31 października 1832 roku młody Karol Darwin wszedł na pokład HMS Beagle i zdał sobie sprawę, że wraz z nim na pokład statku dostały się tysiące intruzów. Mowa o małych czerwonych pająkach o szerokości jednego milimetra. Statek znajdował się ok. 95 kilometrów od brzegu, więc stworzenia musiały odpłynąć z wybrzeża argentyńskiego. „Wszystkie liny były pokryte i otoczone pajęczyną”, pisał Darwin.

Pająki nie posiadają skrzydeł, ale mimo to mogą wzbić się w powietrze. Wspinają się na odsłonięty punkt, unoszą brzuch do nieba, wytłaczają pasma jedwabiu i odfruwają. To zachowanie nazywa się balonowaniem. Może on przenosić pająki z dala od drapieżników i konkurentów lub w kierunku nowych ziem z dużymi zasobami. Ale bez względu na powód, jest to z pewnością niezwykle skuteczny środek transportu. Obecność pająków odnotowano już m.in. cztery kilometry nad ziemią i 1600 kilometrów wgłąb morza.

Powszechnie uważa się, że baloniarstwo funkcjonuje, ponieważ jedwab łapie wiatr, ciągnąc za sobą pająka. Ale to nie do końca ma sens, zwłaszcza że pająki "latają" tylko podczas lekkich wiatrów. Pająki nie wystrzeliwują jedwabiu z brzucha i wydaje się mało prawdopodobne, aby tak delikatny wietrzyk mógł być wystarczająco silny, aby rozproszyć nitki - nie mówiąc już o uniesieniu największych gatunków w górę lub wygenerowaniu dużych przyspieszeń przy starcie pajęczaków. Sam Darwin stwierdził, że szybkość lotu pająków jest „zupełnie nie do wyjaśnienia”, a jego przyczyna jest „niewytłumaczalna”.

Jednak Erica Morley i Daniel Robert znaleźli wyjaśnienie. Duet, który pracuje na uniwersytecie w Bristolu, udowodnił, że pająki wyczuwają pole elektryczne Ziemi i używają go do wystrzelenia siebie w powietrze.

Każdego dnia na całym świecie szaleje około 40 tys. burz, zmieniając tym samym atmosferę Ziemi w gigantyczny obwód elektryczny. Górne obszary atmosfery mają ładunek dodatni, a powierzchnia planety - ładunek ujemny. Nawet w słoneczne dni przy bezchmurnym niebie powietrze przenosi napięcie około 100 woltów na każdy metr nad ziemią. W mglistych lub burzowych warunkach gradient ten może wzrosnąć do dziesiątek tysięcy woltów na metr.

"Balonujące" pająki działają w tym planetarnym polu elektrycznym. Kiedy ich jedwab opuszcza ciała, zwykle odbiera ładunek ujemny. To odpycha podobne ujemne ładunki na powierzchniach, na których siedzą pająki, wytwarzając wystarczającą siłę, aby unieść je w powietrze. Pająki mogą zwiększyć te siły, wspinając się na gałązki, liście lub źdźbła trawy. Uziemione rośliny mają taki sam ujemny ładunek jak ziemia, na której rosną, ale wystają w dodatnio naładowane powietrze. Powoduje to wytwarzanie znacznych pól elektrycznych między otaczającym je powietrzem a końcami ich liści i gałęzi - oraz pająkami fruwającymi z tych wierzchołków.

Pomysł ten - ucieczka przez odpychanie elektrostatyczne - został po raz pierwszy zaproponowany na początku 1800 roku, w czasie podróży Darwina. Peter Gorham, fizyk, wskrzesił ten pomysł w 2013 roku i wykazał, że jest on matematycznie wykonalny. Ostatecznie Morley i Robert przetestowali to na prawdziwych pająkach.

Na wstępie wykazali, że pająki potrafią wykryć pola elektryczne. Naukowcy umieścili pajęczaki na pionowych paskach tektury na środku plastikowego pudełka, a następnie wytwarzali pola elektryczne między podłogą a sufitem o sile podobnej do tej, jaką pająki doświadczałyby na zewnątrz. Pola te postrzępiły maleńkie włoski sensoryczne na stopach pająków, znane jako trichobothria. - To tak, jakby pocierać balon i trzymać go przy włosach - mówi Morley.

W rezultacie pająki wykonały szereg ruchów zwanych chodzeniem na palcach - stanęły na końcach nóg i wybiły brzuch w powietrze. - Takie zachowanie można zobaczyć tylko przed balonowaniem - opisuje Morley. Wielu pająkom udało się wystartować, mimo że znajdują się w zamkniętych skrzyniach bez przepływu powietrza. A kiedy Morley wyłączył pola elektryczne w skrzynkach, balonujące pająki zwyczajnie spadły.

- Szczególnie ważnym jest, aby zdawać sobie sprawę, że pająki mogą fizycznie wykrywać zmiany elektrostatyczne w swoim otoczeniu - twierdzi Angela Chuang z University of Tennessee. - To podstawa wielu interesujących pytań badawczych - dodaje. - W jaki sposób różne siły pola elektrycznego wpływają na fizykę startu, lotu i lądowania? Czy pająki wykorzystują informacje o warunkach atmosferycznych do podejmowania decyzji o tym, kiedy poświęcić swoje sieci lub stworzyć nowe?

Prądy powietrzne mogą nadal odgrywać pewną rolę w balonowaniu. W końcu te same włosy, które pozwalają pająkom wyczuwać pola elektryczne, mogą również pomóc im ocenić prędkość lub kierunek wiatru. A Moonsung Cho z Politechniki Berlińskiej niedawno udowodnił, że pająki przygotowują się do lotu, podnosząc przednie nogi na wiatr, prawdopodobnie po to, aby sprawdzić ich siłę.

Tym niemniej badania Morleya i Roberta pokazują, że siły elektrostatyczne same w sobie wystarczają do wyrzucenia pająków w powietrze. - To naprawdę nauka przez duże "N" - mówi Gorham. - Jako fizyk wydawało mi się bardzo jasne, że pola elektryczne odgrywają kluczową rolę, ale mogłem jedynie spekulować, w jaki sposób biologia może to wspierać. Morley i Robert podnieśli to do poziomu pewności, który znacznie przekracza wszelkie moje oczekiwania.

- Myślę, że Karol Darwin byłby równie podekscytowany czytając wyniki tych badań - dodaje.

Źródło: The Atlantic

wtorek, 08 październik 2019 09:01

Spacerowanie rozwija kreatywność

Steve Jobs, zmarły współzałożyciel Apple, znany był z organizowania "chodzonych" spotkań. Mark Zuckerberg z Facebooka był także widywany podczas odbywania pieszych spotkań. Być może każdy z nas niekiedy chodził w tę i z powrotem, by pomysły same wpadły nam do głowy.

Badanie z 2014 roku przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Stanforda wyjaśnia tę kwestię.

Twórcze myślenie poprawia się, gdy dana osoba spaceruje i wkrótce potem - głoszą wyniki badań współtworzonych przez Marily Oppezzo, doktorant z psychologii pedagogicznej z Uniwersytetu Stanforda i Daniela Schwartza, profesora Stanford Graduate School of Education.

