Mężczyzna, który nieustannie skarżył się na bóle głowy, odkrył przerażającą przyczynę swojego bólu - który towarzyszył mu od dziesięciu(!) lat.

Gerardo Moctezuma z Austin w Teksasie, po tym jak zemdlał podczas meczu piłki nożnej w 2019 roku, postanowił skonsultować się z lekarzem, mówiąc mu, że od miesięcy nie czuje się dobrze i odczuwa straszne bóle głowy - relacjonuje "KXAN".

Rezonans magnetyczny ujawnił później tasiemca w mózgu Moctezumy. Zdaniem lekarzy mógł on tam żerować od około dekady.

Przypadek Moctezumy jest opisywany przez lekarzy jako "rzadki i naprawdę niezwykły", o czym informują dziennikarze "CBS Austin".

Tasiemiec został usunięty w jednym kawałku podczas operacji, a pacjent czuł się po niej jak nowy.

Lekarze uważają, że mężczyzna złapał pasożyta po zjedzeniu niedogotowanego mięsa ponad 10 lat temu, gdy mieszkał w Meksyku i od tego czasu rósł w jego mózgu nie będąc wykrytym.

- Moctezuma przeniósł się z Meksyku do USA ponad dekadę temu - powiedział dr Jordan Amadio, neurochirurg w Dell Seton Hospital. Lekarz wyjaśnił, że tasiemce mogą pozostać niewykryte przez lata.

- Mogą rosnąć wewnątrz ciała, nie powodując objawów, dopóki nie staną się wystarczająco duże - powiedział w rozmowie z reporterem "Star Telegram".

Tasiemce nie mogą przetrwać samodzielnie - są w stanie tego dokonać tylko wtedy, gdy znajdą się wewnątrz innego organizmu. Zazwyczaj dostają się one do organizmu żywiciela, gdy spożywane jest surowe lub niedogotowane mięso i mogą żyć przez 20 lat we wnętrzu człowieka. Mogą dorastać do 15 metrów długości - jak podaje "Medical News Today".

Źródło: Yahoo.com

Całkowicie niewidomy 78-letni mężczyzna odzyskał wzrok po tym, jak został pierwszym pacjentem, który otrzymał nowy, obiecujący rodzaj implantu rogówki - donosi "Israel Hayom". Opracowany przez firmę CorNeat KPro jest pierwszym implantem, który może być zintegrowany bezpośrednio ze ścianą oka, aby zastąpić zbliznowaciałą lub zdeformowaną rogówkę bez tkanki dawcy. Natychmiast po operacji pacjent był w stanie rozpoznawać członków rodziny i odczytywać liczby na tablicy Snellena.

Rogówka jest przezroczystą warstwą, która pokrywa i chroni przednią część oka. Może ona ulegać degeneracji lub bliznowaceniu z różnych powodów, w tym chorób takich jak pseudofakijna keratopatia pęcherzowa, kerotokonus i urazów mechanicznych.

Istnieją już implanty dla pacjentów ze zwyrodnieniem rogówki, ale ponieważ operacje są skomplikowane, są one zazwyczaj ostatecznością, gdy przeszczepy lub implanty pierścienia rogówki nie przynoszą rezultatów. Natomiast wszczepienie przeszczepu CorNeat jest stosunkowo prostą procedurą, która wymaga minimalnej ingerencji szwów i cięć. Co więcej, wykorzystuje on biomimetyczny materiał, który "stymuluje proliferację komórek, prowadząc do stopniowej integracji tkanek", jak podaje CorNeat.

Bardzo ciekawa animacja (poniżej) pokazuje dokładnie jak to działa, z końcowym rezultatem, gdzie urządzenie jest całkowicie przeszczepione wewnątrz ściany oka. - Fibroblasty i kolagen stopniowo kolonizują membranę integrującą, a pełna integracja następuje w ciągu kilku tygodni, trwale osadzając urządzenie w oku pacjenta - opisuje CorNeat. Pozwala to na poprawę ostrości widzenia i "wyjątkowo szybki czas gojenia", a do tego wygląda całkiem naturalnie.

Firma poinformowała, że kolejnych dziesięciu pacjentów zostało dopuszczonych do prób w Izraelu. W styczniu planowano otworzyć dwa kolejne w Kanadzie, a sześć innych jest w trakcie procesu zatwierdzania we Francji, USA i Holandii. Chociaż implant nie zawiera żadnej elektroniki, może pomóc większej liczbie osób niż jakiekolwiek zrobotyzowane oko. - Po latach ciężkiej pracy, widok kolegi, który z łatwością wszczepił CorNeat KPro i świadka wydarzenia, w którym następnego dnia człowiek odzyskał wzrok, był elektryzujący i poruszający emocjonalnie, w pokoju wylano wiele łez - powiedział współzałożyciel CorNeat Vision, dr Gilad Litvin.

Źródło: Engadget.com

Złe wieści dla tych, którzy wyznają zasadę: "lampka wina dziennie to samo zdrowie".

Niedawne globalne badanie opublikowane w Lancet potwierdziło wcześniejsze badania, które wykazały, że nie ma bezpiecznego poziomu spożycia alkoholu.

Naukowcy przyznają, że umiarkowane picie może chronić przed chorobami serca, ale okazało się, że ryzyko raka i innych chorób przeważa nad tymi "korzyściami".

Autor badania wyznał, że jego ustalenia były najbardziej znaczące do tej pory ze względu na zakres czynników branych pod uwagę.

Jak ryzykowne jest umiarkowane picie alkoholu?

W badaniu Global Burden of Disease przyjrzano się poziomom spożywania alkoholu i jego skutkom zdrowotnym w 195 krajach w latach 1990-2016.

Analizując dane od osób w wieku 15-95 lat, naukowcy porównali osoby, które nie piły w ogóle z tymi, które piły jeden napój alkoholowy dziennie.

Odkryli, że na 100 tys. osób niepijących, 914 rozwinęło problem zdrowotny związany z alkoholem (taki jak rak) lub doznało jakiegoś uszczerbku na zdrowiu.

Wykazano natomiast, że przy spożywaniu jednego napoju alkoholowego dziennie liczba ta wzbogaciłaby się o kolejne cztery osoby.

W przypadku osób, które piły dwa takie napoje dziennie, aż 63 osoby więcej rozwinęły chorobę w ciągu roku, a w przypadku tych, którzy spożywali pięć napojów alkoholowych dziennie, nastąpił wzrost o 338 przypadków osób, u których rozwinął się jakiś problem zdrowotny.

Jeden z autorów badania, prof. Sonia Saxena, badacz w Imperial College London i praktykujący lekarz pierwszego kontaktu, powiedziała: - Jeden drink dziennie nie stanowi niewielkiego zwiększonego ryzyka, ale przy dostosowaniu tego do populacji Wielkiej Brytanii jako całości stanowi to znacznie większą liczbę, a większość ludzi nie pije tylko jednego drinka dziennie.

