Zaginiona sztuka uprawy borówek amerykańskich przy użyciu ognia

borówka amerykańska

Uwaga – poniższy tekst jest tłumaczeniem artykułu z 2020 roku!

Do czasu, gdy Europejczycy po raz pierwszy nawiązali kontakt z plemieniem Passamaquoddy wzdłuż nierównego wybrzeża dzisiejszego stanu Maine, ogień był tam narzędziem rolniczym od wieków. Pomiędzy letnimi zbiorami, plemiona wypalały bezlitosny, skalisty teren, z którego wyrastały borówki amerykańskie – to zwyczaj, który zachęcał do nowego wzrostu tego, co dla wielu rdzennych mieszkańców było świętym owocem. Kolonizatorzy kontynuowali tę niezwykłą tradycję, a ręczne wypalanie pól borówek, z pomocą rodziny, przyjaciół i sąsiadów, stało się tak samo nieodłącznym elementem stylu życia w przybrzeżnym Maine, jak borówki stały się częścią nowej amerykańskiej diety.

Jednak w szaleństwie XIX-wiecznej industrializacji starożytny zwyczaj w dużej mierze upadł. Wspólne zadanie ręcznego wypalania nierównych, skalistych pól zostało zamienione na zmechanizowane wypalanie wyrównanych, pozbawionych skał i poddanych obróbce chemicznej pól. Dziś tylko garstka plantatorów z Maine używa ognia do produkcji światowej klasy borówek, ale nie przeszkadza im to.

– Z własnego wyboru robię wiele rzeczy, których inni ludzie już nie wykonują – mówi plantator borówek Nicolas Lindholm z Blue Hill Berry Company. – Znajduję coraz więcej powodów, by nadal je praktykować.

Lindholm jest wytrwałym kontynuatorem lokalnej tradycji o starożytnych korzeniach. Przeciwstawiając się dziesięcioleciom industrializacji, ten filozof z wykształcenia i plantator borówek zbiera małą ekipę rodziny i przyjaciół każdej wiosny, aby ręcznie wypalać każdy centymetr swoich ekologicznych pól. Dla rolnika jest to kwestia kontroli jakości, ale dla filozofa – rytuał.

– Robię to zarówno dla ludzkiej kultury, jak i dla rolnictwa, aby połączyć pracę związaną z produkcją żywności ze spotkaniami towarzyskimi, zrytualizowaną lub powtarzalną aktywnością, tworzeniem wspomnień i zwyczajną dobrą zabawą z przyjaciółmi – mówi Lindholm. – A niektóre z nich są podyktowane moim uzależnieniem od adrenaliny – dodaje. Nie zamierzał on jednak być reliktem historycznej praktyki rolniczej. Tak naprawdę nigdy nie zamierzał zostać hodowcą borówek.

W 1987 roku, świeżo po ukończeniu Bates College z dyplomem z antropologii i religii, Lindholm rozpoczął praktykę na farmie ekologicznej Penobscot, uprawiając różne warzywa. Dlatego w 1995 roku, kiedy wraz z żoną chciał kupić gospodarstwo rolne, fakt, że idealna nieruchomość miała 15 akrów pól borówek, dał mu do myślenia. – Możesz praktykować na farmie lub studiować rolnictwo, ale żadna z tych rzeczy nie obejmuje borówek – mówi Lindholm. – Nie ma podręcznika, nie ma kursów. To taki mały świat sam w sobie – trzeba to robić na własny rachunek.

Co gorsza, jako przybysz spoza miasta, który nie pochodził z rodziny uprawiającej borówki, lokalni plantatorzy milczeli, jeśli chodzi o udzielanie Lindholmowi porad. – To część tutejszej kultury. Nigdy nie podaje się wielu informacji na temat tego, jak dobrze sobie radzisz, jakie sztuczki zastosowałeś, jakie nowe narzędzia wynalazłeś – mówi Lindholm o konkurencyjnych zagraniach, które przypisuje branży spustoszonej przez industrializację w ciągu ostatniego półwiecza. Ze swojej werandy spogląda na opuszczoną farmę borówek na sąsiedniej posesji. – W ciągu ostatnich 20 lat wiele osób, które miały ziemię „borówkową” przekazywaną przez rodzinę, rezygnuje z niej – mówi. – Młodsze pokolenia idą dalej.