Badanie wykazało, że chodzenie w pomieszczeniu lub na zewnątrz podobnie stymulowało twórczą inspirację. Czynność chodzenia, a nie otoczenie, była głównym czynnikiem. Poziomy kreatywności były znacznie wyższe dla osób chodzących w porównaniu do osób siedzących.

- Wiele osób anegdotycznie twierdzi, że myślą najlepiej, kiedy chodzą. W końcu możemy zrobić krok lub dwa, aby odkryć, dlaczego tak jest- napisali Oppezzo i Schwartz w badaniu opublikowanym w czasopiśmie "Journal of Experimental Psychology: Learning, Memory and Cognition".

Spacerowanie kontra siedzenie

- Inne badania koncentrowały się na tym, w jaki sposób ćwiczenia aerobowe ogólnie chronią długofalową funkcję poznawczą, ale do tej pory brakowało badań konkretnego wpływu zwyczajnego chodzenia na jednoczesne twórcze generowanie nowych pomysłów, a następnie porównania ich wyników dla osób w tym czasie siedzących - oznajmiła.

Osoba chodząca w pomieszczeniu - na bieżni umieszczonej w pokoju przed pustą ścianą - lub chodząca na świeżym powietrzu wywołała dwukrotnie więcej twórczych odpowiedzi w porównaniu do osoby siedzącej, co stwierdzono w jednym z eksperymentów.

- Myślałem, że to właśnie chodzenie na zewnątrz przyczyni się do erupcji pomysłów, ale chodzenie po bieżni w małym, nudnym pokoju wciąż przynosiło dobre rezultaty, co mnie zaskoczyło - powiedziała Oppezzo.

Badanie wykazało również, że kreatywność nie ustawała, nawet gdy osoba usiadła tuż po spacerze.

Ocena kreatywnego myślenia

Badanie obejmowało cztery eksperymenty z udziałem 176 studentów i innych dorosłych, którzy wykonywali zadania powszechnie używane przez naukowców do oceny kreatywnego myślenia. Uczestnicy zostali umieszczeni w różnych warunkach: chodzenie w pomieszczeniu na bieżni lub siedzenie w pomieszczeniu - oboje twarzą do pustej ściany - i chodzenie na zewnątrz lub siedzenie na zewnątrz na wózku inwalidzkim - oboje przemieszczali się po wcześniej ustalonej ścieżce na terenie kampusu Stanforda. Naukowcy umieścili siedzących uczestników na wózku inwalidzkim na zewnątrz, aby wizualnie przejawiali taki sam ruch jak chodzenie.

Porównano także różne kombinacje, takie jak dwie kolejne sesje siedzące lub sesja spacerowa, po której następowała sesja siedząca. Sesje spacerowe lub siedzące używane do mierzenia kreatywności trwały od 5 do 16 minut, w zależności od testowanych zadań.

Trzy eksperymenty opierały się na teście kreatywności „rozbieżnego myślenia”. Rozbieżne myślenie to proces myślowy lub metoda wykorzystywana do generowania kreatywnych pomysłów poprzez badanie wielu możliwych rozwiązań. W tych eksperymentach uczestnicy musieli wymyślić alternatywne zastosowania dla danego obiektu. Otrzymali kilka zestawów trzech obiektów i mieli cztery minuty na wymyślenie jak największej liczby odpowiedzi dla każdego zestawu. Odpowiedź uznano za nowatorską, jeśli żaden inny uczestnik grupy jej nie wykorzystał. Badacze ocenili również, czy odpowiedź była odpowiednia. Na przykład „opona” nie może być użyta jako mały pierścień.

Badania wykazały, że przeważająca większość uczestników tych trzech eksperymentów była bardziej kreatywna podczas chodzenia niż siedzenia. W jednym z tych eksperymentów uczestnicy zostali przetestowani w pomieszczeniu - najpierw podczas siedzenia, a następnie chodzenia po bieżni. Według badań wydajność twórcza wzrosła średnio o 60 procent, gdy dana osoba chodziła.

W czwartym eksperymencie oceniano twórczość, mierząc zdolności ludzi do generowania złożonych analogii do podpowiedzi. Najbardziej kreatywne odpowiedzi to te, które uchwyciły głęboką strukturę pytania. Na przykład w przypadku hasła „okradziony sejf” odpowiedź „żołnierz cierpiący na PTSD” oddaje poczucie utraty, naruszenia i dysfunkcji. „Pusty portfel” - już nie.

Rezultat: 100 procent tych, którzy wyszli na zewnątrz, było w stanie wygenerować co najmniej jedną nowatorską analogię wysokiej jakości w porównaniu do 50 procent osób siedzących w środku.

Brak powiązania z ukierunkowanym myśleniem

Jednak nie wszystkie procesy myślowe są takie same. Chociaż badanie wykazało, że chodzenie przyczyniło się do rozwoju twórczej burzy mózgów, nie miało ono pozytywnego wpływu na rodzaj ukierunkowanego myślenia wymaganego dla pojedynczych, poprawnych odpowiedzi.

- Nie oznacza to, że każde zadanie w pracy powinno być wykonywane podczas chodzenia, ale skorzystałyby na tym osoby, których zadania wymagają nowej perspektywy lub nowych pomysłów - oświadczyła Oppezzo, obecnie członek wydziału na Uniwersytecie Santa Clara.

Badacze powierzyli uczestnikom zadanie powiązania słów, powszechnie stosowane do pomiaru wglądu i ukierunkowanego myślenia. Biorąc pod uwagę trzy słowa, uczestnicy musieli wygenerować jedno słowo, które można by zestawić ze wszystkimi trzema, aby utworzyć słowa złożone. Na przykład, biorąc pod uwagę słowa „cottage, Swiss, cake”, poprawną odpowiedzią jest „cheese”.

W badaniu tym ci, którzy zareagowali podczas chodzenia, wypadli nieco gorzej niż ci, którzy odpowiedzieli podczas siedzenia.

Zdaniem Oppezzo kreatywność produktywna obejmuje szereg etapów - od generowania pomysłów do realizacji - a badania wykazały, że korzyści płynące z chodzenia odnoszą się do „rozbieżnego” elementu kreatywnego myślenia, ale nie do tego bardziej „konwergentnego” lub ukierunkowanego.

- Nie twierdzimy, że chodzenie może zmienić cię w Michała Anioła - powiedziała Oppezzo. - Ale może ci pomóc na początkowych etapach wyzwalania kreatywności.

Schwartz przewiduje, że solidne wyniki ich pracy to początek, który doprowadzi do dalszych badań nad połączeniami neurologicznymi i fizjologicznymi.

- Jest jeszcze wiele do zrobienia, aby znaleźć mechanizmy przyczynowe - oznajmił Schwartz. - A to bardzo solidny paradygmat, który pozwoli ludziom rozpocząć pewne manipulacje, aby mogli wyśledzić, jak ciało wpływa na umysł.

A oto jeden z możliwych przyszłych problemów badawczych: czy spacer jako taki, czy inne formy łagodnej aktywności fizycznej mają podobny efekt wzmagający myślenie?

W międzyczasie „wiemy już, że aktywność fizyczna jest ważna, a zbyt częste siedzenie jest niezdrowe. To badanie jest kolejnym uzasadnieniem dla podejmowania aktywności fizycznej w dzień, bez względu na to, czy jest to przerwa w szkole, czy przekształcenie spotkania w pracy w spacerowe”, dodaje Oppezzo. - Bylibyśmy zdrowsi, a może bardziej innowacyjni.

