czwartek, 01 sierpień 2019 08:22

Donkey czy... ass?

Większość osób uczących się języka angielskiego prędzej czy później natrafia na angielski odpowiednik polskiego "osła" - "donkey". Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że to urocze zwierzę można również po angielsku określić mianem... "ass" - i nie ma w tym nic uszczypliwego czy obraźliwego. O co chodzi?

Najprościej mówiąc - "donkey" to udomowiona wersja "ass".

"Ass" jest członkiem rodziny koniowatych złożonej z dwóch gatunków - osła nubijskiego oraz kułana azjatyckiego. Ciekawe są tutaj angielskie słówka określające te zwierzaki - odpowiednio "African wild ass" oraz "Asiatic wild ass". W rodzinie mamy też podgatunek znany jako kułan mongolski - po angielsku "Mongolian wild ass".

Osioł nubijski został udomowiony około 5000 lat temu. Jego potomkowie są opisywani jako podgatunki (Equus africanus asinus), a niektórzy eksperci traktują je jako osobny gatunek (Equus asinus). Udomowione zwierzę tego rodzaju jest po angielsku określane mianem "donkey".

Może się jednak zdarzyć, że niektórzy ludzie będą używali słówka "ass" do opisania udomowionego zwierzaka. Jest to w pełni akceptowalne, gdyż każdy "donkey" to "ass". Nie działa to jednak w drugą stronę - dziki osioł nie może być obdarowany tytułem "donkey".

Nieco bardziej wyczerpujący opis prezentuje nam angielska Wikipedia:

Przyjęło się, że tradycyjna nazwa naukowa osła to Equus asinus asinus, co jest oparte na zasadzie pierwszeństwa stosowanej w naukowych nazwach zwierząt. Jednak Międzynarodowa Komisja ds. Nomenklatury Zoologicznej orzekła w 2003 roku, że jeśli gatunki domowe i gatunki dzikie są uważane za swoje podgatunki, nazwa naukowa dzikiego gatunku ma pierwszeństwo, nawet jeśli podgatunek ten został opisany po podgatunku domowym. Oznacza to, że prawidłowa nazwa naukowa osła to Equus africanus asinus, gdy jest uważany za podgatunek, i Equus asinus, gdy jest uważany za gatunek.

Kiedyś "ass" było bardziej powszechnym określeniem osła. Pierwsze udokumentowane użycie "donkey" miało miejsce w roku 1784 lub 1785. Podczas gdy słowo "ass" ma pewne korzenie w większości innych języków indoeuropejskich, "donkey" jest niejasnym etymologicznie słowem, dla którego nie zostało zidentyfikowane jednoznaczne pochodzenie. Istnieje kilka hipotez na temat jego pochodzenia:

- być może pochodzi on z języka hiszpańskiego, mając na uwadze jego "powagę dona (don to tytuł grzecznościowy używany w Hiszpanii oraz Włoszech)". Osioł był kiedyś również określany jako "Król hiszpańskiego trębacza",

- może to być zdrobnienie od słowa "dun" (matowy szaro-brązowy), typowego koloru osła,

- możliwe, że pochodzi od imienia Duncan,

- być może nazwa ta wzięła się z naśladownictwa (onomatopeja).

Od XVIII wieku "donkey" stopniowo wypierał "ass", a "jenny" wyparł "she-ass", który jest obecnie uważany za archaiczny. Zmiana mogła nastąpić poprzez tendencję do unikania w mowie pejoratywnych terminów i może być porównywalna do zastąpienia "cock" słówkiem "rooster" w północnoamerykańskim angielskim lub używaniem "rabbit" zamiast "coney", który wcześniej był homofoniczny z "cunny". Pod koniec XVII wieku zmiany w wymowie zarówno "ass", jak i "arse" sprawiły, że stały się homofonami. Inne słowa używane w języku angielskim w tamtych czasach do opisania osła to: "cuddy" w Szkocji, "neddy" w południowo-zachodniej Anglii i "dicky" na południowym wschodzie. Z kolei "moke" zostało udokumentowane w XIX wieku i może być pochodzenia walijskiego lub cygańskiego.

Jak widzicie - każdy "donkey" to "ass", ale nie każdy "ass" to "donkey". :)

Źródło: Quora, Wikipedia

Opublikowano w Nowości w Standardzie

W 2014 roku trzyletnia dziewczynka została uratowana po przetrwaniu 11 dni i nocy po tym, jak zgubiła się w syberyjskim lesie pełnym niedźwiedzi i wilków.

Ratownicy twierdzą, że Karina Czikitowa została uratowana przez swojego szczeniaka, który ogrzewał ją swoim ciepłem przez ponad tydzień, zanim opuścił ją, by wrócić do domu i wezwać pomoc.

"Dziewczynka w wieku trzech lat i siedmiu miesięcy przeżyła, jedząc dzikie jagody i pijąc wodę rzeczną na terytorium zamieszkiwanym przez dzikie niedźwiedzie i wilki" - donosi "The Siberian Times".

Ratownicy, którzy jej szukali, mieli natknąć się na niedźwiedzia, co tylko podkreśla olbrzymie niebezpieczeństwo, z jakim się mierzyła. Mimo to obrażenia małej dziewczynki ograniczały się do ukąszeń komarów i lekkich zadrapań.

Karina wyszła z domu w odległej wiosce, w towarzystwie szczeniaka, którego imienia, pomimo nadzwyczajnego heroizmu, nie ujawniono. Dziewczynka była w stanie przygotowywać sobie miejsca do spania w długich trawach, co zresztą jest dość powszechnym zabiegiem w południowo-zachodniej części Jakucji - największym regionie Rosji, który jest zresztą największą pod względem powierzchni jednostką podziału terytorialnego na świecie.

Wysokie trawy uniemożliwiły jednak helikopterom poszukiwawczym i dronom odnalezienie Kariny, która miała na sobie tylko czerwony podkoszulek i fioletowe rajstopy, kiedy ją znaleziono. Jakucja jest także najzimniejszym regionem Syberii w zimie, ale o tej porze roku temperatury w nocy sięgały nieco powyżej zera, około 6 °C.

Matka Kariny żyła w przekonaniu, że jej latorośl towarzyszyła ojcu Rodionowi, kiedy ten udał się 27 lipca w podróż do odległej wioski. W rzeczywistości mężczyzna nie zdawał sobie sprawy, że jego córka poszła za nim ze swoim szczeniakiem i zgubiła się w lesie.

Eksperci twierdzą, że jej szanse na przeżycie przez tak długi okres były minimalne. Dopiero cztery dni po jej zniknięciu matka mogła skontaktować się z Rodionem przez telefon, uświadamiając sobie, że ich córka zaginęła, a chwilę po tym rozpoczęto intensywne poszukiwania.