Główny autor badania dr Max Griswold, z Institute for Health Metrics and Evaluation (IHME) z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, oznajmił: - Poprzednie badania wykazały ochronny wpływ alkoholu na niektóre warunki, ale stwierdziliśmy, że połączone ryzyko zdrowotne związane z alkoholem wzrasta z każdą jego dodatkową ilością.

- Silny związek między spożyciem alkoholu a ryzykiem raka, urazów i chorób zakaźnych zrównoważył efekty ochronne dla chorób serca w naszym badaniu - dodał.

- Chociaż ryzyko zdrowotne związane z alkoholem zaczyna się od niewielkiego przy jednym napoju dziennie, to następnie szybko wzrasta, gdy ludzie piją więcej.

W 2016 r. brytyjski rząd obniżył poziom alkoholu, jaki zaleca mężczyznom i kobietom, do nie więcej niż 14 jednostek tygodniowo - co odpowiada sześciu kuflom piwa o średniej mocy lub siedmiu kieliszkom wina.

W tym czasie naczelny inspektor medyczny Anglii, prof. Sally Davies, zauważyła, że każda ilość alkoholu może zwiększyć ryzyko zachorowania na raka.

"Świadome ryzyko"

Prof. Saxena oświadczyła, że badanie to było najważniejszym, jakie kiedykolwiek przeprowadzono na ten temat.

- To badanie idzie dalej niż inne, biorąc pod uwagę wiele czynników, w tym sprzedaż alkoholu, dane dotyczące ilości wypijanego alkoholu, abstynencję, dane dotyczące turystyki oraz poziom nielegalnego handlu i piwowarstwa domowego - powiedziała.

Badanie pokazuje, że brytyjskie kobiety piją średnio trzy napoje alkoholowe dziennie i zajmują ósme miejsce na świecie wśród osób pijących najwięcej. W rankingu tym prowadzą Ukrainki, przed Andorą i Luksemburgiem.

Z kolei brytyjscy mężczyźni zajęli 62 miejsce wśród 195 krajów objętych badaniem, mimo że również piją średnio trzy drinki dziennie. Wynika to z faktu, że poziom spożycia alkoholu był ogólnie dużo wyższy wśród mężczyzn, przy czym rumuńscy mężczyźni pili ponad osiem takich napojów dziennie.

W badaniu tym mianem "drinka" zostało opisane 10g alkoholu, co odpowiada małej lampce wina lub puszce/butelce piwa. W Wielkiej Brytanii jedna jednostka to 8 g alkoholu. Uważa się, że na całym świecie jedna na trzy osoby pije alkohol i jest on przyczyną prawie jednej dziesiątej wszystkich zgonów wśród osób w wieku od 15 do 49 lat.

- Większość z nas w Wielkiej Brytanii pije znacznie powyżej bezpiecznych limitów, a jak pokazuje to badanie, nie ma czegoś takiego jak bezpieczny limit. Zalecenia powinny być jeszcze bardziej restrykcyjne, a rząd powinien przemyśleć swoją politykę. Jeśli masz zamiar pić, edukuj się na ten temat i podejmuj świadome ryzyko - dodała Saxon.

Tymczasem prof. David Spiegelhalter z Uniwersytetu w Cambridge, wyraził swego rodzaju dozę ostrożności na temat tych ustaleń.

- Biorąc pod uwagę przyjemność przypuszczalnie związaną z umiarkowanym piciem, twierdzenie że nie ma "bezpiecznego" poziomu nie wydaje się argumentem za abstynencją - powiedział.

- Nie ma bezpiecznego poziomu prowadzenia samochodem, ale rząd nie zaleca, by ludzie unikali jazdy.

- Prawdę mówiąc nie ma nawet bezpiecznego poziomu samego egzystowania, ale nikt nie zaleca nikomu abstynencji i w tym zakresie - skwitował.

Źródło: BBC

Nowy artykuł opublikowany w czasopiśmie Nature donosi o obiecujących wynikach przełomowego badania fazy 1 na ludziach, w którym testowano nowatorską szczepionkę zaprojektowaną tak, aby pomóc układowi odpornościowemu pacjenta lepiej zwalczać guzy mózgu. Dane sugerują, że eksperymentalna szczepionka jest bezpieczna i stymuluje znaczącą odpowiedź immunologiczną, która spowalnia progresję guza. Obecnie planowane jest przeprowadzenie większego badania fazy 2.

Glejaki rozsiane są szczególnie trudnym do leczenia rodzajem raka mózgu. Mogą rozprzestrzeniać się po całym narządzie, co utrudnia ich łatwe usunięcie za pomocą tradycyjnej chirurgii, ale guzy te często mają wspólną cechę - ponad 70 procent glejaków o niskim stopniu złośliwości ma pojedynczą mutację genu wpływającą na enzym zwany dehydrogenazą izocytrynianową 1 (IDH1).

Ta mutacja IDH1 jest unikalna dla glejaków i prowadzi do tworzenia nowych białek zwanych neoepitopami. Michael Platten, z Niemieckiego Centrum Badań nad Rakiem, od lat pracuje nad stworzeniem szczepionki, która pomoże układowi odpornościowemu pacjenta nauczyć się celować w te zmutowane komórki IDH1.

- Nasz pomysł polegał na tym, aby wesprzeć układ odpornościowy pacjentów i wykorzystać szczepionkę jako ukierunkowany sposób ostrzegania go przed neoepitopem specyficznym dla danego guza - mówi Platten.

W 2015 roku, po latach prac rozwojowych i testów na zwierzętach, naukowcy rozpoczęli wreszcie badania swojej nowatorskiej szczepionki przeciwko IDH1 na ludziach. Pierwszym krokiem było zbadanie, jak bezpieczna jest szczepionka u ludzi i jaki rodzaj odpowiedzi immunologicznej wywołuje.

Do badania zrekrutowano około 33 pacjentów z nowo zdiagnozowanym glejakiem IDH1. Opublikowane niedawno wyniki badania 1 fazy wykazały, że eksperymentalna szczepionka jest bezpieczna i nie odnotowano żadnych poważnych skutków ubocznych.

Analizując odpowiedzi immunologiczne badacze stwierdzili, że 93 procent pacjentów wykazało skuteczną odpowiedź na szczepionkę. U pacjentów, którzy zareagowali na szczepionkę wykryto limfocyty T konkretnie skierowane przeciwko mutacji IDH1.

Pacjenci z dużą liczbą krążących komórek T w krwiobiegu wykazywali również pseudoprogresję guza, czyli proces, w którym guz powiększa się z powodu inwazji komórek odpornościowych powodujących obrzęk. W trzyletnim okresie obserwacji wskaźnik przeżycia kohorty wyniósł 84 procent. Nie zaobserwowano wzrostu guza u 82 procent pacjentów wykazujących silną odpowiedź immunogenną na szczepionkę po trzech latach.