Źródło: Stanford News

Radziecka nastoletnia partyzantka i Bohaterka Związku Radzieckiego. Była znana z zabicia ponad 100 nazistów przy użyciu trucizny. Zdradzona i schwytana, rzekomo zastrzeliła nazistowskiego detektywa, który ją uprowadził. Poznajcie Zinaidę Portnową.

Portnowa urodziła się w Leningradzie 20 lutego 1926 roku. Była córką białoruskiej rodziny robotniczej. Jej ojciec pracował w Fabryce Kirowa (jednej z największych w Imperium Rosyjskim i w ZSRR fabryce maszyn). W 1941 roku była uczennicą siódmej klasy w Szkole nr 385 w Leningradzie, kiedy wyjechała do domu babci w obwodzie witebskim. Niedługo potem nazistowskie Niemcy zaatakowały Związek Radziecki. Incydent z najeżdżającymi żołnierzami nazistowskimi, którzy dopuścili się przemocy wobec jej babci podczas konfiskaty bydła, doprowadził ją do prawdziwej nienawiści do Niemców.

W 1942 roku Portnowa dołączyła do białoruskiego ruchu oporu, stając się członkiem lokalnej podziemnej organizacji Komsomol w miejscowości Obol w rejonie szumilińskim, o nazwie "Młodzi Mściciele". Zaczynała od dystrybucji radzieckich ulotek propagandowych na okupowanej przez Niemcy Białorusi, zbierania i ukrywania broni dla żołnierzy radzieckich oraz informowania o ruchach wojsk niemieckich. Po nauczeniu się, jak używać broni i materiałów wybuchowych od starszych członków grupy, Portnowa uczestniczyła w działaniach sabotażowych w lokalnej elektrowni czy cegielni. Szacuje się, podczas tych akcji zgładzono ponad 100 żołnierzy niemieckich.

W 1943 roku Portnowa została zatrudniona jako pomocnik kuchenny w Obolu. W sierpniu zatruła żywność przeznaczoną dla stacjonującego tam nazistowskiego garnizonu. Natychmiast określono ją jako podejrzaną, a wtedy oświadczyła, że jest niewinna i zjadła trochę jedzenia przed nazistami, aby udowodnić, że nie zostało otrute - istotnie tuż po zjedzeniu żywności nic się jej nie stało, więc ją wypuszczono. Dziewczyna odczuła skutki tego heroicznego czynu później, mocno wymiotując, ale ostatecznie pokonała truciznę po wypiciu dużej ilości serwatki. Po tym, jak nie wróciła do pracy, Niemcy zrozumieli, że jest winowajcą, i zaczęli ją szukać. Aby uniknąć nieprzyjaciół, została zwiadowcą jednostki partyzanckiej im. Klimienta Woroszyłowa. W liście wysłanym do jej rodziców tamtego miesiąca napisała, że „razem [pokonają] nazistów”. W październiku 1943 roku Portnowa dołączyła do komunistycznej organizacji młodzieży Komsomoł.

W grudniu 1943 roku lub w styczniu 1944 Portnova została odesłana z powrotem do Obola w celu infiltracji garnizonu, odszukania przyczyny niedawnych niepowodzeń Młodych Mścicieli, a następnie zlokalizowania i skontaktowania się z pozostałymi członkami. Została szybko schwytana. Raporty o jej ucieczce są niejasne. Jeden z nich głosi, że podczas przesłuchania gestapo we wsi Goriany pojmała pistolet śledczego ze stołu, a następnie zastrzeliła go i zabiła. Kiedy dwóch niemieckich żołnierzy weszło po usłyszeniu strzałów, również zostali postrzeleni. Następnie nastolatka próbowała uciec z budynku i pobiegła do lasu, gdzie została złapana w pobliżu brzegu rzeki.

Inna wersja donosi, że śledczy gestapo, w przypływie wściekłości, rzucił pistolet na stół po tym, jak zagroził jej, że strzeli. Podnosząc ów pistolet, Portnowa zastrzeliła wojskowego. Uciekając przez drzwi, postrzeliła strażnika na korytarzu, a potem na podwórku. Następnie Portnowa próbowała zastrzelić strażnika blokującego jej dostęp do ulicy, ale zabrakło jej amunicji i została ponownie schwytana.

Po kolejnym schwytaniu Portnowa była torturowana, być może w celach informacyjnych. Później została wygnana do lasu i stracona lub zabita podczas tortur 15 stycznia 1944 roku.

Spuścizna

1 lipca 1958 roku Portnowa została pośmiertnie ogłoszona Bohaterką Związku Radzieckiego przez Prezydium Rady Najwyższej. Otrzymała także Order Lenina. W 1969 roku wioska Zuya postawiła pamiątkową tablicę na jej cześć. Ponadto wiele grup Młodych Pionierów nazwano na jej cześć.

Wiele drużyn i grup szkolnych zostało nazwanych jej imieniem, podobnie było w przypadku muzeum grupy Komsomoł, położonego na autostradzie między Połockiem a Witebskiem, a także szkołą w Petersburgu. Postawiono dla niej dwa monumenty - popiersie w Mińsku i obelisk we wsi Obol.

Źródło: Wikipedia

piątek, 04 październik 2019 09:36

Dimetylortęć - bezlitostna trucizna bez antidotum

Kiedy pipeta wylała jedną lub dwie krople na jej lewą rękawiczkę, profesor chemii Karen Wetterhahn nie była szczególnie zaniepokojona. W końcu przestrzegała przepisów bezpieczeństwa dotyczących dimetylortęci. Miała na sobie fartuch laboratoryjny, gogle i jednorazowe rękawiczki lateksowe. A ponieważ substancja stwarza ryzyko poprzez wdychanie, pracowała ona w ramach bezpieczeństwa w dygestorium.

Drobny wyciek tej klarownej cieczy nie sprawił jej bólu ani żadnego dyskomfortu, a więc nie miała powodu sądzić, że incydent ten był poważny. Poza tym jej praca była zbyt ważna, aby tracić czas na obawy: Wetterhahn, pierwsza profesor chemii w Dartmouth College w USA, uzyskała największy grant badawczy w historii swojej szkoły, aby zbadać i wyjaśnić, w jaki sposób metale ciężkie wpływają na ludzkie zdrowie. Niestety, wkrótce miały one wpłynąć na zdrowie samej pani doktor.

Wypadek

14 sierpnia 1996 roku Wetterhahn przygotowywała próbki rtęci do spektroskopii NMR. - Dimetylortęć była standardem w przypadku rtęci NMR, ponieważ jest "czystą" cieczą, więc nie trzeba było się martwić efektami stężenia lub pH, które mogą powodować fałszywe przesunięcia chemiczne - mówi Kent Sugden. Obecnie profesor chemii i biochemii na University of Montana w USA, natomiast w 1996 roku Sugden był pracownikiem naukowym w Dartmouth. Stworzył standardy NMR dla nietoksycznych soli rtęci dla Wetterhahn, ale kiedy nie uzyskała ona oczekiwanych rezultatów, wróciła do stosowania dimetylortęci w celu potwierdzenia swoich ustaleń. Sugden opisuje ją jako „bardzo skrupulatną chemiczkę”.