Początkowo rodzina Kariny i ekipy ratunkowe były naprawdę zrozpaczone, kiedy pies wrócił do wioski Olom w ułusie olokmińskim, jakieś dziewięć dni po zaginięciu Kariny. Okazało się, że instynkt zwierzęcia, aby szukać pomocy, był kluczowym aspektem w akcji ratunkowej.

- Dwa dni przed znalezieniem Kariny jej szczeniak wrócił do domu - powiedział Afanasij Nikołajew, rzecznik Służby Ratowniczej Jakucji. - To był moment, w którym nasze serca zamarły, ponieważ myśleliśmy, że z psem u boku Karina miała jakieś szanse na przeżycie - noc w Jakucji jest naprawdę zimna, a niektóre obszary już przeszły w ujemne temperatury.

- Gdyby mogła przytulić swojego szczeniaka, dałoby jej to szansę na utrzymanie ciepła w nocy i przetrwanie. Więc kiedy jej pies wrócił, pomyśleliśmy: "To koniec”. Nawet gdyby żyła - a szanse na to były niewielkie - teraz na pewno straciłaby wszelkie nadzieje. Nasze serca naprawdę zamarły.

Jednak pies poprowadził później ratowników do zagubionej dziewczynki.

To szczeniak Kariny pomógł dorosłym znaleźć dziewczynę - wynika z wiadomości podanych przez NTV. - Kiedy wrócił do domu dwa dni temu, jej rodzina straciła nadzieję, myśląc, że to oznaczało, iż Karina nie ma już żadnych szans. Jednak szczeniak pokazał ratownikom drogę do Kariny, a rano została znaleziona.

Materiał telewizji wskazywał, że Karina była świadoma i miała się zaskakująco dobrze.

- Dostała jedzenie i napoje, a następnie wraz z matką została wysłana do szpitala okręgowego, a później do Jakucka, stolicy regionu. Dziewczynka nie chce mówić o czasie, który spędziła w tajdze, a przynajmniej JESZCZE nie. Jedyną rzeczą, którą wyjawiła, jest to że ​​jadła jagody i piła wodę z rzek.

Nikołajew oznajmił, że ratownicy prowadzeni przez psa zauważyli ślady jej bosych stóp - zgubiła buty - a to ostatecznie pomogło im ją odnaleźć.

- Zaczęliśmy przeszukiwać teren, wychodząc z założenia, że jeśli straciła buty, próbowałaby trzymać się z dala od głębokiego lasu, ponieważ znajduje się tam wiele ostrych patyków - powiedział. Nagle z pomocą psa ujrzeliśmy Karinę siedzącą na trawie - wyjawił. 

- Podbiegliśmy do niej, nalaliśmy jej herbatę i zaprowadziliśmy ją do samochodu i lekarzy. Zaniosłem Karinę do samochodu, a była ona lekka jak piórko. Ważyła zaledwie dziesięć kilogramów - ale o dziwo była w pełni świadoma.

Ekaterina Andrejewa, psycholog z zespołu ratunkowego, oświadczyła: - Można powiedzieć, że umysł dziewczynki nie był w żaden sposób uszkodzony. Mówiła i reagowała na wszystko wokół niej w sposób normalny, naturalny. Pamięta również co się z nią stało.

Źródło: Huffington Post

Rodzice z Korei Południowej wynajmują umięśnionych mężczyzn pokrytych tatuażami, aby odgrywali rolę "fałszywych wujków" i chronili ich dzieci przed szkolnymi prześladowcami.

Lokalne media informują, że kilka firm oferuje zróżnicowane pakiety, za które trzeba zapłacić od 450 do 1790 dolarów dziennie. Oferta jest skierowana do zdesperowanych rodziców, którzy chcą zapewnić swoim pociechom ochronę przed agresywnymi rówieśnikami.

W ramach klasycznego "pakietu wujkowego", 30- lub 40-letni mężczyzna będzie odprowadzał dziecko do szkoły i przychodził je odebrać po zakończonych lekcjach, odstraszając przy tym potencjalnych prześladowców.

Z kolei tzw. "pakiet dowodowy" oferuje pewne udoskonalenie - "wujek" uwieczni kamerą działania prześladowców i przedstawi nagranie pracownikom placówki. W ramach tego pakietu będzie on również groził, że opublikuje film w Internecie jeśli nie dojdzie do zdecydowanych kroków w kierunku zaprzestania takich zjawisk.

Natomiast "pakiet-przyzwoitka" wprowadza nieco bardziej wyrafinowaną taktykę odwiedzania rodziców prześladowców w ich miejscach pracy i narażenie ich na publiczne upokorzenie.

Ta nietypowa usługa, która pod względem prawnym funkcjonuje w szarej strefie i może być powiązana z siecią podziemnych gangów, zdaje się mieć swoje korzenie w nasilających się obawach, że prześladowanie w szkołach niepohamowanie rośnie i prowadzi niektóre dzieciaki do skłonności samobójczych.

Samobójstwo jest najczęstszą przyczyną śmierci młodych Koreańczyków (w wieku 15-24 lat). Zdaniem Chicago Policy Review, naukowcy doszli do wniosku, że ma to związek z bardzo konkurencyjnym środowiskiem akademickim i zachowaniami mobbingowymi w szkole.

Noh Yoon-ho, prawniczka z Seulu specjalizująca się w sprawach związanych ze szkolną przemocą, oznajmiła, że od czasu, gdy zaczęła praktykować w tej dziedzinie w 2012 roku, nastąpił gwałtowny wzrost postępowań prawnych wobec przypadków prześladowań.

- Tak naprawdę nie mogę porównywać się bezpośrednio z innymi krajami (...) ale problem polega na tym, że dorośli mają tendencję do ignorowania tego, po prostu traktują to jak nieporozumienia pomiędzy dzieciakami, a większe problemy pojawiają się później (...) gdy dzieci popełniają samobójstwo”, oświadczyła Noh w rozmowie z "The Telegraph".

Jednak niektórzy rodzice korzystali z nowej usługi przeciw tyranizowaniu, bez proszenia prawników o ich opinię.

- Media donoszą o przemocy w szkole, coraz więcej rodziców popada w zaniepokojenie - oznajmiła Noh. - Dawniej, jeśli ktoś poszukiwał takich usług w Internecie, nigdy by ich nie znalazł, ale teraz można się na nie natknąć, co oznacza, że musi rosnąć zapotrzebowanie.

Statystyki zatrudniania "fałszywych wujków” są niemożliwe do ustalenia z powodu piętnowania zatrudniania zbirów i strachu przed ewentualnymi pozwami.

Pani Noh wyjawiła, że obecnie reprezentuje klientów, których nastoletnich synów atakowano przy pomocy mężczyzn, uważanych za "wujków", po tym jak ci pobili kolegę z klasy za doniesienie nauczycielowi, że posiadają papierosy.

