady miasta zebrali się, aby przedyskutować sprawę i powiedzieli: "OK, w jaki sposób możemy pomóc temu dziecku, aby go poinstruować? - stwierdził Faulkner.

Będąc pod wrażeniem przedsiębiorczości młodego człowieka inspektorzy zdrowia postanowili nauczyć go prawidłowego obchodzenia się z żywnością, aby pomóc mu w uporaniu się z legalnymi kwestiami związanymi z biznesem hotdogowym.

Stragan nastolatka przeszedł inspekcję, a inspektorzy sami zapłacili 87 dolarów za "krótkoterminowe pozwolenie na sprzedaż jedzenia", które chłopiec otrzymał 16 lipca.

- Zwyczajnie ruszył z kopyta. Nigdy się nie poddawał i wciąż brnął do przodu. I przy okazji pchał do przodu i mnie - powiedział wujek Jaequana, Jerome Faulkner.

Stoisko z hot dogami serwował lunch w dni powszednie od 11:00 do 15:00, a Jerome okazał się również pragmatyczny. - Nie jest to łatwa praca dla 13-latka - żartował wujek. - Jaequan wykrzykuje tylko: "Potrzebuję tego, potrzebuję tamtego" i zwyczajnie mu to dostarczam, podczas gdy on kontroluje kasę. Całkiem dobrze zna się na obsłudze kasy fiskalnej.

Jerome oszacował, że wspólnie sprzedawali "od 100 do 150 hot dogów dziennie". Jego siostrzeniec planował wykorzystać pieniądze na ubrania do szkoły, ale wyraził nadzieję, że pozostanie w branży spożywczej - pracując po lekcjach.

- Kolejnym krokiem będzie dla mnie odnaleźć małe miejsce, restaurację lub coś w tym rodzaju - powiedział Faulkner dla CNBC. - Zaraz po wyjściu ze szkoły mogę tam iść i zacząć pracować. Gdzieś na stałe, ale ważne, żeby było to małe przedsięwzięcie, niewielkie.

Zapytany o to jakie lekcje wyciągnie ze swojego sukcesu tamtego lata, wspomniał o mądrości rodzinnej.

- Ciocia zawsze mi mówiła: "Nikt nie może cię zatrzymać oprócz ciebie. Jeśli powiesz sobie: "Nie potrafię tego zrobić", to po prostu przygotujesz się na porażkę.

Źródło: CNBC

W 2013 roku Hiszpanie zaprezentowali światu ich nowe dziecko - okręt podwodny, który niestety posiadał pewien problem z wagą. Właściwie chodzi tutaj o niemałą nadwagę, bo aż 70 ton "za dużo" - władze natychmiast wyraziły zaniepokojenie, że łodzie wypuszczone w tym stanie na wody nie będą w stanie wypłynąć z powrotem na powierzchnię.

Były hiszpański urzędnik oznajmił, że problem ten wyniknął z błędu w obliczeniach. Ktoś najprawdopodobniej... pomylił miejsca po przecinku.

- Był to katastrofalny błąd - oświadczył Rafael Bardaji, który w przeszłości był dyrektorem Biura Oceny Strategicznej w hiszpańskim Ministerstwie Obrony.

Isaac Peral, pierwszy przedstawiciel nowej klasy okrętów podwodnych z silnikiem Diesla, był już niemal ukończony, gdy inżynierowie odkryli pewien problem. Pomoc w jego rozwiązaniu miała nadejść z Zachodu - podwykonawca z amerykańskiej marynarki wojennej w Connecticut, Electric Boat, podpisał umowę, która miała pomóc hiszpańskiemu Ministerstwu Obrony w znalezieniu sposobów na odchudzenie okrętu ważącego 2200 ton.

Wspomniany kontrakt z Electric Boat wzywał Hiszpanię do zapłaty 14 milionów dolarów w ciągu trzech lat za ocenę problemu z programem okrętów podwodnych S-80 i zakres prac, które byłyby konieczne do jego rozwiązania - co potwierdził hiszpański minister obrony w oświadczeniu dla The Associated Press.

Bardaji, który później został starszym pracownikiem zespołu analitycznego Strategic Studies Group w Madrycie, powiedział, że urzędnicy mieli dokonać przeglądu opcji oferowanych przez Electric Boat. Dodał przy tym, że preferowaną opcją było wydłużenie kadłuba okrętu podwodnego, być może o 5 lub 6 metrów, aby zwiększyć wyporność.