W styczniu 1997 roku Wetterhahn zaczęła odczuwać mrowienie w kończynach dolnych. Co było jeszcze bardziej niepokojące, zaczęła się potykać podczas chodzenia, jej mowa zaczęła być niewyraźna, a wzrok i słuch zostały naruszone. Po wizycie w szpitalu zdiagnozowano ciężką toksyczność rtęci. Dopiero wtedy przypomniała sobie rozlane kropelki - nie zdawała sobie sprawy, że substancja przeniknęła jej rękawicę i dostała się do skóry. Próg toksyczności dla zawartości rtęci u człowieka wynosi 50 µg/L. Ekspozycja Wetterhahn była około 80 razy większa, przy 4 mg/L.

Niewiele osób na świecie rozumiało toksyczne metale tak samo jak Wetterhahn. Wiedziała, że ​​po przeniknięciu przez skórę dimetylortęć ma jeden cel: jej mózg. Rozpoczęła leczenie zwane terapią chelatacyjną, która miała na celu przekształcenie rtęci w jej ciele w substancję, którą mogła wydalić. Jednak organizmowi łatwiej jest wydalać sole rtęci niż dimetylortęć, a pięć miesięcy po ekspozycji szansa na jakąkolwiek terapię była niewielka. Gdy jej zmysły nadal słabły, zachęciła swojego przewodniczącego wydziału, aby ostrzegł osoby tam pracujące o ekstremalnych zagrożeniach ze strony dimetylortęci.

Na początku lutego 1997 roku, zaledwie trzy tygodnie po pojawieniu się objawów, Wetterhahn zapadła w śpiączkę. Pozostała w stanie wegetatywnym do śmierci 8 czerwca 1997 roku - odeszła w wieku 48 lat, pozostawiając męża i dwoje dzieci.

Zmiana przepisów

Jeszcze przed wypadkiem Wetterhahn niektórzy chemicy odmawiali pracy z dimetylortęcią z troski o swoje bezpieczeństwo. Chociaż społeczność chemiczna wiedziała, że ​​substancja jest toksyczna, nie doceniła, jak wielką ma w sobie moc - w końcu znano wówczas jedyny znany śmiertelny wypadek dimetylortęci w XX wieku z udziałem czeskiego chemika w 1972 roku. Mimo że tylko dwie udokumentowane ofiary śmiertelne w ciągu stulecia mogą wydawać się zaskakujące dla tak niebezpiecznej substancji, Sugden twierdzi, że dimetylortęć „nigdy nie była powszechnie stosowana w laboratoriach, nawet wśród chemików metaloorganicznych”.

W ciągu kilku tygodni po śmierci Wetterhahn, Chemical & Engineering News opublikowało list na temat jej śmiertelnego wypadku i alarmujących wyników testu dimetylortęci na rodzaju rękawiczek, które miała na sobie. Niezależne laboratorium potwierdziło, że dimetylortęć szybko przenika lateks. Rok później, w marcu 1998 roku, Amerykański Departament Pracy i Bezpieczeństwa Zdrowia Pracy (OSHA) wydał biuletyn informacji o zagrożeniach, w którym zalecono unikanie dimetylortęci, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Biuletyn zalecił również, aby oprócz noszenia osłony twarzy, każdy, kto pracuje z dimetylortęcią, powinien nosić rękawice laminowane Silver Shield pod odpornymi na ścieranie rękawicami zewnętrznymi. Ponadto pracownicy laboratorium mieli zgłaszać wszelkie wycieki i otrzymywać natychmiastową pomoc lekarską, a każdy, kto konsekwentnie pracował z dimetylortęcią, powinien poddać się okresowym badaniom krwi i moczu.

OSHA nałożył na Dartmouth karę pieniężną w wysokości 9000 dolarów za to, że instytucja nie zapewniła odpowiedniej ostrożności, szczególnie w odniesieniu do wad jednorazowych rękawiczek lateksowych. Sugden zwraca uwagę, że w przypadku substancji toksycznych laboratoria zmieniły rękawiczki lateksowe na rękawiczki nitrylowe, które są mniej porowate, i przypomina sobie historie o innych kampusach, które powoli wyrzucają wszelkie zapasy dimetylortęci w następstwie tragedii Wetterhahn. Uważa, że ​​substancji nie można już nabyć przez zakup, „nawet jeśli chcesz z nią pracować”.

W tym momencie użytecznym może okazać się również fragment opisu dimetylortęci z polskiej Wikipedii: "Toksyczne działanie dimetylortęci wynika z jego działania na układ nerwowy człowieka. Związek tworzy kompleks z cysteiną, który bez trudu pokonuje barierę krew-mózg i silnie wpływa na jego funkcjonowanie, przez zaburzanie procesów przekazywania sygnałów przez synapsy. Związek ten powoduje ataksję (utratę koordynacji ruchów), efekty halucynacyjne oraz utratę pamięci. Proces tworzenia kompleksu z cysteiną jest bardzo powolny i jednocześnie związek ten nie wchodzi w żadne inne reakcje w organizmie człowieka, nie jest więc z niego wydalany. Stąd efekt zatrucia jest bardzo odsunięty w czasie od momentu wniknięcia trucizny do organizmu i zaczyna się powoli ujawniać dopiero w kilka miesięcy po wchłonięciu dawki śmiertelnej. Nie jest znane żadne antidotum na tę truciznę."

Źródła: ChemistryWorld.com, Wikipedia

czwartek, 03 październik 2019 11:29

Pierwsza rzecz zakupiona przez Internet? Marihuana!

Raport podsumowujący ankietę Global Drugs Survey z 2013 roku przyniósł niepokojące wieści o rosnącej skali handlu narkotykami w Internecie, co zaintrygowało wielu komentatorów. Co ciekawe - okazuje się, że pierwszą rzeczą kupioną oraz sprzedaną online była saszetka marihuany, a transakcja miała miejsce ponad 40 lat temu.

W książce Johna Markoffa z 2005 roku pt. "What the Dormouse Said: How the Sixties Counterculture Shaped the Personal Computer Industry" wyjawił, że pierwszą na świecie transakcją online była transakcja narkotykowa:

"W 1971 lub 1972 roku studenci Stanford korzystający z kont Arpanet w Laboratorium Sztucznej Inteligencji Uniwersytetu Stanford przeprowadzili transakcję handlową ze studentami z Massachussetts Institute of Technology. Przed erą Amazona, przed eBayem, przełomowym aktem handlu elektronicznego została transakcja narkotykowa. Młodzi ludzie skorzystali z sieci, aby po cichu zorganizować sprzedaż nieokreślonej ilości marihuany".

Od tamtej chwili rozpoczęła się długa i dziwna podróż (jak ujęliby to muzycy grupy Grateful Dead), a narkomani, dzięki chemii, neurofarmakologii i telekomunikacji byli o kilka kroków przed stróżami prawa.