Jeden z domniemanych prześladowców, w wieku 15 lat, uczył się na wieczornej lekcji matematyki, kiedy pobity chłopiec zadzwonił i powiedział mu, żeby natychmiast przyszedł do parku.

- Kiedy przyjechał, napotkał groźnie wyglądających ludzi, o masywnej budowie i z tatuażami na całym ciele. Ci zmusili go, by przeprosił nękanego dzieciaka (...) Powiedzieli mu: "powiedz swoim przyjaciołom, że jutro ich zobaczymy" - stwierdziła Noh.

- Kazali im uklęknąć przed dzieciakiem, który został zastraszony i go przeprosić, a potem odwozili wszystkich prześladowców do ich domów.

Rodzice rzekomo próbują pozwać opiekunów prawnych domniemanych prześladowców na sumę 330 tys. dolarów.

Ekstremalny środek w postaci zatrudniania umięśnionych mężczyzn, by zastraszali nastolatków, narodził się po latach publicznego zaniepokojenia znęcaniem się nad słabszymi w placówkach oświaty.

Według sondażu przeprowadzonego w 2013 roku przez Ministerstwo Edukacji, Nauki i Technologii, prawie co dziesiąty uczeń koreańskich szkół podstawowych i średnich cierpiał z powodu różnych form przemocy ze strony rówieśników.

Kwestia ta wywołała pierwszą publiczną burzę w 2011 roku, kiedy Kwon Seung-min, 13-letni uczeń, wyskoczył z bloku mieszkalnego po tym, jak pozostawił za sobą notatkę opisującą, w jaki sposób został poddany brutalnemu zastraszaniu.

Tragedia ta zwiększyła świadomość problemu, ale ostatnie dane sugerują, że nadal nie został on odpowiednio rozwiązany.

Liczba uczniów w Seulu, którzy zgłosili jakąś formę znęcania się, wzrosła o 25,4% - wynika z corocznego badania przeprowadzonego przez Seoul Metropolitan Office of Education (SMOE), opublikowanego w listopadzie 2018 roku.

W badaniu wzięło udział ponad 646 tys. uczniów, począwszy od szkół podstawowych po uczniów ostatnich klas szkół średnich - wykazano, że 11 425 osób doświadczyło znęcania się. W poprzednim badaniu taką deklarację wyraziło 9105 nastolatków, poinformowała gazeta "Korea Times".

Intensywna konkurencja między kolegami z klasy i presja o wyniki edukacyjne są często opisywane jako winowajcy takiego niewłaściwego zachowania.

Jednak pewna matka, której 15-letni syn został ostatnio terroryzowany przez kolegów z klasy, powiedziała dziennikarzom "The Telegraph", że obwinia głównie szkoły za brak działania z ich strony, gdyż nie chcą one psuć swojego publicznego wizerunku.

Park Ji-woo oznajmiła, że była wstrząśnięta bierną postawą ze strony szkoły jej syna, kiedy ten był kilkakrotnie atakowany.

- Szkoła tak naprawdę nawet nie starała się zbadać sprawy, chociaż mogli posiadać nazwiska dzieci, które tam wówczas były - powiedziała.

- Żaden nauczyciel nie chce się angażować, ponieważ nie chce stracić pracy lub być uwikłany w procesy sądowe- dodała pani Park.

- Nie rozważałabym korzystania z usług wujków, ponieważ jestem religijna i mam bardzo wysokie standardy moralne, ale całkowicie rozumiem, dlaczego inni rodzice z nich korzystają. Wszak czują się przyparci do muru i są zdesperowani.

Źródło: The Telegraph

Pewnego chłodnego popołudnia w styczniu 2006 roku wówczas 21-letni Alex Tew siedział w swoim pokoju w Wilshire (Anglia), obserwując jak ostatnie piksele wypełniają się przed jego oczami na monitorze.

Za chwilę miał zostać milionerem.

W przeciągu zaledwie czterech miesięcy, ze spłukanego i niedostrzegającego celu w życiu nastolatka Tew stał się prawdziwą sensacją Internetu. Wystarczyło wydanie 50 dolarów, dwa dni poświęconego czasu oraz pomysł tak banalny, że w zasadzie każdy mógł na niego wpaść. Jak sam twierdzi: "To był plan szybkiego wzbogacenia się, który naprawdę zadziałał".

Jednak nagły przypływ pieniędzy przy pierwszej próbie sprowadził na niego niespodziewaną szkodę, co doprowadziło mężczyznę do odbycia introspekcyjnej podróży, która ostatecznie przyniosła mu znacznie większy zysk.

Brytyjczyk-Beatboxer

Tew zwykł być dość nieudolnym przedsiębiorcą w swoim uroczym miasteczku. W wieku 8 lat sprzedawał tworzone przez siebie komiksy na szkolnym boisku, inkasując pięć dolarów oraz czekoladowy batonik za sztukę.

Kiedy ukończył szkołę średnią w 2002 roku, porzucił naukę w college'u i postanowił realizować swoją nietypową pasję - beatbox.

Pod pseudonimem "A-Plus", podróżował po Wielkiej Brytanii i założył pierwsze na świecie forum łączące beatboxerów - HumanBeatbox.com.

We wczesnej erze Internetu forum jednoczyło beatboxerów z całego świata. Udało im się nawet zorganizować zlot, na którym dyskutowano o wszystkich aspektach tej formy tworzenia dźwięków - zaczynając od tego, jak odtworzyć werbel, kończąc na technikach nucenia nosem. Zjazd ten przyciągnął około 200 osób. - Nigdy w życiu nie widziałem tyle śliny - wspomina Tew.

Ale po kilku latach stagnacji sprzedał on stronę swojemu przyjacielowi i zaczął nastawiać się na większe rzeczy.

- Cały czas mieszkałem u rodziców i miałem już dość bycia spłukanym - oznajmił Tew. - Więc zadałem sobie pytanie: "Jak mogę zarobić milion dolarów?".

The Million Dollar Homepage

Trzeba zaznaczyć, że w tamtym czasie Tew właśnie zapisał się do szkoły biznesu na Uniwersytecie w Nottingham i martwił się, że zostanie obarczony olbrzymimi pożyczkami studenckimi.

Pewnej nocy w sierpniu 2005 roku, położył się na łóżku z notesem w ręce i spisywał wszelkie pomysły na zdobycie miliona. Zanotował dziesiątki potencjalnych projektów, w tym ohydny produkt, który określił jako "Gum Slinger" - miała to być mała saszetka na zużyte gumy do żucia.

Nagle wpadł na idealny plan: założy stronę internetową z milionem pikseli, które można wykupić płacąc jednego dolara za sztukę.

Dwa dni i 50 dolarów wydanych na domenę później, Million Dollar Homepage przyszła na świat.

Koncept był nadzwyczaj prosty: wydając minimum 100 dolarów, reklamodawca mógł wykupić 100-pikselowy blok (10x10) i wyświetlić obrazek lub logo według własnego uznania z umieszczeniem odnośnika. Jedynym ograniczeniem była zasada, że nie mogły to być strony zawierające treści pornograficzne.

W przeciągu dwóch tygodni Tew przekonał swoich znajomych i członków rodziny do wykupienia 4700 pikseli - zarobione w ten sposób pieniądze wydał on na agencję PR, by ta przygotowała stosowny komunikat prasowy. Jakież było jego zdziwienie, kiedy później temat podchwyciły "BBC" oraz "The Guardian".

- Tamtego dnia strona zarobiła trzy tysiące dolarów - wyjawił Tew. - Pomyślałem sobie: "Cholera, manna z nieba". Miałem wrażenie, że to tylko waluta z Monopoly.

Miesiąc później, Tew zainkasował 250 tysięcy dolarów, a jego strona notowała 65 tysięcy wejść dziennie. Przed końcem października zarobił już 500 tysięcy od ponad 1400 reklamodawców - od Tenacious D po producentów sprzętu umożliwiającego powiększanie penisów.

W ostatnim dniu roku 999 tysięcy pikseli widniało jako sprzedane. Ostatni tysiąc pikseli Tew umieścił na licytacji za pośrednictwem portalu eBay - MillionDollarWeightLoss.com wykupił je za 38 tysięcy dolarów, powiększając jego ostateczny zysk do 1,04 miliona.

- W przeciągu czterech miesięcy, z faceta mieszkającego z rodzicami przekształciłem się w milionera - oznajmił Tew. - To był plan szybkiego wzbogacenia się, który naprawdę wypalił.

Pustka po sukcesie

Po zainkasowaniu potężnej dawki pieniędzy (ok. 700 tys. dolarów po opodatkowaniu) i zdobyciu sławy w Internecie, Tew porzucił studia w połowie semestru i przeniósł się do Londynu. Jego natychmiastowy sukces znacznie zwiększył jego pewność siebie, ale przyniósł też niespodziewane konsekwencje.

- Sukces może ostatecznie okazać się czymś złym i może nas uczyć złych rzeczy - oświadczył. - Zacząłem myśleć o pomysłach, które przyciągałyby uwagę zamiast przynosić zysk.

W latach 2006-2010, mężczyzna stworzył szereg przedsięwzięć: Pixelotto, OneMillionPeople, PopJam - które próbowały odcinać kupony po sukcesie Million Dollar Homepage. Nie będąc w stanie przebić tego pomysłu, Tew przeniósł się do San Francisco i dołączył do interesu swojego przyjaciela.

W tym czasie Tew nie sypiał zbyt dobrze i nie jadł wiele, nie trzymał się również swojego codziennego nawyku medytowania. Odbijało się to na jego zdrowiu psychicznym, ale „nikt nie chciał słyszeć o dzieciaku, który zarobił milion dolarów i wpadł w depresję”.

Medytując przez całe swoje życie, mężczyzna zaczął zdawać sobie sprawę, że musi się wycofać od rozproszenia i stresorów technologii... więc stworzył kolejną stronę internetową.

Efektem jego pracy była strona donothingfor2minutes.com, której idea była banalnie prosta: znajdował się tam 2-minutowy timer, który resetował się, jeśli poruszyliśmy kursorem. Było to idealne wyczucie czasu - dynamiczny rozwój Internetu wywołał obawy o "psychiczny bałagan", a publika nastawiona na konsumpcję nowinek technologicznych coraz częściej poszukiwała chwili wytchnienia.

W 2012 roku Tew zdecydował się na uruchomienie solidniejszej aplikacji do medytacji, która zaspokoi potrzeby tego typu.

Niestety potencjalni inwestorzy nie byli zainteresowani jego pomysłem opisywanym wówczas jako "Nike dla umysłu".

- Na niektórych spotkaniach mnie wyśmiewano. Kiedy opowiadasz o medytacji ludziom, którzy tego nie praktykują i pracują nad technologiami, znacznie wystaje to poza ich centrum zainteresowania.

Ostatecznie udało mu się zebrać 1,5 miliona dolarów i w 2012 roku opracował aplikację "Calm".

Od samego początku postanowił uczynić flagową funkcję aplikacji - 10-minutową medytację z przewodnikiem - darmową, z opcją zakupu dostępu premium do funkcji takich jak "Sleep Stories" (opowiadania na dobranoc dla dorosłych) oraz kursy na tematy związane z dobrym samopoczuciem za 60 dolarów rocznie.

Rozwój Calm.com

Od momentu uruchomienia Calm odnotował gwałtowny wzrost zarówno w liczbie użytkowników, jak i przychodów.

W pierwszym roku (2013) aplikacja zarobiła około 100 tys. dolarów. Do 2015 roku przychody wzrosły do ​​dwóch milionów dolarów, głównie dzięki zatrudnieniu Tamary Levitt, doświadczonej nauczycielki medytacji, która od tamtej pory udziela głosu opisując codzienne ćwiczenia.

Wybory w 2016 roku, zawirowania polityczne i niepokoje podniosły tę liczbę do siedmiu milionów, a także przyniosły nieoczekiwane ukoronowanie tytułem Aplikacji Roku 2017 Apple'a - od tego czasu przychody szacuje się na około 37 milionów dolarów.

Dzisiaj Calm ma ponad 600 tysięcy użytkowników premium, a cały projekt wyceniany jest na 250 milionów dolarów. To stawia ich wysoko w gronie konkurentów takich jak: Headspace, Breethe i Buddhify.

Tew, dzisiaj 35-latek, przypisuje ten rozwój „niepokojowi i stresorom współczesnego życia”.

- Mieszkanie w ruchliwych miastach, pokonywanie milionów mil na godzinę, zawsze będąc podłączonym i przytłoczonym informacjami - to nie życie, które miało być efektem naszej ewolucji”.

Źródło: The Hustle

W ciągu czterech lat panowania Czerwonych Khmerów w Kambodży byli oni odpowiedzialni za jedno z największych ludobójstw w historii XX wieku.

Brutalny reżim, będący u władzy w latach 1975-1979, pochłonął życia około dwóch milionów ludzi.

Pod rządami marksistowskiego przywódcy Pol Pota, Czerwoni Khmerzy próbowali cofnąć Kambodżę do średniowiecza, zmuszając miliony obywateli miast do pracy w gospodarstwach komunalnych na wsiach.

Jednak za tak dramatyczną próbę zainicjowania inżynierii społecznej zapłacono straszną cenę. Całe rodziny umierały z powodu egzekucji, głodu, chorób czy przepracowania.

Filozofia komunistyczna

Początki Czerwonych Khmerów sięgają lat 60. XX wieku, kiedy to założono taką organizację jako zbrojne skrzydło Komunistycznej Partii Kambodży. Początkowo grupa działała w głębokiej dżungli i obszarach górskich w północno-wschodniej części kraju, nie notując żadnych wielkich sukcesów.

Ale po tym, jak w 1970 roku prawicowy zamach stanu obalił głowę państwa Księcia Norodoma Sihanouka, Czerwoni Khmerzy zawarli z nim polityczną koalicję i zaczęli notować coraz to większe poparcie.

Podczas trwającej niemal pięć lat wojny domowej grupa zwiększała stopniowo swoje wpływy na wsiach. Siły Czerwonych Khmerów ostatecznie zajęły stolicę Phnom Penh - a zatem przejęły kontrolę nad całym narodem - w 1975 roku.

Pobyt na dalekim północnym wschodzie i okoliczne plemiona, będące samowystarczalne w swoim życiu wspólnotowym, miały znaczący wpływ na rozwój poglądów Pol Pota. Tamtejsi ludzie nie mieli wielkiego pożytku z pieniędzy i były "nieskażone" buddyzmem.

Po dojściu do władzy Pot i jego poplecznicy szybko przystąpili do przekształcania Kambodży w to, co w ich marzeniach miało się stać agrarną utopią.

Pol Pot deklarował, że jego naród rozpocznie od zera - odizolował swoich ludzi od reszty świata i przystąpił do opróżniania miast, znoszenia waluty, własności prywatnej i religii oraz zaczął zakładać wiejskie społeczności.

Każdy, kogo uznano za intelektualistę, był mordowany. Często ludzie tracili życie tylko dlatego, że nosili okulary lub znali języki obce. Poszczególne grupy etniczne (Wietnamczycy, Czamowie) również znajdowały się na celowniku władz.

Setki tysięcy wykształconych przedstawicieli klasy średniej poddawano torturom i zabijano w specjalnych ośrodkach. Najbardziej znanym z nich było więzienie S-21 w Phnom Penh znane jako Tuol Sleng, gdzie niemal 17 tys. ludzi (w tym kobiety i dzieci) było więźniami podczas czteroletniego reżimu.

Kolejne setki tysięcy obywateli zginęło z powodu chorób, głodu oraz wycieńczenia, gdyż członkowie Czerwonych Khmerów (wśród nich dostrzec można było nawet nastolatków) zmuszali ich do katorżniczej pracy.

Ponowne otwarcie na świat

Rządy Czerwonych Khmerów zostały ostatecznie obalone w 1979 roku przez nacierające siły wietnamskie, które wtargnęły do kraju po brutalnych walkach na granicy.

Osoby będące postawione wyżej w partii wycofały się w głąb kraju, gdzie pozostawali aktywni przez pewien czas, jednak ich wpływy stawały się stopniowo coraz mniejsze.

W kolejnych latach Kambodża ponownie otwierała się na międzynarodową komunikację, a całkowity obraz horroru opisywanego reżimu powoli wychodził na jaw.

Ci, którzy przeżyli, opowiedzieli swoje historie zszokowanym słuchaczom, a nakręcona w latach 80. hollywoodzka produkcja pt. "Pola śmierci" zobrazowała beznadziejną sytuację ofiar reżimu Czerwonych Khmerów dla widzów z całego świata.

Pol Pot został potępiony przez swoich byłych towarzyszy i podczas pokazowego procesu w lipcu 1997 roku skazano go na areszt domowy w jego posiadłości w dżungli.

Jednak niecały rok później zmarł - odbierając tym samym milionom ludzi, których dosięgnęły jego brutalne rządy, szansę na postawienie go przed obliczem sprawiedliwości.

ONZ pomogło założyć trybunał, aby ten stosownie ukarał przywódców Czerwonych Khmerów - proces ten rozpoczęto w 2009 roku. Do tej pory skazano tylko trzech liderów grupy.

Kaing Guek Eav - znany jako Duch - został skazany na dożywocie w 2012 roku za prowadzenie osławionego więzienia Tuol Sleng.

W sierpniu 2014 roku Nuon Chea, uważany za Towarzysza numer 2 po Pol Pocie, a także reżimowa głowa państwa Khieu Samphan zostali skazani na dożywocie za zbrodnie przeciwko ludzkości.

W listopadzie 2018 roku trybunał uznał ich również za winnych ludobójstwa w związku z usiłowaniem eksterminacji Czamów i Wietnamczyków.

Źródło: BBC

Osoby regularnie podróżujące samolotami, które narzekają na niepożądane atrakcje w czasie lotu, prawdopodobnie nigdy nie natknęły się na niezapowiedziane podniebne karaoke.

W 2013 roku pasażerowie lotu linii American Airlines zmuszeni byli do podjęcia nieplanowanego postoju na lotnisku w Kansas City po tym, jak niesforna pasażerka nie przestawała śpiewać utworu "I Will Always Love You". Planowany lot z Los Angeles do Nowego Jorku został zakłócony po około trzech godzinach od startu, kiedy to kobieta zaczęła uprzykrzać życie załodze.

- Kobieta ta była szczególnie uciążliwa i wyproszono ją z samolotu za przeszkadzanie załodze lotu - oświadczył Joe McBride, rzecznik prasowy lotniska w Kansas City. - Na pokładzie samolotu znajdował się Federalny Szeryf Powietrzny, który obezwładnił kobietę i skuł ją w kajdanki, po czym wyprowadził z samolotu - dodał.

I pomyśleć, że wielu z nas narzeka na niechciane atrakcje w czasie lotu...

Filmik autorstwa jednego z pasażerów przedstawia kobietę odprowadzaną przez dwóch policjantów po nieplanowanym lądowaniu. Wychodząc z samolotu, kobieta wykrzyczała słowa kończące znany cover Whitney Houston. Jak się później okazało, wypuszczono ją na wolność bez żadnych zarzutów po owocnej współpracy z policją, jednak American Airlines odmówili jej możliwości dokończenia podróży.

Nikt nie wie dlaczego kobieta nie chciała przestać śpiewać, jednak pasażerka o imieniu Jezebel twierdzi, że cierpi ona na cukrzycę.

Źródło: Huffington Post

Dadarao Bilhore wygładza nawierzchnię drogi, odkłada łopatę, patrzy w niebo i modli się za swojego syna, jednego z tysięcy Indian zabijanych co roku w wypadkach spowodowanych dziurami na drogach.

Prakash Bilhore, obiecujący uczeń, miał zaledwie 16 lat, gdy zmarł w lipcu 2015 roku w Bombaju, gorączkowej stolicy Indii i Bollywoodu, liczącej 20 milionów obywateli.

Aby poradzić sobie z rozpaczą, zdruzgotany ojciec Prakasha zdecydował, że zrobi coś z drogami w Bombaju, które jak w większości miast Indii odznaczają się kiepską jakością.

Używając piasku i żwiru zebranych z placów budowy, Bilhore wypełnił prawie 600 dziur drogowych w finansowej stolicy Indii w latach 2015-2018.

48-letni sprzedawca warzyw czyni to, by oddać hołd ukochanemu synowi i w nadziei, że uratuje to kolejne życia.

- Nagła śmierć Prakasha pozostawiła ogromną pustkę w naszym życiu. Wykonuję tę pracę, aby uczcić jego pamięć i go uhonorować.

- Nie chcę też, żeby ktokolwiek inny stracił ukochaną osobę w taki sposób - mówi Bilhore w skromnym mieszkaniu, które dzieli z żoną, córką i dalszą rodziną.

Prakash, nie mając na głowie kasku, doznał śmiertelnego uszkodzenia mózgu. Jego kuzyn, który miał na sobie kask, przeżył wypadek z drobnymi obrażeniami.

Tragiczny wypadek miał miejsce podczas letniego monsunu w Bombaju, kiedy obfite deszcze przyczyniają się do powstawania dziur podobnych do kraterów na tętniących życiem drogach nadmorskiego miasta. Dziury są tam tak powszechne, że powstała nawet specjalna kampania, aby Bombaj znalazł się w Księdze Rekordów Guinnessa jako miasto z największą liczbą dziur drogowych.

Navin Lade, mieszkaniec stolicy, twierdzi, że spisał ponad 27 tys. dziur na stronie www.mumbaipotholes.com, chociaż lokalni urzędnicy kwestionują jego ustalenia.

Statystyki rządowe pokazują, że dziury były odpowiedzialne za śmierć 3597 osób w Indiach w 2017 roku, czyli średnio 10 osób dziennie. Obywatele obwiniają apatię rządu, oskarżając władze lokalne o niewłaściwe utrzymanie dróg. Aktywiści twierdzą, że kontrahenci zatrudnieni do naprawy dróg wykonują kiepską robotę celowo, tak aby praca musiała zostać wykonana ponownie w następnym roku.

- Rząd musi wziąć odpowiedzialność i stworzyć lepszą infrastrukturę - wzywa Bilhore.

Jak sam twierdzi, naprawił 585 dziur, wiele spośród nich samemu, a pozostałe z pomocą wolontariuszy inspirowanych jego historią.

Bilhore pojawił się w wielu artykułach w indyjskiej prasie i otrzymał kilka nagród, zyskując przydomek „Dada-dziura”, co stanowi pewne zdrobnienie w Indiach dla szanowanego mężczyzny.

- Uznanie naszej pracy dało mi siłę, by poradzić sobie z bólem i gdziekolwiek pójdę, czuję, że Prakash jest przy mnie - mówi Bilhore. - Dopóki żyję i mogę chodzić, pozbędę się wszystkich tych dziur.

Źródło: South China Morning Post

W 2009 roku turecka policja wydała oświadczenie opisujące akcję ratunkową w willi znajdującej się w Stambule. Uratowano wówczas dziewięć uwięzionych kobiet, które były przekonane, że wchodząc do budynku stały się częścią telewizyjnego reality show.

Kobiety zostały uwolnione we wrześniu 2009 roku z willi w Rivie (kurortu znajdującego się na przedmieściach Stambułu), o czym poinformował funkcjonariusz lokalnej policji, który przeprowadzał opisywaną akcję. Wyjawił, że kobiety przetrzymywano tam przez około dwa miesiące, ale odmówił podania więcej szczegółów.

Agencja prasowa Dogan twierdzi, że panie wchodziły do willi będąc przekonanymi, że będą brały udział w programie typu "Big Brother". Jak się później okazało, ich nagie fotografie były później sprzedawane w Internecie przez ich porywaczy.

Wszystko zaczęło się od reklamy domniemanego programu w jednej z głównych stacji telewizyjnych w Turcji, która skłoniła kobiety do wysłania swoich zgłoszeń. Dziewiątka (w tym jedna nastolatka) została wyłoniona z grupy wielu innych zainteresowanych poprzez specjalne rozmowy z kandydatkami.

Panie musiały podpisać umowy, w myśl których nie mogły kontaktować się ze swoimi bliskimi czy światem zewnętrznym, natomiast opuszczenie domu w pierwszych dwóch miesiącach trwania "programu" wiązało się z karą w wysokości 50 tysięcy lir tureckich (ok. 32,5 tys. złotych).

Zdaniem tureckich dziennikarzy kobiety zorientowały się w końcu, że są oszukiwane i poprosiły o możliwość opuszczenia willi. Gazeta "Dogan" informowała, że w odpowiedzi usłyszały one groźbę wspomnianej wyżej kary finansowej. Te panie, które szczególnie nalegały na zakończenie swojego pobytu, były zastraszane.

Pojawiły się sprzeczne doniesienia o tym, jak przebiegała akcja ratunkowa. Agencja Dogan wyjawiła, że ​​policja wtargnęła do willi po tym, jak członkowie rodziny zgłosili na policję, że uniemożliwia się im kontakt z kobietami. Panie miały wołać o pomoc, kiedy policja przybyła do willi.

Z kolei "HaberTurk" twierdzi, nie podając źródeł, że jednej z kobiet udało się skontaktować z członkiem rodziny i poprosić o pomoc.

Pojawiły się także sprzeczne wersje dotyczące wieku nastolatki. Dogan twierdzi, że ​​miała 16 lat, a "HaberTurk" opisywał ją jako 15-latkę.

- Nie chodziło nam o pieniądze, ale myśleliśmy, że nasza córka będzie miała szansę stać się sławna, jeśli weźmie udział w takim programie - oznajmiła matka jednej z porwanych kobiet. - Ale oni nas wszystkich oszukali - dodała.

Jej zdaniem kobiety nie były maltretowane lub gwałcone, ale kazano im walczyć ze sobą, nosić bikini i tańczyć przy basenie willi.

Policja zatrzymała cztery osoby, które mieszkały z kobietami w willi przez cały ten czas. Zostali zwolnieni z aresztu w oczekiwaniu na wynik procesu. Ich tożsamości nie zostały ujawnione i nie wiadomo, jakie postawiono im zarzuty.

Sądy tureckie zwykle zwalniają podejrzanych z aresztu, jeśli wniesione oskarżenia nie wiążą się z długimi wyrokami pozbawienia wolności, a podejrzani prawdopodobnie nie uciekną ani nie manipulują dowodami.

Źródło: The Guardian

czwartek, 02 maj 2019 12:17

Most piersi w Wenecji

Wenecja kojarzona jest dzisiaj z miastem romantyczności. Malownicze uliczki i alejki, słynne kanały wodne czy imponujące budowle dorzucają do tego swoją cegiełkę. Nie wszyscy jednak wiedzą, że znajduje się tam również Ponte delle Tette - w wolnym tłumaczeniu: "Most cycków". O co chodzi?

Ponte delle Tette jest niewielkim mostem nad Rio di san Canciano w dzielnicy San Cassiano w Wenecji. Swoją nietypową nazwę zawdzięcza prostytutkom, którym nakazywano stać na nim topless (także w okolicznych oknach) żeby przyciągać potencjalnych klientów i próbować "nawrócić" potencjalnych homoseksualistów.

Republika Wenecka ograniczyła prostytucję w regionie Carampane di Rialto w oficjalnym dekrecie z 1412 roku. Zakazywał on ulicznicom wykonywanie pewnych ruchów i zachowań. Budynki w okolicy stały się własnością Republiki, kiedy zmarł ostatni przedstawiciel bogatej rodziny Rampani. Na panny lekkich obyczajów nałożono godzinę policyjną i nie mogły opuszczać okolicy z wyjątkiem sobót, kiedy to musiały nosić żółte szale będące przeciwieństwem ich białych odpowiedników (noszonych przez kobiety w wieku małżeńskim, tzw. "na wydaniu"). Nie mogły one pracować w wyznaczone dni świąteczne pod groźbą kar takich jak chociażby chłosta.

W XVI wieku prostytutki musiały się zmierzyć z silną konkurencją ze strony homoseksualistów i oficjalnie poprosiły dożę Wenecji (najwyższego urzędnika w Republice Weneckiej) o pomoc w tej sprawie. Władze, chcąc powstrzymać rozrost homoseksualizmu uważany wówczas za problem społeczny, umożliwiły prostytutkom pokazywanie swoich piersi z balkonów i okien w pobliżu mostu w celu rozkręcenia interesu. W nocy mogły one używać lamp do oświetlania swoich walorów. Aby "odwrócić uwagę mężczyzn od grzechu przeciwko naturze", Republika płaciła również prostytutkom, by te ustawiały się na moście w jednej linii i odsłaniały piersi. Taka ekspozycja miała również na celu wyeliminowanie potencjalnych transwestytów podających się za prostytutki płci żeńskiej.

Podatki z tytułu prostytucji, nałożone przez władze w 1514 roku, przyczyniły się do sfinansowania rozbudowy słynnego Arsenału w Wenecji. Janet Sethre w publikacji pt. "The Souls of Venice" twierdzi, że w tamtym czasie w Wenecji pracowało ponad 11600 prostytutek. Niedaleko znajdował się Traghetto Del Buso, przez który klienci przedostawali się przez cieśninę Canal Grande do dzielnicy czerwonych latarni. Jednym z częstych bywalców miał tam być m.in. znany wszystkim Giacomo Casanova.

Sytuacja ta trwała aż do XVIII wieku, kiedy to pozwolono młodszym prostytutkom pracować w głównych częściach miasta, a starsze królowe nocy były wysyłane do okolicznego Rio terà delle Carampane. Wszystko to miało na celu... rozwój turystyki.

Źródło: Wikipedia

czwartek, 25 kwiecień 2019 07:57

Czy doczekamy się kiedyś robotów-opiekunów?

Roboty mogą stać się idealnymi opiekunami dla starzejących się populacji w przyszłości. Jednak aby tak się stało, jakie wyzwania należałoby wpierw pokonać?

Produkcje filmowe takie jak "Robot i Frank", "Ja, robot" czy seriale animowane pokroju "Jetsonów" ukazują przyszłość, w której roboty zajmują się pracami domowymi, pozwalając tym samym rodzinom na spędzanie większej ilości czasu wspólnie, zapewniając przy tym dłuższą samodzielność starszym osobom.

Przyszłość oparta na robotach-opiekunach zbliża się szybciej niż mogło by się wydawać. Zrobotyzowane odkurzacze czy kosiarki są już dostępne do kupienia, a popyt na takie produkty rośnie w zatrważającym tempie wśród starszych ludzi w Japonii. Robot Pepper, stworzony przez naukowców z londyńskiego Middlesex University, stanął niedawno przed specjalną komisją parlamentarną w Wielkiej Brytanii i odpowiadał na pytania związane z rolą robotów w edukacji.

Z drugiej strony roboty-opiekunowie stanowią względnie nowy trend. Wraz z rosnącą długością życia pojawia się więcej osób w podeszłym wieku, które wymagają stałej opieki. Jednakże z uwagi na brak wystarczającej liczby opiekunów możemy mieć wkrótce do czynienia z kryzysem na tej płaszczyźnie w niedalekiej przyszłości. Przykładowo w Japonii przewiduje się, że do 2025 roku pojawi się zapotrzebowanie na 370 tys. brakujących opiekunów.

Choć obecna "technologia pomocnicza" odbiega znacząco od konceptu robotów przygotowujących posiłki i wykonujących wszelkie inne prace domowe, może stanowić pewien wgląd na możliwą przyszłość, która nas czeka.

Większość robotów jest dzisiaj używanych w ciężkim przemyśle i fabrykach, gdzie niebezpieczne i powtarzalne zadania są rutynowo wykonywane przez zautomatyzowane systemy. Jednak takie przemysłowe roboty nie są zaprojektowane by działać w obecności ludzi, gdyż poruszają się szybko i są stworzone z twardych materiałów, a to mogłoby doprowadzić do poważnych urazów.

Dzisiejsze roboty zaprojektowane do współpracy (znane także jako "coboty" - z ang. collaborative robots) są zbudowane ze sztywnych złączek i połączeń. Podczas pracy w otoczeniu ludzi ich szybkość jest ograniczana, tak aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo.

Jednakowoż przedstawiciele następnej generacji cobotów będą zbudowani z delikatniejszych materiałów, takich jak: guma, silikon czy tkanina. - Takie roboty są z założenia bezpieczne z uwagi na materiał, z którego są zbudowane - komentuje Helge Wurdemann, robotyk z University College London. - Taki rodzaj delikatnych robotów o kontrolowanej sztywności niesie nadzieje na osiągnięcie precyzji i powtarzalności obecnych cobotów, zapewniając jednocześnie bezpieczną interakcję z ludźmi - dodał.

Jednym z największych wyzwań jest fakt, że systemy nawigacyjne robotów tworzonych do interakcji z ludźmi wciąż nie są w pełni rozwinięte. Działają one do pewnego stopnia, ale łatwo wpadają w oszołomienie - dobrym przykładem są zrobotyzowane odkurzacze, które mają problem z powrotem do swojej stacji ładowania. W warunkach czysto laboratoryjnych, roboty są w stanie wyznaczyć najlepszą możliwą trasę, ale w środowisku życia codziennego - czyt. domach pełnych stołów, krzeseł i innych mebli - sytuacja jest zupełnie inna.

- Wiele algorytmów tego typu zostało stworzonych w laboratoriach, których umeblowanie jest względnie proste w porównaniu z tym domowym, w połączeniu z ludzką aktywnością - wyjaśnia Nicola Bellotto, naukowiec z Uniwersytetu Lincolna oraz technolog projektu "Enrichme", który podejmuje próby tworzenia robotów do pomagania i monitorowania starszych osób.

Roboty mają także problemy ze zmianami nawierzchni i schodami - tak jak słynny Daleks z serialu "Doctor Who". W 2017 roku w Waszyngtonie autonomiczny robot ochronny utopił się po upadku ze schodów do fontanny. Kolejnym wyzwaniem może być bezpieczne funkcjonowanie w otoczeniu dzieci i zwierząt, co najbardziej obrazowo udowodnił incydent z 2016 roku, kiedy to robot przejechał małe dziecko w centrum handlowym w Dolinie Krzemowej po tym, jak małolat zaczął biegnąć w jego kierunku.

Koordynacja ruchów w odpowiedzi na sensory informacyjne stanowi następny problem robotyki, który wpływa na umiejętność robotów do interakcji z otoczeniem. Maszyny te nie są w stanie poradzić sobie z zadaniami, które dla człowieka lub nawet psa są całkiem proste - takimi jak np. łapanie piłki.

Dzieje się tak ponieważ w takich sytuacjach należy brać pod uwagę niewiarygodnie wiele czynników, których ilość potrafi przeciążyć system autonomiczności i powodować powstawanie błędów. - Z perspektywy nauki o maszynach, w większości przypadków robotom łatwiej jest podjąć decyzję, niż ją faktycznie wykonać - mówi Diane Cook, jedna z dyrektorów Laboratorium Sztucznej Inteligencji z Washington State University. - Niektóre zadania umysłowe trudne do wykonania dla ludzi są banalnie proste dla robotów, ale niektóre zadania ruchowe są z kolei problematyczne dla robotów, podczas gdy ludzie wykonują je bez kłopotu - dodaje.

Pozostaje również kwestia tego, czy chcemy zbliżyć wyglądem roboty-opiekunów do ludzi. Istnieje koncept tzw. "dziwacznej doliny", w myśl którego przedmioty naśladujące ludzką formę mogą nas odstraszyć od ich używania. Zamiast tego, jak w przypadku zrobotyzowanych odkurzaczy w naszych domach, roboty mogą być zaprojektowane pod względem estetycznym w nawiązaniu do sprawowanych przez nie funkcji.

- Im bardziej robot przypomina człowieka, tym większy będzie opór stawiany przez osobę, którą miałby się on opiekować - oznajmiła Cook. - Robot jest użyteczny tylko wtedy, kiedy akceptuje go osoba będąca pod jego opieką - skwitowała.

W niektórych przypadkach roboty nieprzypominające ludzi mogą być najlepszym wyjściem. Zrobotyzowane zwierzęta, takie jak Paro, zaczynają być używane jako zwierzaki domowe w domach opieki, które nie pozwalają na trzymanie tradycyjnych zwierząt lub jako dodatkowi kompani ludzi cierpiących na demencję czy posiadających problemy z nauką.

Wiele nowoczesnych robotów jest zorientowanych na daną funkcję, tak jak zrobotyzowane odkurzacze, a nie na wielofunkcjonalność. Zaprojektowanie systemu robota spełniającego wiele funkcji może stanowić nie lada wyzwanie, zwłaszcza jeśli ich zadania nie są ze sobą powiązane. W najbliższej przyszłości możemy mieć jednak do czynienia z kilkoma robotami-opiekunami spełniającymi wybrane funkcje. To jednak rodzi kolejny problem - miejsca na ich przechowywanie, kiedy nie są używane.

Niedawno mieliśmy również do czynienia z pewnym postępem w integrowaniu technologii "smart home" wraz ze zrobotyzowanymi systemami w celu stworzenia domów z rozszerzonymi zautomatyzowanymi systemami. Jednym z przykładów jest Chiron - projekt badawczy mający na celu stworzenie podwieszonego systemu torowego, który pozwoliłby robotowi przemieszczanie się z pokoju do pokoju, używając specjalnych adapterów do poznawania otoczenia, w którym się aktualnie znajdują.

Biorąc pod uwagę nieuniknione wyzwania związane z nawigacją i poruszaniem się autonomicznych robotów w środowisku domowym, taki system podwieszonych pod sufitem torów daje obraz potencjalnego sposobu na zintegrowanie robotów z naszymi domami. Trzeba jednak pamiętać, że taki system odsłania także wyzwania z nim związane.

W celu zainstalowania sieci podwieszonych torów, należałoby przeprowadzić znaczące zmiany w domu przed możliwością wprowadzenia do niego robota. Oczywiście odpowiednio dostosowane domy opieki mogłyby być budowane od początku z zainstalowanym systemem tego rodzaju. Jednak olbrzymie koszty z nim związane mogą okazać się niezwykle trudnym wyzwaniem.

Ostatecznie roboty-opiekunowie ułatwią pracę ludzkich opiekunów, ale ich nie zastąpią - robotyka nigdy nie będzie w stanie odwzorować towarzystwa, jakie niesie ze sobą opiekun z krwi i kości. Nawet najbardziej zaawansowana symulacja człowieka przez robota nie może w pełni oddać mimiki istoty ludzkiej.

Posiadanie technologii pomocniczej sprawi, że opiekunowie będą mogli działać efektywniej. - Roboty niekoniecznie zabierają ludziom pracę, ale ułatwiają ją - twierdzi Helen Dickinson, ekspert ds. usług publicznych z University of New South Wales. - Nie chodzi tylko o przekazywanie robotom najcięższych prac fizycznych, chociaż z pewnością istnieje zainteresowanie przydzielania im zadań wymagających cierpliwości i powtarzalności, przy których przytłaczanie ludzi i syndrom zmęczenia współczuciem mogą być kluczowe.

Całkiem możliwym jest, że pewnego dnia będziemy mieli technologię pomocniczą w każdym domu, ale nieco bardziej zaawansowane systemy nie będą w nich obecne przez jakiś czas, także nie w sposób ukazany w fikcyjnych produkcjach. Zamiast tego nasze domy same z siebie mogą stać się opiekunami, gdyż jednostki zrobotyzowane stają się powoli swego rodzaju rozszerzeniami domostw. Tak więc bunt robotów może się póki co ograniczyć do odmówienia zmywania naczyń.

Źródło: BBC Future

Free Joomla! template by L.THEME