W przeciwnym razie waga okrętu musiałaby zostać zmniejszona, a hiszpańska marynarka wojenna nie chciała narażać na szwank takich aspektów jak system walki lub niezależny od powietrza układ napędowy.

Isaac Peral, nazwany na cześć XIX-wiecznego hiszpańskiego projektanta okrętów podwodnych, był wówczas jednym z czterech okrętów tej klasy będących na etapie konstruowania. Kraj zainwestował około 2,7 miliarda dolarów w ten program. Pierwszą dostawę zaplanowano na rok 2015, jednak pracownicy hiszpańskiej stoczni Navantia stwierdzili, że problemy z wagą mogą spowodować opóźnienia sięgające nawet dwóch lat.

Okręt o długości 233 stóp (ok. 71 metrów) miał za zadanie przewozić 32-osobową załogę wraz z ośmioma żołnierzami sił specjalnych i systemami uzbrojenia do działań wojennych na powierzchni i przeciw okrętom podwodnym.

Ministerstwo Obrony stwierdziło, że problemy techniczne są normalne w przypadku projektów na taką skalę.

- Wyzwania technologiczne, przed którymi stoją te programy podczas ich opracowywania, to znacznie więcej niż proste obliczenia - oznajmił minister. - Wszystkie główne programy wojskowe, zwłaszcza te związane z okrętami podwodnymi, doświadczały pewnych opóźnień i często wymagały wsparcia partnera technologicznego.

Bardaji wyjawił, że problem został odkryty w drugiej połowie 2012 roku, a Navantia przekazała pracownikom ministerstwa, że najwyraźniej ktoś umieścił przecinek dziesiętny w niewłaściwym miejscu.

- Najwyraźniej ktoś w obliczeniach na samym początku popełnił błąd i nikt nie zwracał uwagi na ich dokładne sprawdzenie - powiedział.

Electric Boat, główny wykonawca floty atomowych okrętów podwodnych amerykańskiej marynarki wojennej, parafował kontrakt w drodze zagranicznej umowy sprzedaży wojskowej między amerykańską marynarką wojenną a hiszpańskim Ministerstwem Obrony - ogłosiło w 2013 roku Naval Sea Systems Command.

Firma ta, będąca oddziałem General Dynamic Corp., pomogła również innym krajom w ich programach okrętów podwodnych. Warto wymienić choćby pomoc w rozwoju okrętów podwodnych ataku nuklearnego klasy Astute dla Brytyjskiej Marynarki Wojennej w 2003 roku i prace na podstawie innej umowy sprzedaży wojskowej nad australijskim okrętem Collins.

Źródło: o.Canada.com (za The Associated Press)

W 1939 roku Niemcy napadają na Polskę i rozpoczyna się II wojna światowa. Niedługo później do konfliktu dołącza ZSRR, które dzieli się okupowanymi terenami Polski z Hitlerem. Bezbronni obywatele naszego kraju ginęli każdego dnia. Podczas gdy całe grupy Polaków wyemigrowały do innych części Europy, wielu z nich nie czuło się bezpiecznie w obawie przed rosnącą siłą nazistów. Kiedy coraz to więcej dorosłych ginęło w walce, tysiące polskich sierot transportowano do sierocińców na terenie Związku Radzieckiego.

Cywile, którzy trafili do obozów pracy, żyli w nieludzkich warunkach w charakterze jeńców wojennych. Żydzi byli transportowani do nazistowskich obozów śmierci, takich jak Auschwitz, ale obywatele nieżydowscy uznawani byli często za uchodźców. Nocowali w namiotach, ponieważ brakowało domostw mogących ich pomieścić. Brakowało jedzenia, a wielu z nich chorowało i notowało drastyczny spadek wagi. W czasie, gdy cały Zachód pogrążony był w wojennej walce, setki osieroconych dzieciaków nie miało się dokąd udać.

Na ratunek maharadża

W tamtym czasie niejaki Digvijaysinhji był maharadżą północno-zachodniego indyjskiego księstwa Nawanagaru. Kiedy usłyszał o wspomnianych sierotach i ujrzał wygłodzone dzieci na fotografiach, jego serce pękło. Indie zostały pierwszym krajem, który przyjmował polskich uchodźców, aby ci mogli żyć w pokoju. Czerwony Krzyż i brytyjskie konsulaty w Polsce zainicjowały długi proces organizowania transportu dla dzieci. 640 dziewczynek i chłopców, wraz z setkami dorosłych, pokonało wiele mil drogą morską. Każdy nastolatek w wieku powyżej 15 lat otrzymywał azyl w kraju, a dorośli mężczyźni mogli żyć i pracować tam jako uchodźcy.