Platten jest ostrożny w przecenianiu wyników tego badania fazy 1, mówiąc, że nie można wyciągać dalszych wniosków dotyczących skuteczności bez przeprowadzenia większych badań i grupy kontrolnej. Zauważa jednak, że trwają już kolejne badania fazy 1, łączące eksperymentalną szczepionkę z immunoterapią inhibitorami punktów kontrolnych, które, jak wiadomo, zwiększają aktywność układu odpornościowego. Miejmy nadzieję, że leczenie skojarzone wzmocni odpowiedzi immunologiczne.

Źródło: Nature, New Atlas

wtorek, 09 marzec 2021 09:51

Przeglądanie kocich memów a psychologia

Jason Eppink, kurator wystawy How Cats Took Over the Internet w Museum of the Moving Image, zwrócił swego czasu uwagę na "niebotyczną rolę" kotów w Internecie. Magazyn Wired uznał z kolei, że słodkość kotów jest "zbyt uproszczonym" wytłumaczeniem ich popularności w sieci. Przeprowadzone badanie naukowe wykazało, że uczestnicy byli bardziej szczęśliwi po obejrzeniu filmów z kotami.

Wspomniane badanie naukowe wykazało, że uczestnicy byli bardziej szczęśliwi po obejrzeniu filmów o kotach. Naukowiec stojący za badaniem wyjaśnił: - Jeśli chcemy lepiej zrozumieć wpływ Internetu na nas jako jednostki i na społeczeństwo, to badacze nie mogą już ignorować kotów w Internecie, a konsumpcja mediów związanych z kotami w sieci zasługuje na uwagę empiryczną. The Huffington Post zasugerował, że filmy są formą prokrastynacji, gdzie większość procesu przeglądania kocich memów ma miejsce podczas pracy lub pozornego studiowania, podczas gdy IU Bloomington skomentował "to więcej niż tylko rozrywka - czynność ta zwiększa energię widzów i pozytywne emocje oraz zmniejsza negatywne uczucia. BusinessInsider argumentuje "zbiega się to z wynikami badań wskazującymi na wpływ zwierząt na ludzi". Badanie z 2015 roku przeprowadzone przez Jessicę Gall Myrick wykazało, że ludzie byli ponad dwa razy bardziej skłonni do zamieszczenia zdjęcia lub wideo kota w Internecie niż do zamieszczenia selfie.

Maria Bustillos uważa, że filmy wideo z kotami są "krystalizacją wszystkiego, co istoty ludzkie kochają w kotach", z ich "naturalnym pięknem i majestatem" będącym "tylko jednym maleńkim poślizgiem od całkowitego upokorzenia", które Bustillos postrzega jako zwierciadło ludzkiego stanu. Kiedy twórca World Wide Web, Tim Berners-Lee, został poproszony o przykład popularnego zastosowania internetu, którego nigdy by nie przewidział, odpowiedział: "Kocięta". Praca z 2014 roku argumentuje, że "nieświadomość" kotów jest rzadka w erze hiperinwigilacji, a zdjęcia kotów przemawiają do ludzi, ponieważ pozwalają im wyobrazić sobie "możliwość wolności od nadzoru", jednocześnie przedstawiając moc kontrolowania tego nadzoru jako nieproblematyczną. Magazyn Time uważał, że zdjęcia kotów trafiają do natury widzów jako "tajnych podglądaczy".

The Cheezburger Network uważa, że koty są "idealnym płótnem" dla ludzkich emocji, ponieważ mają ekspresyjne aspekty twarzy i ciała. Mashable zaproponował "kocią słodycz, bezkompromisowość, popularność wśród geeków, cechy pustego płótna, problemy z osobowością i fakt, że psy po prostu nie mają 'tego czegoś'" jako możliwe wyjaśnienia popularności kotów w Internecie. Praca zatytułowana ""I Can Haz Emoshuns?" - Understanding Anthropomorphosis of Cats among Internet Users" stwierdzono, że Tagpuss, aplikacja, która pokazywała użytkownikom zdjęcia kotów i prosiła ich o wskazanie emocji, "może być wykorzystana do identyfikacji kocich zachowań, które trudno rozróżnić laikom".

Jason Eppink wyjaśnił natomiast: "Ludzie w sieci są bardziej skłonni do zamieszczenia postu o kocie niż o innym zwierzęciu, ponieważ to się niejako utrwala. To staje się samospełniającą się przepowiednią". Natomiast Jason Kottke uważa, że koty są "łatwiejsze do uprzedmiotowienia" i dlatego "łatwiej z nich żartować". Dziennikarz Jack Shepherd zasugerował, że koty są bardziej popularne niż psy, ponieważ psy "za bardzo się starają", a humorystyczne zachowanie psa byłoby postrzegane jako próba walidacji. Shepherd postrzega zachowanie kotów jako "chłodne, bezwysiłkowe i pozbawione troski o to, co można by o nim pomyśleć. To sztuka dla samej sztuki".

Koty historycznie były związane z magią i były czczone przez różne kultury ludzkie, starożytnych Egipcjan czczących je jako bogów i stworzeń objawiających się jako demony w starożytnej Japonii, takich jak bakeneko. Magazyn Vogue zasugerował, że popularność kotów w Internecie jest uwarunkowana kulturowo, są one popularne w Ameryce Północnej, Europie Zachodniej i Japonii. Inne narody faworyzują różne zwierzęta w sieci, Ugandyjczycy dzielą się zdjęciami kóz i kurczaków, Meksykanie wolą lamy, a chińscy internauci dzielą się zdjęciami kraba rzecznego i konia trawiasto-błotnego ze względu na podwójne znaczenie ich nazw, co pozwala im "obalić rządowe cenzury internetowe".

Źródło: Wikipedia (ENG)

Nowoczesne społeczeństwa uprzemysłowione są nękane przez zepsute, źle ustawione zęby - stan, który w stomatologii określa się jako "malocclusion" - co w dosłownym tłumaczeniu oznacza "zły zgryz". Dane ankietowe z 1998 roku sugerują, że aż jedna piąta populacji Stanów Zjednoczonych ma znaczne wady zgryzu, z których ponad połowa wymaga przynajmniej pewnego stopnia interwencji ortodontycznej. Aparaty ortodontyczne, ekstrakcje zębów i retainery to chleb powszedni dla wszystkich dentystów i ortodontów, których zadaniem jest wyprostowanie naszych stomatologicznych odchyleń. Posiadanie aparatu ortodontycznego w dzieciństwie stało się tak powszechne w świecie zachodnim, że może wydawać się rytuałem przejścia - dziś szacuje się, że 50-70% dzieci w USA będzie nosić aparat przed osiągnięciem pełnoletności. Ale co ludzie robili, aby naprawić swoje zęby przed erą nowoczesnej stomatologii, przed Novocainą, gazą i gumowymi przekładkami?