W latach 70., 80. i 90. wszelkiego rodzaju narkotyki, zarówno legalne, jak i nielegalne, były sprzedawane online. W 2013 roku niektórzy zadawali sobie pytanie: po co łamać prawo, skoro można po prostu zlecić chińskiemu laboratorium stworzenie syntetycznej substancji marihuany (fachowo: agonisty receptora kannabinoidowego), która w warunkach laboratoryjnych wykazuje takie same efekty jak marihuana? Prawo nadal stara się nadążyć za tym problemem.

Pytanie to zadają także pozbawieni skrupułów dealerzy, którzy chętnie importują i sprzedają te niesprawdzone, rzadkie związki o nieznanej czystości, rozpuszczają je w acetonie i rozpylają na obojętny ziołowy materiał nośnikowy, który sprzedają online każdemu, kto ma kartę kredytową. Mają niewielki szacunek dla konsumentów tych nieprzetestowanych leków, które przecież nie zostały zaprojektowane by odgrywać rolę narkotyków. Mogą prowadzić do chorób, nadciśnienia, a nawet uszkodzenia nerek.

Poprzez zwyczajny przegląd praw narkotykowych dziecinnie prostym jest, aby obejść te ograniczenia i stworzyć legalny narkotyk: taki, który jest chemicznie podobny do zakazanej substancji, ale sam w sobie zakazany nie jest. Jeszcze łatwiejsze jest zbadanie opublikowanych prac medycznych pod kątem wszystkiego, co wykazuje zwiększoną aktywność ruchową lub aktywność receptorów serotoninowych lub dopaminowych, ponieważ będą one prawdopodobnie działać w taki czy inny sposób jak narkotyki.

A jeśli testowano je tylko na szczurach to kogo to obchodzi? Młodzi ludzie ustawiają się w kolejce, by zostać królikami doświadczalnymi.

Spośród 73 nowych chemikaliów odkrytych w 2012 roku 50 to agoniści receptorów kannabinoidowych, często opracowane do stosowania w legalnych badaniach farmaceutycznych znanych jako testy „zależności struktura-aktywność”. Endogenny system kannabinoidowy ma ogromny wpływ na nastrój, apetyt, ciśnienie krwi i wiele innych istotnych funkcji życiowych. Firmy takie jak Stirling Winthrop i laboratoria Johna Williama Huffmana z Clemson University w USA wyprodukowały setki takich "leków" w swoich uzasadnionych poszukiwaniach niesteroidowych środków przeciwzapalnych. Ale uciekli oni na szary rynek w 2008 roku i rozpoczęła się moralna panika - gwarantująca zwiększony popyt.

Pierwsza partia przepisów zakazujących nowych agonistów receptora kannabinoidowego pojawiła się w 2010 roku, kiedy szaleństwo dotyczące mefedronu (znane również jako M-cat lub meow meow) działało w najlepsze. Około 170 receptorów zostało zakazanych w skomplikowanym ustawodawstwie. Nawet najnowsze przepisy z lutego 2013 roku nie zapobiegły innowacjom, a nawet sprzyjały im rozwojowi. Gdy tylko jedna partia została zakazana, dziesiątki kolejnych były w sprzedaży - jeszcze tego samego dnia.

Obecnie liczba dostępnych nowych leków rośnie w takim tempie, że policja i toksykolodzy nie są w stanie nawet zidentyfikować ich zawartości, ponieważ nie mają dostępnych próbek referencyjnych do porównania. W całej sieci odbywają się miliony transakcji narkotykowych.

Cytując Williama Gibsona: „Przyszłość już jest - po prostu nie jest równomiernie rozłożona”.

Źródło: The Guardian

Opublikowano w Nowości w Standardzie
sobota, 31 sierpień 2019 08:08

Osły obronne - czemu nie?

Choć często opisuje się je jako humorzaste i uparte, osły potrafią być lojalnym i efektywnym dodatkiem do gospodarstwa rolnego, potrafiącym nie tylko zaganiać stado, ale też chronić owce przed drapieżnikami takimi jak kojoty czy bezdomne psy - jeśli odpowiednio się je wyszkoli.

Jan Dohner, autorka publikacji "Livestock Guardians: Using Dogs, Donkeys and Llamas to Protect Your Herd" oraz kilku innych ekspertów twierdzi, że ci przedstawiciele rodziny koniowatych mogą być świetnymi obrońcami żywego inwentarza, jednak znacznie różnią się od tradycyjnych psów obronnych.

- Osioł nie radzi sobie tak dobrze z drapieżnikami jak pies i nie obroni gospodarstwa przed małymi szkodnikami, takimi jak szopy pracze czy ptactwo, ale też nie będą nikogo budzić w nocy szczekaniem - oznajmiła Dohner.

Jak większość zwierząt obronnych, najlepiej jest wychowywać osła wraz ze stadem, które ma ochraniać. Mimo, że oślica i wykastrowany samiec mogą dołączyć do stada w wieku dorosłym, źrebaki które dorastają wraz z trzodą staną się naturalnymi przywódcami i obrońcami.

Osły są zwierzętami terytorialnymi i z definicji nie bronią stada tak bardzo, jak swojego otoczenia i siebie samych. Nie chodzą na patrole wokół pastwiska, raczej koncentrują się na karmieniu i nawiązywaniu stosunków towarzyskich ze stadem, dopóki nie pojawia się zagrożenie. Dzięki swoim pokaźnym uszom i szerokiemu polu widzenia, osły są w stanie dostrzec niebezpieczeństwo podczas jedzenia i są jednocześnie mniej płochliwe i bojaźliwe niż konie - co sprawia, że prędzej będą w stanie stawić czoła zagrożeniu.

Dohner twierdzi, że osły są instynktownie agresywne w stosunku do psów i są w stanie odeprzeć miażdżące ciosy zarówno przednimi, jak i tylnymi nogami, a także używać swoich dużych zębów do atakowania intruzów. Nie są jednak w stanie poradzić sobie z wieloma psimi napastnikami lub większymi drapieżnikami, takimi jak pumy, dziki lub niedźwiedzie, i rzadko powiadamiają gospodarza o jakichkolwiek problemach na pastwisku - chociaż ich głośne ryczenie może wskazywać na potencjalną inwazję.

Chociaż osioł nie jest zbyt popularny wśród większych gospodarstw komercyjnych, Dohner utrzymuje, że zwierzęta te stanowią dobrą alternatywę dla gospodarstw hobbystycznych lub osób, które prowadzą drobne rolnictwo poza farmami.

- Dla osób, które nie czują się dobrze z dużymi i agresywnymi psami obronnymi u boku, dobrym rozwiązaniem są osły - zapewniają lepszą ochronę przed drapieżnikami niż lamy i są lepsze od psów w przypadku wizyty gości lub klientów.

Jednak nie każdy osioł będzie odpowiednim opiekunem dla farmy. Ogiery lub niewykastrowane osły są na ogół zbyt szorstkie w stosunku do owiec i mogą im zaszkodzić lub nawet je zabić. Co więcej, osły bez wcześniejszego kontaktu z żywym inwentarzem mogą działać agresywnie po umieszczeniu na tym samym pastwisku.

Kim Barnes, kierownik operacyjny w The Donkey Sanctuary of Canada, codziennie pracuje z osiołkami i ostrzega, że rolnicy, którzy decydują się na wykorzystanie osłów jako opiekunów zwierząt gospodarskich, muszą wiedzieć, jak się z nimi obchodzić i odpowiednio się nimi opiekować.