Wspomniane 640 dzieciaków poniżej 15. roku życia zostało od razu przetransportowane do królewskiego pałacu w Bombaju, gdzie przywitał ich książę, który od tamtej pory stał się ich przybranym ojcem. - Nie jesteście już sierotami. Od tej chwili jesteście Nawanagaryjczykami, a ja jestem Bapu, ojcem wszystkich Nawanagaryjczyków, a więc i waszym - miał do nich rzec maharadża przy pierwszym spotkaniu. Jego jedynym celem było sprawienie, żeby dzieci te poczuły się kochane i bezpieczne.

Podczas pierwszego dnia po przybyciu do Indii, książę zorganizował olbrzymią ucztę dla dzieciaków, ale podano na niej same pikantne dania charakterystyczne dla kuchni indyjskiej. Żaden z małolatów nie widział nigdy takich potraw na oczy i nie byli w stanie przełknąć tak ostrych dań. Tak więc bali się jeść, mimo że odczuwali wielki głód. Zamiast zmuszać dzieci do przyjęcia nowej kultury, maharadża zatrudnił siedmiu polskich kucharzy by ci pracowali w pałacu, tak aby nieletni mogli cieszyć się ich ulubionymi potrawami.

Mimo całej tej dobroci, dzieciaki mogli stawiać żądania. Pewnego dnia jeden ze starszych chłopców postanowił zorganizować strajk przeciwko szpinakowi. Dzieci chciały wyeliminować go z diety, jako że przypominał im on o Sowietach, którzy żywili ich samym szpinakiem w puszce przez dwa tygodnie bez przerwy. Zbuntowana grupa dzieci odłożyła szpinak na wielką kupę w jednym miejscu na stole. Kiedy maharadża usłyszał o ich podejściu do szpinaku, nakazał kucharzom pomijanie go w przyszłości.

Jeszcze przed przybyciem gości, Digvijaysinhji wybudował salę sypialną, gdzie każdy dzieciak otrzymał swoje własne łóżko. Tuż za pałacem znajdował się olbrzymi dom gościnny, który przekształcono na szkołę z odpowiednimi salami lekcyjnymi. Niektóre dorosłe kobiety, którym także udało się uciec z kraju, mianowano nauczycielkami, tak aby dzieci mogły się uczyć w języku ojczystym. Zanim odpowiedni podręczniki trafiły do Indii, starsi koledzy pomagali młodszym w nauce poprzez spisywanie lekcji, których udzielono im w przeszłości. Stworzyli nawet odręcznie pisane elementarze wraz z ilustracjami - wszystko powstało czysto z pamięci.

Najlepsze dzieciństwo na świecie

Było tam dla nich wiele miejsc do zabawy, a otaczał ich dosłowny raj. Plaża znajdowała się rzut beretem od ich miejsca zamieszkania, podobnie jak dżungla, w której dzieci mogły zbierać owoce z drzew. Ponieważ formalne wykształcenie zajęło trochę czasu, dzieciom udzielano lekcji pływania i uczyły się one pracy zespołowej przez specjalnie stworzone drużyny sportowe, grając w siatkówkę i piłkę nożną. Często udawali się na kemping pod gwiazdami. Mimo że mieli dużo swobody w zabawach, straż królewska czuwała nad nimi, aby upewnić się, że nigdy nie zostaną skrzywdzeni.

Maharadża zadbał o to, aby zapewnić im piękne doznania podczas każdego święta, do którego przywykli w Polsce, np. Wielkanocy i Bożego Narodzenia. Pierwszego świątecznego poranka stado wielbłądów niosących tysiące prezentów na garbach ruszyło w kierunku pałacu, a mężczyzna w stroju Świętego Mikołaja jechał na jednym ze zwierzaków z przodu stada.

W wywiadzie z polskim czasopismem maharadża wyjaśnił, że dzieci te przeżyły wystarczająco dużo tragedii w swoim życiu i chciał przywrócić im tyle dzieciństwa, ile tylko mógł. - Może tam, na pięknych wzgórzach nad brzegiem morza, dzieci będą mogły odzyskać zdrowie i zapomnieć o ciężkiej męce... Współczuję narodowi polskiemu i jego nieustającej walce z opresją.

Ponieważ większość Indii była terytorium brytyjskim, przeważająca część mieszkających tam Europejczyków mówiła po angielsku. Jednak książę nie chciał, aby dzieci zapomniały mówić po polsku w procesie dorastania. Lekcje w szkole były prowadzone po polsku, a książę zamówił tysiące polskich książek i zbudował bibliotekę, aby je tam umieścić. Maharadża sprowadził materiały z Polski i szył na zamówienie tradycyjne ubrania dla swoich dzieci, aby mogły one poznawać historię i kulturę swojego kraju rodzinnego w jak największym stopniu, mimo że były tysiące kilometrów od jego terytorium. Czasami nazywali taki stan rzeczy „małą Polską”.

Ojciec Pluta odprawiał nabożeństwa w języku polskim w każdą niedzielę, a indyjscy lekarze i pielęgniarki jeździli do pałacu, aby regularnie badać dzieci i opiekować się nimi, gdy ktoś zachorował.

Z powrotem do Polski

Digvijaysinhji wiedział, że któregoś dnia wojna się skończy, a dzieci wrócą do ojczyzny. Książę upewnił się, że wszystkie tożsamości dzieci zostały dobrze udokumentowane, aby polski rząd i Czerwony Krzyż mogły pomóc im w powrocie do domu i znalezieniu ocalałych krewnych. Niektórzy mieli szczęście, gdyż odkryli, że ich rodzice wcale nie umarli, a zostali oni rozdzieleni z powodu panującego wtedy chaosu. Kiedy II wojna światowa została oficjalnie zakończona, dzieci mogły bezpiecznie wrócić do domu. Zostali przetransportowani z powrotem do kraju macierzystego.

Polski rząd podziękował maharadży za opiekę nad sierotami. Kiedy przyszedł czas na powrót do domu, dzieci płakały, ponieważ pokochały swojego "Bapu". Digvijaysinhji zaskarbił sobie prawdziwe uwielbienie u wszystkich tych dzieci i był smutny, widząc, jak odchodzą. Książę powiedział, że nie chce żadnych pieniędzy za opiekę od rządu. Chciał tylko ulicy nazwanej jego imieniem, aby zawsze o nim pamiętano. Niestety, Związek Radziecki wciąż miał znaczącą kontrolę nad Polską. Dopiero w 2012 roku rząd mógł nazwać plac na warszawskiej Ochocie „Skwerem Dobrego Maharadży”. Na jego cześć postawiono tam stosowny pomnik. Co więcej, ZSSO „Bednarska” nosi imię Jam Saheba. Szkoła uczyniła swoją misją zajmowanie się dziećmi uchodźców z całego świata, tak jak czynił to jej patron.

Opisywane dzieci nazywają siebie „Ocalałymi z Balachadi”. Wielu z nich będąc wówczas nastolatkami zakochało się w sobie i wzięło ślub, żyjąc razem w Polsce. Jeden z ocalałych, Jan Bielecki, powiedział, że kiedy wrócił do Polski, często tęsknił za życiem w Indiach i pragnął wrócić, i nadal uważa to miejsce za drugi dom.

Mimo że w Małej Polsce mieszkało prawie tysiąc osób, wszyscy stali się jedną wielką kochającą rodziną. Wiele z tych dzieci wróciło do Indii, aby odwiedzić swoich opiekunów, którzy byli równie nostalgiczni, wspominając wspólne chwile i ubrania, które zostały stworzone dla dzieci. Każdego roku sieroty organizowały „Zjazd Rodzinny”, na którym wszyscy mogli się spotkać. Z biegiem czasu dorastali, mieli własne dzieci i zestarzeli się. Coraz mniej ocalałych z Balachadi pozostało przy życiu, aby móc opowiedzieć swoje historie, ale z pewnością żaden z nich nigdy nie miał nic złego do powiedzenia na temat maharadży Digvijaysinhjego.

Źródło: History Collection

W 2018 roku jeden z użytkowników popularnego portalu reddit.com zadał internautom pytanie: "Do ludzi uczących się języka angielskiego - co najbardziej was w nim wkurza?". Odpowiedzi zwróciły uwagę na kilka interesujących aspektów, wszak Reddit zrzesza internautów z całego świata.

Postanowiłem zebrać najciekawsze (i najbardziej plusowane) wypowiedzi i przedstawić je w tym materiale. Zaczynajmy!

"Whoever invented the word 'rural' is a horrible person. Whenever I try to pronounce this word I sound like scooby-doo."

"Rural", czyli słówko, które przetłumaczymy jako "wiejski", spędza sen z powiek wielu miłośników języka Szekspira. Szczególny problem z wymówieniem tego wyrazu posiadają nacje, których języki są wyraźnie "twarde", pełne spółgłosek i "szeleszczenia". W tej grupie z pewnością znajdą się i Polacy, choć szczególnie zabawne (jak i nieudolne) próby wymówienia tego słowa podejmował mój znajomy Niemiec.

Pewien internauta pospieszył nawet z pomocą zakłopotanemu użytkownikowi: Don't worry, just say "rrrl".

"Why am I on the bus when I’m actually inside the bus, and why am I in the car and not on the car then? I walked through a door and sat down inside in both cases, so why is one on and one in? It makes no fucking sense."

Jestem w autobusie, jestem w samolocie, jestem w aucie - kwestia tak oczywista dla Polaków okazuje się nieco komplikować w języku angielskim. W tym wypadku znajdujemy się bowiem "on the bus", "on the plane", ale już "in the car" - skąd ta nieoczekiwana i nieintuicyjna zmiana?

Jedną z teorii tłumaczących taki obrót wydarzeń jest kwestia "mobilności w pojeździe". W przypadku autobusu, samolotu czy łodzi możemy przemieszczać się na ich pokładzie, możemy zrobić coś więcej niż tylko siedzieć - w przeciwieństwie do samochodu, do którego tylko wchodzimy i natychmiast siadamy, bez możliwości większego przemieszczania się w jego wnętrzu.

Stąd też "on the boat" to tak naprawdę skrót od "on-board the boat". Nie możemy być "on-board a car", gdyż nie przemieszczamy się przecież na jego "pokładzie".

"Same combinations of vowels being pronounced differently."

Nic dodać, nic ująć. Kwestia wymowy w języku angielskim jest często dość... umowna, a ma to głównie związek z pochodzeniem danych słów (inaczej wymawiamy słowa zapożyczone z łaciny, inaczej z francuskiego itd.). Najlepiej obrazuje to zdanie: "It can be understood through tough thorough thought, though."

"Phrasal verbs. All of the permutations and combinations of using a verb with prepositions afterwards can be mind-bending."

Słynne "frejzale" to zmora uczących się języka angielskiego i na dobrą sprawę jest to ostatni przystanek na drodze do opanowania go w stopniu perfekcyjnym. Internauci słusznie zauważyli, że konstrukcje te należy traktować jak idiomy - podobnie jak one, phrasal verbs NIE MAJĄ sensu w tłumaczeniu dosłownym i trzeba to zaakceptować.

"It blows my mind that english has no plural for you."

A to ciekawe - część internautów uważa fakt nieposiadania osobnego słowa określającego zaimek "wy" jako zaskakujący. Faktycznie - rodzimy użytkownik języka angielskiego często skorzysta z konstrukcji "you people" lub "you guys", jednak jest to język nieformalny.

"It's a problem with all Slavic languages. We don't have any equivalent to the or a/an (except Bulgarian and Macedonian). That's why stereotypical Russian accent omits all articles."

Przedimki... Rzecz to wspaniała. Tym piękniejsza dla wszystkich użytkowników języka słowiańskiego, w którym próżno szukać ich odpowiedników. Kiedy powinniśmy użyć "a/an", kiedy "the", a kiedy w ogóle pominąć przedimek? O zgrozo!

"Native speakers writing 'your' instead of 'you're' and 'then' instead of 'than'".

Rzecz nagminna, którą spotkać można często grając w gry zawierające tryb multiplayer. Okazuje się, że bardzo często błędne używanie "your" czy "then" to sprawka... rodzimych użytkowników języka angielskiego. Jest zatem promyk nadziei - oni też mylą się w tym języku!

"English is my only language and I'm still pissed over read and read."

Ta sama pisownia, ale już różna wymowa. Zorientowanie się w tekście czy ktoś coś przeczytał czy czytuje nie jest tak oczywiste, jakby mogło się wydawać - nawet dla native speakerów.

Jednakże: "Read and lead rhyme with each other. Read and lead rhyme with each other. However, read and lead do not rhyme with each other." - w czym problem? :)

A co dołożylibyście od siebie do tej listy? Zachęcamy do dyskusji!

P.S. Takie tam porównanie na koniec:

Spanish: rules are confusing, always followed

English: rules are easy, but are broken all the time

Opublikowano w Nowości w Standardzie

Free Joomla! template by L.THEME