Dołączając do lokalnej ochotniczej straży pożarnej, Lindholm poznał tutejsze rodziny i innych plantatorów borówek. Jeden z nich, który nadal jest jego bliskim przyjacielem, zgodził się pomóc Lindholmowi w jego pierwszym wypalaniu w 1997 roku. – Mieliśmy tu miejscowego faceta, który po prostu zgłosił się na ochotnika, a on, moja żona i kilku chłopaków zwyczajnie to zrobili – mówi Lindholm. – Tak zacząłem się uczyć i od tamtej pory nie przestałem.

Ostatnie 23 lata to proces uczenia się przez wypalanie: Lindholm opracowuje najlepsze praktyki i protokoły w oparciu o własne doświadczenia. Była to, dosłownie, próba ognia, a z opalarką u boku, zasięg Lindholma na lokalnych polach borówek tylko się rozszerzył. Do tej pory jest właścicielem dwóch pól i dzierżawi sześć kolejnych, obejmujących 50 akrów borówek w sześciu miastach.

Jak wyjaśnia sam Lindholm, wysoki na 30-35 centymetrów krzak borówki, który widzimy nad ziemią, to tylko około jedna trzecia rzeczywistej rośliny. Pod ziemią znajduje się sieć kłączy – magazynów energii i pożywienia – które współpracują z pewnymi szczepami grzybów, aby wydobyć te nieliczne składniki odżywcze, które zalegają w żwirowej, kwaśnej glebie stanu Maine. – Istnieje cały ten podziemny świat, którego nie widzimy, a wypalenie wszystkiego, co znajduje się nad ziemią, pomaga wzbogacić całość. W przypadku Lindholma wypalanie wyklucza również stosowanie pestycydów i herbicydów, których w przeciwnym razie potrzebowałby do zwalczania szkodników i konkurencyjnych roślin.

Zarówno ręczne, jak i zmechanizowane wypalanie zachowuje energię w kłączach dzikich borówek i zapewnia wyższe plony w następnym roku, ale łatwość używania zmechanizowanych palników – często przymocowanych z tyłu ciągnika – wiąże się z pewnymi kosztami. – Olej używany przez hodowców przemysłowych spala się w wyższej temperaturze, która niszczy znacznie więcej warstwy puchu – mówi Lindholm, odnosząc się do górnej warstwy gleby wykonanej z rozłożonych liści i innego materiału organicznego. Zdecydowana większość dzisiejszych hodowców (Lindholm szacuje, że ponad 90 procent) wypala w ten sposób. Lindholm natomiast rozsypuje na swoich polach lokalnie pozyskiwaną słomę. Dzięki spalaniu w niższej temperaturze, słoma chroni kluczową warstwę gleby, jednocześnie minimalizując wpływ na środowisko.

Jeśli podpalanie słomy brzmi dość prosto, Lindholm mówi, że to właśnie złożoność – i niebezpieczeństwo – tego procesu skłoniła większość hodowców do uprzemysłowienia wiele lat temu.

Proces wypalania rozpoczyna się na wiele miesięcy przed rozpaleniem ognia. Jesienią rozrzuca słomę na swoich pozbawionych jagód polach. Zimą śnieg wbija ją w ziemię, aby kilka miesięcy później móc spalić ją w całości. Robi to za pomocą rozrzutnika słomy, przestarzałej maszyny, która jest łatwiejsza w obsłudze niż w zakupie. – Nie możesz pójść do przedstawiciela John Deere i powiedzieć „Chcę jeden z tych rozrzutników słomy na moje pole borówek” – oni już ich nie produkują – mówi Lindholm. – Musisz złożyć go sam. Mężczyzna znalazł części w serwisie Craigslist, aby złożyć coś, co nazywa „maszyną Dr. Seussa”.

Wiosną, gdy pole jest starannie wyścielone słomą, Lindholm musi być wybredny, jeśli chodzi o wypalanie. Wilgotność w ciągu dnia musi wynosić poniżej 50 procent, aby płomień mógł się rozprzestrzeniać, ale wiatr musi mieć prędkość poniżej 15 kilometrów na godzinę, aby nie rozprzestrzeniał się zbyt szybko. Musi być też sucho jak pieprz – poranna rosa nie sprzyja spalaniu.