Jak się okazuje, nasi przodkowie nie cierpieli z powodu krzywych zębów w takim stopniu, jak my dzisiaj. Zapis kopalny naszego gatunku ujawnia znamienną historię: epidemia krzywych zębów rozwinęła się u ludzi z czasem. Biolog ewolucyjny, Daniel Lieberman, zauważa ten wzór w swojej książce "The Story of the Human Body":

W muzeum, w którym pracuję, znajdują się tysiące starożytnych czaszek z całego świata. Większość czaszek z ostatnich kilkuset lat to koszmar dentysty: są wypełnione ubytkami i infekcjami, zęby są stłoczone w szczęce, a około jedna czwarta z nich ma wbite zęby. Czaszki przedindustrialnych rolników są również pełne ubytków i boleśnie wyglądających ropni, ale mniej niż 5 procent z nich ma zachowane zęby mądrości. Dla kontrastu, większość łowców-zbieraczy miała niemal doskonałe zdrowie zębów. Najwyraźniej ortodonci i dentyści rzadko byli potrzebni w epoce kamiennej.

Obserwacje Liebermana potwierdza wiele dowodów. Porównanie 146 średniowiecznych czaszek z opuszczonych norweskich cmentarzy z czaszkami współczesnymi wskazało na tendencję do złego zgryzu u naszych bliższych i dalszych przodków. Czaszki osób ocenionych jako "bardzo" lub "wyraźnie" wymagające leczenia ortodontycznego stanowiły 36 procent średniowiecznej próbki i 65 procent próbki współczesnej. Dowody wad zgryzu w jeszcze wcześniejszych skamieniałościach ludzkich są niezwykle rzadkie. Szczęki myśliwych-zbieraczy niemal jednolicie ujawniają przestronne, idealne łuki dobrze ustawionych zębów, bez impaktowych zębów mądrości - wymarzony uśmiech gwiazdy filmowej, 15 tys. lat przed rozwojem przemysłu filmowego!

Co więc dzieje się z naszymi aparatami gębowymi? Dlaczego mamy dziś do czynienia z epidemią stłoczonych, niesfornych, krzywych zębów? Okazuje się, że odpowiedź leży cały czas tuż pod naszym nosem: problemem są nasze szczęki.

Kluczowym czynnikiem wywołującym wady zgryzu jest wielkość naszych szczęk. Dla zdrowego rozwoju szczęki muszą pomieścić wszystkie trzydzieści dwa zęby, które rosną w jamie ustnej. Z biegiem czasu nasze zęby stały się krzywe, ponieważ nasze szczęki zmniejszyły się. Dlaczego? Korzenie epidemii tkwią w zmianach kulturowych dotyczących ważnych codziennych czynności, o których rzadko myślimy, takich jak żucie, oddychanie czy pozycja szczęki w spoczynku, a zmiany te z kolei zostały wywołane przez o wiele większy rozwój społeczno-historyczny - a mianowicie industrializację.

Nasza górna szczęka wydaje się być tylko podstawą naszej czaszki, ale w rzeczywistości tworzą ją dwie kości, po jednej z każdej strony, połączone razem. Nasza dolna szczęka, zwana technicznie żuchwą, jest również zbudowana z dwóch kości. Jeśli szczęki rozwijają się prawidłowo, mają wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich zębów, a zęby dobrze do siebie pasują. Zarówno górna, jak i dolna szczęka mogą się poruszać i zmieniać w procesie rozwoju. Ale proces ten ulega stopniowym zmianom od czasu, gdy nasi przodkowie zaczęli używać narzędzi, gotować, zaprzestali mobilnego życia łowców-zbieraczy i osiedlili się, by uprawiać rolnictwo około 10 tys. lat temu.

Antropolodzy donoszą, że rozmiar ludzkich ust od dawna się kurczy. Ponieważ ludzie używają kamiennych narzędzi od co najmniej 3,3 miliona lat, może to wskazywać czas, w którym nastąpiło to kurczenie się. Narzędzia kamienne umożliwiły szybsze przejście na dietę mięsożerną, ponieważ możliwość krojenia mięsa na małe kawałki zmniejszyła ilość żucia wymaganego do wydobycia pożywienia. Mniej żucia zmniejszyło zapotrzebowanie na duże, potężne szczęki. Pojawienie się rolnictwa przyspieszyło ten trend. Jak zauważył antropolog Clark Larsen, "nastąpiło dramatyczne zmniejszenie rozmiarów twarzy i szczęk wszędzie tam, gdzie ludzie przeszli od zbieractwa do rolnictwa". Powierzchownym rezultatem jest wada zgryzu.

U podstaw problemu leży fakt, że wkroczyliśmy w świat ery kosmicznej z genami z epoki kamienia łupanego - genami, które ewoluowały w celu wytworzenia szczęk dostosowanych do diety łowców-zbieraczy. Dzisiejsza epidemia szczęk jest ukryta za tym, co powszechne. Jej najbardziej oczywiste objawy są ustne i twarzowe: krzywe zęby (i towarzyszące im powszechne stosowanie aparatów ortodontycznych), cofające się szczęki, uśmiech, w którym widać dużo dziąseł, oddychanie przez usta i przerywane oddychanie podczas snu. Jest to kłopot, ale nie "epidemia" - przynajmniej dopóki nie dostrzeże się związku między wadami zgryzu a całym szeregiem następstw zdrowotnych.

Jeśli szczęki nie rozwijają się prawidłowo, cofająca się szczęka dolna (żuchwa) może obciążać drogi oddechowe. Problemy związane ze współczesnym rozwojem szczęki, twarzy i dróg oddechowych dopiero teraz zaczynają być odkrywane, głównie dzięki pracy wielu zaangażowanych naukowców i lekarzy, którzy zaobserwowali dramatyczne zmiany w budowie twarzy, które korelują z częstszym występowaniem chorób przewlekłych. Zmniejszenie rozmiarów dróg oddechowych może, na przykład, ostatecznie prowadzić do problemów z oddychaniem, takich jak bezdech senny, który sam w sobie stał się istotnym czynnikiem zdrowia publicznego. Około 20 procent dorosłych Amerykanów jest dotkniętych tą przypadłością, a około 3 procent ma na tyle poważny przypadek, że powoduje on senność w ciągu dnia. Jednak senność to najmniejszy problem: aż połowa wszystkich pacjentów kardiologicznych cierpi na tę chorobę. Bezdech senny wydaje się również generować problemy psychiczne, w tym obniżone IQ, skrócony czas koncentracji uwagi i trudności z pamięcią.

Na to, że choroby, o których właśnie wspomniano, są związane z nowoczesną cywilizacją, silnie wskazuje brak ich objawów w zapisach ewolucyjnych i historycznych. Nasi łowiecko-zbieraccy przodkowie mieli przestronne szczęki, z ciągłym, gładko zakrzywionym łukiem zębów w każdej szczęce, w tym trzecie zęby trzonowe ("zęby mądrości") na tylnych końcach łuków. Dziś brak wyrzynania się tych ostatnich trzonowców - aby nasze zęby mądrości zdrowo wyrosły z dziąsła - stał się zbyt powszechnym zjawiskiem, które często prowadzi do ekstrakcji zęba i związanych z tym obciążeń w postaci bólu, obrzęku, siniaków, infekcji i ogólnego dyskomfortu. Jednak przy odpowiednim podejściu do diety, nawyków żywieniowych, wzorców oddychania i ogólnej postawy jamy ustnej (sposobu, w jaki trzymamy szczęki w spoczynku), wiele aspektów tej epidemii, takich jak wbijanie się zębów trzonowych, można by złagodzić lub całkowicie uniknąć. Szczęki mogłyby powrócić do swoich łowiecko-zbierackich wzorców wzrostu.

Najważniejsze jest to, że nasze (i naszych dzieci) zdrowie i szczęście może być zagrożone z powodu nawyków, nad którymi większość z nas nigdy się nie zastanawia. Jednak to, jak jemy, może być tak samo ważne jak to, co jemy - to, jak oddychamy, może być tak samo ważne jak to, co znajduje się w powietrzu, którym oddychamy. Z kolei to, jak śpimy, może być tak samo ważne jak to, jak długo śpimy. Wszystkie te aspekty są kluczowe dla epidemii szczęk i stanowią element ogólnego zdrowia jamy ustnej i twarzy. Często mówi się, że twarz jest oknem do duszy, ale jest to również okno na stan zdrowia osoby, która się za nią kryje. Dziąsłowe uśmiechy, krzywe zęby, rozchylone usta to widoczne sygnały, które wskazują na potencjalnie znacznie poważniejsze problemy zdrowotne. Aby rozwiązać te problemy, musimy skupić się na zdrowym rozwoju naszych szczęk.

Źródło: Stanford Press

Australijscy naukowcy twierdzą, że jad pszczeli w warunkach laboratoryjnych niszczy agresywne komórki raka piersi.

Jad - i zawarty w nim związek zwany melityną - został wykorzystany przeciwko dwóm trudnym do leczenia typom raka: potrójnie ujemnemu i wzbogaconemu o HER2.

Odkrycie zostało opisane jako "ekscytujące", ale naukowcy ostrzegają, że potrzebne są dalsze testy.

Rak piersi jest najczęstszym nowotworem dotykającym kobiety na całym świecie. Podczas gdy istnieją tysiące związków chemicznych, które mogą zwalczać komórki rakowe w warunkach laboratoryjnych, naukowcy twierdzą, że niewiele z nich może być produkowanych jako lek dla ludzi.

Jad pszczeli okazał się również mieć właściwości przeciwnowotworowe w przypadku innych rodzajów raka, takich jak czerniak.

Badanie przeprowadzone przez Harry Perkins Institute of Medical Research w zachodniej Australii zostało opublikowane w szanowanym czasopiśmie Nature Precision Oncology.

Co odkryli badacze?

Przetestowano jad pochodzący od ponad 300 pszczół i trzmieli. Wyciągi z pszczoły miodnej okazały się "niezwykle silne", powiedziała Ciara Duffy, 25-letnia doktorantka, która kierowała badaniami.

Stwierdzono, że jedno stężenie jadu zabija komórki rakowe w ciągu godziny, przy minimalnej szkodzie dla innych komórek. Ale toksyczność wzrastała w przypadku innych poziomów dawki.

Naukowcy odkryli również, że związek melityny sam w sobie był skuteczny w "wyłączaniu" lub zakłócaniu wzrostu komórek nowotworowych.

Melityna występuje naturalnie w jadzie pszczoły miodnej, ale może być również wytwarzana syntetycznie.

Tradycyjnie, potrójnie ujemny rak piersi - jeden z najbardziej agresywnych typów - był leczony za pomocą chirurgii, radioterapii i chemioterapii. Stanowi on 10-15% nowotworów piersi.

Czy będzie można to wykorzystać w przyszłości?

W 2020 roku główny naukowiec instytutu określił badania jako "niewiarygodnie ekscytujące". - Co istotne, to badanie pokazuje, w jaki sposób melityna zakłóca szlaki sygnalizacyjne w komórkach raka piersi, aby zmniejszyć ich replikację - powiedział prof. Peter Klinken. - To zapewnia kolejny wspaniały przykład tego, gdzie związki w przyrodzie mogą być stosowane w leczeniu chorób człowieka.

Naukowcy ostrzegają jednak, że potrzeba więcej pracy, aby sprawdzić, czy jad mógłby rzeczywiście działać na większą skalę jako lek zwalczający raka.

Inni badacze raka zgadzają się z tym stwierdzeniem. - To bardzo wczesne dni badań - powiedział prof. Alex Swarbrick z Garvan Institute of Medical Research w Sydney.

- Wiele związków może zabić komórki raka piersi w naczyniu lub u myszy. Ale od tych odkryć do czegoś, co może zmienić praktykę kliniczną, jest jeszcze długa droga - skwitował w rozmowie z BBC.

Źródło: BBC

Śmierć jednostki może mieć silny wpływ na nasze emocje, ale wraz z rosnącą liczbą zmarłych rośnie nasza obojętność. Dlaczego?

"Jeśli spojrzę na tłum, nigdy nie będę działać. Jeśli spojrzę na jednostkę, będę działać". Są to słowa kobiety, której czyny miłosierdzia i dobroci przyniosły jej świętość - Matki Teresy.

Stanowią one przykład jednego z najbardziej zadziwiających aspektów ludzkiej reakcji na trudną sytuację innych. Podczas gdy większość z nas postrzega pojedynczą śmierć jako tragedię, możemy mieć trudności z taką samą reakcją na utratę życia na dużą skalę. Najczęściej śmierć wielu osób staje się po prostu statystyką.

Przykładowo miliony istnień ludzkich utraconych w wyniku klęsk żywiołowych, wojen lub głodu stają się zbyt wielkie, by je pojąć.

Nawet teraz możemy zaobserwować ten sam dziwny proces, gdy wzrasta światowa liczba zgonów spowodowanych koronawirusem. Liczba ofiar śmiertelnych wirusa przekroczyła już 2 miliony, a na całym globie odnotowano ponad 112 milionów przypadków. Każda śmierć jest tragedią, która rozgrywa się na poziomie indywidualnym, a rodziny są wstrząśnięte i pogrążone w żałobie. Ale jak my to widzimy - czy ktoś jest w stanie ogarnąć tak wielkie liczby?

W Stanach Zjednoczonych, które niedawno osiągnęły ponury kamień milowy 500 tys. ofiar, dziennikarze szukają sposobów, aby pomóc ludziom zrozumieć zakres problemu. Liczba ta jest "dziesięć razy większa niż liczba Amerykanów straconych podczas całej wojny w Wietnamie" i "przekracza liczbę ofiar śmiertelnych amerykańskich wojsk w każdym konflikcie od czasów wojny koreańskiej".

Jednak nasza niezdolność do zrozumienia cierpienia, jakie niosą ze sobą takie liczby, może zaszkodzić sposobowi, w jaki reagujemy na takie tragedie. Nawet teraz istnieją dowody na to, że ludzie cierpią na zmęczenie wiadomościami o koronawirusie i mniej czytają o pandemii.

Może to być spowodowane, po części, psychologicznym zjawiskiem znanym jako psychiczne odrętwienie, ideą, że "im więcej ludzi umiera, tym mniej nas to obchodzi".

- Szybkie, intuicyjne przeczucie jest pod wieloma względami cudowne, ale ma też pewne wady - mówi Paul Slovic, psycholog z University of Oregon, który od dziesięcioleci bada psychiczne odrętwienie. - Jedną z nich jest to, że nie radzi sobie zbyt dobrze z liczbami w kategoriach wielkości. Jeśli mówimy o życiu, to jedno życie jest niezwykle ważne i cenne i zrobimy wszystko, aby je chronić, uratować, ocalić tę osobę. Ale gdy liczby rosną, nasze uczucia nie wzrastają proporcjonalnie.

W rzeczywistości badania Slovica sugerują, że w miarę jak liczby statystyczne związane z tragedią stają się coraz większe, stajemy się znieczuleni i mniej emocjonalnie na nie reagujemy. To z kolei zmniejsza prawdopodobieństwo podjęcia przez nas działań niezbędnych do powstrzymania ludobójstwa, wysyłania pomocy po klęskach żywiołowych czy uchwalania przepisów zwalczających globalne ocieplenie. W przypadku pandemii, może to prowadzić do pewnego rodzaju apatii, która sprawia, że ludzie stają się obojętni na mycie rąk lub noszenie maseczek - oba te czynniki okazały się ograniczać przenoszenie wirusa.

Częścią problemu może być to, że w miarę jak liczby stają się coraz większe, coraz mniej znaczą dla nas osobiście.

- Z ewolucyjnego punktu widzenia skupialiśmy się na rzeczach, które groziły nam natychmiastową śmiercią, lub na interakcjach w małych grupach - mówi Melissa Finucane, starszy behawioralista i socjolog w zarządzie Rand Corporation, która badała proces podejmowania decyzji i ocenę ryzyka. - Teraz próbujemy zrozumieć bardzo złożone scenariusze ryzyka, w których dostępnych jest wiele danych statystycznych. Ale przeciętny człowiek, który nie jest analitykiem statystycznym lub epidemiologiem, nie ma narzędzi, których potrzebujemy na wyciągnięcie ręki, aby dokonać osądu czegoś tak rozległego i złożonego jak globalna pandemia.

Może to mieć jednak poważne konsekwencje odnośnie tego, jak radzimy sobie w obliczu tragedii na dużą skalę.

W serii badań przeprowadzonych w Szwecji w 2014 roku, Slovic i jego koledzy wykazali, że nie tylko stajemy się odrętwiali na znaczenie rosnących liczb, ale nasze współczucie może faktycznie zanikać lub załamywać się ogólnie wraz ze wzrostem liczby.

Uczestnikom pokazano zdjęcie biednego dziecka lub zdjęcie dwojga biednych dzieci i zapytano ich o gotowość do przekazania datku. Zamiast czuć się dwa razy bardziej smutni i dwa razy bardziej chętni do pomocy, ludzie przekazywali mniej datków, gdy widzieli dwoje dzieci zamiast jednego. Slovic twierdzi, że dzieje się tak dlatego, że jednostka jest dla ludzi najłatwiejszym modułem do zrozumienia i wykazania empatii.

- Jeśli widzisz jedno dziecko, możesz skupić się na nim - mówi Slovic. - Możesz myśleć o tym, kim jest i jak jest podobne do twojego własnego dziecka. Możesz skoncentrować się głębiej na jednej osobie niż na dwóch. Przy dwójce twoja uwaga zaczyna słabnąć, podobnie jak uczucia. A uczucia są tym, co kieruje naszym zachowaniem.

Badania Slovica wykazały również, że pozytywne uczucia związane z darowizną dla jednego dziecka, czyli "ciepły blask", zmniejszały się, gdy ludziom przypominano o dzieciach, którym nie byli w stanie pomóc, a zjawisko to on i jego koledzy nazywają "pseudo-nieefektywnością".

Uczestnikom biorącym udział w badaniu pokazano zdjęcia pojedynczego dziecka, ale połowa z nich otrzymała również statystyki dotyczące liczby innych osób głodujących w regionie, z którego pochodziło dziecko. Jest to dokładnie takie podejście, jakie wielu z nas widziało w filmach charytatywnych po katastrofach naturalnych.

- Myśleliśmy, że jeśli pokażemy, jak poważny jest to problem, ludzie będą bardziej zmotywowani do pomocy - mówi Slovic. Zamiast tego, darowizny spadły o połowę, gdy zdjęcie zawierało statystyki. Częściowo przyczyną takiego zachowania jest to, że w gruncie rzeczy jesteśmy raczej egoistycznymi istotami.

- Przekazujemy darowizny, ponieważ chcemy pomóc, ale to również sprawia, że czujemy się dobrze - mówi Slovic. - Nie jest tak dobrze pomóc dziecku, gdy zdajesz sobie sprawę, że jest ono jednym na milion. Czujesz się źle, że nie możesz pomóc wszystkim i te złe uczucia pojawiają się, mieszają się z dobrymi uczuciami i dewaluują je.

Ma to również związek z tym, jak duży wpływ przewidują ludzie dla swoich czynów. Gdy liczba cierpiących lub umierających w tragedii rośnie, nasze datki i wysiłki coraz bardziej wydają się być kroplą w morzu.

W badaniach przeprowadzonych przez Slovica i jego kolegów po ludobójstwie w Rwandzie w 1994 roku, kiedy to w ciągu 100 dni zginęło 800 tys. ludzi, a miliony zostały przesiedlone, poproszono grupę ochotników, aby wyobrazili sobie, że są przedstawicielem sąsiedniego kraju odpowiedzialnym za obóz dla uchodźców. Mieli zdecydować, czy pomóc 4500 uchodźcom w zapewnieniu dostępu do czystej wody, czy też nie. Połowie powiedziano, że obóz daje schronienie dla 250 tys. osób, a pozostałym, że ma 11 tys. uchodźców.

- Ludzie byli znacznie bardziej skłonni do ochrony 4500 osób z 11000 niż z 250000, ponieważ reagują na proporcję, a nie na rzeczywistą liczbę - mówi Slovic. - W pierwszym scenariuszu wydaje się, że nie warto. Ale jeśli możesz zmniejszyć ilość osób, które cierpią prawie o połowę, to wydaje się, że to wielka sprawa, nawet jeśli wciąż jest to ta sama liczba osób.

Oczywiście, istnieją powody, dla których niektórzy ludzie decydują się całkowicie unikać smutnych wiadomości lub głębokiego myślenia o tragediach. Wielokrotne oglądanie wiadomości o brutalnych wydarzeniach jest związane z wyższym poziomem ostrego stresu, który może negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne.

Jedno z badań przeprowadzonych po zamachu bombowym na maratonie w Bostonie w 2013 r. wykazało, że uczestnicy, którzy śledzili relacje z ataku przez sześć lub więcej godzin dziennie w tygodniu następującym po tym wydarzeniu, byli dziewięciokrotnie bardziej narażeni na zgłoszenie wysokiego poziomu ostrego stresu nawet kilka tygodni później.

- Jest to również schemat cykliczny - mówi Roxane Silver, psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine i jedna z autorek badania. - Im bardziej jesteś zestresowany, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziesz zaangażowany w obserwowanie mediów. I może być trudno wyłamać się z tego schematu, zwłaszcza gdy wiadomości są złe. Im więcej wiadomości, tym więcej stresu, im więcej stresu tym więcej wiadomości.

Podczas gdy oglądanie wiadomości dla aktualizacji o najnowszych zasadach obostrzeń i rozprzestrzeniania się wirusa było ważne podczas koronawirusa, jest to źródło rosnącego poziomu niepokoju dla wielu ludzi podczas pandemii.

- To nie jest psychologicznie korzystne i prawdopodobnie będzie związane z niepokojem, obawami, zmartwieniem i strachem, a potencjalnie i smutkiem - mówi Silver. Zamiast pogrążać się w wiadomościach, sugeruje ona wybranie garstki stron i sprawdzanie ich nie więcej niż dwa razy dziennie.

Źródło: BBC

Zdolność do wykonywania prostych codziennych czynności może mieć duże znaczenie w życiu człowieka, zwłaszcza w przypadku osób z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Zespół naukowców pod kierownictwem UCLA donosi, że sześć osób z poważnymi urazami rdzenia kręgowego - w tym trzy całkowicie sparaliżowane - po raz pierwszy od lat odzyskało władzę w rękach i palcach po poddaniu się niechirurgicznej, nieinwazyjnej procedurze stymulacji rdzenia kręgowego opracowanej przez badaczy.

Na początku badania, trzech uczestników nie mogło w ogóle poruszać palcami, żaden nie mógł przekręcić klamki jedną ręką lub odkręcić nakrętki od plastikowej butelki z wodą. Każdy z nich miał również duże trudności z używaniem telefonu komórkowego. Po zaledwie ośmiu prowadzonych przez naukowców sesjach treningowych z wykorzystaniem stymulacji rdzeniowej, u wszystkich sześciu osób nastąpiła znaczna poprawa. Uczestnicy badania mieli przewlekły i ciężki paraliż od ponad roku, a niektórzy od ponad 10 lat.

Od czasu przed pierwszą sesją do końca ostatniej, uczestnicy poprawili swoją siłę chwytu.

- Mniej więcej w połowie sesji mogłam otworzyć drzwi do sypialni lewą ręką po raz pierwszy od czasu mojego urazu i mogłam otworzyć nowe butelki z wodą, podczas gdy wcześniej ktoś inny musiał to robić za mnie - powiedziała Cecilia Villarruel, jedna z uczestniczek, której uraz był wynikiem wypadku samochodowego, do którego doszło 13 lat wcześniej. - Większość osób po urazie rdzenia kręgowego mówi, że chce po prostu znów chodzić do łazienki jak normalny człowiek - dodała. - Małe osiągnięcia, takie jak otwieranie słoików, butelek i drzwi, umożliwiają osiągnięcie poziomu niezależności i samodzielności, który jest dość satysfakcjonujący i ma głęboki wpływ na życie ludzi.

Oprócz odzyskania możliwości posługiwania się palcami, uczestnicy badania odnieśli również inne korzyści zdrowotne, w tym poprawili ciśnienie krwi, funkcjonowanie pęcherza moczowego, układu krążenia oraz zdolność do siedzenia w pozycji wyprostowanej bez podparcia.

- W ciągu dwóch lub trzech sesji wszyscy zaczęli wykazywać znaczącą poprawę i od tego momentu nadal się rozwijali - powiedział główny autor badania, naukowiec z UCLA Parag Gad.

- Po zaledwie ośmiu sesjach mogli robić rzeczy, których nie byli w stanie robić od lat - powiedział V. Reggie Edgerton, starszy autor badań i profesor biologii integracyjnej i fizjologii, neurobiologii i neurochirurgii z UCLA.

- Jest to największe odnotowane odzyskanie możliwości używania rąk, jakie odnotowano u pacjentów z tak poważnymi urazami rdzenia kręgowego - powiedział Edgerton.

Naukowcy umieścili elektrody na skórze, aby stymulować obwody rdzenia kręgowego. Swoją metodę nazwali "przezskórnym umożliwieniem kontroli motorycznej" lub w angielskim skrócie "tEmc". W stymulacji prąd elektryczny jest aplikowany z różną częstotliwością i intensywnością do określonych miejsc na rdzeniu kręgowym.

Podczas sesji treningowych uczestnicy ściskali mały przyrząd do chwytania 36 razy (18 razy każdą ręką) i utrzymywali swój chwyt przez trzy sekundy - badacze mierzyli ilość użytej przez nich siły. Trening składał się z dwóch sesji tygodniowo przez cztery tygodnie - każda z ośmiu sesji trwała około 90 minut.

- Połączenie stymulacji rdzenia kręgowego i treningu z rękami pozwala im odzyskać utraconą funkcję - powiedział Gad. - Byli mniej zależni od swoich opiekunów, mogli sami się karmić i ubierać - dodał.

Dwie z sześciu osób wróciły do laboratorium Edgertona 60 dni po zakończeniu treningu i zachowały siłę chwytu - mogły przekręcić klamkę jedną ręką, odkręcić kapsel od butelki i użyć widelca jedną ręką (cztery pozostałe osoby nie powróciły do laboratorium. Badani mieszkają w Nowym Jorku, Minnesocie i innych miejscach).

Badania zostały opublikowane online w 2018 roku w Journal of Neurotrauma.

Według Fundacji Christophera i Dany Reeve'ów ponad 1,2 miliona Amerykanów żyje z paraliżem spowodowanym urazami rdzenia kręgowego. Setki tysięcy ludzi w Stanach Zjednoczonych straciło kontrolę nad ważnymi funkcjami ciała w wyniku takich urazów, w tym nad rękami i palcami.

- Poprawa funkcji ręki może oznaczać różnicę między koniecznością całodobowej opieki a bardziej niezależnym życiem - powiedział Peter Wilderotter, prezes i dyrektor generalny Fundacji Reeve'ów. - Te odkrycia przynoszą wielką nadzieję tym, którym powiedziano, że powrót do zdrowia po paraliżu będzie niemożliwy. W miarę odkrywania nowych i przełomowych rozwiązań, staje się jasne, że słowo 'niemożliwe' nie dotyczy już urazów rdzenia kręgowego.

Zespół badawczy Edgertona pracował z ponad dwoma tuzinami osób z ciężkimi urazami rdzenia kręgowego, z których zdecydowana większość wykazała znaczną poprawę.

Prawie wszyscy uważali, że jedynymi osobami, które mogą odnieść korzyści z leczenia, są osoby, które doznały urazu w okresie krótszym niż rok - do niedawna panował taki właśnie dogmat. Teraz wiemy, że jest on nieaktualny - powiedział Edgerton, który jest również związany z Centrum Neuronauki i Medycyny Regeneracyjnej Uniwersytetu Technologicznego w Sydney w Australii. - Wszyscy nasi badani byli sparaliżowani przez ponad rok. Wiemy, że u dużego odsetka uczestników, którzy doznali poważnych obrażeń, możemy poprawić jakość ich życia.

Edgerton stara się o zatwierdzenie przez FDA urządzenia do kontroli motorycznej, aby mogło być ono używane przez kliniki rehabilitacyjne i inne. Jest on w stanie przyjąć do swojego programu badawczego tylko niewielką liczbę osób.

Metoda stymulacji kręgosłupa jest niedroga, nie wymaga operacji i może być stosowana w biednych społecznościach i krajach bez zaawansowanego zaplecza medycznego - "a efekty są pod pewnymi względami, jak sądzimy, lepsze niż operacja" - skomentował Edgerton.

- Odbieram wiele krytyki za dawanie 'fałszywej nadziei', ale podążamy tam, gdzie nauka każe nam iść i po prostu podajemy wyniki badań - kontynuuje. - Wszystko mówi nam, że układ nerwowy jest o wiele bardziej adaptacyjny niż to, za jakiego go uznaliśmy i może się uczyć na nowo i odzyskać sprawność po ciężkim urazie.

Współautorami projektu są: Sujin Lee (lekarz z Veterans Affair Healthcare System Spinal Cord Injury and Disorders Center w Long Beach), Nicholas Terrafranca (dyrektor generalny NeuroRecovery Technologies - firmy technologii medycznej, której Edgerton jest współzałożycielem, a która pomaga przywrócić ruch u pacjentów z paraliżem), Hui Zhong (naukowiec w laboratorium Edgertona), Amanda Turner (była asystentka administracyjna Edgertona, która pomagała w rekrutacji i selekcji uczestników badań) oraz Jurij Gerasimenko (dyrektor laboratorium fizjologii ruchu w rosyjskim Instytucie Pawłowa i pracownik naukowy wydziału biologii integracyjnej i fizjologii UCLA).

Badania zostały sfinansowane przez Fundację Christophera i Dany Reeve'ów, Narodowy Instytut Obrazowania Biomedycznego i Bioinżynierii przy Narodowym Instytucie Zdrowia, Fundację Dany i Alberta R. Broccoli oraz Fundację Walkabout.

Źródło: UCLA

Kiedy śpimy w nieznanym otoczeniu, zaledwie połowa mózgu wypoczywa porządnie.

- Lewa strona wydaje się bardziej czuwać niż prawa - mówi Yuka Sasaki, profesor nadzwyczajny nauk poznawczych, lingwistycznych i psychologicznych na Uniwersytecie Browna.

Odkrycie to, opublikowane w czasopiśmie Current Biology, pomaga wyjaśnić, dlaczego ludzie czują się zmęczeni po spaniu w nowym miejscu. Sugeruje też, że ludzie mają coś wspólnego z ptakami i ssakami morskimi, które często "usypiają" połowę mózgu, podczas gdy druga pozostaje na straży.

Naukowcy zajmujący się snem odkryli "efekt pierwszej nocy" dziesiątki lat temu, kiedy zaczęli badać ludzi w laboratoriach snu. Pierwszej nocy w laboratorium sen danej osoby jest zazwyczaj tak zły, że badacze po prostu wyrzucają wszystkie zebrane wtedy dane.

Sasaki chciała jednak wiedzieć, co dzieje się w mózgu podczas tej pierwszej nocy. Wraz z zespołem naukowców zbadała więc wzorce fal mózgowych u 35 studentów Uniwersytetu Browna.

Zespół zmierzył coś, co nazywa się aktywnością wolnofalową, która pojawia się podczas głębokiego snu. I odkryli, że podczas pierwszej nocy w laboratorium, aktywność fal wolnych była większa w pewnych obszarach prawej półkuli niż w odpowiadających im obszarach lewej półkuli.

Jednak po pierwszej nocy różnica ta zniknęła.

Aby potwierdzić, że lewa strona mózgu naprawdę była bardziej czujna, zespół przeprowadził dwa inne eksperymenty. Po pierwsze, kazali śpiącym studentom słuchać powtarzającego się standardowego tonu, po którym następował pojedynczy ton o innej wysokości.

Kiedy ktoś jest obudzony lub śpi lekko, mózg reaguje na ten "dewiacyjny ton". Mózg studentów zareagował - ale tylko po lewej stronie.

Następnie badacze odtworzyli dźwięk na tyle głośny, by obudzić osobę, która lekko spała. Okazało się, że studenci budzili się szybciej, gdy dźwięk był odtwarzany do prawego ucha, które jest połączone z lewą półkulą mózgu.

- Zdolność do odpoczynku tylko jednej strony mózgu nigdy wcześniej nie została wykazana u ludzi - mówi Niels Rattenborg, lider grupy zajmującej się snem ptaków w Instytucie Ornitologii Maxa Plancka w Seewiesen w Niemczech. Dodaje jednak, że jest to sztuczka, którą potrafi wykonać wiele zwierząt.

- Wiedzieliśmy od dłuższego czasu, że niektóre ssaki morskie, takie jak delfiny i niektóre foki, a także wiele ptaków może spać z jedną połową mózgu czujną w tym samym czasie - wyjaśnia.

Kilka lat temu Rattenborg przeprowadził eksperyment z kaczkami, który sugeruje przynajmniej jeden sposób, w jaki sen z połową mózgu zapewniał przewagę ewolucyjną. Eksperyment polegał na ustawieniu kaczek w rzędzie i obserwowaniu ich snu.

Rattenborg odkrył, że kaczki z towarzyszem po obu stronach kładły cały mózg do snu i trzymały oczy zamknięte. - Jednak kaczki na końcu rzędu spały z czujną jedną połową mózgu - mówi. - A kiedy to robiły, kierowały otwarte oko z dala od innych ptaków, tak jakby szukały zbliżających się drapieżników.

- Drapieżniki nie są wielkim problemem dla ludzi w dzisiejszych czasach. Jednak ludzki mózg został ukształtowany w czasie, gdy noce były ciemne i pełne grozy - wyjaśnia Rattenborg.

- Kiedy śpimy w nowym środowisku i nie wiemy, ile drapieżników jest w pobliżu to miałoby sens, aby utrzymać połowę mózgu bardziej czujną i wrażliwą na wstrząsy w nocy - dodaje.

Sasaki mówi, że reakcja mózgu jest mimowolna i nie ma nic, co ludzie mogą zrobić, aby temu zapobiec, nawet jeśli właśnie przylecieli na dużą prezentację odbywającą się następnego ranka. Ratunkiem pozostaje więc spora ilość kawy o poranku.

Źródło: NPR.org

Free Joomla! template by L.THEME