- Osły są lojalne, troskliwe i świetne w tym, co robią, ale nie są tylko sprzętem - mówi. - Bez problemu mogą być świetnymi strażnikami, ale ludzie myślący o zakupie osła z takich pobudek muszą zasięgnąć pewnej wiedzy.

Tak więc następnym razem, gdy zobaczysz osiołka pasącego się na słońcu, pamiętaj, że to nie Kłapouchy wałęsający się wokół pastwiska - równie dobrze może to być obrońca farmy, w takim przypadku lepiej uważać, ponieważ kopnięcie osła nie należy do najprzyjemniejszych uczuć.

Źródło: ModernFarmer.com

Latem 2018 roku 13-letni Jaequan Faulkner otworzył własny biznes oparty na sprzedaży hot dogów za dwa dolary oraz napojów gazowanych i chipsów (w tym przypadku wymagał zapłaty jednego dolara za sztukę). Odpowiednie stanowisko Jaequan wystawił przed swoim domem w Minnesocie.

Jednak jego przedsięwzięcie nie spodobało się wszystkim - ktoś wysłał anonimowego maila ze skargą do Departamentu Zdrowia w Minneapolis. Wszak młodzieniec działał jako nielicencjonowany sprzedawca przekąsek.

- Powiedziano mi, że ktoś wysłał skargę - oznajmił młody przedsiębiorca w wywiadzie dla CNBC.

Faulkner nieświadomie stał się najnowszym przypadkiem w napływie dzieci próbujących zarabiać pieniądze na boku, których działania często spotykają się z protestami wściekłych dorosłych. W przypadku, który stał się viralowy, pewna kobieta, która zyskała pejoratywny przydomek "Permit Patty" (w wolnym tłumaczeniu: "Patty od zezwoleń"), wezwała władze do sprawdzenia młodej dziewczyny sprzedającej wodę.

Dan Huff, dyrektor ds. zdrowia środowiska w Departamencie Zdrowia w Minneapolis, powiedział w rozmowie z dziennikarzem CNBC: - Zanim odpowiedzieliśmy na skargę, wstrzymaliśmy się z odpowiedzią, dając sobie czas na wymyślenie sposobu, w który można by mu pomóc".

- Zamiast mnie zamknąć, członkowie rady miasta zebrali się, aby przedyskutować sprawę i powiedzieli: "OK, w jaki sposób możemy pomóc temu dziecku, aby go poinstruować? - stwierdził Faulkner.

Będąc pod wrażeniem przedsiębiorczości młodego człowieka inspektorzy zdrowia postanowili nauczyć go prawidłowego obchodzenia się z żywnością, aby pomóc mu w uporaniu się z legalnymi kwestiami związanymi z biznesem hotdogowym.

Stragan nastolatka przeszedł inspekcję, a inspektorzy sami zapłacili 87 dolarów za "krótkoterminowe pozwolenie na sprzedaż jedzenia", które chłopiec otrzymał 16 lipca.

- Zwyczajnie ruszył z kopyta. Nigdy się nie poddawał i wciąż brnął do przodu. I przy okazji pchał do przodu i mnie - powiedział wujek Jaequana, Jerome Faulkner.

Stoisko z hot dogami serwował lunch w dni powszednie od 11:00 do 15:00, a Jerome okazał się również pragmatyczny. - Nie jest to łatwa praca dla 13-latka - żartował wujek. - Jaequan wykrzykuje tylko: "Potrzebuję tego, potrzebuję tamtego" i zwyczajnie mu to dostarczam, podczas gdy on kontroluje kasę. Całkiem dobrze zna się na obsłudze kasy fiskalnej.

Jerome oszacował, że wspólnie sprzedawali "od 100 do 150 hot dogów dziennie". Jego siostrzeniec planował wykorzystać pieniądze na ubrania do szkoły, ale wyraził nadzieję, że pozostanie w branży spożywczej - pracując po lekcjach.

- Kolejnym krokiem będzie dla mnie odnaleźć małe miejsce, restaurację lub coś w tym rodzaju - powiedział Faulkner dla CNBC. - Zaraz po wyjściu ze szkoły mogę tam iść i zacząć pracować. Gdzieś na stałe, ale ważne, żeby było to małe przedsięwzięcie, niewielkie.

Zapytany o to jakie lekcje wyciągnie ze swojego sukcesu tamtego lata, wspomniał o mądrości rodzinnej.

- Ciocia zawsze mi mówiła: "Nikt nie może cię zatrzymać oprócz ciebie. Jeśli powiesz sobie: "Nie potrafię tego zrobić", to po prostu przygotujesz się na porażkę.

Źródło: CNBC

czwartek, 01 sierpień 2019 08:22

Donkey czy... ass?

Większość osób uczących się języka angielskiego prędzej czy później natrafia na angielski odpowiednik polskiego "osła" - "donkey". Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że to urocze zwierzę można również po angielsku określić mianem... "ass" - i nie ma w tym nic uszczypliwego czy obraźliwego. O co chodzi?

Najprościej mówiąc - "donkey" to udomowiona wersja "ass".

"Ass" jest członkiem rodziny koniowatych złożonej z dwóch gatunków - osła nubijskiego oraz kułana azjatyckiego. Ciekawe są tutaj angielskie słówka określające te zwierzaki - odpowiednio "African wild ass" oraz "Asiatic wild ass". W rodzinie mamy też podgatunek znany jako kułan mongolski - po angielsku "Mongolian wild ass".

Osioł nubijski został udomowiony około 5000 lat temu. Jego potomkowie są opisywani jako podgatunki (Equus africanus asinus), a niektórzy eksperci traktują je jako osobny gatunek (Equus asinus). Udomowione zwierzę tego rodzaju jest po angielsku określane mianem "donkey".

Może się jednak zdarzyć, że niektórzy ludzie będą używali słówka "ass" do opisania udomowionego zwierzaka. Jest to w pełni akceptowalne, gdyż każdy "donkey" to "ass". Nie działa to jednak w drugą stronę - dziki osioł nie może być obdarowany tytułem "donkey".

Nieco bardziej wyczerpujący opis prezentuje nam angielska Wikipedia:

Przyjęło się, że tradycyjna nazwa naukowa osła to Equus asinus asinus, co jest oparte na zasadzie pierwszeństwa stosowanej w naukowych nazwach zwierząt. Jednak Międzynarodowa Komisja ds. Nomenklatury Zoologicznej orzekła w 2003 roku, że jeśli gatunki domowe i gatunki dzikie są uważane za swoje podgatunki, nazwa naukowa dzikiego gatunku ma pierwszeństwo, nawet jeśli podgatunek ten został opisany po podgatunku domowym. Oznacza to, że prawidłowa nazwa naukowa osła to Equus africanus asinus, gdy jest uważany za podgatunek, i Equus asinus, gdy jest uważany za gatunek.

Kiedyś "ass" było bardziej powszechnym określeniem osła. Pierwsze udokumentowane użycie "donkey" miało miejsce w roku 1784 lub 1785. Podczas gdy słowo "ass" ma pewne korzenie w większości innych języków indoeuropejskich, "donkey" jest niejasnym etymologicznie słowem, dla którego nie zostało zidentyfikowane jednoznaczne pochodzenie. Istnieje kilka hipotez na temat jego pochodzenia:

- być może pochodzi on z języka hiszpańskiego, mając na uwadze jego "powagę dona (don to tytuł grzecznościowy używany w Hiszpanii oraz Włoszech)". Osioł był kiedyś również określany jako "Król hiszpańskiego trębacza",

- może to być zdrobnienie od słowa "dun" (matowy szaro-brązowy), typowego koloru osła,

- możliwe, że pochodzi od imienia Duncan,

- być może nazwa ta wzięła się z naśladownictwa (onomatopeja).

Od XVIII wieku "donkey" stopniowo wypierał "ass", a "jenny" wyparł "she-ass", który jest obecnie uważany za archaiczny. Zmiana mogła nastąpić poprzez tendencję do unikania w mowie pejoratywnych terminów i może być porównywalna do zastąpienia "cock" słówkiem "rooster" w północnoamerykańskim angielskim lub używaniem "rabbit" zamiast "coney", który wcześniej był homofoniczny z "cunny". Pod koniec XVII wieku zmiany w wymowie zarówno "ass", jak i "arse" sprawiły, że stały się homofonami. Inne słowa używane w języku angielskim w tamtych czasach do opisania osła to: "cuddy" w Szkocji, "neddy" w południowo-zachodniej Anglii i "dicky" na południowym wschodzie. Z kolei "moke" zostało udokumentowane w XIX wieku i może być pochodzenia walijskiego lub cygańskiego.

Jak widzicie - każdy "donkey" to "ass", ale nie każdy "ass" to "donkey". :)

Źródło: Quora, Wikipedia

Opublikowano w Nowości w Standardzie

W 2014 roku trzyletnia dziewczynka została uratowana po przetrwaniu 11 dni i nocy po tym, jak zgubiła się w syberyjskim lesie pełnym niedźwiedzi i wilków.

Ratownicy twierdzą, że Karina Czikitowa została uratowana przez swojego szczeniaka, który ogrzewał ją swoim ciepłem przez ponad tydzień, zanim opuścił ją, by wrócić do domu i wezwać pomoc.

"Dziewczynka w wieku trzech lat i siedmiu miesięcy przeżyła, jedząc dzikie jagody i pijąc wodę rzeczną na terytorium zamieszkiwanym przez dzikie niedźwiedzie i wilki" - donosi "The Siberian Times".

Ratownicy, którzy jej szukali, mieli natknąć się na niedźwiedzia, co tylko podkreśla olbrzymie niebezpieczeństwo, z jakim się mierzyła. Mimo to obrażenia małej dziewczynki ograniczały się do ukąszeń komarów i lekkich zadrapań.

Karina wyszła z domu w odległej wiosce, w towarzystwie szczeniaka, którego imienia, pomimo nadzwyczajnego heroizmu, nie ujawniono. Dziewczynka była w stanie przygotowywać sobie miejsca do spania w długich trawach, co zresztą jest dość powszechnym zabiegiem w południowo-zachodniej części Jakucji - największym regionie Rosji, który jest zresztą największą pod względem powierzchni jednostką podziału terytorialnego na świecie.

Wysokie trawy uniemożliwiły jednak helikopterom poszukiwawczym i dronom odnalezienie Kariny, która miała na sobie tylko czerwony podkoszulek i fioletowe rajstopy, kiedy ją znaleziono. Jakucja jest także najzimniejszym regionem Syberii w zimie, ale o tej porze roku temperatury w nocy sięgały nieco powyżej zera, około 6 °C.

Matka Kariny żyła w przekonaniu, że jej latorośl towarzyszyła ojcu Rodionowi, kiedy ten udał się 27 lipca w podróż do odległej wioski. W rzeczywistości mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego córka poszła za nim ze swoim szczeniakiem i zgubiła się w lesie.

Eksperci twierdzą, że jej szanse na przeżycie przez tak długi okres były minimalne. Dopiero cztery dni po jej zniknięciu matka mogła skontaktować się z Rodionem przez telefon, uświadamiając sobie, że ich córka zaginęła, a chwilę po tym rozpoczęto intensywne poszukiwania.

Początkowo rodzina Kariny i ekipy ratunkowe były naprawdę zrozpaczone, kiedy pies wrócił do wioski Olom w ułusie olokmińskim, jakieś dziewięć dni po zaginięciu Kariny. Okazało się, że instynkt zwierzęcia, aby szukać pomocy, był kluczowym aspektem w akcji ratunkowej.

- Dwa dni przed znalezieniem Kariny jej szczeniak wrócił do domu - powiedział Afanasij Nikołajew, rzecznik Służby Ratowniczej Jakucji. - To był moment, w którym nasze serca zamarły, ponieważ myśleliśmy, że z psem u boku Karina miała jakieś szanse na przeżycie - noc w Jakucji jest naprawdę zimna, a niektóre obszary już przeszły w ujemne temperatury.

- Gdyby mogła przytulić swojego szczeniaka, dałoby jej to szansę na utrzymanie ciepła w nocy i przetrwanie. Więc kiedy jej pies wrócił, pomyśleliśmy: "To koniec”. Nawet gdyby żyła - a szanse na to były niewielkie - teraz na pewno straciłaby wszelkie nadzieje. Nasze serca naprawdę zamarły.

Jednak pies poprowadził później ratowników do zagubionej dziewczynki.

To szczeniak Kariny pomógł dorosłym znaleźć dziewczynę - wynika z wiadomości podanych przez NTV. - Kiedy wrócił do domu dwa dni temu, jej rodzina straciła nadzieję, myśląc, że to oznaczało, iż Karina nie ma już żadnych szans. Jednak szczeniak pokazał ratownikom drogę do Kariny, a rano została znaleziona.

Materiał telewizji wskazywał, że Karina była świadoma i miała się zaskakująco dobrze.

- Dostała jedzenie i napoje, a następnie wraz z matką została wysłana do szpitala okręgowego, a później do Jakucka, stolicy regionu. Dziewczynka nie chce mówić o czasie, który spędziła w tajdze, a przynajmniej JESZCZE nie. Jedyną rzeczą, którą wyjawiła, jest to że ​​jadła jagody i piła wodę z rzek.

Nikołajew oznajmił, że ratownicy prowadzeni przez psa zauważyli ślady jej bosych stóp - zgubiła buty - a to ostatecznie pomogło im ją odnaleźć.

- Zaczęliśmy przeszukiwać teren, wychodząc z założenia, że jeśli straciła buty, próbowałaby trzymać się z dala od głębokiego lasu, ponieważ znajduje się tam wiele ostrych patyków - powiedział. Nagle z pomocą psa ujrzeliśmy Karinę siedzącą na trawie - wyjawił. 

- Podbiegliśmy do niej, nalaliśmy jej herbatę i zaprowadziliśmy ją do samochodu i lekarzy. Zaniosłem Karinę do samochodu, a była ona lekka jak piórko. Ważyła zaledwie dziesięć kilogramów - ale o dziwo była w pełni świadoma.

Ekaterina Andrejewa, psycholog z zespołu ratunkowego, oświadczyła: - Można powiedzieć, że umysł dziewczynki nie był w żaden sposób uszkodzony. Mówiła i reagowała na wszystko wokół niej w sposób normalny, naturalny. Pamięta również co się z nią stało.

Źródło: Huffington Post

Rodzice z Korei Południowej wynajmują umięśnionych mężczyzn pokrytych tatuażami, aby odgrywali rolę "fałszywych wujków" i chronili ich dzieci przed szkolnymi prześladowcami.

Lokalne media informują, że kilka firm oferuje zróżnicowane pakiety, za które trzeba zapłacić od 450 do 1790 dolarów dziennie. Oferta jest skierowana do zdesperowanych rodziców, którzy chcą zapewnić swoim pociechom ochronę przed agresywnymi rówieśnikami.

W ramach klasycznego "pakietu wujkowego", 30- lub 40-letni mężczyzna będzie odprowadzał dziecko do szkoły i przychodził je odebrać po zakończonych lekcjach, odstraszając przy tym potencjalnych prześladowców.

Z kolei tzw. "pakiet dowodowy" oferuje pewne udoskonalenie - "wujek" uwieczni kamerą działania prześladowców i przedstawi nagranie pracownikom placówki. W ramach tego pakietu będzie on również groził, że opublikuje film w Internecie jeśli nie dojdzie do zdecydowanych kroków w kierunku zaprzestania takich zjawisk.

Natomiast "pakiet-przyzwoitka" wprowadza nieco bardziej wyrafinowaną taktykę odwiedzania rodziców prześladowców w ich miejscach pracy i narażenie ich na publiczne upokorzenie.

Ta nietypowa usługa, która pod względem prawnym funkcjonuje w szarej strefie i może być powiązana z siecią podziemnych gangów, zdaje się mieć swoje korzenie w nasilających się obawach, że prześladowanie w szkołach niepohamowanie rośnie i prowadzi niektóre dzieciaki do skłonności samobójczych.

Samobójstwo jest najczęstszą przyczyną śmierci młodych Koreańczyków (w wieku 15-24 lat). Zdaniem Chicago Policy Review, naukowcy doszli do wniosku, że ma to związek z bardzo konkurencyjnym środowiskiem akademickim i zachowaniami mobbingowymi w szkole.

Noh Yoon-ho, prawniczka z Seulu specjalizująca się w sprawach związanych ze szkolną przemocą, oznajmiła, że od czasu, gdy zaczęła praktykować w tej dziedzinie w 2012 roku, nastąpił gwałtowny wzrost postępowań prawnych wobec przypadków prześladowań.

- Tak naprawdę nie mogę porównywać się bezpośrednio z innymi krajami (...) ale problem polega na tym, że dorośli mają tendencję do ignorowania tego, po prostu traktują to jak nieporozumienia pomiędzy dzieciakami, a większe problemy pojawiają się później (...) gdy dzieci popełniają samobójstwo”, oświadczyła Noh w rozmowie z "The Telegraph".

Jednak niektórzy rodzice korzystali z nowej usługi przeciw tyranizowaniu, bez proszenia prawników o ich opinię.

- Media donoszą o przemocy w szkole, coraz więcej rodziców popada w zaniepokojenie - oznajmiła Noh. - Dawniej, jeśli ktoś poszukiwał takich usług w Internecie, nigdy by ich nie znalazł, ale teraz można się na nie natknąć, co oznacza, że musi rosnąć zapotrzebowanie.

Statystyki zatrudniania "fałszywych wujków” są niemożliwe do ustalenia z powodu piętnowania zatrudniania zbirów i strachu przed ewentualnymi pozwami.

Pani Noh wyjawiła, że obecnie reprezentuje klientów, których nastoletnich synów atakowano przy pomocy mężczyzn, uważanych za "wujków", po tym jak ci pobili kolegę z klasy za doniesienie nauczycielowi, że posiadają papierosy.

Jeden z domniemanych prześladowców, w wieku 15 lat, uczył się na wieczornej lekcji matematyki, kiedy pobity chłopiec zadzwonił i powiedział mu, żeby natychmiast przyszedł do parku.

- Kiedy przyjechał, napotkał groźnie wyglądających ludzi, o masywnej budowie i z tatuażami na całym ciele. Ci zmusili go, by przeprosił nękanego dzieciaka (...) Powiedzieli mu: "powiedz swoim przyjaciołom, że jutro ich zobaczymy" - stwierdziła Noh.

- Kazali im uklęknąć przed dzieciakiem, który został zastraszony i go przeprosić, a potem odwozili wszystkich prześladowców do ich domów.

Rodzice rzekomo próbują pozwać opiekunów prawnych domniemanych prześladowców na sumę 330 tys. dolarów.

Ekstremalny środek w postaci zatrudniania umięśnionych mężczyzn, by zastraszali nastolatków, narodził się po latach publicznego zaniepokojenia znęcaniem się nad słabszymi w placówkach oświaty.

Według sondażu przeprowadzonego w 2013 roku przez Ministerstwo Edukacji, Nauki i Technologii, prawie co dziesiąty uczeń koreańskich szkół podstawowych i średnich cierpiał z powodu różnych form przemocy ze strony rówieśników.

Kwestia ta wywołała pierwszą publiczną burzę w 2011 roku, kiedy Kwon Seung-min, 13-letni uczeń, wyskoczył z bloku mieszkalnego po tym, jak pozostawił za sobą notatkę opisującą, w jaki sposób został poddany brutalnemu zastraszaniu.

Tragedia ta zwiększyła świadomość problemu, ale ostatnie dane sugerują, że nadal nie został on odpowiednio rozwiązany.

Liczba uczniów w Seulu, którzy zgłosili jakąś formę znęcania się, wzrosła o 25,4% - wynika z corocznego badania przeprowadzonego przez Seoul Metropolitan Office of Education (SMOE), opublikowanego w listopadzie 2018 roku.

W badaniu wzięło udział ponad 646 tys. uczniów, począwszy od szkół podstawowych po uczniów ostatnich klas szkół średnich - wykazano, że 11 425 osób doświadczyło znęcania się. W poprzednim badaniu taką deklarację wyraziło 9105 nastolatków, poinformowała gazeta "Korea Times".

Intensywna konkurencja między kolegami z klasy i presja o wyniki edukacyjne są często opisywane jako winowajcy takiego niewłaściwego zachowania.

Jednak pewna matka, której 15-letni syn został ostatnio terroryzowany przez kolegów z klasy, powiedziała dziennikarzom "The Telegraph", że obwinia głównie szkoły za brak działania z ich strony, gdyż nie chcą one psuć swojego publicznego wizerunku.

Park Ji-woo oznajmiła, że była wstrząśnięta bierną postawą ze strony szkoły jej syna, kiedy ten był kilkakrotnie atakowany.

- Szkoła tak naprawdę nawet nie starała się zbadać sprawy, chociaż mogli posiadać nazwiska dzieci, które tam wówczas były - powiedziała.

- Żaden nauczyciel nie chce się angażować, ponieważ nie chce stracić pracy lub być uwikłany w procesy sądowe- dodała pani Park.

- Nie rozważałabym korzystania z usług wujków, ponieważ jestem religijna i mam bardzo wysokie standardy moralne, ale całkowicie rozumiem, dlaczego inni rodzice z nich korzystają. Wszak czują się przyparci do muru i są zdesperowani.

Źródło: The Telegraph

Free Joomla! template by L.THEME