W odpowiednim dniu wypalanie przebiega metodycznie. Jego pomocnicy – zazwyczaj grupa przyjaciół i rodziny, w tym dwóch dorosłych synów – dźwigają 20-litrowe plastikowe pojemniki wypełnione wodą, noszone jak plecaki. Lindholm niesie opalarkę. Zespół pracuje w tandemie, aby wypalić obwód wokół zewnętrznej krawędzi pola. Lindholm podpala słomę, a jego pomocnicy kierują płomień do wewnątrz na odległość około 6-9 metrów. Zadanie to zajmuje wiele godzin, ponieważ krążą po obwodzie, aż stworzą „przerwę ogniową” – szeroki pierścień wokół środka pola, przez który nie mogą przeskoczyć płomienie. Podczas gdy przerywacz ognia stanowi niewielki procent całkowitej powierzchni, ma on kluczowe znaczenie: ostatnim etapem wypalania jest podpalenie całego środka pola i wycofanie się.

– To najbardziej dramatyczny i zabawny moment – po prostu siadasz i pozwalasz temu działać – mówi Lindholm. Tegoroczne wypalenie było udane, jak do tej pory. – To jak dodatkowe wakacje każdego roku w moim kalendarzu, kiedy zbieram ekipę.

Jednak w niektórych latach nauczył się ważnych lekcji w trudny sposób. – Myślałem, że do 2010 roku czułem się całkiem komfortowo – mówi Lindholm – ale to właśnie wtedy musieliśmy wezwać straż pożarną. On i jego załoga po raz pierwszy wypalali nowe pole na odsłoniętym zboczu wzgórza. – Miałem zbyt małą załogę, a źródło wody było zbyt daleko i wszystkim nam jej zabrakło – opowiada. – Susza po prostu się rozprzestrzeniła. Płomienie przeskoczyły na sąsiednie pole borówek i spaliły niewielki obszar krzewów, zanim straż pożarna zdołała przejąć kontrolę. Co dziwne, ta nieciekawa sytuacja miała swoje dobre strony. Kiedy Lindholm zadzwonił do właściciela uszkodzonej posesji, by go przeprosić, zaczął wyjaśniać swój proces zaciekawionej publiczności. – Wyjaśniłem, w jaki sposób dzierżawię pola borówek i zarządzam nimi w sposób ekologiczny, a facet stał się nagle moim klientem. Od tamtej pory Lindholm dzierżawi to pole, wypalając je co roku, ręcznie i z rozmysłem.

Proces Lindholma sprawia, że jest on wyjątkiem pod wieloma względami. Z pamięci zna tylko trzech innych rolników w całym regionie, którzy wypalają tak jak on. Ponadto, podczas gdy ponad 90 procent borówek z Maine jest zamrażanych w ciągu kilku godzin od zbioru, Blue Hill polega na sprzedaży bezpośredniej konsumentom na targach rolniczych w Maine każdego sierpnia. Zeszłego lata sprzedali 680 kilogramów świeżych, soczystych borówek w ciągu jednego dnia. Mimo to jest on pełen pokory wobec tych małych, tajemniczych jagód.

– Mamy do czynienia z uprawą wieloletnią w jej ojczyźnie – mówi – i jest tak wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu. Jako czynniki przyczyniające się do kapryśnej natury uprawy borówek w Maine wymienia nieplanowane gradobicia, indyki i niedźwiedzie. – Trzeba mieć mocne serce i być hazardzistą. Zawsze stąpasz po cienkim lodzie.

Lindholm nie żałuje swojego podejścia. – Nie uzyskam czterech ton z każdego akra, jak ma to miejsce na polach monokulturowych – mówi – ale też nigdy nie dojdzie do całkowitej klęski urodzaju. Być może to właśnie nieustanny taniec Lindholma z destrukcją utrzymuje jego wizję szczerego podejścia do borówek amerykańskich na powierzchni.

– Wykorzystujemy tę niszczycielską siłę – ogień, ciepło, które niszczy – do odtworzenia nowego życia, do ożywienia, do stworzenia lepszego, zdrowszego życia” – mówi.

Źródło: Atlas Obscura

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *